Work Text:
Biblia mówi, że należy żałować za grzechy, płakać nad własnymi błędami i prosić o wybaczenie. Bo każdy kto szuka ukojenia w końcu je znajdzie, ale chyba mu nie było to pisane.
Nigdy wcześniej nie był zbyt wierzący, co prawda ścierał się co i raz z siłami zła, jednak nie sądził, że istnieją również ci dobrze. A gdy w końcu zyskał tą świadomość, nie poczuł się wcale lepiej. Biorąc pod uwagę ile złego wyrządził w życiu, nie mógł raczej liczyć na zbawienie. I nie chodzi tu nawet o te wszystkie morderstwa. Jego styl życia był skrajnie różny, od tego opisywanego w świętych księgach. Nie zasługiwał by w końcu osiągnąć spokój.
Wszyscy powtarzali mu, że sam stwarza sobie problemy, choć tak naprawdę ich nie ma. Ale to nie oni przeżyli tyle co on. Nie byli w piekle, czyśćcu i wszystkich innych dostępnych miejscach. Nie był co prawda w klatce Lucyfera, ale zapewne nie wiele do tego brakowało. A jakoś nie tęsknił za kolejnymi przygodami. Znał to wszystko od podszewki, więc gdy ktoś mówił, że czeka go coś jeszcze gorszego, trudno było powstrzymać ten dreszcz. Bo to nie znaczyło nic dobrego, nikomu nie życzył żyć w ten sposób.
Trudno było być odważnym w takich sytuacjach, ale też nigdy nie można było się poddawać. Bo nie sądził, że kiedykolwiek zniży się do pułapu tchórza. Resztki odwagi nadal w nim tkwiły, zwłaszcza, gdy miał przy sobie bliskich. Musiał o nich dbać, jednak oni też pilnowali jego tyłów. Bo każdy z nich znał realia tego zawodu.
Mimo wszystko Dean nie wierzył, że kiedykolwiek osiągnie spokój w niebie. Pomimo zapewnień Casa i innych aniołów, nie sądził, że to możliwe. Bo miał długą listę błędów na swoim koncie i nie wszystkich ich żałował. A on potrafił brać za siebie odpowiedzialność, zwłaszcza za ostatnie decyzje, którymi nigdy nie obarczyłby sumienia swojego anioła. Jego dusza na zawsze miała być nieskazitelnie czysta, a to on sprowadził go na złą drogę. A tego nie będzie żałował nigdy, nawet jeśli czekają go za to ognie piekielne.
