Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2025-12-31
Words:
1,812
Chapters:
1/1
Comments:
4
Kudos:
5
Bookmarks:
1
Hits:
28

Wino, kot i mrożona kawa

Summary:

Kaveh na własnej skórze przekonuje się, że poranne picie podczas fali upałów nie jest najlepszym pomysłem - na szczęście z odsieczą przychodzi Alhaitham i... kot?

Notes:

Na zewnątrz sypie śnieg, więc w ostatni dzień tego roku przenieśmy się na chwilę do upalnego Sumeru! ^^ Fik napisany do zinka charytatywnego "Lato na Teyvacie" z inicjatywy Sumeru Comic Akademiya, który całościowo bardzo polecam!

Work Text:

 

 

Trzask. Przyciśnięty zbyt mocno rysik ołówka pękł, zostawiając za sobą nieestetyczną krechę. Kaveh westchnął, sfrustrowany, i ze złością zmiął kartkę w kulkę. Od ciśnięcia jej w kąt pomieszczenia powstrzymał go jedynie fakt, że był aktualnie w tawernie Lambada, a on nie zamierzał robić z siebie widowiska w miejscu publicznym. Niemniej...

Westchnął przeciągle. W swojej pracy stykał się z różnymi typami klientów, w tym też sporą grupą tych, których z różnych powodów mógł zakwalifikować jako „trudnych”. Jednak ten, z którym miał do czynienia dzisiaj, zdecydowanie zaliczał się do tych najgorszych...

Przeczesał palcami włosy, po raz kolejny studiując wynotowaną podczas rozmowy listę oczekiwań, w większości tyleż wygórowanych, co absurdalnych. Kto przy zdrowych zmysłach umieszczał w projekcie kuchnię tuż obok głównej sypialni? Bądź toaletę w amfiladzie? Czysty absurd!

Wstał od stolika, czując, że lada chwila jego frustracja sięgnie zenitu. Nie było sensu dłużej tu przesiadywać; uregulował więc rachunek z Lambadem i wyszedł na zewnątrz, wprost w palące południowe słońce. Nad miastem przetaczała się ostatnio fala upałów, właściwsza raczej pustyni niż zielonym częściom Sumeru. Spora część mieszkańców szukała więc ukojenia w domowym zaciszu bądź nad szklanką czegoś zimnego w jednym z lokali. Wielu jednak, podobnie jak Kaveh, pracowało nawet i teraz, przy czym, w przeciwieństwie do Kaveha, brzemię ich obowiązków było znacznie bardziej wymagające niż irytujące spotkanie z kłopotliwym klientem.

Poczuł lekki zawrót głowy i poniewczasie przemknęło mu przez myśl, że może jednak nie należało wypijać całej butelki wina jeszcze przed południem. Niemniej, nie było to nic, z czym nie potrafiłby sobie poradzić. Zwykle wystarczało trochę się przespacerować – i choć owszem, było niespotykanie gorąco, to on był przecież przyzwyczajony także do pustynnych upałów. Krótka przechadzka nie powinna mu zaszkodzić.

Z tą myślą ruszył na ulice miasta, z początku wciąż obracając w głowie detale spotkania z klientem. Pierwszy raz od dawna był w kropce: nie miał pojęcia, jak przeforsować rozsądniejsze rozwiązania, by nie urazić przy tym rozbuchanego ego klienta, przekonanego o własnej nieomylności. Cóż, Alhaitham pewnie nie miał teraz takich problemów...

Ściągnął brwi z nagłą złością. A pewnie. Oczywiście, że nie miał. Siedział sobie teraz w tym swoim przestronnym, chłodnym gabinecie w bibliotece Daena, zaszyty bezpiecznie wśród książek i ograniczając kontakt z ludźmi do minimum. I… I…

I z całą pewnością było to śmiertelnie nudne, uznał, kiwając głową z satysfakcją. Kto to widział? Siedzieć kilka godzin w tym samym pomieszczeniu, w niemal całkowitej ciszy i spokoju, praktycznie bez kontaktu z ludźmi? Phi! A gdzie kontakt z naturą? Otwarcie na świat i na różne, nawet całkiem odmienne, perspektywy? I w ogóle…?

Przystanął na chwilę, by otrzeć czoło i sapnął z niezadowoleniem. Jakimś cudem udało mu się obrać trasę bez choćby odrobiny cienia. Gorąco promieniowało z nagrzanych ścian budynków, słońce odbijało się od płytek chodnika oślepiającą bielą, a w powietrzu, którego nie poruszał nawet najlżejszy powiew, wisiał ciężki, duszący zapach przypraw i przejrzałych owoców. Nie, to zdecydowanie nie było dobre miejsce do spacerów. Zawrócił, po czym wspiął pod górę kolejną uliczką. Z każdym krokiem czuł, że być może jednak trochę przeszacował swoje możliwości. Choć znalazł się w nieco bardziej ocienionym przejściu, to z nieba wciąż lał się żar, sprawiając, że pot zalewał mu oczy, kolczyki ciążyły w uszach, a koszula, choć przewiewna, nieprzyjemnie lepiła się do ciała. Do tego coraz bardziej kręciło mu się w głowie, a przecież zwykle wino nie działało na niego tak szybko i tak mocno. Ba, teoretycznie powinien już czuć się lepiej...

Potknął się znienacka, opierając dłoń o latarnię, i natychmiast cofnął ją z cichym syknięciem, bo metal aż parzył. Tymczasem chodnik, po bliższym zlustrowaniu, nie wykazał żadnych oznak nierówności, przynajmniej widocznych na pierwszy rzut oka. Co u licha?

Usłyszał ciche miauknięcie, a serce zabiło mu szybciej w nagłym przypływie niepokoju. A niech to… Ostatnim, czego chciał, było przypadkiem nadepnąć na ogon któregoś z kocich rezydentów stolicy. Zdecydowanie powinien był bardziej uważać…

Rozejrzał się gorączkowo i odkrył, że nogi zaprowadziły go w okolice kawiarni Puspa. Za to pośrodku alejki tuż przed nim w istocie siedział czarno-biały kot, który jednak nijak nie wyglądał na pokrzywdzonego, a jedynie przyglądał mu się leniwie przenikliwie zielonym spojrzeniem.

Kaveh odetchnął z ulgą i spróbował przywołać zwierzaka; ten jednak, zamiast podejść, zaczął z namaszczeniem myć lewą tylną łapę. Uśmiechnął się na ten widok, po czym ponowił próbę, jednak i tym razem bez powodzenia. Nie chcąc tak szybko przyznać się do porażki, postanowił przykucnąć – i to okazało się błędem. Ostatnie, czego miał świadomość, to że grunt ucieka mu spod nóg, a potem zapadła ciemność.

 

***

 

Obudził go intensywny aromat kawy oraz przyjemny chłód na czole. W pierwszej chwili założył, że leży we własnym łóżku, ale coś mu w tej układance nie pasowało. W ich domu odgłosy targu dobiegały z innego kierunku, do tego na brzuchu czuł ciepły, puszysty i niewątpliwie mruczący ciężar. Kaveh zamrugał i otworzył oczy, napotykając znajome zielone spojrzenie z alejki. Czy zatem był w kawiarni Puspa? I... Jak właściwie się tu znalazł?

Powiódł spojrzeniem po sali i niemal zerwał się z miejsca, gdy po przeciwnej stronie kawiarnianego stolika ujrzał ni mniej, ni więcej, a Alhaithama, rzecz jasna pogrążonego w lekturze.

– C-co ty tu robisz? – wypalił, bez chwili zastanowienia. Jego współlokator obrzucił go przeciągłym spojrzeniem.

– Czytam.

– Ale… co robisz tutaj? – Kaveh ani myślał dawać za wygraną. – Nie powinieneś być w pracy?

– Mam przerwę – oznajmił Alhaitham niewzruszonym tonem, jak gdyby oznajmiał rzecz oczywistą. – Przysługuje wszystkim pracownikom Akademii, niezależnie od stanowiska.

– I przyszedłeś akurat tu? – zagadnął Kaveh zaczepnie. Czuł, jak wzbierają w nim emocje, szukając ujścia; a stoicki spokój Alhaithama bynajmniej nie pomagał. – Naprawdę chciało ci się iść taki kawał drogi w tym upale?

Spróbował dźwignąć się do pozycji siedzącej, ale jego plan został udaremniony, albowiem kot, miast uciec, przesunął się na jego pierś i tam zaległ, najwyraźniej mocno z siebie zadowolony. Kaveh sapnął z irytacją.

– Na twoim miejscu bym się tak nie zrywał – zauważył Alhaitham, odkładając książkę i pociągając łyk ze stojącej przed nim szklanki. – Po pierwsze, Anaxagoras nie lubi gwałtownych ruchów. I po drugie, masz wszystkie objawy wyczerpania cieplnego. Powinieneś jeszcze odpocząć.

– Anaxa...goras? – wyjąkał Kaveh, nagle zbity z tropu. Albo faktycznie zbyt długo przebywał na słońcu, albo to skryba mówił od rzeczy. Tymczasem Alhaitham z pełnym spokojem wskazał na kota, wciąż zwiniętego na piersi Kaveha i mruczącego niczym maszyna parowa z Fontaine.

– Anaxagoras to wyjątkowo inteligentny kot – oznajmił. – Bardzo lubi, gdy się mu czyta. Szczególnie gustuje we współczesnych klasykach.

Kaveh poczuł, że znów kręci mu się w głowie, tym razem od nadmiaru usłyszanych właśnie rewelacji. Jęknął słabo, ponownie opadając na kawiarnianą kanapę.

– Jesteś pewien, że to nie ty dostałeś udaru?

– Nie widzę podstaw, by tak uważać. – Jego współlokator uniósł brew. – Po pierwsze, w twoim wypadku to nie udar, a wyczerpanie cieplne. Po drugie, większość trasy z Akademii aż tutaj da się pokonać w cieniu, jeśli dobrze się ją zaplanuje. A po trzecie i w tym wypadku najważniejsze: nie ja zemdlałem z gorąca tuż przed wejściem do kawiarni. Dobrze, że Anaxagoras nas zaalarmował.

Architekt kątem oka zerknął na kota, który zdążył już zapaść z drzemkę, po czym popatrzył na Alhaithama z przekąsem.

– I może to jeszcze on mnie tu przyniósł? – rzucił.

– Nie. – Skryba ze spokojem pociągnął kolejny łyk swojego napoju. – Za to akurat odpowiadam ja.

Kaveh otworzył usta, gotów do kolejnej ciętej riposty, i równie szybko je zamknął, bowiem w spojrzeniu Alhaithama naraz otwarcie odbiły się emocje, a on wciąż do tego nie przywykł. Przesłonił oczy przedramieniem, próbując na chłodno przeanalizować swoje samopoczucie od wyjścia z tawerny Lambada. W istocie, miał zawroty głowy, mdliło go i czuł się dziwnie słabo, ale większość z tych objawów składał na karb spożytego alkoholu i mieszanki zapachów na targu. Ba, spacer miał mu przecież pomóc, nie zaszkodzić! Uch, gdyby tylko połączył fakty wcześniej… Na swoje usprawiedliwienie miał jedynie to, że podobna przypadłość zdarzyła mu się tylko raz, w samym sercu pustyni, a i wtedy nie stracił przytomności.

Zaklął w duchu, czując, jak narasta w nim złość, jednak nie na skrybę, a na samego siebie. Doprawdy, co mu przyszło do głowy, żeby chodzić po mieście w tym upale? I to po całej butelce wina? A jeśli zasłabłby w zupełnie innym, mniej uczęszczanym miejscu? Jak mógł być aż tak głupi…?

Ponownie poczuł chłód na czole, gdy Alhaitham zmienił mu okład – poprzedni zsunął się, gdy Kaveh próbował usiąść. Odetchnął głęboko. Czuł, jak Anaxagoras mruczy przez sen – przyjemne wibracje rozchodziły się falą po jego ciele. To pomagało choć trochę opanować spiralę poczucia winy, nie wystarczyło jednak, by w pełni się uspokoił.

– Nie zamierzasz prawić mi morałów? – zagadnął, byleby tylko ukierunkować na coś myśli. Skryba popatrzył na niego wymownie.

– Nie widzę takiej potrzeby – odparł. –  Myślę, że sam najlepiej zdajesz sobie sprawę z braku logiki w swoich poczynaniach.

Kaveh zjeżył się cały, jednak w następnej chwili cała jego irytacja ustąpiła, bo tym razem na twarzy Alhaithama otwarcie odmalowała się troska. Westchnął.

– Nie powinienem tyle pić z samego rana?

– Nie zaprzeczę.

– Zwłaszcza w takim upale?

– Tak.

– I należało odpuścić sobie spacery po mieście?

– Nie da się ukryć.

Przymknął oczy. Wypowiedziane na głos, słowa nie przytłaczały już tak bardzo jak wtedy, gdy tylko rozbrzmiewały w jego głowie, niemniej...

– Jestem idiotą – podsumował.

– Tego nie powiedziałem – padło w odpowiedzi. – Rzekłbym raczej, że chwilowo nie myślałeś jasno, co wynikło zapewne z twojej frustracji po zetknięciu z fundamentalnym brakiem zdrowego rozsądku.

Kaveh uchylił jedną powiekę.

– Próbujesz mnie usprawiedliwiać?

–  Bynajmniej. – Alhaitham potrząsnął głową. – Raczej… wyciągam logiczne wnioski na podstawie posiadanych informacji. A także znajomości twojego charakteru.

Architekt łypnął na niego spode łba, niemniej to nie był czas na spory.

– Dziękuję – mruknął. Skryba skinął tylko, jednak nim wrócił do lektury, odezwał się ponownie.

– Jeśli zechcesz wysłuchać mojej rady – podjął – proponowałbym wziąć przykład z Anaxagorasa i solidnie wypocząć, póki masz okazję. Głupota ludzka nigdy nie przeminie, jednakże… wedle wszelkich przesłanek łatwiej sobie z nią radzić w niższych temperaturach.

Kaveh ściągnął brwi, drapiąc kota za uchem. To, co mówił Alhaitham, brzmiało rozsądnie, ale…

– Doprawdy. – Jego współlokator jakby czytał mu w myślach. – Świat się nie zawali, jeśli jakiś ignorant nie dostanie swojego absurdalnego wymysłu architektonicznego. Nie warto z tego powodu ryzykować zdrowiem. Ani życiem.

Kaveh poderwał głowę, na chwilę przerywając głaskanie kota, podczas gdy skryba czym prędzej przeniósł wzrok na książkę. Przez moment trwała niezręczna cisza, w której rozbrzmiewało jedynie zadowolone mruczenie Anaxagorasa. Wreszcie architekt odchrząknął.

– Więc – zaczął – mam tu na ciebie zaczekać, aż skończysz pracę?

– Nie będzie takiej potrzeby. – Alhaitham zerknął na niego znad książki, nim przewrócił kartkę. – Postanowiłem wziąć urlop na żądanie. Przysługuje mi w szczególnych okolicznościach.

– I… nie powinieneś komuś tego zgłosić?

– Już zgłosiłem. – Skryba wzruszył ramionami. – Sobie. Bądź co bądź, odpowiadam za całą dokumentację.                                                                       

Kaveh poczuł, że ma ochotę krzyczeć.

– Ale…

Alhaitham odłożył książkę.

– Nie wątpię, że Anaxagoras dopilnowałby, byś nie robił głupstw, zwłaszcza że najwyraźniej cię polubił – oznajmił. – Jednakowoż… powody mojej decyzji powinny być dla ciebie oczywiste.

Architekt poczuł, jak płoną mu uszy, a równocześnie robi mu się ciepło w środku. Podrapał Anaxagorasa za drugim uchem.

– A… Mógłbym liczyć na kawę? Mrożoną?

Skryba popatrzył na niego, jakby palnął właśnie straszliwą herezję, ale…

– Niech będzie – burknął.

Kaveh uśmiechnął się. Po raz pierwszy tego dnia czuł się naprawdę dobrze.