Work Text:
Ten dzień od samego początku był skazany na porażkę.
Zaczęło się od tego, że skończyła jej się kawa. Z westchnieniem wyrzuciła do kosza puste opakowanie i spojrzała na czajnik. Wyłączyła go,godząc się z faktem, że dzisiejszą zmianę w pracy będzie musiała przetrwać bez pomocy kofeiny. "Cudowny początek dnia, nie ma co" mruknęła pod nosem, zakładając półprzytomnie płaszcz. Była w połowie drogi na przystanek, kiedy spojrzała na zegarek. Było chwilę po 7, w biurze miała się dzisiaj zjawić koło 8. Oznaczało to, że miała jeszcze prawie godzinę do przeczekania. Powrót do domu byłby jednak stratą czasu, bo i tak nie zdążyłaby nic zrobić. “Nic się nie stanie, jeśli przyjdę wcześniej” pomyślała, po czym udała się pomału w kierunku przystanku, z którego niedługo powinien odjechać jej tramwaj.
Tylko po to aby zobaczyć, jak wspomniany tramwaj odjeżdża jej sprzed nosa.
Tego nie było w planie. Spojrzała na rozkład jazdy. Kolejny przejazd był dopiero za pół godziny. Pół godziny, które mogłaby już przeznaczyć na pracę. Nie miała innego wyjścia, jak iść pieszo, ewentualnie czekać. Ostatecznie zdecydowała, że spacer przed pracą nie zaszkodzi.
Niestety, niedługo po wyruszeniu w drogę, usłyszała nad sobą grzmot, a z nieba zaczęły spadać krople deszczu. Sięgnęła do torebki po parasolkę, której oczywiście tam nie było. Los naprawdę nie był tego dnia po jej stronie.
Postawiła kołnierz płaszcza i rozejrzała się wokół w poszukiwaniu jakiegoś schronienia. Jej wzrok przykuła kawiarnia znajdująca się po drugiej stronie ulicy. Nigdy wcześniej nie zwróciła na nią uwagi, a może jej tam nie było? Nie zastanawiała się jednak nad tym za długo, jako że deszcz tylko przybierał na sile, a ona i tak była już cała przemoczona. Pobiegła więc szybko do wejścia i weszła, tak, aby wiatr nie nawiał za dużo deszczu do środka. Odezwał się miły dla ucha dzwoneczek, oznajmiający jej przybycie. Przez chwilę stała w progu, łapiąc oddech i otrzepując płaszcz, po czym spojrzała na zewnątrz. Nie zapowiadało się, aby burza miała prędko ustać. Zrezygnowana obróciła się w stronę wieszaka i zaczęła ostrożnie ściągać przemoczoną kurtkę, kiedy poczuła czyjeś dłonie chwytające za materiał.
— Pozwoli Pani że pomogę. — usłyszała uprzejmy głos, który brzmiał dziwnie znajomo.
Nie.
To nie może być on.
Myśli leciały przez jej głowę jak szalone.
Odwróciła się i nagle wydawało się, jakby wszystko ucichło.
Karmazynowe oczy, które tak dobrze pamiętała, wpatrywały się w nią ze zdziwieniem. Osoba, do której one należały, była jednak jednocześnie tak znajoma i tak obca . Jego czerwone włosy, niegdyś w artystycznym nieładzie, były spięte w schludny kucyk. Był teraz o wiele wyższy od niej, a jego rysy całkowicie utraciły swój chłopięcy wyraz. Ostro zarysowany podbródek pokrywał jednodniowy zarost, jednak nie wyglądał on nieschludnie., Wręcz przeciwnie, nadawał jego twarzy tego czegoś, dzięki czemu był jeszcze bardziej przystojny-
— Jean? — dźwięk jej imienia i poprzedzające go chrząknięcie przerwało ten niebezpieczny tok myślenia.
Jean zareagowała, jak gdyby wybudzono ją z transu i dopiero zobaczyła gdzie jest. Mrugnęła szybko oczami i odwróciła wzrok, rumieniąc się. Nawet nie zauważyła że ciągle się na niego patrzyła.
— Diluc. — jego imię na jej ustach wydawało się być tak naturalne, że ją samą to zdziwiło. W końcu nie widziała go od czasu tragicznego wypadku, w którym zginął jego ojciec.
Zapadła niezręczna cisza, przerywana jedynie stukotem deszczu o szybę i co jakiś czas grzmotem burzy. W końcu Diluc postanowił ją przerwać.
— Co powiesz na to, aby usiąść? — powiedział, wskazując ręką na znajdujący się w rogu kawiarnii stolik. Jean kiwnęła jedynie głową, bojąc się, że jeśli się odezwie to może tego pożałować.
Gdy usiedli przy stole, Diluc zaczął bawić się palcami, oznaka jego stresu. Jean zdziwiła się, że pamięta ten szczegół, w końcu minęły ponad trzy lata. Chociaż jakby na to nie spojrzeć byli dość blisko…
— Jean, jesteś tu? — Znowu została wyrwana z zamyślenia. Może był to brak porannej kawy, może coś innego, ale nie mogła się skupić.
— Tak tak, możesz proszę powtórzyć? — Diluc jedynie westchnął, jednak powtórzył swoje pytanie.
— Pytałem, czy napiłabyś się kawy? — Jean zdała sobie sprawę z tego, że, jakby nie patrzeć, jest w kawiarnii.
— Jeśli nie byłoby to kłopotem, to chętnie skorzystam — posłała mu nieśmiały uśmiech, jedyny na jaki potrafiła się zmusić w swoim aktualnym stanie.
Diluc kiwnął głową i skierował się w stronę baru, jednak w połowie drogi obrócił się, jakby o czymś sobie przypomniał.
— Latte z czekoladą? Kiedyś bardzo je lubiłaś.— Zapytał ciepłym tonem, w którym brzmiała jakby nuta nostalgii? A może jej się wydawało i tylko się doszukiwała.
— Tak, poproszę. — odpowiedziała z uśmiechem. A więc pamięta. Na tą myśl zrobiło jej się ciepło na sercu. Nie zdawała nawet sobie sprawy z tego, jak jej tego brakowało.
Spojrzała w stronę baru, gdzie mężczyzna z wprawą przygotowywał jej napój, nucąc przy tym jakąś melodię. Wpatrywała się w niego jak oczarowana. Gdy był skupiony, przygryzał delikatnie dolną wargę, co nadawało mu uroczego wyglądu…. Czy ona właśnie pomyślała że Diluc wygląda uroczo? Co się z nią dzieje?
Po chwili musiała się otrząsnąć, jako że mężczyzna właśnie szedł w jej kierunku z kubkiem kawy. Z dumą ze swojego dzieła postawił go przed nią, i patrzył na jej reakcję.
Musiała przyznać, że napój wyglądał imponująco. Latte miało idealny kolor, z warstwą spienionego mleka na wierzchu, a całości dopełniało serduszko z cynamonu usypane na wierzchu.
— Wow, wygląda smacznie. — powiedziała z uznaniem.
— Spróbuj, a się przekonasz.— odpowiedział Diluc z uśmiechem.
Wciągając zapach kawy, Jean pomału wzięła łyk, delektując się smakiem. Było to naprawdę dobre latte, dawno takiego nie piła. Ostatni raz chyba kiedy była u braci Ragnvindr na wieczorze filmowym i rano czekała na nią właśnie taką kawa. Diluc naprawdę miał do tego talent. Było to raptem kilka dni przed dniem, w którym Diluc wyjechał I zostawił wszystko za sobą…
— I jak? Smakuje? — Usłyszała głos. Była w nim nuta ciekawości jak i odrobina niecierpliwości.
— Tego właśnie mi było trzeba. — odparła z szerokim uśmiechem na ustach. Mężczyzna odpowiedział jej swoim uśmiechem, równie szerokim. — Muszę przyznać, że masz do tego talent. — Zamyśliła się na chwilę. — Swoją drogą, to twoja kawiarnia? Nie widziałam jej tu wcześniej.
— Tak, moja. — Odparł Diluc z wyczuwalną dumą w głosie. — Szczerze mówiąc, otworzyłem ją niedawno, może dwa tygodnie temu? — A więc był w mieście już od jakiegoś czasu. W końcu otworzenie kawiarni to nie jest kwestia dwóch dni. A jednak jej nie powiedział, nie zadzwonił ani nic. Dziwne, że Kaeya nic o tym nie wspomniał, w końcu musiał wiedzieć. Chociaż, jakby się nad tym zastanowić, to Diluc nie miał wobec niej żadnych zobowiązań, w końcu zostawił ją tego koszmarnego dnia.
Było to w dni jego 18 urodzin. Diluc wracał właśnie samochodem ze swoim ojcem z przyjęcia, które zorganizowali mu przyjaciele, kiedy to w ich auto uderzył inny, większy samochód. Pisk opon, trzask gniecionego metalu i krzyk bólu. Kiedy Diluc się ocknął, jego ojciec już nie żył. Sprawca uciekł z miejsca zdarzenia. Potem okazało się, że był to jakiś bogacz i wszystko uszło mu płazem.
Tamtego dnia Diluc postanowił porzucić przeszłość i wyjechać, zostawiając wszystko za sobą. Zostawiając swoich przyjaciół. Zostawiając Jean.
— Jean, wszystko dobrze? — Usłyszała zmartwiony głos. — Wydajesz się nieobecna.
— Tak…nie. — Odparła wzdychając. Diluc ostrożnie usiadł naprzeciwko niej, wpatrując się w jej twarz i powodując u niej rumieńce. Cierpliwie czekał, nie naciskając i czekając , aż sama zdecyduje się odezwać.
— Wiesz, po prostu to spotkanie po latach… nie tak je sobie wyobrażałam. — Nastąpiła chwila ciszy. — Myślałam, że jak wrócisz… jeśli wrócisz, to dasz mi znać. Jakkolwiek. Wystarczyłby zwyczajny telefon. — Przy ostatnich słowach, zaczął jej się łamać głos. Nawet nie wiedziała, kiedy w jej oczach pojawiły się łzy, a jego ręka znalazła się na jej własnej, głaszcząc ją w uspokajających ruchach. Po chwili kontynuowała.
— Wiem, że było ci ciężko, że mocno przeżywałeś całą tamtą sytuację. Ale nawet się nie pożegnałeś. Zostawiłeś nas. Zostawiłeś mnie. — Znowu cisza, przerywana tylko dźwiękami burzy za oknem — Nawet nie masz pojęcia…
— Przepraszam. — Powiedział po chwili milczenia Diluc. — Wiem, że postąpiłem niedojrzale. Że was zraniłem, wszystkich. I nie mam niczego na swoje usprawiedliwienie. Przepraszam. — Po chwili wahania, Diluc podniósł ostrożnie jej dłoń i zamknął ją w swoich, jednocześnie patrząc na nią tymi swoimi oczami. Bała się, że jeśli tak dalej pójdzie to się całkowicie rozpłynie.
— Jean… — powiedział półszeptem, bojąc się że mówiąc głośniej zniszczy tą delikatną atmosferę. — Jean, spójrz na mnie, proszę. — Kiedy to zrobiła, dostrzegła w jego oczach, że naprawdę miał na myśli to, co mówił. Było w nich widać skruchę i coś jeszcze. Coś, czego nie umiała zinterpretować. — Wiesz, kiedy wyjechałem, kierowała mną złość i bezradność. Ale po czasie zacząłem tęsknić. Tęsknić za dawnym życiem, do którego myślałem, że nie ma już powrotu. Że nie mogę wrócić i żyć jak dawniej. — Diluc przerwał na moment. Jean widziała, że to zwierzenie nie było dla niego proste. Nigdy nie był dobry w wyrażaniu emocji. Po chwili jednak kontynuował. — Dopiero z czasem zrozumiałem, że owszem, nie cofnę czasu, ale muszę iść dalej. Tak więc wróciłem. Na początku było ciężko, nie ukrywam. Wszystko mi przypominało dawne czasy. Ale wróciłem. Bo nie można wiecznie uciekać, prawda? — Przy ostatnim zdaniu spojrzał na nią i posłał jej uśmiech, w którym nadal było widać cień smutku.
— Diluc…
— Hm?
— Mogę…się przytulić? — Mężczyzna spojrzał na nią osłupiały, nie spodziewając się tej prośby. Kim jednak był aby odmówić?
— Tak, oczywiście. — Odparł pospiesznie i przesiadł się obok niej, ostrożnie wyciągając ręce w jej kierunku w zapraszającym geście. — W końcu od tego są przyjaciele — dodał cicho, nie będąc pewien czy nadal może nazywać się tym mianem po tych wszystkich latach.
Po chwili wahania, Jean pomału przysunęła się bliżej i położyła głowę na jego ramieniu, obejmując go delikatnie. Pachniał kawą, zdała sobie sprawę. I był ciepły, może aż za bardzo. Jednak nie przeszkadzało jej to. Prawdę mówiąc, tęskniła za tym. Diluc westchnął cicho i gładził jej plecy, pomału, w kojących ruchach. Czuła, że był spięty, ale z czasem zaczął się rozluźniać.
— Wiesz co, brakowało mi tego — szepnęła cicho. Na te słowa, przytulił ją mocniej, ale nadal z wyczuciem.
— Mi też.
Siedzieli tak w ciszy przez dłuższą chwilę, aż całe napięcie i smutek odeszły w niepamięć. Jednak w końcu Jean odsunęła się od niego z wyraźnym rumieńcem na twarzy.
— Dziękuje. — Powiedziała i uśmiechnęła się nieśmiało, spuszczając jednak wzrok, by nie patrzeć mu w oczy. Bo wiedziała, że jeśli w nie spojrzy to w nich utonie i nie będzie już odwrotu.
— Nie ma za co. Każdy czasami potrzebuje przytulenia. — Odparł z ciepłym uśmiechem. Wyglądał pięknie gdy się uśmiechał, pomyślała. Od całej tej sytuacji kręciło jej się w głowie. Nadal siedzieli blisko siebie, z czego Jean zdała sobie sprawę dopiero po chwili. Nie odsunęła się jednak, czerpiąc z tej chwili spokoju jak najwięcej.
W końcu Diluc odchrząknął i podrapał się po głowie. Wydawało jej się, że chciał coś powiedzieć, jednak ostatecznie zrezygnował z tego pomysłu. Po chwili wstał z westchnieniem i podszedł do blatu. Zaczął go wycierać, mimo że był perfekcyjnie czysty. Widziała, że coś go trapi, jednak nie wiedziała, jak mogłaby pomóc.
— Diluc, wszystko w porządku?
— Hm? Tak, oczywiście że tak. — Jego postawa mówiła jednak co innego niż słowa. Jean podeszła do niego i położyła mu dłoń na ramieniu.
— Widzę, że coś cię trapi. Wiem, że dawno się nie widzieliśmy, ale potrafię rozpoznać kiedy coś jest na rzeczy. — Powiedziała z delikatnym uśmiechem. Diluc na jej dotyk delikatnie się spiął, ale po chwili się rozluźnił. Spojrzał na nią i tylko potrząsnął głową.
— Wszystko dobrze, naprawdę. Nie martw się o mnie. — Jean odpowiedziała na jego spojrzenie zmartwioną miną, jednak nie naciskała. Wiedziała, że jeśli Diluc uzna że jest na to gotowy, to sam jej powie.
Stali tak więc, dopóki Jean nie zdała sobie sprawy z tego, jak blisko siebie stoją. Zarumieniła się delikatnie i próbowała się odsunąć, jednak, ku jej zdziwieniu, Diluc objął ją ramieniem i przyciągnął ją z powrotem. Gdy zdał sobie z tego sprawę, jego twarz pokrył cień czerwieni, jednak nie cofnął swojej ręki. — Nie odchodź. Proszę.
— Dobrze. Nigdzie nie idę.
— Dziękuję. — Jego wzrok był skierowany w pusty punkt, jakby o czymś myślał. W pewnym momencie oparł podbródek na głowie Jean, przysuwając ją ostrożnie jeszcze trochę bliżej. Kobieta czuła ruchy jego klatki piersiowej przy oddychaniu, i bicie jego serca, które, swoją drogą, było bardzo szybkie. Nie żeby jej własne biło inaczej. Po chwili usłyszała cichy głos, ledwo pomruk, który jednak rezonował przez klatkę mężczyzny.
— Jean?
— Hm?
— Mogę cię pocałować…? — Pytanie rozbrzmiało w jej głowie i wydawało jej się, jakby czas się zatrzymał. Myśli pędziły w jej głowie jak szalone. Była to sekunda, ale ciągnęła się jak minuty i godziny. Czy jej się przesłyszało? Czemu miałby ją prosić o coś takiego? Tego pytania się nie spodziewała.
— Ja… — Była w tak wielkim szoku, że nie mogła z siebie wydusić słowa.
Diluc z napięciem oczekiwał na jej odpowiedź, a kiedy ta nie nadchodziła, westchnął zrezygnowany i odsunął się od niej.
— Ja…przepraszam. Nie powinienem cię prosić o coś takiego…— wydukał, obracając się spowrotem w stronę baru, jednakq Jean przerwała mu nagle nieśmiałym tonem.
— Oczywiście. — Nie rozumiał o co chodzi. Co oczywiście?
— Co…?
— Oczywiście, że możesz mnie pocałować. — Z tą odpowiedzią cały jego świat wywrócił się do góry nogami. Zgodziła się, czy tylko mu się przesłyszało? A może powiedziała to przez przypadek?
Jego przemyślenia przerwał dotyk na policzku.
— Oczywiście że możesz… — Jean sięgnęła do jego twarzy i ostrożnie pogłaskała ją dłonią. Po chwili stanęła na palcach i złożyła delikatny pocałunek na jego ustach. Było to ledwie muśnięcie, ale Diluc'owi wydawało się, jakby coś trafiło go z mocą pędzącego pociągu. Nie czekając dłużej, pochylił się i objął twarz Jean w swoich dłoniach, jednocześnie zamykając dystans między nimi. W ten jeden pocałunek starał się przelać całą swoją pasję, niewypowiedziane słowa i uczucia. Mimo że te ostatnie nie do końca rozumiał, to czuł je i w tym momencie chciał je przekazać kobiecie stojącej przed nim.
Jean nie pozostała mu dłużna. Kiedy ich usta się zetknęły, położyła swoje ręce na szyi mężczyzny i przyciągnęła go jeszcze bliżej, pogłębiając pocałunek.
Trwało to chwilę, a może dłużej, jednak w tym momencie żadne z nich nie myślało o niczym innym niż bliskości i cieple drugiej osoby, o uczuciu ust na ustach i obezwładniających uczuciach. Czas i miejsce wydawały się nie istnieć, istniała tylko ta chwila i dwie osoby złączone uczuciem.
Wszystko jednak się kończy i w końcu Jean przerwała pocałunek by złapać oddech, nie odsuwając się jednak od mężczyzny. Patrzyli sobie w oczy i te spojrzenia mówiły więcej niż słowa.
“Tęskniłam.”
“Ja też.”
“Dobrze cię znowu widzieć.”
Staliby tak pewnie jeszcze dłużej, gdyby nie dźwięk telefonu wydobywający się z kieszeni Jean.
Wystarczyło to aby para wróciła do rzeczywistości. Jean widząc imię Kaeyi na wyświetlaczu spojrzała na zegar w telefonie…
…tylko by zobaczyć że pięć minut temu zaczęła się jej praca.
Skierowała się szybko w stronę wieszaka, jednocześnie odbierając połączenie i przykładając telefon do ucha.
— Hej, zaraz będę, zagapiłam się — powiedziała wkładając rękę w rękaw płaszcza.
“Jean, coś się stało? Ty nigdy się nie zagapiasz…”
— To co, widzimy się później? — Dobiegł głos zza jej pleców.
“...Jean, czy ja właśnie słyszałem Diluc’a? O co tu do cholery chodzi?” Głos z telefonu wydawał się bardzo zdezorientowany.
— Wytłumaczę ci wszystko w biurze — powiedziała po czym się rozłączyła, obracając się w stronę baristy.
Podeszła do niego i złożyła pocałunek na jego policzku, który w połączeniu z uśmiechem który mu posłała zdawał się być obietnicą.
— Do zobaczenia później! — Powiedziała i otworzyła drzwi.
— Tak…do zobaczenia — odparł Diluc, przykładając mimowolnie dłoń do policzka.
Jean biegnąc do pracy nie mogła powstrzymać szerokiego uśmiechu. Promienie słońca wychodzące zza chmur zdawały się zwiastować to, co ona czuła. Może ten dzień jednak nie będzie taki zły?
