Actions

Work Header

Zostanę.

Summary:

Set in pierwsza połowa stycznia 2026 - retelling powrotu Vasqueza z martwych.

Albert pierwszy raz od dawna pozwala sobie na konfrontacje z własnymi uczuciami, a Vasquez jest w tym przy nim.

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Work Text:

On wrócił.

 

On naprawdę żyje.

 

Była chłodna styczniowa noc, Albert szwendał się po mieście swoim czarnym mogulem. Członkowie ekipy albo spali, albo spędzali czas ze swoimi drugimi połówkami. Speedo lubił te wieczory w Los Santos, tylko on, światła miasta i powarkiwanie silnika. Była to dla niego kojąca rutyna, dawała mu się wyciszyć, zmęczyć do końca, aby po powrocie do domu sen przyszedł szybko.

 

Albert od zawsze nie sypiał najlepiej, ale od dnia pogrzebu Vasqueza bardzo zauważalnie problem się nasilił.

 

Ostatnie dni grudnia zlewały mu się w całość, całkowicie odrzucił zegar i kalendarz, porostu wstawał i funkcjonował, dopóki jego ciało fizycznie nie dawało rady i w końcu zasypiał.

 

Udało mu się wyrwać z tego nieprzyjemnego stadium, dopiero kiedy pewnego dnia niedługo po zjedzeniu śniadania w całym mieście zaczęły huczeć fajerwerki.

 

Nowy rok.

 

Uziemiło go to na tyle, że znalazł siłę, aby zacząć funkcjonować jak człowiek.

 

Jego wieczorny rytuał zaczynał się około 23:30, wyciszał radio, wybierał samochód, a następnie krążył po całej wyspie. W ciszy. Bez słowa.

 

Wcześniej, jak chciał rozproszyć nękające go myśli, włączał phonk najgłośniej jak się da i wykonywał najniebezpieczniejsze manewry, byle by podskoczyła mu adrenalina i wygłuszyła wszystko.

 

To jednak działało odwrotnie, przebodźcowanie wywoływało zmęczenie, którego przez poziom adrenaliny nie było jak zaspokoić.

 

Mimo że Albert bał się zostawać sam z własnymi myślami, to jednak w ciszy udało mu się odnaleźć komfort.

 

Tak właśnie najpóźniej o 3:00 dojeżdżał wyciszony na wille, gdzie łóżko nie było więzieniem, a wyczekiwanym kojącym zakończeniem dnia.

 

Tak było też i dzisiaj, dojeżdżając do domu już z daleka słyszał krzyki Erwina.

 

Mijając bramę zobaczył trzy postaci stojące pod garażem. Eh może zostawi auto na zewnątrz, aby uniknąć interakcji, które mogłyby wpłynąć na jego rutynę.

 

Nie było mu to dane, bo ledwie otworzył drzwi, od razu usłyszał nawoływanie Siwego.

 

Spojrzał w ich kierunku. Erwin z Pierrem wyglądali na bardzo ucieszonych, posyłali spojrzenia to na niego to na drugiego mężczyznę.

 

Kto to w ogóle był? Nie przypominał nikogo z ekipy. Długie włosy? Może to Wiesiek nosi perukę, żeby policja go nie złapała? Ale nie, mężczyzna był o wiele wyższy od Wiecha.

 

Szedł w ich stronę powolnym krokiem zwieszając głowę, cóż najwyżej jeszcze jedno kółko wokół miasta przed snem.

 

Pierre patrzył na niego z iskierkami w oczach, oni na pewno coś odjebali, speedo już zaczął się mentalnie szykować na nagły wybuch czy dźwięki strzałów.

 

Nic z tego jednak nie nastąpiło, Pierre tylko posłał mu jeszcze większy uśmiech.

 

-Poznałeś naszego nowego kolegę Arthura? - Pierre skinął głowa w stronę bruneta.

 

Albert spojrzał na mężczyznę, w końcu widząc go w świetle, ich spojrzenia się skrzyżowały.

 

Albert wstrzymał oddech.

 

To on.

 

On wrócił.

 

On żyje.

 

Albert był wdzięczny za maskę na jego twarzy, wbrew jego woli jego oczy się zeszkliły.

 

-Cześć Albert - znajomy niski głos dotarł do jego uszu.

 

Speedo odetchnął, poczuł ciepło, chciał rzucić się mężczyźnie na szyje, wtulić się w jego ramiona, jednak dalej stał w bezruchu.

 

Czuł palący wzrok braci na sobie, którzy z wyczekiwaniem wypatrywali jego reakcji. Stał chwile w milczeniu czując narastające napięcie.

 

-Siema geju - w końcu rzucił, a jego twarz skrzywiła się pod maską, zdecydowanie idealny dobór słów do powitania swojego, zmartwychwstałego, najlepszego przyjaciela.

 

-I kto to mówi - odpowiedział Vasquez który od razu się rozluźnił, a w jego postawie uwydatniły się wszystkie najdrobniejsze manieryzmy które speedo tak doskonale znał.

 

Mimo że włosy były dłuższe, oczy zmęczone, a sylwetka chudsza, on był Vasquezem do szpiku kości i jeszcze głębiej.

 

Na twarzy Alberta pojawił się uśmiech, którego nie ważne jakby się starał nie był w stanie powstrzymać.

 

Powoli zdjął maskę z twarzy, dalej wpatrując się w przyjaciela. Nikomu z rodziny wprost się nie przyznał, ale cholernie za nim tęsknił. Za leniwymi przejażdżkami z rana, za wymyślaniem planów ucieczki przed policją, za jego durnym bełkotem, z którego sporadycznie wypadły dobre rady i pomysły. Porostu za jego obecnością.

 

-Pierre umieram z głodu - Erwin nagle oznajmił, przerywając Speedo jego wywód w myślach, siadając na tylnym siedzeniu motocykla- chodź na atoma, puki jest jeszcze otwarty- powiedział przerysowanie głośno.

 

- A no racja, jeszcze miałem zajechać na mechanika przed pójściem spać, to tego - Pierre wsiadł na motocykl, jego ton głosu równie ostentacyjny jak Erwina - dobrej nocy panowie - i odjechali, zostawiając pozostałą dwójkę na osobności.

 

Albert wywrócił oczami, ale mimo wszystko był wdzięczny za zostawienie ich samych.

 

-Chodźmy do środka zimno jest. - Albert skierował się w stronę głównych drzwi, kątem oka cały czas zerkając na vasqueza, jakby miał się rozpłynąć w powietrzu, jeśli straci go z pola widzenia.

 

-Chłopaki już cię oprowadzili? - zaczął rozmowę, aby sprawić wrażenie nie wzruszonego. Jego dłonie jednak delikatnie drżały, więc wcisnął je tylko głębiej do kieszeni, aby brunet nie zauważył.

 

-Erwin dał mi klucze, ale od środka willi jeszcze nie widziałem. - Vasquez zrównał krok z Albertem.

 

Weszli do budynku, a jego oczom ukazało się bogato zdobione wnętrze. Trochę starodawne jak na jego gust, ale całkiem przytulne.

 

- Tak, więc, na lewo masz kuchnie i jadalnie, reszta pokoi na parterze to pokoje dzienne, na końcu korytarza jest sala obrad, a na piętrze mamy sypialnie. - Albert powiedział jednym wdechu idąc przez korytarz.

-Chłopaki już pozajmowali parę pokoi, ale pewnie coś się jeszcze dla ciebie znajdzie.

 

-Ostatnie tygodnie spałem w szałasie, więc nawet i fotelem bym się zadowolił.

 

-ta, a potem ja będę musiał wysłuchiwać jęków, jak to cię plecy bolą. - Albert ponownie wywrócił oczami, próbując zebrać choć trochę irytacji w swoim głosie, jednak uśmiech nie zachodzący mu z twarzy w tym przeszkodził.

 

Vasquez także się uśmiechnął, brakowało mu tego narzekania, tej konkretnej maniery głosu, tego jak przeciąga niektóre słowa, jak czasem specjalnie zawyża lub zaniża ton w emocjach, jak przy tym wywraca oczami lub gestykuluje rękami. Tęsknił za nim strasznie.

 

-W ogóle, jak to w szałasie? Tarska poszła nie pomyśli? - tym razem mimo uśmiechu, szpilka żalu przedzierała się przez słowa, kując Vasqueza gdzieś głęboko w klatce piersiowej.

 

Obiecał przyjacielowi, że nigdy go nie zostawi, a gdyby nie Erwin, zostawiłby go na zawsze. Vasquez zatrzymał się.

 

-...Usiądźmy gdzieś, i wszystko ci wyjaśnię. - latynos powiedział ze skruchą w głosie.

 

Przez chwile patrzyli się na siebie w ciszy, w końcu Albert pierwszy oderwał wzrok i skierował się schodami na górę. Vasquez bez słowa ruszył za nim, zwieszając głowę, niczym wierny pies, który coś przeskrobał.

 

Weszli do jednego z pokoi, Speedo usiadł na łóżku, a Vasquez zajął miejsce na fotelu obok. Albert kiwnął głową dając znak, aby brunet zaczął.

 

-No więc, na ile sam wiesz co się stało, Pierre z Erwinem cię wtajemniczyli prawda?

 

-Tak - Chłopak wziął głęboki oddech- wzięli mnie, Heidi i Zacka na rozmowę, powiedzieli, że wykradli twoje ciało...i zabrali do jednego z tych informatyków. - Albert brzmiał beznamiętnie, jednak potrzebował robić przerwy w wypowiedzi przez suchość w ustach. - udało się im przywrócić cię do życia, a potem kazali ci odpłynąć na jakiś czas...zniknąć z radaru, żeby nie budzić podejrzeń i spekulacji. - zakończył wypowiedź, nie spuszczając wzroku z przyjaciela, jakby nawet najmniejsze mrugniecie miało sprawić, że zniknie, a to wszystko to halucynacje jego insomnii.

 

-Naprawdę chciałbym ci powiedzieć więcej, ale sam nie do końca rozumiem, jak to jest, że żyję. - Vasquez poprawił się na fotelu. - Z tamtego dnia pamiętam tylko jak widziałem swoje ciało w trzeciej osobie... Bylem gotowy odejść, już nie czułem emocji. Wtedy pojawili się Erwin i Pierre, błagali mnie żebym nie odchodził, że to jeszcze nie czas na spotkanie z Kuiem, że ta rodzina, którą mamy tu i teraz dalej mnie potrzebuje. - odwrócił wzrok.

 

Siedząc naprzeciwko Alberta, czuł złość na samego siebie. Nie mógł pogodzić się ze swoimi myślami z tamtej nocy. Wiedział, że nie miał nad nimi władzy, była to chwila, kiedy jego człowieczeństwo umierało.

 

Przetarł twarz dłońmi i kontynuował.

 

-Po wybudzeniu się opowiedzieli mi co się wydarzyło, chciałem od razu zobaczyć się z tobą i Zackiem, jednak Erwin stwierdził, że to nie najlepszy pomysł i lepiej, jeśli zniknę z miasta na jakiś czas.

 

-Oczywiście kurwa! - Albert przerwał mu w wypowiedź, wstał i zaczął krążyć po pokoju gestykulując rękami. - Oczywiście, po co cokolwiek mówić Speedo "klepaczowi burgerów", po co go wtajemniczać, lepiej niech jeździ 40 kółek od Maze Bank po paleto śpiąc 3 godziny na dobę, bo kurwa najbliższa osoba w całym moim życiu kurwa nie żyje, ale spoko mi nie trzeba nic mówić. - mówił cynicznie podnosząc głos- Bym kurwa wszystko zrobił, żeby pomóc. - emocje puściły, łzy spłynęły po policzkach Alberta.

-kurwa- szepnął drżącym głosem chowając twarz w dłoniach.

 

Chciał przestać, nienawidził okazywać swoich emocji, nienawidził o nich rozmawiać, a teraz wszystko przyszło naraz i wyszło na powierzchnie ogromną falą.

 

Stał na środku pokoju szlochając, jego ramiona drżały, a oddechy były nieregularne. Stał tak chwile nie wiedząc co ze sobą zrobić, kiedy poczuł dłoń spoczywającą na jego barku.

 

-wszystko w porządku maleńki, jestem tu. - Vasquez szepnął, starając się pomóc wrócić mężczyźnie do rzeczywistości.

 

Mimo dłoni spoczywającej na ramieniu dalej trzymał dystans, dając wybór, w razie, gdyby Albert nie chciał w tej chwili dotyku.

 

Niższy mężczyzna jednak zrobił krok do przodu jako niemą prośbę. Vasquez objął go delikatnie, na co on oparł czoło o jego ramię, a brunet kontynuował delikatne ruchy wzdłuż drżących ramion.

 

-nic się nie dzieje, wdech, i wydech, właśnie tak, świetnie ci idzie Albiś, nigdzie się nie spiszemy, mam cały czas tego świata - Vasquez szeptał, dopóki oddech jego przyjaciela się nie uspokoił.

 

Kiedy Albert podniósł wzrok, Vasquez ujął jego twarz w dłonie ścierając łzy i rozmazane resztki makijażu z policzków.

 

-Przepraszam cię Albert, znowu wyjechałem, znowu cię zostawiłem. Przepraszam. - sam miał łzy w oczach.

 

Albert ściągnął brwi, Vasquez powoli zabrał swoje dłonie. Młodszy sięgnął drżącymi palcami, aby zgarnąć kosmyk włosów opadający mężczyźnie na oczy, delikatnie zaczesał je za ucho, przyglądając się dokładnie jego twarzy. Przeszła mu przez głowę jedna myśl, przez którą kolejne łzy spłynęły po policzkach, ale usta wykrzywiły się w drobnym uśmiechu.

 

Czując jak nie jest w stanie zapanować nad swoimi reakcjami, ponownie wtulił się w zagłębienie szyi Vazqueza, próbując choć trochę uciec przed przenikliwymi błękitnymi tęczówkami.

 

-To już bez znaczenia - mruknął pociągając nosem – nie mam ci tego za złe, nie miałeś kontroli nad ta sytuacją. Najważniejsze że jesteś.

 

-Erwin nie chciał cię wtajemniczać, bo widział w jakim stanie jesteś, i nie chciał ci robić fałszywej nadziei. - Vasquez wplótł palce we włosy mężczyzny.

 

-Nawet jeśliby się nie udało, wolałbym mieć poczucie, że zrobiłem wszystko co było możliwe, żeby cię uratować. Tymczasem, kiedy oni uratowali ci życie, ja dobijałem siebie barkiem snu i uzależniałem się od adrenaliny...

 

-Tak jak sam powiedziałeś, to już bez znaczenia. - Vasquez pochylił się i delikatnie ucałował skroń Alberta. - Najważniejsze że jesteś.

 

Albert czół jak ciepło wypełnia całe jego ciało, od bardzo dawna nie pozwolił sobie na taki upust uczuć jak tego wieczoru, każda drobna emocja uderzała go ze zdwojoną siłą.

 

-Vasquez - powiedział ledwo słyszalnym głosem.

Odchrząknął i spróbował wyraźniej.

- Jesteś skończonym idiotom - uniósł pewniej głowę, żeby z powrotem spojrzeć w niebieskie tęczówki - upartym imbecylem, zadufanym w swoich umiejętnościach za kierownicą palantem. - Jego warga delikatnie zadrżała szykując się na wypowiedzenie następnego zdania.

- Jesteś najlepszym co mnie kiedykolwiek w życiu spotkało. - Głos się załamał a następna fala łez spłynęła po zarumienionych policzkach.

 

-oj maleńki - Vazquez powiedział czule chrypliwym tonem ponownie ocierając łzy z twarzy przyjaciela.

 

-To chore, że dopiero gdy cię niema uświadamiam sobie jak bardzo cię potrzebuję. - mówiąc to złożył delikatny pocałunek na dłoni latynosa.

- Czuję pustkę, to uczucie jakbym był w złym miejscu, o złym czasie, bo mimo że jestem, brakuje mi części mnie która zawsze jest przy tobie, i tylko razem z tobą czuje się kompletny.

 

Na to wyznanie, Vazquez sięgnął do dekoltu swojej bluzy, chwytając za łańcuszek spoczywający na jego szyi. Delikatnie go zdjął.

-Miałem go cały czas ze sobą, dzięki niemu nieważne co się działo, wiedziałem, że przetrwam. Przetrwam i wrócę, aby stanąć przed tobą i ci go oddać. - to mówiąc rozpiął łańcuszek zsuwając z niego dwie obrączki.

 

Chwycił dłoń Alberta, szukając w jego spojrzeniu sprzeciwu, ten jednak przyjął dotyk, biorąc wszystko co Vasquez miał mu do zaoferowania. Mężczyzna wsunął obrączkę na drżącą dłoń ukochanego.

 

Albert chwycił dłonie Vasqueza, wsuwając drugą obrączkę na jego palec.

 

Spletli dłonie razem, a stykający się metal delikatnie zabrzęczał.

 

-Niczego w życiu bardziej nie pragnę niż zostać przy tobie na zawsze – latynos mówiąc to przybliżył się tak że stykali się czołami a ciepłe oddechy mieszały się ze sobą.

 

-Więc zostań - Albert ułożył dłoń na policzku Vasqueza i złączył ich usta w pocałunku.

 

Vasquez oddał gest, otulając niższego ramionami, przysuwając go do siebie najbliżej jak to możliwe.

 

Pocałunek był powolny i gorący, bez pośpiechu badali swoje wargi drobnymi liźnięciami, rozpływając się w przyjemnym uczuciu.

 

W trakcie całej rozmowy bezwiednie musieli zmienić swoje położenie w pokoju, Vasquez poczuł za sobą brzeg łóżka, a napierające ciało Alberta sprawiło ze oboje wylądowali na materacu.

 

Albert kontynuował składanie delikatnych pocałunków na twarzy bruneta, na co ten zaczął się śmiać, strącając młodszego z siebie, wtulając się w niego całym ciałem.

 

-Tęskniłem za tobą, nawet nie wiesz jak bardzo. - Albert szepnął przymykając oczy i układając się wygodnie w ramionach męszczyzny.

 

-Kocham cię Vasquez- powiedział, nie będąc pewnym czy słowa wyszły z jego ust czy były częścią snu. Jednak do jego uszu dotarła odpowiedź.

 

-Kocham cię Albert. - ucałował go w czubek głowy. - Zostatnę.

 

Otoczeni tym ciepłym uczuciem, zasneli w swoich ramionach. Pewnie przez następne tygodnie będą musieli użerać się z Pierrem, który zdążył im zrobić zdecydowanie zbyt wiele zdjęć zanim wstali, ale to już było bez znaczenia, ważne ze byli razem, i nic tego nie jest w stanie zmienić.

Notes:

ostatnie fiki publikowałem z 10 lat temu, wiec mam nadzieje ze moje wypociny oddały to co miały oddac :3

dajcie znac jak wam się podoba owo

Update: po przeczytaniu tego jeszcze raz na spokojnie troche pacing ucieka, przydało by sie ciut wiecej opisów miedzy dialogiem żeby wydłużyć akcje, ale jak na to ze praktycznie nie czytam po polsku, to nie jest najgorzej :3