Chapter Text
Wieczorne zimne powietrze mroziło policzki blondyna, gdy szedł przez las. Słońce już prawie zniknęło zza drzew, a niebo robiło się coraz ciemniejsze. Blondyn szedł przed siebie, bo jak to u niego bywało, zgubił drogę, postanowiwszy, że chodzenie na skróty załatwi mu szybszy powrót do domu. Niestety, nie był to las, w którym ludzie zwykle przebywają.
Istnieje legenda, że w tym lesie roi się od wampirów i mają nawet swoją wioskę w głębi. Co prawda, ludzie tak mówią, ale prawda jest taka, że nikt z nich nigdy takiego wampira nie widział. W końcu musiał znaleźć się ktoś najodważniejszy i sprawdzić, czy ta “legenda” to tylko głupi przesąd.
Robiło się coraz zimniej i ciemniej, a blondyn już prawie nic nie widział. Wyjął zapałki i zapalił swój lampion. Mróz, cisza i ciemność powoli zaczęły go przerażać. Strach zaczynał się do niego zbliżać, a jego serce biło coraz szybciej.
Blondyn przyspieszył kroki i po 15 minutach truchtu zobaczył światła w oddali. Odetchnął z ulgą, myśląc, że w końcu jest na drodze do swojej wioski, i zwolnił. Po chwili usłyszał jakiś szelest w krzakach i od razu się odwrócił, ale nic tam nie zobaczył. Szedł dalej, myśląc, że to było jakieś małe zwierzątko.
Odwrócił wzrok w stronę światła, które widział, i nagle przed nim pojawiła się naprawdę blada postać z jasnymi niebieskimi oczami i ciemnymi włosami. Gdy ten ze strachu zaczął uciekać i krzyczeć z przerażenia, jak bardzo się mylił, i jednak wampiry istnieją, wypadł mu z rąk lampion, przez co już nie miał żadnego światła i nic nie widział. Tajemnicza postać zatrzymała go i zakryła mu buzię, chowając się za krzaki.
Ciemnowłosy przysunął głowę bliżej jego ucha - Musisz być cicho, bo cię znajdą... - powiedział szeptem. Blondyn, będąc w wielkim stresie, po prostu zrobił to, co mu powiedziano. Po chwili pojawiły się inne postacie, bardzo podobne do chłopaka, który właśnie go trzymał. Mimo że nie mógł ich dobrze dostrzec, mógł powiedzieć, że raczej wyglądali, jakby na coś polowali.
Po chwili poszli, a ręce obcej mu osoby rozluźniły się, co wykorzystał do ucieczki. Lecz ta próba nie udała się. Znów był przytrzymany, ale tym razem jakoś mógł zareagować.
- P-puść mnie, psycholu!! Kim ty jesteś!! - wykrzykiwał, próbując się wyrwać z objęcia nieznanej mu osoby.
- Ja.. Przepraszam, ale oni mogą zrobić ci krzywdę, więc bądź proszę ciszej, bo wtedy nie tylko ty będziesz mieć problemy... - mówił jak najciszej, próbując uspokoić sytuację.
- Jezu.. Jezu.. Ty pewnie jesteś tym wampirem, o którym mówili.. Jezu, to mój koniec.. Babciu, przepraszam, że zwątpiłem w twoje opowieści.. - Blondyn zaczął wariować i od stresu jakby miał omdleć. Chłopak, widząc to, od razu położył blondyna na ziemi.
- Ja - tak, jestem wampirem, ale obiecuję, że nic ci nie zrobię, naprawdę. Mogę ci wszystko o mnie powiedzieć, cokolwiek chcesz, jeśli pomoże ci to mi choć odrobinę zaufać. Mam na imię Tolvydas, ale możesz mi mówić Tolys.
- Ale czemu... czemu co.. co Ty robisz?
- Ah... Zrobiłem coś źle? Słyszałem, że tak się ludzie zapoznają, a nie chcę cię stresować naprawdę.
- Nie o to chodzi! Czemu ty się mi przedstawiasz.. Nie powinieneś jakoś, nie wiem, pić mojej krwi czy coś... - Popatrzył na niego z lekkim przerażeniem, i Tolys zrozumiał, o co chodzi.
- AA.. Nie, nie! Ja nie robię takich rzeczy, spokojnie. Przepraszam, że to wszystko jest takie chaotyczne, ale widziałem, że możesz być w niebezpieczeństwie, a wydajesz się naprawdę ciekawą osobą.. Poza tym nigdy nie miałem kontaktu z ludźmi.
- Okeeeej... To jeśli nie masz zamiaru nic mi robić.. Mógłbyś tak jakby.. odsunąć się ode mnie? Tolys odsunął się, a blondyn skorzystał z okazji i od razu zaczął uciekać. Tolys, widząc to, naprawdę szybkim ruchem znów go złapał.
- Bardzo przepraszam, Feliks, ale nie mogę cię puścić, bo łowcy cię zabiją. - Chłopaka zatkało. Skąd wampir znał jego imię, jeśli mu go nie mówił?
- Nie dość, że wampir, to jeszcze stalker!? Skąd znasz moje imię!?
- No, nie zrozumiesz chyba... To nie moja wina, że tak głośno mówisz, że aż cały las słyszy twoje słowa! Proszę cię, po prostu uspokój się i pozwól mi wszystko wyjaśnić. Myślałem, że rozmowa z człowiekiem będzie łatwiejsza.
- A wypraszam sobie! Jestem najlepszą osobą do rozmów, ale ty jesteś wampirem i na pewno chcesz wyssać mi krew! - Feliks nagle odkrył w sobie charyzmę, by przezwyciężyć swój strach. Tolys tylko łapał się za głowę, już lekko zirytowany.
- Nie piję ludzkiej krwi. Mówiłem ci już, że tego nie robię. Normalne wampiry tego nie robią.
Wampir nagle wyczuł obecność łowców, którzy najprawdopodobniej już wracali. Szybko wepchnął Feliksa do błota za krzakami i sam się schował, oczywiście zasłaniając twarz blondynowi, by nie wydawał żadnych dźwięków.
Gdy wampirzy łowcy przechodzili, byli pokryci krwią, co było też mocno czuć. Gdy Feliks to dostrzegł, szybko zrozumiał, że faktycznie powinien zaufać Tolysowi. Ale dalej musiał się dowiedzieć, czemu postanowił mu pomóc i czy go śledził, jeśli faktycznie słychać było go wcześniej w lesie.
Gdy byli już daleko, Tolys odsunął się od Feliksa, a ten wstał. Oczyścił trochę twarz z błota, nie zawracając sobie głowy całym ubraniem, które było kompletnie ubłocone. Był wdzięczny, że Tolys uchronił go przed tymi straszliwymi wampirami, ale jednocześnie był zły, że musiało to kosztować go kąpiel w błocie.
- Dzięki za to, że wepchnąłeś mnie w błoto - powiedział Feliks, poprawiając swoje włosy. - Może byś był taki uprzejmy i powiedział mi, dlaczego mnie śledziłeś, skoro tak bardzo krzyczałem na cały las? To jest dość... dziwne, no wiesz? I trochę to wygląda tak, jakbyś chciał wyssać z mnie krew.
- Nie piję ludzkiej krwi - odpowiedział Tolys.
- Tak, już mówiłeś - powiedział Feliks. - Teraz się tłumacz.
Tolys westchnął.
- Po prostu byłem ciekawy... Żaden człowiek, o ile wiem nie chodził tu od lat.
- Aha... więc pewnie też dlatego mi ogólnie pomogłeś?
- Tak, naprawdę nie mam złych zamiarów.
- Przecież wiem, już mówiłeś.
- A... a tak... chodzi o to, że słyszałem o ludziach jedynie od innych wampirów, nigdy nie miałem z nimi żadnej interakcji, jedynie widziałem paru, gdy byłem młodszy, gdy chodziłem jeszcze na zwiady na granicach lasu.
- Mhm...
Między nimi zapadła niekonfortowa cisza. Feliks wyszedł z błota i lekko się otrzepał.
- To ten... ja będę już szedł... tam świecą się jakieś światła, myślę - znaczy, wiem, że to moja wioska.
- Czyli się zgubiłeś...?
- Co?? Nie! Czemu tak myślisz? Jestem wprawiony w chodzeniu po lasach!
- Tyle, że to wampirze miasteczko.
Blondyn jęknął z irytacji. Przez chwilę nie mówił, tylko oglądał się dookoła, ale za dużo nie widział ponieważ było zbyt ciemno. Wtedy przypomniał sobie, że jego lampion jest popsuty, a szczątki leżą gdzieś w krzakach.
- Gdzie ja do cholery jestem? - zapytał.
Tolys cicho się zaśmiał. - Ekspert od lasu... haha...
- I co się śmiejesz, głupi wampirze? - prychnął blondyn.
- Haha... dobrze, już nie będę. Mogę ci pomóc wrócić, chyba że dalej boisz się, że ci wyssę krew...
- JA SIE NICZEGO NIE BOJE! - krzyknął blondyn.
Tolys zaczął iść drogą, która prowadzi do wioski, w której mieszka Feliks. Feliks z lekkim opóźnieniem dogonił go.
- Hej! Mógłbyś poczekać, no...
