Work Text:
Obserwuje go, gdy wychodzi spod prysznica z białym ręcznikiem owiniętym wokół bioder. Kontrast kolorów puchowego materiału i oliwkowej skóry mężczyzny oraz krople wody, które spływają wzdłuż jego pleców, powodują, że ponownie może poczuć te mięśnie i dotyk na swoim ciele. Patrzy, jak nachyla się do plecaka, by wyciągnąć czarną koszulkę i prostuje się, kierując ponownie w stronę łazienki.
— Zostań — mówi, nie spuszczając z niego wzroku.
Ian nie zatrzymuje się, ale i tak odpowiada:
— Nie mogę, rano muszę być w Kolorado.
Don milczy, wpatrując się w sufit. Po chwili przenosi wzrok na bagaż mężczyzny oraz na stolik, gdzie odłożyli odznaki, bronie i telefony. Eppes nie powiedział Edgertonowi, że swój wyłączył od razu, gdy przekroczyli próg jego mieszkania. Świat się nie zawali, gdy przez jedną noc będzie nieosiągalny; poradzą sobie bez niego.
Kiedy Ian wraca do pokoju i obchodzi łóżko, by odebrać swoje rzeczy, Don wyciąga ramię i przytula swojego kochanka. Krzywi się, czując lekki ból w biodrach, który jest powodowany tym ruchem, ale nie rozluźnia chwytu. Siłą przyciąga go tak, że mężczyzna upada na niego. Don wypuszcza zduszony jęk, ale momentalnie oplata go nogami i ramionami, starając się jak najbardziej zmniejszyć dystans pomiędzy ich ciałami.
— Zostań — szepcze, nie patrząc na niego. — Na zawsze — dodaje ciszej, muskając go koniuszkiem nosa oraz ustami po szczęce.
Nie chce widzieć tego, co wyraża teraz twarz mężczyzny.
Przez chwilę obaj milczą. W powietrzu słychać tylko stłumione westchnięcia, które wydaje Don, wijąc się pod Ianem i próbując odwrócić ich pozycje. Gdy mu się to w końcu udaje i siada na biodrach kochanka, znajduje odwagę, by spojrzeć mu w oczy. Widzi, jak jego dłoń unosi się, więc sam schyla swoją twarzy, by poczuć na policzku jej ciepło. Spod wpółprzymkniętych powiek wpatruje się w niego, odsłaniając i przekazując w ten sposób wszystko, czego jeszcze nie może powiedzieć słowami.
— Zostanę.
Podstawowy błąd, który powinien przewidzieć nawet świeżak: jeżeli przed domem widzisz cztery motocykle, to istnieje spore prawdopodobieństwo, że napastników też będzie czterech.
— Ty idioto — warczał pod nosem Ian, wydreptując ścieżkę przed salą operacyjną.
Alan i Charlie siedzieli w ciszy na krzesłach. Byli zbyt drażliwi i nerwowi, i wiedzieli, że wystarczy drobnostka, a skoczą sobie do gardeł.
Ian powinien leżeć w pokoju zabiegowym po oddaniu sporej ilości krwi, ale adrenalina w jego żyłach nie pozwalała mu ustać w jednym miejscu.
— No idiota! — sapnął głośniej, przeczesując dłonią włosy.
Nagle usłyszeli otwierające się drzwi od sali operacyjnej.
Zamarli.
Nie mówili nic, kiedy Ian wychodził ze szpitala ze stoickim wyrazem twarzy.
I nie mówili, kiedy w ciągu kolejnego tygodnia wybierał najbardziej mordercze misje.
Nie mówili, kiedy po miesiącu jedna z nich okazała się samobójcza.
Parę miesięcy później Charlie, opróżniając mieszkanie Dona, znalazł pewne zdjęcie.
Mówili, że obraz zawsze jest wart więcej niż milion słów.
