Chapter Text
Ostatnie płomyki leniwie smagały na wpół spalone drewno, a raz po raz migały pojedyncze iskierki. Nie tak dawno płonęły z pasją, teraz jednak gasły smętnie w półmroku, zabierając ze sobą nie tylko całe ciepło, lecz także i światło. Ogień w kominku dogasał.
Pora była już dość późna. Księżyc górował wysoko na ciemnogranatowym firmamencie w akompaniamencie milionów błyszczących ogników. Służba dobrą godzinę temu położyła się spać, kończąc swój dzień pracy. Jedynie Sylviane i jej rodzice siedzieli w salonie przy palenisku. Młoda, urodziwa kobieta siedziała wygodnie w fotelu, zaczytując się w pozycji pod tytułem: „Niezwykła historia i zwyczaje Sumeru". Nie potrafiła oderwać od niej oczu. W głowie snuła fantazje o cudownościach, jakie kryły ich lasy deszczowe.
"Tam dopiero musi być ciepło." — Pomyślała, próbując wyobrazić sobie panujący tam klimat. Niemal czuła skwar palący skórę i ciepły deszcz. Wilgoć i wysokie temperatury tworzyły zabójczą mieszankę dla poszukiwaczy przygód. Od dłuższego czasu starała się zdecydować, gdzie wyruszy najpierw, gdy wreszcie odblokują granicę. — "To dobry kierunek podróży"
Rozmyślania przerwało jej cichutkie dudnienie kropel deszczu o szybę. Purpurowa błyskawica przecięła nocne niebo, rozpraszając mrok.
— Archonka znów się wściekła — powiedziała sama do siebie, wzdychając. To trwało już dobrych kilka dni. — Ciekawe, kto dziś jej podpadł.
— Skarbie, słyszałeś, że ten Podróżnik, o którym piszą w gazetach, ponoć był widziany na Ritou. Jak myślisz, jak udało mu się przedostać na wyspę? Szczerze wątpię, żeby przybył z zaproszenia naszej czcigodnej pani. — Sayo zwróciła się do swojego męża, który siedział przy kominku, popijając sake. — Po co tu w ogóle przybył?
Sylviane, która dotychczas ignorowała rozmowę rodziców, teraz zamknęła książkę, przysłuchując się im z ciekawością. Ten Podróznik, który pokonał Dvalina, dotarł do Inazumy? Ten, o którym rozpisywał się Steambird? To brzmiało nierealnie. Jak udało mu się obejść Dekret Sakoku?
Przyjemne ciepło rozlało się po klatce piersiowej kobiety. Nadzieja na nowo rozpaliła się w jej sercu. To mogła być szansa. Nie łudziła się, że jasnowłosy przybysz znikąd pokojowo przekona Electro Archonkę do zniesienia dekretu. Nie, to przy niej nie przejdzie. Do niej docierał tylko argument siły. Pozostawało mieć nadzieję, że Podróżnik w końcu będzie tym, który ośmieli się jej przeciwstawić.
A może wtedy los i do niej się uśmiechnie?
— Nie wiem, ale niech lepiej ma się na baczności. Wygląda mi na przewrotowca. Nie chce zetknąć się z moim ostrzem — odparł krótko, głosem, który zmroziłby niejednego. — Nie zamierzam stać bezczynnie, gdy będzie próbował wszcząć rebelię.
Nagle zamilkł, rozumiejąc, że powiedział o jedno słowo za dużo.
— Znowu wyjeżdżasz? — rzuciła spokojnie jego żona, dobrze wiedząc, co miał na myśli. O ciężarze zadanego pytania świadczył fakt, że zapadła grobowa cisza.
Mężczyzna wodził wzrokiem po ścianie, na której niczym trofea łowieckie, odznaczały się liczne medale za zasługi. Było ich tyle, że nie dało się ich nawet doliczyć. Najwidoczniej przyszła pora, aby do kolekcji doszedł kolejny.
— Kujou Sara ogłosiła mobilizację i zbiera wszystkie siły.
Sylviane podejrzewała, co kryje się za tymi słowami. Nastroje wewnątrz armii Shogun stawały się coraz bardziej napięte, a to mogło znaczyć jedno — spodziewają się, że zbliża się bunt, który musieli stłumić za wszelką cenę. Choćby i kraj miał spłynąć krwią tych, unoszących miecz przeciwko Electro Archonce. Nic nie mogło zakłócić jej zakłócić dążenia do Wieczności.
Wszystko wskazywało na to, że zbliżało się polowanie. Obawiali się siły, jaka podąża krok w krok za Podróżnikiem.
To ją cieszyło. Wreszcie nadejdzie odwilż.
— Sylviane, podjęłaś już decyzję, co chcesz robić ze swoim życiem? Lepszej okazji od losu nie otrzymasz. Kujou Sara przyjmie cię z otwartymi ramionami, a jeśli się wykażesz, masz szansę daleko zajść. Z twoim talentem... może mi dorównasz — zaczął temat Fuyuhiro, przeczesując palcami szpakowate włosy. Głos miał ciężki, wyraźnie zmęczony życiem, sam ton... on wskazywał na to, że było to stwierdzenie, a nie pytanie. Surowe oblicze mężczyzny zdobiły zmarszczki i kilka dość szpetnych blizn — pamiątki minionych czasów. Mierzył ją wzrokiem, oczekując odpowiedzi.
— Poza tym wreszcie będziesz mogła odwdzięczyć się czcigodnej Ekscelencji za jej łaskę — wtrąciła się zadowolona z pomysłu matka. — Dasz nam prawdziwy powód do dumy.
Córka przygryzła nerwowo wargę, czując niewidzialny sznur zaciskający się na gardle. Zbyt dobrze wiedziała, że to, co powie, wywoła burzę. Nie pierwszy raz zresztą.
— Mam wrażenie, że sam już zdecydowałeś — mruknęła cicho, niemal szeptem, na co ojciec zmarszczył groźnie brwi. Niezbyt się tym przejęła, zbyt długo mieszkała z nim pod jednym dachem, aby robiło to na niej wrażenie. — Nie chcę iść do wojska. Ani pracować na dworze Shogun — uściśliła stanowczo. — Mam inny plan na siebie.
Mężczyzna mamrotał niewyraźnie słowa, a jego twarz oblała się szkarłatem. Matka w odróżnieniu od niego, niemal zupełnie zbladła, milcząc, wpatrywała się w nią, jak cielę w malowane wrota. Oddychała ciężko, jakby lada moment miała zemdleć.
— To co w takim razie planujesz, skarbie? — odezwała się niepewnie, przecierając pot z czoła. Już od dawna obawiała się, że obierze inną drogę, niż tą, którą dla niej wybrali. Teraz jej strach, przeistoczył się realny koszmar.
— Chcę podróżować, ojcze. Nie zamierzam spędzić całego życia tutaj, kisząc się, nie mając szans na zaznanie czegoś innego. Ja... wolę poznawać świat, kultury... — powiedziała z podniesioną głową. Nie bała się patrzeć mu w oczy. — Chcę żyć swoim życiem, a nie tym, które myślicie, że będzie dla mnie dobre.
— Dziecko, czy ty siebie słyszysz? — wydusił z siebie z trudem, wyraźnie urażony. Z sekundy na sekundę przypominał wulkan, który w każdej chwili może wybuchnąć. — Podróżować? To nie jest żaden zawód, no chyba, że dla nas. Jak zamierzasz się z tego utrzymywać? — wyrzucił jej, nie kryjąc swojego rozczarowania, a także i... strachu? — Kto według ciebie ma stanąć na czele rodziny?
— Nie wiem, ja na pewno nie. To nie jest to, czego pragnę — odparła najspokojniej, jak potrafiła. Serce biło w jej piersi, jak oszalałe. — Musicie się wreszcie z tym pogodzić.
— Nie zamierzam, w momencie, gdy moje dziecko niszczy swoją przyszłość, aby bawić się we włóczęgę. Zrozum, jesteś dorosła, pora porzucić dziecięce marzenia i zejść na ziemię. Dorośnij. To nie żaden sposób na życie... to hobby. I to wyjątkowo bzdurne. Zresztą, jak będziesz starsza, to zrozumiesz i jeszcze nam podziękujesz za to, że cię naprostowaliśmy. — Każde słowo wyraźnie akcentował, starając się wciąż przemówić do rozsądku swojej córce. Spacerował w kółko po pokoju. — Co ci tu tak bardzo nie pasuje? Służba u Archonki to nie tylko pewna posada, ale i zaszczyt.
Sylviane wzięła głęboki wdech. Miała okazję przekonać się na własnej skórze, jaka to chluba. Pozostawiła to bez komentarza.
— Przecież ojciec pomoże ci załatwić ciepłe stanowisko w armii. Nasza czcigodna bogini powita cię z otwartymi ramionami... — Wtórowała mu matka, kiwając głową.
— TO NIE JEST MÓJ BÓG — warknęła wściekle, z impetem zamknęła czytaną dotąd książkę. Miarka się przebrała. — I nigdy nie będzie.
— Nie bluźnij! — Dotychczas opanowana Sayo wybuchła gniewem. Znieść mogła wiele, lecz nie znieważanie Archonki. Nie tej, której wiernie ich rodzina służyła od pokoleń. — Nie tak cię wychowaliśmy.
Młoda kobieta przygryzła wargę aż do krwi. Miała przeogromną ochotę krzyczeć, wyrzucić z siebie wszystkie emocje, nią targające. Nie zrobiła jednak tego. Zbyt dobrze wiedziała, że to daremne. I tak nie zrozumieją.
Fuyuhiro kręcił głową, próbując się uspokoić. Dlaczego na wszystkich Archonów takie dziecko akurat musiało przytrafić się jego rodzinie? Czym sobie zasłużył?
— Na nasze szczęście nie masz w tej kwestii nic do powiedzenia. Powinniśmy się cieszyć, że Archonka chroni nas przed takimi głupimi pomysłami. — Westchnął. — Kiedyś to zrozumiesz i docenisz.
— Czy wy naprawdę nie słyszycie tego, co mówicie? Odbiera nam wolność, Wizje... a wy się z tego cieszycie? — Załamała ręce. Powoli docierało do niej, że to przegrana wojna. Do nich nic nie dotrze. — Nie boicie się, że będzie chciała kontrolować każdy aspekt naszego życia?
— Nie przesadzaj. Jej Ekscelencja robi to dla naszego dobra. Kraj powinien być zarządzany silną ręką, żeby nie popaść w chaos — skarciła ją surowo matka. — Słyszałaś, co się stało w Mondstat. Ich Archon porzucił i widzisz, do czego doszło. Smok się zaczął u nich panoszyć. Nasza pani nigdy nie dopuściłaby do takiej sytuacji.
Sylviane nie odpowiedziała, przeczuwając, że skończy się to tylko eskalacją kłótni. Niewiele myśląc, wstała z fotela i bez słowa ruszyła przed siebie. Burza za oknem nie wydawała się żadną przeszkodą.
— Cała ty. Potrafisz jedynie uciekać od odpowiedzialności — wygarnął jej ojciec, nim opuściła salon. — Jeszcze wspomnisz moje słowa!
꧁✦⸻✦꧂
Niebiosa grzmiały srogo, grożąc każdemu, kto znajdował się na zewnątrz. Zza ciężkich chmur o kolorze dogaszonego w kominku popiołu, od czasu do czasu przebijały się pioruny, rozświetlające nocne niebo. Wiatr wył, przerywany co jakiś czas donośnymi niczym trąby grzmotami. Zasłona deszczu spowijała wszystko wokół.
To zdawało się zupełnie nie przeszkadzać samej Sylviane, choć dygocząc z zimna, wciąż szła w nieznanym kierunku. Wdychając zimne, przesiąknięte na wskroś wilgocią i świeżością, powoli się uspokajała. Nie zamierzała jeszcze wracać. Pewnie znów by się z nimi pokłóciła.
Westchnęła.
Gdyby tylko mogła, to jeszcze dziś opuściłaby wyspę. Wyjechała gdzieś... daleko. Nieważne w zasadzie w jakim kierunku i celu, byleby wreszcie uciec. Niestety, to pozostawało to tylko mrzonką, odległym snem. Inazuma wciąż pozostawała zamknięta.
Wzniosła wzrok ku niebu, w nadziei uzyskania odpowiedzi na nurtujące pytania.
Rozbłysło oślepiające światło o niebieskiej barwie. Nagle poczuła, że niewielki przedmiot ciąży w jej dłoni. Zdziwiła się wielce, widząc niewielki, oprawiony w złotą obudowę, klejnot klejnot w kolorze ciemnego granatu, a na nim symbol. Znak na kamieniu rozpoznała od razu. Dzierżyła Hydro Wizję.
Niebiosa dały jej znak, lecz co z tego, że nie potrafiła go odszyfrować?
Wtedy wiedziała tylko jedno: zna pierwszy cel swojej podróży.
Wracając tamtej nocy do domu, skrzętnie ukryła dar pod warstwą ubrań, jakby była cennym skarbem. Nie mogła zostawić jej na widoku. Gdyby ktokolwiek się dowiedział o jej Wizji... nawet wolała o tym nie myśleć. To musiało zostać sekretem. Przynajmniej na razie.
