Chapter Text
Sandomierz zalał nocny deszcz, który miał w sobie coś z zimy zalęgłej w przedwiośniu, w chłodzie jego kropel, a Mateusz Żmigrodzki nie spał dobrze. Ciężkie wieka powiek przymykały mu wgląd na ciemny świat. Tylko gdzieś przy nieszczelnych rzęsach, czerwień powoli chłonęła jego wizję, a widmo oczu, ślepi wyśnionych, straszyły go swoją intensywnością, groziły widzeniem, dostrzeżeniem, znalezieniem go w mroku.
Czy istnieje coś bardziej przerażającego niż bycie widzianym?
Otworzył tedy przerażony blade ślepia, wydychając ze ściśniętych płuc jaki czad, który wdychał w jego nozdrza bies siedzący mu na piersi.
- Chryste, co za licho... – szeptał, gdy spoglądał w czerwień godziny swojego zegarka, co mu rogówki wypalała. - Ojcze Nasz…
Modlitwa podjęła się rozgrzać jego myśli, zdusić niepokój i lęk, jakiego nabył podczas wędrówek życiowych. Natury neurotycznej nie miał, ale nerw był jego naderwany, prosił dlań o ukojenie, najlepiej odpoczynek wieczny.
Był za stary twierdził, w duchu. Chciał tylko spać, choć miał zaledwie pięćdziesiąt wiosen i sen się go nie imał. Dla takich jak on, była to już starość – podkreślał głośniej. Cisza pokoju stawała się stopniowo piszczeniem, szumem, co częściej był obecny w jego codzienności, przerwały, może bardziej dołączyły do niego kości stare niestare - te trzaskały nieprzystojnie, bezwstydnie, bo on nie nosił dobrze nocy i jej gorączki. Czuł się u kresu, zbyt stary i zmęczony na nadzieję, że jeszcze będzie lepiej, że nie będzie tak bezwstydnie stary, że kiedyś jeszcze zdoła to ukryć. Zostało mu dziesięć lat, w najlepszym wypadku piętnaście, z których to pięć będzie przyklejonym do łóżka, tyle zostało mu z jego życia.
Czwarta rano groźnie łypała ze stolika nocnego, przypominając o swojej w powietrzu obecności, kalała skórę jego policzka czerwonym cieniem. Skonstatował, że odpoczywał jakieś marne trzy godziny i informacja ta była mu względnie do przełknięcia, Mateusz nie rozpaczał, tylko drżał z zimna. Czuł jak stopy zdrętwiałe, skostniałe po wieczornym biegu, pulsują nieprzyjemnie, gdy powoli układał je na zakurzonych deskach. Mięśnie spięte ograniczały ruchy mocnym pijawki pocałunkiem. Po kilku słowach modlitwy ruszył z wąskiego łóżka, które to trumnę mu przypominało. Ściskało go w żołądku, coś podeszło do gardła. Strach.
Przeszedł sztywny drogę do okna, które było mu widokiem na jego przyjaciela. Skrył się on przed nim, niby nagle nieśmiały za chmurami. A kłęby, które go kryły, te pędziły z wiatrem, a motywowane podmuchami, chciały jak najwięcej w tym swoim życiu krótkim zobaczyć.
Za księdzem Żmigrodzkim ciągnęła się długa podróż = zakończył ją zaraz po pierwszej niedzieli Wielkiego Postu. Przeprowadzka z Białorusi nie była najłatwiejsza, nie mówiąc już o powodzie, dla którego wrócił do miasta jego lat niewinnych, jeszcze wtedy nieskazany, nieobdarowany – jak to ładnie ujął jeden z jego przełożonych. Tamten czas nosił się jeszcze z uśmiechem. Teraz czuł ciężar głowy, każdej myśli. Czuł lęk, rezygnację, tęsknotę do ziemi, zapachu łąk, starego kościoła, starych ludzi, których dłonie całował, których usta stare całowały jego dłonie. Jego ludzie. Wielki Post będzie mu prawdziwą próbą.
Chwycił plastikowy parapet w pokaleczone, opuchnięte palce, oparł się na stwardniałych poduszkach i przyłożył gorące czoło do chłodnej szyby. Blizny jego zrodzone własnymi długimi zębiskami rozchodziły się po przegubie dłoni, wyżłobione linie ciągnęły się do łokcia, długie i zawinięte jak odnogi Nilu. Były brzydkie te jego ręce, palce krzywe, paznokcie wrastały w skórę, te zniszczone nadawały się jedynie do chowania ich w gestach modlitwy albo w kieszenie tak, żeby nikogo nie straszyły. W kółko zakażone, w pętli bolące, reumatyczne, jakby miał w sobie ułomek tego trądu biblijnego, przed którym ludzie uciekali, a chorych wysyłali na pustelnie. Może i miałyby szansę na rehabilitację, na uleczenie, ale potrzebowałby nadzoru, opieki, potrzebował człowieka, dla którego byłby w najlepszym scenariuszu śmiercią. Pozostały mu więc rany, które pogłębiał w desperackim krzyku przemian, niekochany i zapomniany. Ktoś musiałby go trzymać, chronić. Był jednak sam, bo tak działał jego świat. Żadnych łez nad tym nie miał już prawa wylewać – był na to za stary.
Ksiądz, jak zwykł o sobie mówić, był stary i samotny. Człowiekiem nie był - przynajmniej nie zawsze. A jednak niejeden człowiek, czysty człowiek zrodzony z człowieka, bardziej przypominał bestię niż on. W jego oczach potrafił odbić się diabeł, gdy porzucał moralność, lecz Mateusz, choć nie był już człowiekiem, bywał najbardziej ludzki ze wszystkich. Kiedy już nim się stawał, starał się być najlepszy, najuczciwszy, najpewniejszy. Druga strona jego natury wciąż czyniła dobro i z czasem coraz łatwiej poddawała się jego woli - panował nad sobą. Mateusz mógłby więc być z siebie zadowolony, nazwać się człowiekiem i na tym poprzestać. Zamiast tego każdego wieczoru patrzył sobie w oczy i pragnął rozbić lustro, bo widział w nim jedynie wilka i krew. Słyszał dudnienie, jak to coś w nim skomle i wyje.
Mateusz Żmigrodzki, marząc o utraconym, czystym człowieczeństwie - może z ukrytą zazdrością - stronił od ludzi. Najpodlejszym ciężarem był mu człowiek; wstydził się tego bardzo. Unikał rozmów, choć odpowiadał zawsze śmiało i sprawiał wrażenie otwartego. W istocie zwyczajnie nie chciał rozmawiać. Odwykł. Zdziwaczał. Posunął się nawet do pewnej pychy, do osobliwego galopu myśli, bo nabyte dziwactwo przestał nazywać grzechem a właśnie charakterem i usposobieniem. Chciał być sam ze swoimi brzydkimi rękami, bez oczu, które oceniają. Starzy ludzie nie pytali. Patrzyli, całowali te ręce, czasem przynosili mleko. Tam się nie mówiło.
Nie możemy skazywać naszego bohatera na osąd zbyt wczesny, bo co mógł zrobić, skoro zapachy rozsadzały głowę jego obleczoną w jasną aureolę pozostałych włosów. Dźwięki były nieprzyjemne, a przemiany łamały kości, które kochające ręce powinny trzymać, powinny składać. Był zbolały i pragnął ukojenia, zdjęcia go z tego krzyża, wyjścia z czyśćca, albo w najgorszych chwilach by Piotr wpuścił go, otworzył bramę, a on by ręce Piotrowe ucałował za ten cud, za tę dobroć. To mogła być zazdrość, ale głównie był to sposób na uniknięcie bólu fizycznego, nie tylko psychicznego.
Dawno temu jeszcze marzył. W słodkich snach przymierzał się do klasztoru, do małej celi, która byłaby mu dana. Myślał jednak, że to zbyt wielka dogodność, zbyt łaskawe spojrzenie przełożonych. Zrobił za mało. Pomógł za mało. Z czasem przestał marzyć o własnej celi. Utracił słodki sen. A gdy człowiek przestaje marzyć, przestaje żyć.
Mateusz Żmigrodzki stał się funkcją. Narzędziem. Przedmiotem. I z wolna zaczął ten przedmiot przypominać. Ostatecznie zostało mu dziesięć lat życia w porywach do piętnastu.
Teraz był tutaj, w tym mieście, z dłońmi przyciśniętymi do uszu i garścią tabletek, które miały ukoić ból. Nie potrafił przyjąć tylu dźwięków, tylu zapachów, tylu krzyków naraz. Każdy warczał. Każdy miał coś za uszami albo coś do powiedzenia. Każdy czegoś potrzebował. A jego wiek - niemłody już - był za ciężki na takie zmiany.
- Ostatni raz, ostatni raz to robię. - Wyszeptał dla otuchy swojej. - A później… zobaczymy.
Jak na zawołanie jego umysł - najgorszy z przyjaciół - podsunął mu echo krzyków, których sam był prowodyrem. Wbijanie pali w niekrwawe serca. Odrywanie głów. Palenie ciał. Wszystko to czynił Żmigrodzki w imię Pana. Czy słusznie? Nie według jego własnego kodeksu. W Kościele było to słuszne. Na ten Kościół godził się każdego dnia, wkładając koloratkę - niby obrożę pod kołnierz koszuli. Każdego dnia przyjmował to razem z nią.
Odsunął się od szyby pokrytej mgłą jego oddechu i ruszył w poszukiwaniu telefonu, przecierając suche oczy. Ekran rozświetliła białoruska łąka - ta sama, nad którą unosiła się poranna mgła i gdzie zwykł odpoczywać. Tęsknił za swoim azylem, w którym cierpiał mniej niż gdziekolwiek indziej. Ostatnio było tam jeszcze spokojniej. W białoruskiej plebanii nie majaczyło widmo kałuży krwi - ani jego, ani cudzej. Tylko w te dzikie noce zdarzały się rany zadane sobie samemu i drobne plamy na lnianej pościeli. Małe rozbryzgi. Żadnego mordu.
Jedyny dom, jedyne miejsce, jakie miał, odebrano mu właśnie wtedy, gdy zaczął wyobrażać sobie resztę życia na tamtych polach. Pies pasterski i jego delikatne owce. Nadal chroniłby ich przed niewidzialnym niebezpieczeństwem. Mateusz Żmigrodzki nauczył się już, że marzenia potrafią być najlepszym przyjacielem - i najpodlejszym kusicielem zarazem. Nadal jednak wpadał w tę nędzną pułapkę, płacąc zdrowiem za swoje pragnienia. Żadnego domu, żadnej małej, suchej celi.
Pan ma swoje plany, a człowiek swoje.
Wczorajsza wiadomość od jego pomocnika, potencjalnego kolegi i przewodnika nadała rytm porankowi, do którego obudził się za wcześnie.
Mieczysław Nocul: Zabiorę jutro księdza na komendę. Obejrzymy dowody. Proszę o wiadomość zwrotną z godziną. Może uda nam się ominąć szefa.
Odpisał zwięźle, że po dwunastej powinien być wolny jak ptak na wietrze, chociaż tę poezję sobie darował. Patrząc po ludziach, nie byli oni podobnie mu głowami w chmurach. Wśród ludzi czuł się jak ktoś, kto, zamiast łagodzić, pogłębia pęknięcia. Być może widzieli w nim nie pocieszyciela, lecz zapowiedź końca.
Mieczysława spotkał przed biurem biskupa, od niego niósł plik kolejnych już w swoim życiu krwawych dokumentów. Nocul był wielkim mężczyzną o miłej twarzy i beztroską w oczach. Szczęściarz z rodziną i podobnie mu radosną kobietą. Co było kontrastem, do tego, jak posługiwał się słowem, jak opisywał potencjalnego mordercę. Pluł sobie w brodę, w imieniu swoim, jak i szefostwa, że muszą zwrócić się do kurii z tą sprawą, jednak w policji dominowali ludzie, którzy ledwo rozumieli naturę człowieka, a co dopiero kogoś, kto to człowieczeństwo pogwałcił w imię przymiot, jakie do człowieka nie należą. Cicha umowa pomiędzy dwiema stancjami, że podobne przypadki zostawią w rękach palaczy, oni potrafili skutecznie pozbyć się problemu, rzadko przy tym ginęli.
Świat tak działał, przynajmniej ta część świata i Mateusz podobne umowy podpisywał wiele razy, w różnych zakątkach kraju ojczystego, jak i poza nim.
Teraz powiedział sobie, że będzie to jego ostatni podpis, ostatni cyrograf. Ta sprawa miała być mu ostatnią, zważywszy na wiek i kontuzje, na zmaltretowane ręce, na jego pochylenie, na zmarnowane życie obroczone we krwi. Obiecano mu spokój już lata temu, jednak Biskupowi sandomierskiemu, który był mu przewodnikiem, odmówić nie potrafił.
Obracał aparat w dłoniach, nieskupiony spoglądał na odległą latarnie uliczną. Rwało go w karku, głowa łomotała i czuł się tak, odkąd przyjechał do miasta. Podejrzewał, że zaczyna chorować, z drugiej strony, wolał zachować przykre przypuszczenia dla siebie. Gdyby gospodyni jego wyczuła boleść, podejrzewał, że byłoby po nim, a śledztwo utknęłoby na kolejny tydzień. Nie zamierzał zwlekać, chciał jak najprędzej wyjechać.
Naciągnął sutannę na ramiona, gdy doszedł do siebie - gdy szum ustał, a serce uspokoiło swój galop. Myślał o wtorku, który przywiódł go do miasta. Raz jeszcze przechodził w pamięci drogę, którą pokonał w ostatnich dniach; widział napotkanych ludzi i odtwarzał rozmowy.
- Szef nie chciał tego oddawać, ale generał się uparł.
- Dlaczego? - Zagadnął, wkładając kopię akt do teczki.
Oczy Nocula pociemniały, warga delikatnie zadrżała a twarz pulchna stężała. Stała się w kilka chwil starsza i szczuplejsza.
- Kwestia honoru. - Mruknął. – Lobbuje za tym, by ukrócić takie współprace i szkolić naszych ludzi.
- Może ma rację, tylko człowiek… chyba jeszcze nie dorósł. To za ciężkie.
- Budujemy głowice jądrowe, a nie potrafimy poradzić sobie z jednym podgatunkiem. Tak gada. W sumie ma rację.
- Z wężami też sobie nie radzimy.
- One przynajmniej nie próbują się do nas upodobnić.
- Fakt. Chociaż, czy człowiek radzi sobie z człowiekiem? Nawet to nas zazwyczaj przerasta…
Po dłuższej chwili ciszy, gdy zeszli po szerokich schodach podjął.
- Ksiądz jest tym… - niezgrabnie zakręcił dłonią, jakby zbierał słowa rozproszone w powietrzu.
- Jestem panie Mietku, niestety. – Wiedział, że policjant nie jest uprzedzony, ale rozmowa na ten temat nigdy nie była mu przyjemna.
- Rozumiem, niech ksiądz wie, że wiem tyle ile powinienem. Proszę jedynie… chce w tym uczestniczyć. Nasza umowa… to ma być współpraca, bardzo mi zależy. To sprawa osobista.
Stanął nagle, przerywając ich wspólny spacer do wyjścia i zwrócił się w jego stronę.
- Podejrzewam, że przedmiotem tych łowów… że ja go mogę znać. – Wypuścił powietrze i nerwowo skakał wzrokiem po sylwetce Mateusza. – Musimy go złapać.
- Po to tu jestem.
Prawdopodobne, że wielu w Sandomierzu znało martwca, którego Mateusz miał spalić. Jednak to nie była ich dola, siła w nim by się go pozbyć. Przyjechał tu, by przywrócić ład naturze - zabić to, co już dawno przestało być żywe. Ogłuchnie na ludzkie jęki. Wmówi sobie, że oni nie potrafią naprawdę czuć, że tylko odgrywają rozpacz. Że to, co robi, jest konieczne. Dobre.
W tych myślach przebył drogę do wyjścia. Ogarnął rzeczywistość i stanął naprzeciw czystości, gdy zamknął za sobą drzwi, które pachniały każdym człowiekiem i żadnym jednocześnie. Przechodził pod białą kulą, by ta uczyniła go na nowo godnym i czystym, ale tej łaski nie doznał od lat. Było tylko poczucie winy, trochę lęku też. Dzisiaj bał się wiatru i gałęzi, które tańczyły pod wpływem jego siły. Bał się wiatru, ale to nie przeszkodziło mu przejść się z nim ramię w ramię, gdy wkładał pokaleczone dłonie w kieszenie kurtki. Rozpoczął dzień, więc sprawdzi okolice albo będzie tak długo szedł, aż nie natknie się na mordercę.
