Actions

Work Header

Ktoś dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień

Summary:

Ktoś dziś mnie opuścił w ten chmurny dzień słotny...
Kto? Nie wiem... Ktoś odszedł i jestem samotny...
Ktoś umarł... Kto? Próżno w pamięci swej grzebię...
staff

Notes:

(See the end of the work for notes.)

Work Text:

Orest Możejko lubił, gdy dni rozpoczynały się chłodnym ciepłem. Niby mglisty brzask, a słońce już przebijało się przez widmo, gdy mróz sięgał pod kołnierz, aby złożyć człowiekowi ostre pocałunki. Sennie chwiały się tedy trawy suche, marzące o wiosną upojeniu i w ludziach wtedy też nie było jeszcze ciepła. Możejko uwielbiał powietrze, które jak wysokie osty, kłuło twarz snem zmęczoną, no i kochał on to mdłe słońce nad Sandomierzem i swoje zdrętwiałe palce, które łudziły młodości zdrowiem. To wszystko sobie ukochał Orest Możejko.

Miłość ta dzisiaj nie wystarczała, minęła, jak to miłość ma w zwyczaju. Dzisiaj komendant nie czuł za dużo, a jeśli już miał coś w sercu albo w głowie, to mocniejszą trwogę.

Mówił sobie w tym poranku, że zadzwoni do kurii, uspokoi swojego przyjaciela, zaciągnie do radiowozu słaniających się na nogach policjantów, wymieni ich na mocniejszych. W tle grał mu jeszcze ten przyjaciel, który śpiewał jękiem, że odchodzi, że nie da rady. A on? On wszystko załatwi. Poczeka na prokuratora, karawan, pokieruje techników o tym brzasku pięknym, który całował jego usta zimne, ciepłymi palcami słońca.

Rozumiał, że inni nie załatwią niczego, a komendant nigdy nie miał nic przeciwko odpowiedzialności, zajęcia umysłu, który niby koń w zaprzęgu chciał wybiec z uwięzi, tylko trzymała go komenda, lejce powinności. Pewien był dzisiaj tylko tego, że nie on je trzyma, to nie w nim siła.

Objął go chory spokój, którym się brzydził, jednak zdobyć się na nic lepszego nie potrafił. Może on właśnie tutaj zdziała wiele, może on tu zdziała najwięcej. Może zrobi w sam raz tyle, ile powinien – poprowadzi śledztwo, wcześniej poczeka na prokuratora, trochę później zamknie drzwi karawanu i zastuka dwa razy w jego drzwi. Zrobi to, jak dobry funkcjonariusz, którym zawsze chciał być; funkcja spełniająca funkcję, ma być dobrym równaniem w tym złym rozdaniu.

Nocul powinien wziąć urlop, pojechać do domu, do Basi. Mietek powinien przytulić swoją żonę, przepłakać kilka dni. To mu dobrze zrobi, ten żal; zasługuje na żal ten, któremu zależało na życiu, które się przelśniło, które się przepaliło, by zapaść w chłód dorównujący temu porankowi.

On tutaj wszystko załatwi. On wszystko załatwi. Przecież Mietek wie, że on wszystko załatwi. Mietek wie, jaki on jest, on wszystko pod kontrolę i na zdrowie.

- Pożałujesz tego Orest.

Nie wiedzieć czemu, groźba przyjaciela sprzed kilku lat, oblała lodem jego już i tak chłodny poranek. Pożałujesz tego. Czego tym razem? Co teraz robił źle? Coś musiał, skoro podświadomość uważała, że takie upomnienie musi zawrócić go z drogi, na którą wszedł. Jaką drogą teraz kroczył?

Orest Możejko więcej o tym nie myślał, bo teraz miał się wszystkim zająć. Młodszy Inspektor weźmie wszystko pod kontrolę – przecież wiesz, ja się wszystkim zajmę. Zaopiekuje się swoim bólem w stawach, zepchnie w przepaść pamięci propozycje wcześniejszej emerytury, którą wczoraj otrzymał, o tym wszystkim bez przeszkód zapomni. Opuści przeszłe groźby, miłość, którą czuł, zapomni. Zdrętwieje na to, co znaczy cały ten casus, to przed nim ciało, którego usta znów zapomniał ucałować, które teraz błagały wygłodzone o jego ciepło. 

Dłonie ubłocone, twarz schowana w ramieniu to ciało, któremu gwałtem duszę odebrano, podeptane i niekochane. Sine były te zawsze miękkie usta, sztywne kończyny, które bywały przy nim giętkie, silne w ramionach, gdy podnosiły go i kładły pod sobą. Takie było to ciało.

Mateusz Żmigrodzki zastygł.

A on przecież go tak kocha, kocha tego Mateusza.

Przeszłe, nieodległe dni były rozmyte; jakieś doniesienia o kradzieżach, o potencjalnych zbrodniach - Orest wiedział, że nie ma go w Sandomierzu. Tego obiektu podejrzanego brak, a nawet gdyby był, to kto by uwierzył, że jest? Wiara pozostawiona w wyższych przymiotach tej osoby – on nie z tych, co za pieniędzmi, on za duszami.

Jego obecność przy rzece podważała tę wiarę, ukazywała prawdę, której mężczyzna nie chciał, żaden z nich jej nie chciał. Nie powinno go tutaj być. Nie powinno być tego ciała w Sandomierzu. Powinien wrócić jutro, jutro wpaść miał w to ciało. Nie dzisiaj.

Mateusza Żmigrodzkiego nie powinno być dzisiaj w Sandomierzu. 

Uczucie zimnej skóry, gumowatej pod opuszkami palców było mu naturalnie nienaturalnie znajome. Ciepło każdy ma inne - pomyślał Możejko, ale jeśli chodzi o zimno - lód każdego ciała jest taki sam. Komendant, licząc pobieżnie, doszedł do wniosku, że dotykał więcej martwych ciał niż żywych i było mu to strachliwie neutralne, takie na swoim miejscu było. Dotykał wielu zwłok i ciało przed nim w te kilka chwil, w podmuchu wiatru szeleszczącego gałęziami nad jego głową, stało się teraz zwłokami. Dokonało się ono, wpadając w zapomnienie i opuszczenie przez duszę, w którą nie wierzył. Było kolejnym odpadem i jednocześnie dzieckiem wracającym do ziemi, z której wyrósł. To był piękny plon, tylko ktoś go zbyt wcześnie ściął - to nie lato, nie sierpień, wiosny nawet on nie zaznał, a już podcięli mu łodygę. Bardzo go kocha, mimo wszystko bardzo go kocha, nawet takiego zimnego, skropionego wodą mrozu poranka, jak uśpiona zimą trawa.

Trzymał ciężką głowę w niemiło zimnych palcach. Nie ubrał rękawiczek, bo jak mógł go w nich dotykać? Nie mógł go w ten sposób znieważyć, chociaż wiedział, że zaraz to zrobi. Jeszcze chwila, chwila dla nich. Przejechał kciukiem po martwej powiece, delikatnie podciągną ją, by pożegnać się z tym bezkresnym widokiem, zamkniętym w kresy tęczówki. Odgarnął potargane włosy, piach z policzka i to było jego pożegnanie. Ucałuje go w trumnie – pomyślał tak, postanowił, bo wtedy już złoży papiery, wtedy uda się i on na spoczynek. Delikatnie jeszcze, gdy zamieszanie przeniesione było w inną stronę, otulał go kocem, jak dziecko, które zasnęło porzucone na kanapie. Nie dokończył zabawy, brakło mu sił.

Przyłapał swój umysł na dziwnej fanaberii, na dziwnym zakłamaniu – próbował wytworzyć to ciepło, ułudę w jego głowie, znajome mrowienie, elektryzujący język, który przechodził po nim za każdym razem, gdy ciało przed nim obejmowało swoimi dłońmi jego zimne palce, gdy je dotykał. Teraz iskra próbował się wydostać, powstrzymana niepowinnością - mężczyzna był martwy i Orest Możejko o tym wiedział, przekonany był o tym, bo palce Mateusza były zimniejsze niż jego własne, a to przecież nie było możliwe. Tylko siła wyższa mogłaby schłodzić ten płomień i Orest ukląkł przed nią i złożył u jej stóp szacunek. Pokonała największego, wasal ugiął się przed nową siłą, którą zwykł gardzić.

Był tutaj zbrodniarz niejeden, było ich dwóch, w porywach do trzech choć jeden tylko był ludzkim. Przed tym z krwią gorącą giąć się nie zamierzał, a jednak tamten tak jak pozostali, zostawił biedne ciało samemu sobie. Zbrodnia a zbrodniarzy brak. Winni, kto był temu winien? Oni, on sam też i tamci też byli winni i on sam znowu też. Wszyscy byli winni temu, że Mateusz był teraz sam na sam z otchłanią. A może spotkał tam Piotra… może wpuścili go, bo jeśli kogoś wpuścić powinni to jego, on powinien przejść, przepłynąć Styks i o monetę nikt go nie powinien prosić. Jego kochane ciało, tak bardzo je kocha.

Gdybał, przewidywał a może bardziej - oczekiwał, że będzie całą mocą swoją dusił w sobie szloch, że będzie gasił jęk podczas wypełniania pierwszych raportów w życiu, w którym Mateusza nie było, już nie. Myślał, że będzie tłumić kalejdoskop pięknych wspomnień, które będą tym kryształem potęgowały smutek i żal i żar serca pogwałconego.

Wtedy mówiłby sobie, że nie może, nie ma prawa płakać. Inni przeżywali gorzej, inni mieli prawo przeżywać żałobę. On musi ich przez to przeprowadzić, bo to jego powinność, być Charonem, objąć wiosło.

Takie zapewnienia były tedy zbędne. Orest Możejko nie musiał niczego tego dnia tłumić, nie dlatego, że łaska prawa do przeżywania skalała jego człowieczeństwo, ale dlatego, że nie czuł zbyt wiele. Nie chodziło też o to, że Orest wmawiał sobie jego życie, że wpajał sobie jego albo swój sen - nie. To było mu tylko kolejnym dniem na służbie. Zanim zaczęło go to niepokoić, nadal trzymał się słów jak kotwicy, choć była niepotrzebna na jego mieliźnie - smutek jest przywilejem ludzi, którymi musi się opiekować, nie jego. Brak niepokoju przed słodką pustką, spokój człowieka akceptującego. Może to tylko objaw większych uczuć, które się w nim gromadziły – miał nadzieję, którą zwykł gardzić.

Jeszcze słyszał odległy niepokój i smutek, bił on wciąż od jego ludzi, chociaż to nie oni w nocach nieodległych szeptali z tym ciałem i snuli plany. To nie oni dzielili z nim długie noce, masowali plecy zbolałe, całowali powieki. To nie ich, to ciało trzymało siłą zdrową, wciskało pocałunki we wrażliwą skórę szyi. Nie znali Mateusza Żmigrodzkiego, oni znali księdza, proboszcza Żmigrodzkiego. Znali nieskazitelnego, niezdolnego do błędu, pychy, śmiesznego cielca. Może dlatego tak płakali.

Mateusz grzeszył, głównie w jego imieniu, z imieniem Możejki na ustach. Grzeszył mocno, a ten grzech był miły im obojgu. Mateusz Żmigrodzki narzekał przy nim na ciężar dnia, na siebie, na innych. Był przy nim człowiekiem. Dla nich umarł symbol, umarł element krajobrazu, codzienności a Orestowi umarła codzienność, obumarło życie – nic nie pozostało. Może dlatego nie płakał.

Tylko dlaczego ten koniec świata go nie truł? Rozumiał, że w pustce ciężko o coś więcej niż nic, ale próżnia powinna go rozerwać niczym zła interpretacja fizycznego nic. Zapadłyby mu się płuca, głos by zamarł, może umarłby tam przy nim. A tutaj nic jak w prawdziwym nic jak po śmierci. Stał sam na sam z otchłanią jak trup.

Gdy tak siedział przy biurku, nadal zmarznięty porankiem mimo godzin, które spędził w pomieszczeniu, zanim doszedł do kolejnych rubryk, gdzie wpisać miał imię Mateusza Żmigrodzkiego, zadzwonił telefon.

- Ksiądz żyje! To było życia zagranie, to sobowtór! Orest! Stoi tu przede mną i pcha się do telefonu! No do zobaczenia na komendzie!

 

A potem nic, tylko pustka, znowu nic. Głuche zerwane połączenie, pstryczek losu, kolejne zagranie siły, przed którą dopiero co uklęknął. Teraz koniec telefonu, koniec dnia. Wróci do domu, położy się. Kolejny dzień, gdy cudem uniknęli śmierci.

Co czuł? Ulgę? Chciałby, ale to przypominało coś bulgoczącego, coś piętrzącego się - złość. Bóg nim pogrywał. Daj psu kość, a później zabierz, zabierz kość na długie godziny – kara za życie, którego nikt go nie nauczył przeżywać. Później znowu daj kość, daj coś, dlaczego warto nadal próbować żyć. Pies w końcu ugryzie pana i ucieknie z kością w pysku. Pierwsze uczucie tego dnia, nie licząc ściśniętego serca: gniew. Kiedy? Gdy dowiedział się, że Mateusz jednak żyje. Jakim diabłem był teraz, z jakiego kotła uciekł, nie chciał nawet myśleć.

Zapomniał w tym wszystkim o złości w stosunku do mordercy, ponieważ sprawa rozchodziła się o to życie skrócone o łodygę, o plonu podeptanie i ścięcie. Ktoś zamordował Mateusza Żmigrodzkiego, a on wściekł się, dopiero gdy usłyszał, że ten żyje. Czy wściekły śpiew pomógłby mu wcześniej? Może byłby mu kolejnym emocji w próżni pragnieniem, a więc nie skupiłby się nań wcale. Zapomniał o krwi wzburzonej, co powinna go zalać.

Patrzył na swoje odpicie w szybie samochodu, do którego przez okrzyki radości tłumu komendy, udało mu się przedostać.  Czym on się stawał? Czym był?

Posiwiało mu serce.

 

 

- Rozmawiałem z biskupem. Powiedział mi, że ty go powiadomiłeś. – Bawił się długopisem.

- Tak. – Odparł spokojny, odpisując na wiadomość Marczakowi. – Wiesz, miałem tę sprawę pod sobą, właściwie nadal mam.

Odetchnął głęboko i spojrzał na Mateusza, zimny i zmęczony.

- Duże szkody w parafii? – Próbował przełamać oschłość w swoim głosie.

- Mam opinię złodzieja, jakiegoś ladaco w średnim wieku. – Przejechał równie zmęczony, różową dłonią po sinych powiekach. – Trochę zajmie odkręcenie tego.

- Nie wierzyliśmy, że to byłeś ty.

Mateusz wahał się przez chwilę, rozkładając to zdanie i jego kontekst - nie wierzyliśmy, że byłeś to ty. Nie wierzyli, że on kradł, ale wierzyli, on wierzył, ten smutny Pan, że jego zwłoki leżały na mokrej ziemi. Wiedział o tym, widział to w jego oczach, w tym odrętwieniu, gdy zobaczył go pierwszy raz, po jego niezmartwychwstaniu. Oczekiwał ulgi, uśmiechu i uścisku, którym zaczęli go wszyscy obdarowywać. A to on wrócił, by zobaczyć sine ciało w sztywnym, granatowym mundurze.

- A czy ty, czy myślałeś, ja na pewno… myślałeś, że to ja. Myślałeś, że to ja. – W końcu wydusił, bo o to grób, nad którym musieli się prędzej czy później pochylić.

- Nie było wątpliwości. – Wysapał, odrywając oczy od biurka. – Znaczy… do sekcji, właściwie wszyscy, którzy widzieli tamto ciało, byli zgodni.

Orest na niego nie patrzył. Utkwił wzrok na mosiężnym krzyżu, który stał pomiędzy nimi na biurku. Czuł, jak coś podchodziło mu do gardła i wyżerało jego słowa. Nic więcej, prócz żółci w nim i tych bladych szkieł, które niedawno były bez życia.

- Orest, popatrz na mnie. 

Przesunął kierunek swój z krzyża na okno po lewej stronie. Ściemniało się, a on po trzech dniach pracy z pięcioma godzinami snu przerwy był odrętwiały. Czuł, jak głowę spowija mu żar, a serce tłucze się w piersi nieregularnie. Koszula była niewygodna, chora wilgoć przyklejała ją do pochylonych pleców. Polar nadal ciasno otulał jego szyję, bo nie miał siły, żeby go zdjąć, tym bardziej by się przebrać przed przyjazdem tutaj, który był mu grozą. Drżał czasem, choroba świeciła się kropelkami potu na jego czole.

- Tak mi przykro. Orest… tak mi przykro…

Poruszył ustami, ścisnął spierzchnięte wargi, gdy w końcu skrzyżował się z morzem żywego błękitu przed nim. Truchlał odrobinę i nie ufając swojemu językowi, zmusił się tylko do uśmiechu.

Było w porządku. Mateusz żył, kradzieże nie były jego winą, wszystko się ułożyło. Nic się nie zmieniło. Przecież nic się nie zmieniło, a jednak nadal czuł się w ten sposób, tak odrętwiały, w pewien sposób obumarły, chory. Słyszał oddech księdza, gdy on nabierał więcej powietrza w płuca i już miał coś powiedzieć, odpowiedzieć i uspokoić ten oddech jego, otworzył usta i jęknął. Zamknął oczy ciasno, mocno, bo czuł się jak jeden z penitentów księdza. Żałosne, był żałosny.

- To mi jest przykro. – Wyszarpał z siebie, a kosztowało go to całe ostatnie zdrowie, które pogubił w ciągu ostatnich dni.

Orest nadal nie potrafił na niego patrzeć. Może bał się, co zobaczy. W pierwszych chwilach, gdy dotarł na miejsce, Mateusz objął go delikatnie, co wywołało w nim dobrą kilkuminutową derealizację. Zmusił się podążać za nim do gabinetu i czuł, jakby śnił, że fakt jego ciepła była tylko rojeniem, uśmiech tylko śmiechem diabła. Któryś ze zbrodniarzy musiał się za niego przebrać, bo w swoim zamgleniu widział, jak worek zamyka się na twarzy Żmigrodzkiego. Jak ciało pakują do samochodu. Jak go podnoszą, jak go przenoszą. Tak przecież było, on nie żył.

- Orest. Orest... 

Ciepła ręka na jego twarzy. Nie uczuł, nie płakał i nie mrugał, chyba się wyłączył, chyba go przez chwile nie było po tej stronie świata, znów mierzył się z otchłanią. Nie zauważył, kiedy Mateusz uklęknął przed nim, jak przed dzieckiem, co go zirytowało, ta bliskość. Oparł głowę na ręce, która ta z kolei spoczywała na podłokietniku i odchylił się, by uciec przed duszną obecnością kapłana. Nie chciał na niego patrzeć, gdy miał zamiar czynić spowiedź.

- Wiesz, ja się naprawdę uodporniłem. – Mówił zza dłoni. – Byłeś tam kolejnym ciałem, które znaleźliśmy. Kolejnym ze sprawy, z akt, kolejnym zdjęciem zwłok. Niczym więcej.

Mówił trochę zły, trochę ciężki i irytująco lakoniczny. Męczyło go to, jak brzmią te słowa, że wyglądają na ordynarne, bezwzględne i suche. Nienawidził się, bo wychodził przed nim na zrezygnowanego, jednocześnie pogodzonego z tym stanem swoim, a tak przecież nie było. Był w pustce, pochłaniała go, ale im dłużej w niej trwał, tym bardziej czuł, rodzący się w nim bunt, bo był i żył i chciał mierzyć się z żarem uczuć, a nie ich nie doznawać, pokonywać i toczyć bitwy, ale nie wygrywać z nimi wojny. Chciał być człowiekiem.

- Byłeś mi taki obojętny i jednocześnie… tak cię kocham. Więc dlaczego czuję, jakbym się spalił, jakbym już nigdy nie mógł nic poczuć. Ten brak uczucia boli najbardziej… wiesz, ja wszystko poprowadziłem. – Ożywił się chorobą, w końcu zwrócił się hebanem oczu w morze przed nim. - Zadzwoniłem do biskupa i byłem taki protekcjonalny, mimo że w głowie miałem tylko to, że już mnie nie dotkniesz, nie przytulisz. Te myśli, to było mi wtedy zwykłym żwirem mojej drogi. Tej dobroci Twojej, jakbym jej w życiu nigdy nie zaznał, albo bardziej, że tego nie potrzebuje i jest mi zbędnym dodatkiem. Zniknąłeś mi, nie wiem czemu, ale wtedy zabrałeś ze sobą aż tak wiele. Chyba za wiele, bo nadal niczego nie mam.

Człowiek, który nie potrafił wypowiedzieć słowa, gdy już zaczął mówić, nie mógł się zatrzymać. Ból napędzał ból, a Mateusz był przerażony tym, jak podrażnione miał oczy ten jego policjant, jaki był blady i sztywny i tak mokry, jak musiało być powietrze tamtego zimnego poranka.

- To nie Twoja wina. – Zadrżał przed nim, poprawiając się. – Nie obwiniaj się za to, co czujesz… jak zareagowałeś na śmierć.

- Chciałbym się obwiniać, ale nie mogę tego… z siebie wykrzesać. Ja nic nie czuje, więc czy ja w ogóle jestem człowiekiem, Mateusz? Gdy inni płaczą, ja robię sztucznie poważne miny, wtedy próbuje się nie irytować, że są tacy… słabi. Zaczynam nimi gardzić a później, przypominam sobie…, że przede mną leży mój martwy... i wtedy im zazdroszczę. Tych łez.

Opuścił brodę pokonany, zmęczony i gdyby ktoś mu pozwolił, ktoś większy, jeden z nich, to tak by zasnął. Tak, to byłby jego ostatnie słowa przed snem.

- Tylko… przez ostatnie dni tak czujesz? Czy czujesz to od dłuższego czasu?

Mateusz wstał, by przysunąć krzesło dla swoich kości niemłodych. Znowu wychylił się w stronę mężczyzny, który nie chciał na niego patrzeć, bo obudzony, znowu zainteresował go widok ogrodu.

- Ostatni raz czułem się podobnie dwadzieścia dwa lata temu. – Rzucił mu spojrzenie delikatne, trochę spłoszone, nadal będąc w większości zwróconym w stronę okna.

- Piotr. – Wyszeptał jak zakazane zaklęcie.

- Tak. Tylko wtedy to była moja wina. Uznałem to za… znamię Kainowe.

- To nie była Twoja wina Orest. - Powiedział ostrzej, niż zamierzał, delikatnie zirytowany. - Nie powinieneś się też obwiniać za to, że tak się czujesz.

- Jak? Jak się czuję? Bo ja właśnie nic nie czuje! – Trzasnął pięścią w stół, mocniej rozedrgany. – Nic, oprócz rodzącego się gniewu z mojej… niemocy. Chryste.

Nie potrafiąc wytrzymać wzroku księdza, podniósł się, pokładając siłę w dłoni obejmującej podłokietnik, by następnie przecisnąć się obok mężczyzny. Zaczął krążyć po znajomym gabinecie, rozpraszając kusz, który unosił się w pomieszczeniu. Wdychał zapach starego dywanu i książek, próbował się uspokoić, nie chciał więcej scen. To nie było potrzebne, już dość teatru życia na ten dzień.

Ostatecznie, musiał sobie powtarzać; nic się nie zmieniło i wszystko było w porządku.

 – Co jest ze mną nie tak?

Zatrzymał się, odsłaniając plecy, tym samym chowając się przed Mateuszem. Zamroczony patrzył na trwogę Jezusa w Ogrodzie Oliwnym.

– Jestem… to wszystko jest chore, nieludzkie.

- Popatrz na mnie.

Miał głos delikatny i był Orestowi jak wysłużony, miękki ręcznik. Jego ulubiony, szeroki co okrywał całe nagie ciało. Zebrał się na odwagę i odwrócił się tedy odsłonięty, nie próbując już ukryć co wrażliwszych części.

- Potworowi tak nie zależy. Niekochający, nieczujący nie kochałby tak mocno, jak ty.

Mateusz znalazł się przed nim, a dłonie położył po obu stronach rozgorączkowanej głowy.

- Jestem chory. – Spóźnione łzy zalały poliki.

Orest Możejko zapłakał.

- A ty leżałeś tam martwy.

Zęby go bolały od zaciskania, był ich zbyt świadomy, usta stały się nazbyt pełne, niemające miejsca dla żadnego słowa. Język ciężki i gruby, niezdolny do żadnej sylaby. Wszystkie emocje, jak łzy te spóźnione, kształtowały się w początkowo delikatną falę bólu, która rosła obijając się raz za razem o jego zmarnowanego ducha. Groza wżarła się w jego gardło i nie mógł oddychać. Mateusz nie żył przez kilka godzin.

W końcu znalazł się w jego ramionach. Mężczyzna włożył ciepłe ręce pod jego polar, by później rozchylić pas czarny tego munduru sztywnego i włożył te dłonie ciepłe pod koszulę. Kiedy palce gorące, zaczęły pieścić skórę Możejki, wcale nie czuł się lepiej, one paliły świadomością, co mógł stracić, co stracił na kilka godzin. Orest nie wierzył, że to się dzieje. Bał się, że to sen, dobry i zły i nie wiedział, czy gdy się obudzi, Mateusz będzie żył.

- Jestem tu. Nic mi nie jest. – Mówił, ułożywszy policzek na ramieniu niższego mężczyzny. - Oddychaj, już. Już Orest, nic nam nie jest.

- Już nie daje rady. – Wystękał.

Rozpłakał się i zwinął sutannę w pięść mocną, gdy on wciskał palce w wilgotną skórę. Sutanna była zapachem wilgoci kościoła, którą pamiętał z tego chłodu poranka. Tak jak wszystko tego dnia, była wilgotna. Próbował go odepchnąć w pewnej chwili, gdy obie dłonie ułożyły się na nagiej skórze jego bioder, chciał uciec. Ranne zwierzę rzuca się, gryzie, ale silniejsze go podtrzyma, żeby nie zrobiło sobie większej krzywdy.

- Wszystko będzie dobrze. Poradzimy sobie. - Napierał na niego, ściskał, trzymał w imadle jego ramiona.

Pocieszał, bo co miał mu innego odpowiedzieć? Że jest przerażony? Że nie przypuszczał, nie wyobrażał sobie go w takim stanie? Mateusz Żmigrodzki nie przewidział, nie mógł przewidzieć, że Sandomierz przyszykował dla nich trumnę.

 

 

Notes:

mam dzisiaj bardzo dobry humor, dlatego napisałem ból