Work Text:
Tony nie był podglądaczem. Tak naprawdę nienawidził sytuacji, w których stawiano go w takiej roli i gdyby to był ktoś inny pewnie wykręciłby się lepszą lub gorszą wymówką i wrócił do warsztatu ale tym razem to był on.
Dobra, może nie dosłownie on ale jakaś jego wersja, ludzka i cycata wersja, która przez ostatnie trzy dni, wbrew zaleceniom SHIELD i własnego męża pomagała mu w budowie Gwiezdnych Wrót, by mógł wrócić do domu, i Tony po prostu nie mógł się nie gapić jak Natasha zapędza Rogersa do rogu i dźga w pierś – tą samą dłonią, na której nosiła obrączkę – wyliczając coraz twardszym tonem wszystkie swoje racje.
— Coś ci powiem — wycedziła w końcu, odsunęła się o krok i wskazała na stojących w przejściu agentów, których Rogers przyprowadził ze sobą — Jeśli doprowadzisz mnie do tego, żebym podniosła na ciebie broń, będę mierzyła pomiędzy oczy.
— Żebym miał szybką śmierć? — zakpił tamten i Tony wiedział, że to znak, że czas spieprzać i zostawić małżeństwo samemu sobie, bo zaraz pójdzie na noże.
— Zjeżdżamy, zjeżdżamy — wymruczał do unoszącego się nad jego ramieniem Clinta i chociaż ten zamachnął się na niego czułkami chwycił go w dłonie i nie oglądając się za siebie czmychnął w dół schodów, żegnany wiele mówiącą ciszą, którą przerwał dopiero syk zamkniętych za Tonym drzwi i wściekły wrzask Natashy:
— Nie, żeby kula odbiła się od twojej twardej głowy!
