Actions

Work Header

Z rozmyślań przy kawie

Summary:

O krótkiej, prozaicznej rozmowie w restauracji, która wywiązała się między doktorem Rieux i Tarrou.

Notes:

chciałem napisać coś krótkiego i nieskomplikowanego z dżumy więc oto rezultat owej chęci. powstał on przez moją tęsknotę za Rieux i Tarrou. a że nie umiem pisać tego typu rzeczy to inna sprawa. jestem bardzo niepewny co do tego opowiadania, ale uznałem że lepsze to niż nie napisanie niczego.
dzieje się to gdzieś w środku książki, krótko po ich pierwszym (dłuższym) spotkaniu.
miłego czytania!

(See the end of the work for more notes.)

Work Text:

Niedługo po założeniu przez Tarrou formacji sanitarnych, właściwie parę dni później, doktor Rieux został mile zaskoczony kolejną prośbą o prywatne spotkanie od Tarrou — tym razem w restauracji znajdującej się niedaleko szpitala, czy też, jak nazwał to Tarrou, "w ludzkich warunkach." O ile nawet ich pierwsze spotkanie nie miało charakteru zbyt oficjalnego, tym razem ani nie wydawało się ono zbyt formalne, ani nie miało wyraźnej przyczyny. Rzecz miała miejsce chwilę po godzinie piątej, gdy obaj mężczyźni byli już zwolnieni z obowiązków na ten dzień.

— Dobrze pana widzieć, doktorze — powitał go ciepły głos Tarrou.

— Wzajemnie. Dziękuję za zaproszenie — powiedział Rieux. Jego odpowiedź na uprzejmość Tarrou przypomniała wyuczoną formułką grzecznościową, a jego ton głosu był odrobinę beznamiętny, ale czuć było w tym szczerość.

Stali chwilę przed restauracją — Tarrou z papierosem w dłoni, a Rieux dotrzymując mu towarzystwa i cierpliwie na niego czekając. Popołudniowe powietrze było ciepłe, ale i przyjemnie świeże. Następnie weszli do budynku i zajęli stolik przy oknie, zarezerwowany wcześniej przez Tarrou. Wnętrze restauracji było schludne, ale proste i niewyróżniające się, jak większość pobliskich miejsc spotkań. Nie było ich zbyt wiele, zresztą restauracje i kina pozostawały jednymi z najbardziej popularnych opcji, co widać było przez panujący wokół niegłośny gwar.

Złożyli swoje zamówienia. Rieux wybrał mniejszy posiłek i czarną kawę. Właściwie to ciekawiło go bardziej samo spotkanie, nie czuł zbytnio ochoty, by coś zjeść.

— Wygląda mi pan na miłośnika dobrej kawy — skomentował jego wybór Tarrou, sam złożywszy wcześniej własne zamówienie.

— Mam do niej słabość, prawda. Ale nie ma w tym wiele miłości. Zresztą coraz częściej jej braknie w kawiarniach i restauracjach, więc korzystam z okazji, kiedy jeszcze mogę — Rieux wzruszył ramionami — Poza tym kieruje mną zwykła potrzeba.

Kiedy znów napotkał spojrzenie Tarrou, wydało mu się, że jego szare oczy lekko przygasły. Jednak spojrzenie miał łagodne, w swój charakterystyczny sposób.

— Oran nie jest miastem, gdzie spotyka się wiele namiętności. Miłość jest tu prosta, niekomplikowana rozważaniami i refleksjami. Nie ma tu nic nadzwyczajnego. Po prostu udzieliło mi się to podejście, w niektórych sprawach — wytłumaczył się lekarz.

— Nie uważam żeby było coś nadzwyczajnego w miłości. Jest to jedna z najbardziej pospolitych rzeczy na świecie, po prostu przyjmuje różne postacie — odparł Tarrou — Trudno nie kochać wcale.

Rieux przyglądał mu się przez chwilę.

— To bardzo miła myśl — powiedział Rieux powoli, z nieprzekonującym uśmiechem — Jednak wydaje mi się, że wielu ludziom przychodzi z łatwością życie bez kochania, zwłaszcza siebie wzajemnie. Zdarza się, że w jego miejscu kwitnie nienawiść. Ale nie tutaj. Orańczycy to dobrzy ludzie, jak wszyscy inni, ale zwykli. Tu panuje przede wszystkim obojętność.

Rieux nie patrzył na swojego rozmówcę, spoglądając gdzieś obok, jakby przygnębiła go wyrażona myśl.

— Może to jeszcze gorzej — podjął znów Rieux, ściszając trochę głos jakby nie był pewien tego, co chce powiedzieć — Nienawiść przynajmniej łączy.

Spojrzał znów na Tarrou, przyglądającego się mu ciekawie. Również wydawał się zamyślony, ale nie podzielał przybitego nastroju lekarza. Widocznie nie przysparzało mu to aż tyle zmartwień, przyjmował to ze spokojem. Albo po prostu miał trudne do odczytania oblicze. W każdym razie słuchał tego, co ma do powiedzenia jego rozmówca, rozważając jego słowa.

— A czy pan ma jakieś upodobania? Jakieś podobne słabości? — zapytał Rieux, przerywając zapadłą ciszę.

— Zdecydowanie — mówił Tarrou — Jeśli definiujemy to jako brak obojętności, nie wiem czy mogę je zliczyć. Nie trzeba wiele, by kochać. Dość często wpadam w zauroczenia, zatroskania, fascynacje. Jednak przyziemniej rzecz ujmując, ujęła mnie od dawna muzyka.

— Przyjemna rozrywka — skomentował Rieux.

— Tak. Może i nie jest to godne nadmiernego chwalenia się, ale kocham się w tego typu przyjemnościach. Ale potrzeba mi czegoś więcej w życiu niż rozrywek, zresztą nie mogę pozwolić, by mną zawładnęły. Dlatego rozkochuję się też w poczynaniach i nawykach innych ludzi.

— Może trafił pan w dobre miejsce, w takim razie. Każdy wydaje się tutaj operować na wyuczonych schematach, czy też nawykach. Ale nie ma w nich nic ciekawego, żadnej nowości — powiedział Rieux z lekko przekornym uśmiechem.

— Wręcz przeciwnie — Tarrou odwzajemnił uśmiech lekarza.

Zaintrygowany, Rieux czekał jeszcze przez chwilę na dalsze wyjaśnienie, ale bez skutku. Skinął tylko głową, nie komentując już wypowiedzi swojego rozmówcy, pozwalając by jej sens zawisł w powietrzu między nimi, trącony, lecz niezgłębiony.

Zapadło między nimi dłuższe milczenie. W końcu odezwał się Rieux.

— Jeśli mogę spytać, jakiej przyczynie zawdzięczamy nasze dzisiejsze spotkanie?

— Zwykłe zaciekawienie pańską osobą. Nic więcej.

— Doprawdy? — Rieux uśmiechnął się — Miło mi. Choć nie widzę, co dokładnie mogło przykuć pańską uwagę.

Powiedzmy, że to po prostu jedna z moich fascynacji — Tarrou wzruszył ramionami — Poza tym chciałem dowiedzieć się trochę więcej o kimś, z kim będę miał przyjemność pracować.

Resztę pobytu w restauracji Rieux spędził zajęty swoim posiłkiem. Gdy już i tym nie mógł zająć swoich dłoni i myśli, wpatrywał się w czerń kawy. Potem pozostało mu tylko śledzenie wzrokiem resztek napoju gromadzącego się na dnie filiżanki jak ciemna obrączka na białej porcelanie. Miękki szum rozmów rozmywał jego myśli.

Obserwował przez chwilę jak za szybą w mieście zapada zmrok i rzucił spojrzenie na swojego towarzysza, jeszcze bardziej intrygującego niż wcześniej, zanim powiedział coś o tym, że musi jeszcze dzisiaj wrócić do naglących go spraw, przeprosił i poprosił o rachunek. Miał zapłacić, gdy ruchem ręki przerwał mu Tarrou.

— Pozwoli mi pan wykazać się odrobiną dobroci?

— Skoro pan nalega… — powiedział Rieux, lekko zakłopotany.

Wstali i skierowali się do wyjścia. Na zewnątrz przywitało ich z powrotem orzeźwiające powietrze, chłodnące stopniowo wraz z nadejściem wieczoru. Cichły też dźwięki otoczenia, a przestrzenie między nimi wypełniały lekkie powiewy wiatru. Nieświadomy sytuacji postronny obserwator mógłby pomyśleć, że znajdowali się w zwyczajnym, choć trochę brzydkim, mieście takim, jak każde inne. Sidła choroby wbijały się wprawdzie w gardło miasta, lecz nie zacisnęły się jeszcze na dobre, plącząc się wciąż i rozpościerając w głębiach niedostrzegalnych dla niewprawionego oka.

Lekarz odetchnął. Niepokój odstąpił go na chwilę, jak choroba w okresie remisji. Przeczuwał, że jeszcze wróci, ale na teraz mógł zająć myśli czymś innym. Spojrzał na Tarrou, poprawiającego jeszcze swój płaszcz, który założył wychodząc. Mężczyzna napotkał jego wzrok z pogodnym wyrazem twarzy.

Rieux miał już zmierzać w stronę swojego samochodu, gdy coś zatrzymało go, powstrzymało przed stawieniem kolejnego kroku. Coś kazało mu pozostać w tej chwili. Otworzył usta, zanim namyślił się, co jeszcze mógłby powiedzieć.

— Właściwie, może mógłbym pana odwieźć do hotelu?

— Skoro pan nalega — powiedział Tarrou, który też już prawie odwrócił się by odejść. W jego tonie głosu słychać było nieszkodliwą zaczepność, na którą doktor Rieux odpowiedział cichym westchnięciem. Skierował krok w stronę swojego rozmówcy.

Po wejściu do samochodu i podaniu adresu przez Tarrou, zapadła między nimi cisza, która trwała przez całą podróż. Cokolwiek kłębiło się jeszcze w ich myślach utonęło w warkocie silnika i przyjemnym, wieczornym szumie ulicy. Nie trwało to długo, Rieux wystarczająco dobrze znał drogi Oranu by nie nadwyrężać cierpliwości swojego towarzysza. Lekarz spojrzał tylko jeszcze na pasażera obok siebie, przed zatrzymaniem samochodu przy wskazanym przez niego budynku. Ciepłe światło wpadające przez szybę z ulicy rozświetlało delikatnie rysy jego twarzy, znieruchomiałe w zamyśleniu. Tarrou patrzył wtedy za okno samochodu, jakby między kamienicami szukał linii horyzontu, lub czegoś innego niedostępnego dla wzroku Rieux, co kryło się za szarym, czerniejącym widokiem miasta.

Dopiero po zatrzymaniu się samochodu wydawało się, że Tarrou wrócił myślami do bieżącego momentu. Spojrzał na doktora życzliwie i wysiadł z samochodu, zatrzymując się jeszcze na chwilę przy otwartych drzwiach.

— Miłego wieczoru, doktorze. Wyczekuję naszego następnego spotkania.

— Ja również. Dobrej nocy.

Przez dłuższą chwilę uśmiech nie znikał z twarzy doktora, nawet gdy Tarrou zniknął już w drzwiach budynku. Rieux wpatrywał się w nie jeszcze przez moment, jakby zagubił się trochę w swoich przemyśleniach. Został wybity z marazmu, kolejny raz od momentu, w którym w orańskich rynsztokach zaczęły szwendać się szczury — czuł się, jakby został strącony z jasnego światła przyzwyczajeń w pół-mrok niepewności i musiał dodatkowo natężać wzrok, by się odnaleźć, zanim ponownie się z nim oswoi. Istniała teraz jednak dla niego szczątkowa nadzieja, że może liczyć na łagodną dłoń na swoim ramieniu, która mogłaby go nakierować. Gdy jechał do swojego mieszkania w mroku, doktorowi Rieux towarzyszył dziwny, ale mile widziany spokój.

Notes:

dziękuję za uwagę!
wiem, że trochę to jest o niczym, ale też w sumie o to chodziło. byłbym bardzo wdzięczny za podzielenie się szczerą opinią w komentarzach jeśli ktoś ma na to czas i chęci, zwłaszcza jeśli zawierałaby jakieś porady. niestety nie piszę za często prozy i może to być widać. materiał źródłowy też w sumie czytałem już dawno temu
każdemu kto dotrwał do tego momentu życzę miłej reszty dnia bądź nocy :D