Actions

Work Header

Dwukrotnie więcej gwiazd niż zwykle

Summary:

Wymiar Beta-368Alfa z pozoru jest podobnym wymiarem do wszystkich innych. Prócz tego, że istoty z tego wymiaru posiadają bratnie dusze, a przynajmniej czasem je odnajdują. Niektórzy stają się partnerami, przyjaciółmi lub wrogami, a czasem bratnimi duszami zostają członkowie rodziny.

Rick Sanchez podobnie jak nieskończenie wiele istot nigdy nie spotkał swojej bratniej duszy, jednak to nie to sprowadziło go na odległą planetę, na której planuje popełnić samobójstwo. Nie spodziewał się jednak, że jeden telefon zmieni kompletnie jego życie.

Notes:

Chapter 1: Tamtej nocy coś wisiało w powietrzu

Notes:

Witam wszystkich w dość długo odsuwanym przeze mnie projekcie. Beta-368Alfa na początkowo byli postaciami w tle, ale coraz bardziej byli rozwijani, że dostali własną serię. Najlepiej zacząć od początku, czyli jeszcze przed narodzinami Morty'ego. Ten konkretny fanfik będzie się dziać mniej więcej, póki nie będzie miał około 7-8 lat. Mam w planach około 10 rozdziałów, ale jeśli ktoś ma (platonicznorodzinne) prośby i sugestie, to w miarę możliwości spróbuję je zrealizować (nieplatonicznorodzinne mogę zrealizować w przyszłości w innym dziele).

Zasady tego wymiaru są dość proste: czasem ktoś dotyka lub nawiązuje kontakt wzrokowy z drugą osobą i odkrywają, że są bratnimi duszami. Romantycznie lub platonicznie. Czasem nawet więcej niż z jedną osobą. Wtedy czują swoje emocje, stan emocjonalny, psychiczny itp., a nawet odczuwają sny i cząstki wspomnieć. Potwierdzeniem bycia z kimś bratnią duszą jest test genetyczny i pasma włosów w identycznych kolorach.

Ważna notka: Rick i Morty z tego wymiaru w przyszłości SĄ W ZWIĄZKU. W tym fanfiku nie będę zamieszczać żadnych sugestii (a przynajmniej nie celowo) o romantycznych uczuciach tych dwoje. Wszystko, co robią, będzie platoniczne i rodzinne, od początku do końca. Jeśli ktoś chce interpretować to inaczej, nie zniechęcam. Jeśli myśl, że w przyszłości będą ze sobą, zniechęca cię do przeczytania tego, to rozumiem i mam nadzieję, że będziesz mieć dobry dzień i preferowaną temperaturę poduszki z każdej strony, ale proszę, nie pisz o tym.

(See the end of the chapter for more notes.)

Chapter Text

Na zielonym polu pod pomarańczowym niebem nikt nie widział starego pijaka, leżącego wśród wielkich koniczyn. Nikt prócz wielkich dwugłowych krów, które pasały się swobodnie, mijając go i jego pustą butelkę szerokim łukiem.

Zwierzęta wyglądały jak zwyczajne ziemskie krowy, lecz w odróżnieniu od tych, które rodzą się dwugłowe i nie przeżyją letniej nocy u boku matki, te będą żyć kolejne wieczory. W ich ciałach dwie wiecznie złączone dusze będą spoglądać na wiecznie widoczny księżyc na polu lub między drzewami pobliskich sadów.

Dziś szczególnie tutaj, gdy większość zgodnie przeszła, omijając jedyną samotną duszę, która upadła głową w roślinność i wylała ostatnie krople słodkiego płynu wokół siebie. Jedynie jedna młoda krówka podeszła zaciekawiona i obwąchała jednym nosem głowę nieznanego przybysza. Obrócił głowę w jej stronę, a jego zaspane zielone oczy spotkały się z pierwszą ciekawską parą, a następnie równie zaciekawioną drugą. Wybełkotał coś niezrozumiałe, a krowa straciła zainteresowanie i odeszła w stronę sadu.

Rick obrócił się na plecy, ignorując nudności i przeklinał swoje nieszczęście. Musiał wpaść na nie tylko na istoty, które były połączone ciałem ze swoją bratnią duszą, to jeszcze wpaść na dosłownie nierozumne bydło. O tej porze roku, tego dnia na planecie, pasące się tuż przy miejscu, gdzie szukał czegoś konkretnego, co postanowił zdobyć dosłownie przed chwilą. Mając za sobą ponad pół wieku samotności, wziął ostatnią butelkę jekandu, po wypiciu poprzednich ostatnich butelek i pod wpływem myśli teleportował się na pole trujących koniczyn.

A przynajmniej powinny też być dla niego trujące, nawet jeśli różnił się znacznie biologicznie od mieszkańców planety, którzy szukali ich do spożycia jako bezpośredniej teatralnej samobójczej trucizny. Był jednak cholernym naukowcem, musiał sam się przekonać czy zadziała.

Potknął się o własne nogi na lekkim zboczu przy pierwszym kroku i upadł na twarz, puszczając butelkę z dłoni. Przeturlał się kilka metrów w dół i leżał tak jakiś czas, póki ciekawska krowa nie podeszła do niego.

Obrócił się w stronę rozgwieżdżonego nieba i licząc gwiazdy, zaczął wlec ciężką dłonią w poszukiwaniu zaginionego trunku. Rozpoznawał pojedyncze rodzaje przypraw wśród źdźbła traw i próbował przypomnieć sobie ich smak. Lub przynajmniej takich, które wyglądały i miały podobną teksturę jak tych pod jego dłońmi. Wspomnienia smaku czegokolwiek były bardziej ulotne niż myśli, które próbował konstruować. Wszystko łącznie z alkoholem miało smak mokrego papieru. Może prócz naleśników z knajpy Lindy na pobliskiej planetoidzie, lecz nie jadł tam zbyt często, bo bał się, że i one utracą swój smak.

Nie znalazł zaginionej butelki, lecz jego końcówki zrogowaciałych palców natrafiły na charakterystyczny kształt liści koniczyn. Zerwał jedną i uniósł przed sobą na tle pomarańczowego nieba. Koniczyna była większa od tych ziemskich, a zielony kolor był niemal hipnotyzujący. Rick ciężko podniósł się do siadu, prostując nogi i zaczął rozglądać się za kolejnymi. Nie było to trudne, bo praktycznie rosły wokół niego nietknięte przez bydło. Trudniej było utrzymać się prosto, sięgając po koniczyny, gdy ciało było ciężkie, a płyny ostatnich dni próbowały uwolnić się przez jego gardło. Smakowały jak papier.

Niemal automatycznie zbierał kolejne liście, nie czując nic, co mogłoby go powstrzymać. Nie miał pewności, czy to zadziała. Wszystko byłoby skuteczniejsze niż przypadkowe przypomnienie sobie, że kiedyś słyszał, że mieszkańcy tej planety opuszczają swoje społeczności, by znaleźć polany koniczyn. Zbierali ile mogli, kładli się, przeżuwali je dokładnie i zasypiali, czekając na powolną śmierć. Ich ciała nie były szukane i zbierane, a okoliczna dzika zwierzyna zjadała ich pozostałości, nie zostawiając nawet ubrań i kości. Przynajmniej słyszał to lata temu w barze i przypomniał sobie o tym kilka minut temu w innym podobnym barze. Było to tak poetycko głupie, że musiał spróbować. A jeśli to nie zadziała, po prostu się zastrzeli i te cholerne krowy go zjedzą. Jego pusty umysł napełnił się determinacją, bo nic nie mogło go powstrzymać, bo i tak nic nie przebijało się przez nią. Żadne myśli, żadne emocje.

Przyzwyczaił się do stanu, że nigdy nie poczuje drugiej osoby. To było proste. Nie był jedyny w tym wymiarze. Mógł nawet przy pierwszej okazji uciec do innego i nie myśleć o tym. Nie myśleć. Nie myśleć. Nie myśleć. Zatopić te informacje głęboko i nigdy nie zanurkować w poszukiwaniu ich. To mogło być takie proste, lecz wybrał inaczej. Został, bo był młody, głupi i pełen nadziei, a potem wiedział, że nie ważne gdzie by uciekał, potrzebuje czuć innych. Nie połączenie, lecz bliskość, zrozumienie i troskę, które pragnął poczuć od tych, którzy byli mu bliscy, a przynajmniej czuł wbrew sobie, że są bliscy. Lecz gasło to szybciej, niż rozpalało się ciągłe pragnienie, którego nienawidził. Wiedział, że mógł być inny, nie potrzebować tego. Być niezależny od innych, patrzeć na to z góry i być ponad wszystkimi, ale był zepsuty.

I wszyscy wiedzieli o tym. Wszyscy, oprócz niego.

Nawet jeśli opuściłby wymiar bratnich dusz, nigdzie nie znalazłby zalążek tego, czego szukał. A nie mógł ani przestać, ani zaakceptować porażki. A coraz dalsze brnięcie w to, powodowało kolejne porażki, kolejne rozczarowanie, kolejny nieudany pomysł jak ze sobą skończyć. Niby dziecinnie proste, ale gdy już decydował się na drastyczne środki, był zbyt pijany i naćpany, a metoda była przekombinowana i wtedy coś go rozpraszało. Nawet raz był to rozgotowany makaron. Przez większość czasu po prostu jego ciało nie wytrzymywało i po prostu zasypiał, a następnego dnia lub po kilku zwyczajnie wracał do swojego normalnego trybu. I znów nie myślał o tym przez jakiś czas.

Tliła się w nim tylko ślepa determinacja. Żeby zebrać jak najwięcej koniczyn. Żeby nie zemdleć przy tym. Żeby nic nie zakłóciło w nim determinacji, która zakłócała wszystko wokół niego. Nie było już reszty wieloświata, a w nim jedynej osoby, która jeszcze miała dla niego znaczenie. Był tylko on, pole pełne trucizny, pomarańczowe rozgwieżdżone niebo i dwugłowe krowy.

Rick spojrzał na koniczyny, które trzymał w dłoniach, które nawet nie drżały. Podniósł pojedyncze listki do ust i zaczął żuć kilka jak przekąskę. Miały lepką konsystencję, ale wciąż smakowały jak papier. Połknął zmieloną papkę i nie czując natychmiastowych nowych objawów, wepchnął całą garść do buzi.

Żuł powoli, połykając coraz to większe części, pozwalając, by jego coraz cięższe powieki zamykały się na coraz dłużej. Równomierny ruch szczęki i dostarczanie pokarmu, który nie był płynem, usypiało go. Więc jadł więcej, licząc na to, że i on zaśnie, zanim dopadną go opóźnione symptomy. Nie chciał jednak się jeszcze kłaść, choć ledwo siedział i zaczął czuć kolejne nudności.

Minuty ciągnęły się w nieskończoność, koniczyny skończyły się w jego dłoniach, więc wyrywał bez namysłu kępy roślin i zaczął je żuć. Najadł się już tyle zielska, że dodatkowe by mu raczej nie zaszkodziło, a i tak znajdowały się wśród nich koniczyny. Chyba. W końcu nie miał już siły zrywać, więc oparł się na wciąż prostych dłoniach i przeniósł wzrok z gwiazd na pole pod nim.

Krajobraz wyglądał niemal jak ze snu namalowanego przez dziecko. W innych okolicznościach mógłby pomyśleć, że wygląda pięknie. Że przechodzące koło niego dwugłowe krowy są urocze. Że chciałby się podzielić z kimś tym obrazkiem.

Potrząsnął głową trochę za szybko.

Poparzył się, gasząc zapałkę rozpalającą myśli i uczucia, zanim jeszcze zapaliła go.

Miał dość.

Chciał, żeby to się skończyło.

Żeby nie czuć tej pustki.

Jeśli miał samotnie zasnąć na zawsze na dalekiej zapomnianej planecie, to niech się tak się dzieje.

Zamknął oczy.

Żadne myśli nie nawiedzały go o odległej planecie Ziemi, czy wyłączył zabezpieczenie klonowania i gotujący się makaron.

Tylko on, pole koniczyn, gwiazdy z księżycem na pomarańczowym niebie i dwugłowe krowy. W niemal kompletnej ciszy, w której niósł się dźwięk muczenia i dziecięcej melodii.

Gdy tylko dotarł do niego charakterystyczny odgłos dzwonka przeznaczonego tylko dla jednej osoby, stracił równowagę i upadł na plecy. Jego żołądek w końcu nie wytrzymał i Rick instynktownie przewrócił się na bok, by wyrzucić siebie mieszaninę zmielonych koniczyn, słodkiego żółtego alkoholu i żółci. Nie tracąc czasu, zaczął szukać swojego telefonu w kieszeni, lecz nie mógł go wyczuć tak jak kilka jego pozostałych rzeczy. Dopiero gdy w końcu wykrztusił z siebie ostatnie niedokładnie zgryzione liście, uświadomił sobie, że dźwięk wydobywał się nad nim. Rzeczy musiały wypaść mu z kieszeń, gdy stoczył się po zboczu.

Determinacja zmieniła swój kierunek. Rick podniósł się i nagle był już przy źródle melodii. Leżała fortunnie przy paru innych drobiazgach jak portal gun, tabletek i pistoletu, a na szczęście bydło jeszcze się nie zainteresowało zjedzeniem ich. Gdy tylko Rick podszedł do nich, rzucił się na trawę i sięgnął po telefon.

Wciąż odurzony obrócił się na bok i spróbował przywdziać swój najbardziej niepijany głos. Trucie się mogło poczekać kilka minut.

To, co było sekundami, zdawało się, że trwało wieczność.

- Beth.

- Tata? Nie myślałam, że odbierzesz... - Usłyszał z drugiej strony słuchawki. Rick tylko uśmiechnął się sennie, słysząc jej głos.

- Wiesz, że zawsze znajdę dla ciebie czas - powiedział, nie dodając, że nie jest nią, by nie odbierać przez miesiące. Rick próbował sobie przypomnieć, kiedy ostatnio udało im się spokojnie porozmawiać, zanim spróbował kilka razy dodzwonić się do niej bezskutecznie. Było to chyba 7 tygodni temu, zanim zrezygnował. - Więc co tam, córuś?

- Em, dobrze... To może poczekać... - Rick nic nie odpowiedział na wahanie Beth i nie naciskał. Wiedział, że gdyby to zrobił, to znów byłaby mi między nimi cisza. - A co u ciebie? Brzmisz jak gówno. Spałeś?

Rick zaśmiał się szczerze i przewrócił się na drugi bok.

- Nie, robiłem, em, badanie. Coś tam, coś tam, pokarm, którym żywią tutejsze krowy... Ale nie wiem, kiedy ostatni spałem - powiedział. Całe zmęczenie powoli z niego schodziło. Spojrzał w niebo, tak jakby widział je po raz pierwszy. - Jest obecnie noc i... wow, widać tu pełno gwiazd, więcej niż można zliczyć.

- Tu też widać pełno gwiazd, wiesz? Jak prawie nigdy. Ale serio tato, krowy? Są jak jakieś ziemskie krowy, które nagły się tam znalazły, czy tylko wyglądają krowo podobnie?

Rick podniósł się, czując, że może usiąść na tyłku. Oparł ramię i ucho o telefon, który sam zbudował na wzór takich, które widział w wymiarze lekko wybiegającego w przyszłość. Za jakieś 20 lat prawie każdy będzie miał taki. Beth miała już taki sam jak on. Dzięki czemu mógł zawsze, o ile odbierała, skontaktować się z nią lub dowiedzieć się, gdzie się znajduje. Jeśli znowu miałaby problemy z lokalnym prawem lub szczędziłaby kolejną międzyplanetarną rewolucję, także by o tym wiedział.

- Pamiętasz tę krowę z lokalnej gazety, gdy byłaś mała? Tą z dwoma głowami - spytał i usłyszał tylko pomruk potwierdzenia. - Zmarła kilka godzin później i jakiś dziwak ją wypchał. Do muzeum czy coś. Więc te rodzą się i żyją, nawet dłużej, bo jakieś dziesiątki lat. S-s-są jak duże ptaki tutaj. Nie mają naturalnych drapieżników i mieszkańcy nie jedzą ich. Więc... Więc po prostu żyją sobie i jedzą trawę całe życie.

- Iii ty badasz trawę?

- Nieee... Znaczy... Dokładniej koniczyny, które akurat jedzą, dla twojej wiadomości! Pełno ich tutaj... - Rozejrzał się wokół siebie w poszukiwaniu butelki, ale nie była przy nim. Włożył po kieszeniach pozostałe swoje rzeczy, które leżały obok. Gdy schował już wszystko, jego wzrok spotkał się z dwoma głowami skierowane w jego stronę. Krowa stała kilka metrów od niego i żując kępy trawy, wpatrywała się wprost w niego. Mógłby przysiąść, że to ta sama krowa, która wcześniej go obwąchała. - I są przerażające, mam na myśli, bardzo przerażające.

- Przesadzasz. Na pewno są przeurocze, tato. Następnym razem jak wpadniesz na planetę pełną zwierzątek, nie wiem, daj mi znać i sama je ocenię - powiedziała osadzającym tonem, czekając na reakcję ojca. Zamiast tego słyszała tylko pojedyncze, krótkie muczenie z daleka.

Jej ojciec wpatrywał się w krowę i w końcu przybrał swój głupkowaty kreskówkowy głos.

- Myślęęę, że chcąąą mnieee zjeeeść - wyszeptał w słuchawkę i usłyszał najpiękniejszy chichot w całym wszechświecie.

- Chcąąą cięęę zjeeeść? - spytała, brzmiąc jak postać z kreskówki.

- Chcąąą mnieee zjeeść! - krzyknął i wspólnie zaśmieli się ze wspólnego żartu, który tylko oni rozumieli.

Ale śmiech przerodził się w płacz, który był najgorszym dźwiękiem w całym wszechświecie.

- Nie, nie nie, Beth, kochanie. Córcia... Proszę, nie płacz. - Stwierdził, że czas zadać pytanie, które nie chciał wypowiedzieć. - Eem... Beth, czemu zadzwoniłaś? N-nie płacz... Proszę, powiedz, czemu płaczesz. Obiecuję, że nie będę zły.

- A-ale b-będziesz... Będziesz rozczarowany mną!

Kolejny głośny ryk wyrwał się z gardła Beth. Rick wcale nie poprawiał sytuacji i nie wiedział, co jeszcze mógłby powiedzieć. Gdyby zaprzeczył, nie uwierzyłaby mu. Cokolwiek by się nie stało, nigdy nie będzie nią rozczarowany. Nie pójdzie jej w szkole? Pieprzyć edukacje. Chyba zaczęły się właśnie wakacje, a po nich zostanie jej rok liceum, ale jeśli chciałaby, mogłaby rzucić naukę. Nie dostanie się na wymarzoną uczelnię, by zostać chirurgiem koni? Rick mógłby załatwić jej najlepszą wymarzoną edukację w całym kosmosie i w innych wymiarach za pomocą jednego telefonu. Stwierdzi, że pragnie zostać kosmiczną rebeliantką, zamiast wieść spokojne życie na Ziemi? Zapewni jej wszystko, czego zapragnie. I nigdy, nigdy nie będzie nią rozczarowany.

- W-wiesz, że to nie prawda - zaczął. Mógłby przysiąść, że wśród łez mógł usłyszeć, jak kiwa głową, trzymając się za włosy. Zawsze ciągnęła i wyrywała je, gdy się denerwowała. - Czy m-możesz przynajmniej powiedzieć, gdzie jesteś?

- U-u... U-u państwa Smithów... - powiedziała, wciągając smarki. Rick zamrugał kilka razy, ponieważ nie spodziewał się takiej odpowiedzi. Podejrzewał, że nie będzie w ich mieszkaniu, ale prędzej pójdzie do swojej przyjaciółki, niż do nich. Nie, żeby im nie ufał, tak naprawdę byli jedyni ludźmi, których dobrze znał i mógł zaufać. Jedyną ich wadą było to, że byli rodzicami... Potrząsnął głową i dalej słuchał rozpaczania córki. - Powiedzieli, że zawsze mogę do nich przyjść, ale chcę, byś do mnie przyleciał, a nie był w tym głupim kosmosie!

Ricka zamroziło na chwilę. Od kiedy Beth poszła do liceum, ich spotkania kończyły się krzyczeniem na niego, żeby zostawił ją w spokoju i trzaskaniem naczyń o ściany. Szczególnie w tym roku spędził więcej czasu na obcych planetach, niż na Ziemi, od kiedy Beth się narodziła.

- Lizbeth... - wyszeptał jej pełne imię od bardzo dawna. Beth zaczęła się uspokajać i w końcu się wysmarkała. - Też tego chcę. C-chcę tego bardziej niż cokolwiek, być przy tobie niż miliony lat świetlnych z dala od ciebie... Po prostu... Nie-nie wiem, co powiedzieć. Wiem, że nawaliłem mocno i jeśli tylko chcesz, mogę wpaść czy coś i jeśli będziesz gotowa, możesz mi powiedzieć, co cię dręczy albo i nie...

- Tato - przerwała mu jego tyradę spokojnym głosem i głośno westchnęła. Rick ucichł. Poczuł, że ma suche gardło i przypomniał sobie, że musi mieć jeszcze manierkę w wewnętrznej kieszeni fartucha. Wyciągnął rękę, by wymacać ją, lecz jego dłoń nie zdążyła sięgnąć do jego piersi.

Rick Sanchez Β-368α był najbardziej przebudzonym i najbardziej trzeźwym człowiekiem we wszechświecie.

- JESTEŚ CO?!

∞∞∞∞∞∞∞∞

- JESTEŚ CO?!

Rick powtarzał co jakiś czas, krążąc po salonie Smithów. Mógł powiedzieć o nich kilka dobrych rzeczy. Pierwszą z nich, że byli miłymi ludźmi, ale takimi co naprawdę się lubiło, a nie udawało, że ich się toleruje. Po drugie, że mieli dobry gust w dekoracji wnętrz.

Beth otworzyła usta, by coś powiedzieć, ale znów je zamknęła. Jej twarz już nie była czerwona, we łzach i smarkach. Porzucone chusteczki leżały wokół niej na kanapie. Po prostu siedziała na niej z narzuconymi wokół siebie ramionami. Dla Ricka wyglądała tak jak pięciolatka z ogrodniczkami przeżartymi kwasem, radioaktywną mazią na podrapanych kolanach i obciętymi na krótko włosami jak lalka, po tym, jak któryś już raz przyłapał ją na grzebaniu w jego garażu. Dopiero po kilku dniach dowiedział się, czemu obcięła swoje włosy.

Dziś siedziała przed nim nastolatka w za dużej bluzie i włosami spiętymi w wysoki kucyk z pojedynczą niebieską pasemkom na boku.

- Tatooo, powiedziałeś, że nie będziesz na mnie zły... - powiedziała, zaczynając tę rozmowę po raz któryś.

- POWIEDZIAŁEM, ŻE NIE JESTEM NA CIEBIE ZŁY! JESTEM NA NIEGO! - Rick w końcu stanął i wskazał palcem na chłopaka ze złamanym nosem, siedzącego w kuchni. Podobnie jak Beth, miał niebieskie pasma włosów, ale po trzy pasma z każdej strony, myśląc, że wygląda cool.

Pierwszą rzeczą, jaką Rick zrobił po przybyciu do domu Smithów, było uderzenie Jerry’ego w twarz.

Tylko przed przyjściem jeszcze odwiedził wszechświat prysznica, suszarki i na końcu jeden z pokoi hotelowych, gdzie trzyma jedynie czyste ubrania. Musiał jeszcze pamiętać, by jutro przepłukać sobie żołądek na wszelki wypadek.

- Nie możesz być zły tylko na Jerry’ego! Jest tak samo odpowiedzialny, jak ja!

- Ma rację - wtrącił Leonard z kuchni, podając Jerry’emu nowe opakowanie mrożonego groszku z zamrażalnika. - W każdym razie, też uderzyłbym cię w takiej sytuacji.

Joyce przytaknęła tylko w kuchni, sprawdzając, czy ciasto jagodowe już wystygło. Kolejne jedzenie, które Rick mógł dodać do rzeczy, których mógł poczuć smak. Beth wyszeptała bezdźwięcznie podziękowanie w kierunku Leonarda.

- Nie chcę w ogóle o tym słyszeć. Nigdy. Żadnych szczegółów, informacji, sugestii - powiedział, przeczesując dłonią swoje włosy. - Poza tym, myślałem, że chodzisz… Jak im tam było? Kevin? Chris? Czy tam z Sarah? Jak-jak długo ze sobą chodzicie?

- Pół roku - powiedział Jerry z kuchni po raz pierwszy coś innego poza: ała”, to boli” i chyba zemdleję”.

- Trzy miesiące - powiedziała Beth w tym samym czasie.

Dwójka nastolatków spojrzała na siebie po raz pierwszy od kilkunastu minut.

- Chodziłaś z Sarah?

- Chodziliśmy z Sarah w tym samym czasie. I tak Jerry, CHODZIMY ZE SOBĄ TRZY MIESIĄCE! NIE WIĘCEJ! TAMTEN WYPAD NIC NIE ZNACZYŁ! - krzyknęła.

Jerry odruchowo skulił się na krześle.

- A TY! - zwróciła się do ojca. - COŚ TY SOBIE MYŚLAŁ, DAJĄC MI ŻYĆ SAMODZIELNIE BEZ NADZORU?!

- Nie... Nie wiem. Samodzielności? Odpowiedzialności?” - powiedział. Były to lepsze odpowiedzi, niż powiedzenie prawdy, że przy nim wszystko byłoby gorsze. Że źle na tym by wyszła. Że nie nie chciał jej widzieć, tylko żeby ona nie widziała go. Pragnął wybuchnąć, trzymając mocno włosy, co nigdy nie robił. To Beth zawsze mocno ciągnęła się za włosy, gdy się denerwowała.

Teraz wyglądała, jakby miała wybuchnąć nagłym płaczem, ale zamiast tego krzyknęła z zamkniętymi ustami.

- Beth... Proszę, nie denerwuj się... - wyszeptał Jerry z kuchni.

- Sam się nie denerwuj Jerry, to ja jestem w ciąży, nie ty! Przyzwyczaj się! Powinieneś dawno już się przyzwyczaić! - W końcu głośno wybuchnęła zrezygnowana. - A my tato musimy porozmawiać.

Wstała nagle i podeszła do ojca. Niespodziewanie chwyciła go za kołnierz swetra i zanim zdążył zareagować, zaczęła ciągnąć go przez pokój do kuchni do tylnych drzwi na taras.

- Będziemy za zewnątrz - orzekła, otwierając je.

- Ale sąsiedzi...

- Nie są moi, Jerry. Nie obchodzi mnie to - powiedziała, wychodząc i zatrzaskując drzwi. Podeszła do barierki i dopiero wtedy puściła ojca, który oparł się o drewnianą kolumnę. Wypuścił powietrze, które nie wiedział, że wstrzymuje.

Po raz pierwszy Rick i Beth spojrzeli na siebie spokojnie w ciepłą, bezchmurną noc. Było cicho, jakby życie nie toczyło się dalej poza posesją domu Smithów.

Beth pierwsza odwróciła wzrok swoimi zielonymi oczami, lekko jaśniejszymi od jej ojca. Nagle nie mogła znaleźć słów, które porządkowała sobie w głowie przez ostatnie godziny, które odwlekała od rozmowy, tygodnie milczenia przez telefon i miesiące, które chciała wygarnąć ojcu, który ledwo pojawiał się w domu.

- Jesteś większa. - Przerwał milczenie Rick. Beth prychnęła zaskoczona i w końcu się uśmiechnęła.

- Tato, nie widać jeszcze...

- Nie- nie, znaczy, miałem na myśli... Urosłaś. - Rick machnął ręką, zawstydzony.

- Naprawdę? Nie zauważyłam. Myślałam, że przestałam rosnąć rok temu.

- Też. Chyba to ostatni moment na dodatkowe milimetry.

- Najwyraźniej. A kim jest Kevin, o którym wspomniałeś?

- Nie wiem, po prostu wymyśliłem imię dla każdego idioty, jakiego bym wolał od... Niego. - Obaj wzruszyli ramionami, tracąc kolejny wątek do rozmowy. - Posłuchaj...

- Chciałam zadzwonić - Beth powiedziała szybko i ich wzrok znów się spotkał. - Naprawdę. Zaraz po tym, jak się dowiedziałam i powiedziałam Jerry'emu. Byłam nawet gotowa, by wszystko rzucić i ruszyć przez kosmos, by ci powiedzieć.

Rick wiedział, że byłaby do tego zdolna. Po raz pierwszy w ciągu kilku godzin umiała pojawić się w kosmicznej jadłodajni i oznajmić, że jest głodna w wieku pięciu lat. Innym razem na polu walki, bo się nudzi. Innym razem w posiadłości jego porywacza na zleceniu Galaktycznej Federacji, by pochwalić się najlepszymi ocenami z rocznika. Uświadomił sobie, że jeśli by nie odebrał, po kilku godzinach znalazłaby się na polu koniczyn, nie mogąc go znaleźć, bo jego nadajnik znajdowałby się we wnętrznościach jednej z krów.

- Ale zdecydowaliśmy się na razie nikomu nie mówić. Dopiero wczoraj był ostatni dzień szkoły i dzisiaj rano przyszłam do rodziców Jerry’ego, a potem im powiedziałam, a potem cały dzień namawiali mnie, bym się z tobą skontaktowała. - Katarynkowe mówienie Beth zwalniało z każdym słowem. Odwróciła się do barierki i oparła się o nią, wpatrując się w gwiazdy. - A gdy w końcu mnie przekonali, zrobiło się ciemno. Resztę historii znasz. Wprawdzie spodziewałam się, że gorzej to zniesiesz i zamordujesz Jerry’ego, ha, ha. Powinien się cieszyć, że jedynie złamałeś mu nos.

- Jak zareagowali? Jak zareagowałaś? - spytał, nie wymyślając nic lepszego i również oparł się o barierki, wciąż patrząc na swoją córkę.

- W zasadzie to wszyscy dobrze to znoszą. Jak na nastoletnią ciążę, oczywiście... Ale... Szczerze, nie wiem, co ja czuję, myśląc o tym. Przez chwilę myślałam nawet, by nikomu nie powiedzieć i mieć to z głowy, jak większość nastolatek. Ale wtedy, zanim zdecydowałam się powiedzieć mu podczas rozmowy... Zaczęłam się cieszyć, że to się stało. Czy to jakiś sens? - Rick tylko wzruszył ramionami, potrafiąc odpowiedzieć na niezliczone pytania, ale nie te zadane przez córkę. - A jak ty się czujesz?

Kolejne pytanie, na które nie znał odpowiedzi.

- Jestem... Zdezorientowany... Zły, ale nie na ciebie... Zmieszany, co jest pewnie innym słowem na zdezorientowany... I chyba czuję... Radość? - Próbował znaleźć odpowiednie słowa, poruszając dłońmi po ciele, jakby miał wydrążone litery po ciele, czekające aż je ułoży. - Czy to ma jakiś sens?

Beth spojrzała na niego i wybuchnęła śmiechem. Nie pamiętała, kiedy ostatnio tak się śmiała. Jej ojciec wyglądał zarazem na przestraszonego, zdezorientowanego i skraju załamania nerwowego.

- Beth, kochanie, to nie jest zabawne! Jesteś nastolatką z ciążą... Nastoletnią ciążą... Ciężarną nastolatką! Będę dziadkiem! Jestem... Jestem... Stary... O nie, jestem stary! - Złapał się za włosy, które chciał wyrwać, zanim całkowicie wyłysieje.

Dla Beth była to najzabawniejsza rzecz na świecie. Pokonała dzielącą ich odległość i oparła się o jego tors. Rick zastygł przez krótką chwilę, zanim zarejestrował, co się właśnie stało. Uniósł powoli ręce i powoli objął ją. Wszystkie zmartwienia nagle znikły, a jedynie myślał, że obejmuje córkę, którą nie trzymał przez dłuższy czas. Była ciepła i pachniała ciastem jagodowym.

- Tato, nie jest tak źle. Poza tym byłeś ponad dwa razy starszy ode mnie, gdy się urodziłam i ponad statystykę średniej wieku mężczyzn z pierwszym dzieckiem. - Jeszcze chwilę się śmiała i uniosła twarz, by spojrzeć na niego, przyciskając policzek do jego piersi i posyłając mu delikatny uśmiech. Nieśmiało uśmiechnął się do niej, pragnąc pocałować ją w czoło. - Skoro mamy to za sobą, pozostała jeszcze jedna rzecz do umówienia.

Przytaknął i nieświadomie połknął gulę śliny.

- Nie będę rezygnować z marzeń, tylko dlatego, że jestem w ciąży - oznajmiła i Rick zdobył się tylko na kolejne przytaknięcie. - Skończę szkołę i wyjadę, by zostać chirurgiem koni. Dlatego... Potrzebuję cię do tego.

Odsunęła się od niego, łapiąc go za dłonie i patrząc mu w oczy. Rick powoli przesuwał wzrok z ich dłoni na jej oczy.

- Wiem, że Jerry będzie dobrym ojcem i dobrze wychowa nasze dziecko, ale mówiąc szczerze? Nie powierzyłabym mu nawet jajka do opieki. Rozbiłby je przy pierwszej okazji i kupiłby nowe w supermarkecie. A zanimby wróciła, to rozbiłby jeszcze kilka i wznieciłby pożar. Nie wiem jak, ale wiem, że jest do tego zdolny.

- Wiem, ale... Jaki konkretnie masz plan? - spytał, nie odrywając wzroku od niej. Beth puściła jego dłonie i zrobiła krok do tyłu. Zaczęła wyliczać wszystko na dłoni, jakby mówiła o swoich planach w centrum handlowym.

- Więc wyprowadzimy się do Washingtonu po porodzie i ukończeniu szkoły. Jeszcze nie wybrałam, gdzie konkretnie chcę studiować, ale są tam najlepsze programy w kraju. Będę tam studiować, nawet jeśli Jerry nie dostanie się na... Eee, nie wiem, co zamierza studiować. Nie ma to znaczenia, ważne jest to, że jakoś będzie w życiu dziecka, a ja będę i matką i studentką, a później chirurgiem, a ty mi pomożesz w opiece nad dzieckiem.

Patrzyli na siebie przez kilka sekund, zanim Rick przestudiował jej słowa i był w stanie coś powiedzieć.

- Chcesz, żebym został opiekunką do dziecka? - W końcu wydusił z siebie.

- Nie zupełnie. Ale trochę bardzo tak. No wiesz, zawsze miałeś rękę do dzieci. W pewnym sensie dobrze mnie wychowałeś i często zajmowałeś się dzieciakami w sąsiedztwie. Czasem, bo ich rodzice chcieli się z tobą przespać, ale wciąż.

- Czekaj, co? - Rick poczuł, że coś przegrzało mu się w mózgu.

- Nie udawaj, że nie wiesz. Tak jedna czwarta, jeśli nie więcej rodziców moich znajomych... Nieważne. Chodzi o to, że jesteś dobry w tym i szczerze pragnę być numerem jeden w twoim życiu. - Odwróciła się od niego i objęła się za brzuch. Rick, zdezorientowany, podszedł do niej.

- Beth, o czym mówisz? Przecież jesteś najważniejsza w moim życiu - powiedział, kładąc dłoń na jej ramieniu, ale odepchnęła go i znów odsunęła się od niego.

- Nie mów tak! Nie okłamuj mnie! Nic tylko zajmujesz się swoimi badaniami, podróżowaniem lub walką z Federacją! Zachowujesz się, jakbym była... Była... Nieudanym eksperymentem! - Zaczęła chodzić, krzyczeć i ciągnąć za swój kucyk i luźne pasma włosach. W jej zamkniętych oczach pojawiały się nowe łzy. - Dlaczego? Dlaczego nie odwiedziłeś mnie choć raz, gdy nie odbierałam?

Chciała powiedzieć, jak spełnia się jej największy lęk, że zostawi ją przed domem samą, by wyruszyć w podróż. Zostawi ją na kilka miesięcy, czasem dzwoniąc, czasem wysyłając pocztówki z miejsc, które wcześniej nie znała, podpisane przez ludzi, których nigdy nie zobaczy. Będzie każdej nocy usypiać się płaczem, czekając, aż wróci. Lecz nigdy to nie nastąpi. Pewnego dnia odbierze telefon i każą zawołać kogoś dorosłego, ponieważ pani po drugiej stronie nie jest w stanie przekazać jej najgorszą wieść, jaką może przekazać dziecku.

Lecz zbyt bardzo się bała.

Chciał powiedzieć jej, że ta cała rzecz związana z rodziną nie wyszła, ponieważ on był za to odpowiedzialny. Nikt nie nauczył go, jak zabrać się za to i jak bardzo będzie ciężko. Że popełnił wiele błędów i wyszło to na dobre, ale jeszcze więcej jego decyzji okazało się niewłaściwych. Że chciałby być lepszym ojcem i zasługiwać na nią. Jak bardzo jest z niej dumny i ją kocha.

I jeśli tego nie powie, będzie żałował do końca życia.

- Nie byłem zbyt dobrym ojcem wobec ciebie i przepraszam. Nie powinienem zostawiać cię samej i nie powinienem znikać. Byłem przytłoczony i wyżywałem się na ciebie i innych sposobami, z których nie jestem dumny. I to nie było twoją winą. To była moja wina i przepraszam.

Spojrzała na niego swoimi nieufnymi zielonymi oczami. Przyglądała mu się trzy sekundy, zanim była w stanie cokolwiek powiedzieć.

- Ale?

- Ale nic. Chciałbym myśleć, że to wina innych, ale to tylko potwierdza, jak bardzo źle trafiłaś. Zasługujesz na ojca, który jest bardziej cierpliwy i troskliwy... I łamie mi to serce, że nie miałaś takiego ojca.

Kolejne sześć sekund minęło, zanim była zdolna znów się odezwać i podejść do niego nieufnie jak przestraszona łania.

- Dziękuję. Wow. Wow. - Beth czuła, że jej mózg zaciął się na osiem sekund. - Wow. Czekałam wiele lat, żeby usłyszeć, jak to mówisz. Nie wiem, co czuć. Mam na myśli, miałam fantazję, w której mówisz to. W zasadzie słowo w słowo. To straszne, jak bliskie to jest, ale chcę tylko powiedzieć... Dziękuję. I jesteś najlepszym rodzicem, jakim mogłabym mieć.

Było coś w tej nocy, co pozwalało im się otworzyć i przebaczać sobie i nawzajem. Może było to bezchmurne niebo, jasne gwiazdy i wielki księżyc. Może ciepły powiew wiatru i zapach ciasta.

Beth podeszła do niego i delikatnie otarła jego policzek rękawem bluzy.

- Och, tato. Nie płacz, bo ciąża sprawia, że łatwo się rozklejam. Założę się, że to nieostatni raz, kiedy będziemy tak rozmawiać. - Rick chciał zaprzeczyć, że wcale nie uronił łzy i się nie wzruszył, ale wolał już nie kłamać. - Właściwie... Dlaczego wcześniej tak nie rozmawialiśmy? Mogliśmy ogarnąć swoje uczucia dawno temu.

- Beth, nie wiemy, jak rozmawiać bez kłócenia się. - Prychnął, wywracając oczami. - Przypomnij sobie, kiedy ostatni raz nie krzyczeliśmy na siebie lub nie przerwaliśmy narastającego konfliktu, trzaskaniem drzwiami?

- Eee... W zeszłym roku... Podczas Świąt? Nie, czekaj! Nie spędzaliśmy je razem... Więc to byłoby... W nasze ostatnie urodziny?

Nieplanowanie dzielili urodziny tego samego dnia, który się zbliżał. Przez lata udawało mu się ukrywać to, odciągając jej uwagę jej własnymi urodzinami, lecz pewnego dnia znalazła jego wcale nie podrobione prawo jazdy z jego prawdziwymi danymi.

- Dokładnie! To był ostatni dzień bez kłótni i cichych dni! Nie umiemy ze sobą rozmawiać!

- A-ale jak do tego doszło? Nie rozumiem.

- Zaraz ci to wyjaśnię. Odkrywasz, że możesz zacząć krzyczeć i nie obchodzi cię żadna kara, szlaban i cokolwiek wymyślę. Wtedy odkrywasz, że tłuczenie talerzy i kubków jest bardziej widowiskowe i głośne, nawet przyjemne. Wtedy rzucasz we mnie talerzem, co jest jeszcze fajniejsze, a ja odkrywam, że krzyczenie na ciebie nie powoduje u ciebie przerażenia, płaczu i traum, które będziesz musiała przerobić z terapeutą za kilka lat i nie zadzwonisz po opiekę społeczną. Co jakiś czas to się powtarza, czasem zamykasz się w swoim pokoju, czasem unikamy siebie i nie rozmawiamy przez kilka dni, a czasem nie odbierasz telefonu. Czy coś pominąłem?

Zaniemówiła z wrażenia. Oparła dłonie o barierkę, próbując przeanalizować swoje zachowanie.

- Nie... To jest... Dokładnie co się dzieje. Chyba mam problemy z agresją.

- Ta, przez ciebie nie mamy żadnej ładnej zastawy. - Również oparł się o barierkę, w momencie, gdy Beth spojrzała na niego, jakby obraził ją w kilku językach.

- Przepraszam? Zacznijmy od tego, że nie masz gustu. Kupujesz je po przecenach i żadne nie jest nawet w komplecie.

- Lubiłem mój ładny zestaw do herbaty, zanim kawałek porcelany nie dostał mi się do oka. - Nadąsał się jak dziecko.

- Proszę cię, miałeś go z tego kanału co skamuje starych ludzi na zbyt drogich błyskotkach, a to nawet nie była prawdziwa porcelana. I celowałam koło twojej głowy, nie w nią. Było trzeba się nie ruszać.

- Masz szczęście, że udało mi się kupić nowy w całości zestaw. I czasem reklamują coś ładnego, gdy nie mogę spać. - Przekonał sam siebie. - Czy już wszystko między nami w porządku? Chociaż na razie?

- Chyba. - Westchnęła, próbując ułożyć sobie wszystko w głowie. Chyba było dobrze, a przynajmniej lepiej od długiego czasu. - Tooo... Co dalej? Umówimy się, że przez jakiś spróbujemy się nie kłócić?

Podała mu dłoń, a od złapał ją i przyciągnął do siebie, otaczając ramieniem.

- Stoi. I musimy dodać kilka rzeczy do twojej listy do zrobienia - powiedział, lekko głaszcząc jej ramię. Uśmiechnęła się znów do niego. Miał rację. Odrobinę urosła.

- Co dokładnie?

- Pierwsze co, to jutro zbada cię lekarz mojego wyboru. - Odwrócił ją do siebie i położył dłonie na jej ramionach. Spojrzeli głęboko sobie w oczy. - Wiesz mi, jest najlepszy, jeśli chodzi o ciąże humanoidów. Poprowadzi cię przez wszystko. Będziesz słuchać się przede wszystkim jego, a potem mnie, a jeśli powiem coś przeciwnego, to dalej będziesz się go słuchać. Łącznie z filmami, czasopismami i książkami. Mam gdzieś pełno książek posegregowanych na dwa stosy. Jeden całkiem niezły, drugi, który sprawi, że opieka społeczna sama się zjawi, gdy już od kilku godzin będziesz trzymać głowę w piekarniku. Ale tak będziesz słuchać się nas i będę kontrolować twoje parametry, to co jesz i harmonogram snu.

Wpatrywał się w nią długo, mając nadzieję, że przynajmniej trochę go posłucha.

- Czy mogę zjeść ciasto jagodowe Joyce?

- Nawet z bitą śmietaną. Uwielbiam to ciasto, Beth. Najpierw sam zjem chociaż kawałek. A jutro po wizycie, na którą Jerry jako "ojciec" też może się pojawić, zrobimy sobie małe wakacje. Co ty na to?

Oczy zabłyszczały jej się z wrażenia jak dzisiejsze gwiazdy.

- Naprawdę?!

- Jasne. Spędzimy kilka tygodni lub miesiąc, tam, gdzie wybierzesz lub odwiedzimy kilka miejsc. Na przykład w tym hotelu, gdzie byliśmy dwa lata temu. Słyszałem, że po remoncie jest jeszcze lepszy. I wdrożysz mnie w ostatnie plotki z tego roku. Wiesz, jak uwielbiam licealne plotki. Tylko będziesz musiała mi przypomnieć kilka z ostatnich wakacji, szczególnie co stało się nad jeziorem.

- Bardzo bym tego chciała. - Znów w niego się wtuliła i Rick odwzajemnił uścisk. - Mam kilka pomysłów, o ile możemy odwiedzić inny wymiar czy dwa.

Co za noc.

- Co za noc. - Powtórzył Rick. Jego wzrok dostrzegł doniczkę z jakimś kwiatem, który stał na barierce tuż za Beth. - Gdybyśmy kłócili się bez przerwy, dałbym ci osiem minut, zanim rzuciłabyś we mnie tą doniczką.

Zerknęła na doniczkę, nie odrywając się od ojca.

- Dokładnie, maks 8 minut i dosłownie byś gryzł ziemię. - Mocniej wtuliła się w niego. - Wydaję się, że jest już lato - powiedziała, wracając do poprzedniej myśli.

- Ciesz się, póki możesz. To będą twoje ostatnie takie wakacje na jakiejś 18 lat.

- Summer... - powtórzyła zadowolona. - Podoba mi się.

- O nie nie nie. - Puścił ją i postarał się być przekonujący. - Nawet o tym nie myśl. Na pewno wpadniesz na coś lepszego.

- Teraz bardziej mi się podoba - powiedziała zadowolona. Podeszła do tylnych drzwi wejściowych. - Chodź, ciasto na pewno już wystygło. Zostawię ci największy kawałek.

- Dobra - odparł i poszedł za nią. - Ale tak nie odwrócisz mojej uwagi. Musisz bardziej się postarać.

Otworzyła drzwi w momencie, gdy wszyscy wrócili na swoje miejsca tak, jakby wcześniej nie słyszeli dobrze całej rozmowy ze swoich miejsc. Beth i Rick weszli, zostawiając za sobą jasne gwiazdy, wchodząc w nową, lepszą i jaśniejszą dla nich przyszłość.

Notes:

Dziękuję za przeczytanie pierwszego rozdziału.

Motyw Ricka w młodym życiu Beth jest dość rzadko poruszany, a Beta Rick chyba dość dobrze wszystko przyjął.

Kilka ciekawostek i faktów charakterystycznych dla tego wymiaru:
- tytuł fanfika pochodzi z wiersza Laury Gilpin "Two-Headed Calf", a pierwszy rozdział ma wiele nawiązań do wiersza,
- w notatkach Rick pierwotnie miał zbierać kwiaty, a krowy miały być ziemskie i jednogłowe, jednak po przypomnieniu sobie o tym wierszu zostało to zmienione w trakcie pisania pierwszego szkicu,
- pierwszy rozdział miał zawierać fragmenty z rozdziału drugiego, ale Rick i Beth zasługują na rozszerzony własny czas razem,
- jekand nie jest prawdziwym alkoholem, a kosmicznym trunkiem o złotej barwie, słodkim smaku i jest podawany z kostkami lodu, w których znajdują się strzelające cukierki,
- gotujący się makaron jest bardzo ukrytym nawiązaniem do serii gier o Reksiu,
- pełne imię Beta Beth to Lizbeth,
- w serialu pada informacja tylko raz czy dwa, że Beth zaszła w ciąże podczas promu, ale chyba nie zostało podane czy chodzi o junior czy senior prom, ale każda moja Beth zachodzi w ciąże, podczas junior promu i zawsze miały marzenie o zostaniu końskim chirurgiem,
- Beth i Jerry z tego wymiaru spotkali się w wieku 5 lat i mają niebieskie pasma włosów bratnich dusz, konkretnie jest to ten sam odcień, jaki ma Space Beth,
- imiona przeszłych partnerów Beth są nawiązaniem do aktorów głosowych Jerry'ego i jej,
- Rick i Beth z tego wymiaru mają zielone oczy, a Jerry brązowe (co nie jest wspomniane),
- Rick jest jedynym prawnym opiekunem Beth i teoretycznie wspólnie mieszkają w mieszkaniu w tym samym mieście co Jerry, a więcej o tym w pozostałych rozdziałach,
- urodziny Beta Beth i Ricka przypadają 7 lipca.

Dodatkowo nazwy planowanych rozdziałów pochodzą z czegoś. Jak komuś uda się odgadnąć skąd, to może wybrać studia dla Jerry'ego.