Work Text:
Nie każdy mógł pochwalić się tym, że spotkał w swojej kuchni Boga. Z drugiej strony. Dean nie był pewien czy było się czym chwalić. Chuck zdecydowanie nie należał do najmilej widzianych gości. A nie można wyprosić z domu Boga. Niestety.
— Dzień dobry — przywitał się z siedzącym przy stole mężczyzną. — Co cię do nas sprowadza w ten ponury poranek? W samym szlafroku?
— Dzień dobry — odpowiedział ten, nie podnosząc wzroku znad ekranu laptopa. Chociaż pewnie nie musiał, skoro teoretycznie był wszechwiedzącym i wszechmogącym absolutem. — Poszukiwanie inspiracji.
Słysząc to, Dean zamarł z dzbankiem kawy nad kubkiem. Kiedy Chuck był prorokiem, to mogli mu grozić, by o nich nie pisał, ale teraz… Bogu?
— Inspiracji? — spytał, unosząc brwi w górę i próbując zamaskować kłębiące się w nim emocje. — Znowu piszesz Supernatural?
— Nie — odparł Chuck, a Dean odetchnął z ogromną ulgą. — I tak, inspiracji. Zmiana otoczenia wpływa korzystnie na produktywność.
— Aha, dobrze wiedzieć. — Postawił mu obok laptopa czarną kawę. — Potrzebujesz czegoś?
— Nie, kawa wystarczy, dziękuję. — Chuck uśmiechnął się do niego jak przez mgłę. A potem, chodź siedział tyłem do wejścia, powiedział: — Dzień dobry, Sam.
— Um… Dzień dobry? Co tu robisz? — zapytał młodszy Winchester, posyłając zagubione spojrzenie bratu.
— Piszę…
— Spokojnie, Sammy, nie o nas — zapewnił Dean. — To tylko zmiana otoczenia dla lepszej inspiracji.
— To nie będziemy ci przeszkadzać. — Sam wskazał bratu drzwi skinieniem głowy.
— Aha — potwierdził Chuck, nie zwracając na nich uwagi, ale po chwili zmarszczył brwi, jakby coś do niego dotarło. — Jak to: nie o was?
Zatrzymali się w progu. Dean zacisnął pięść i powieki, przeklinając w myślach swoje szczęście.
— Mówiłeś, że to nie Supernatural — odpowiedział, odwracając się i patrząc na Boga.
— Bo nie jest. Ale to nie znaczy, że nie jest o was.
Sam zamknął na chwilę oczy, oddychając głęboko, a Dean przytrzymał się framugi.
— Czyli jest o nas? — upewnił się starszy Winchester, wbijając boleśnie paznokcie we framugę.
— Nowa seria? Mógłbyś chociaż tym razem zmienić nam nazwiska? — Głos Sama zdradzał ogromną nadzieję.
— Odpowiedź na oba te pytania brzmi: nie — stwierdził Chuck, zamykając laptopa. Wskazał im miejsca naprzeciwko siebie, które ci posłusznie zajęli. — To podręczniki.
Spojrzeli na niego ze niezrozumieniem, a ten westchnął.
— Historii. Dla nowych aniołów. Jesteście ważnym elementem świata nadnaturalnego, nie mógłbym was pominąć. Zwłaszcza biorąc pod uwagę apokalipsę, zamknięcie Nieba, Amarę… wiecie. To ważne wydarzenia historyczne — powiedział, wzruszając ramionami. — I nie mogę was pominąć, bo to jakby pominąć Kleopatrę w historii Egiptu. Nazwisk nie zmienię, bo czy widziałeś kiedyś podręcznik do historii, w którym Hitler nie nazywa się Hitlerem?
— Czy ty właśnie porównałeś nas do Hitlera? — oburzył się Dean, a Sam położył mu w uspokajającym geście rękę na ramieniu.
— Nie, Dean, po prostu pasował mi do metafory. — Chuck uniósł ręce w górę. — Poczujesz się lepiej, jeśli powiem, że to jakby nazwać Abrahama Lincolna jakimś innym nazwiskiem?
— Ta, poczuję, trochę, dzięki — prychnął Winchester.
— Nie ma za co. Ja dziękuję za stworzenie dla mnie niezłego kawałka historii do opisania.
— Co masz na myśli… — zaczął Sam, zbierając myśli. — Mówiąc o nowych aniołach?
— To, co ci się wydaje. — Chuck wzruszył ramionami — Planuję nowe pokolenie. Lepsze. Doskonalsze. Wersję dwa-zero.
Szczęki Winchesterów samoistnie się otwarły. Na chwilę zapadła cisza, gdy ci zbierali zarówno myśli, jak i odwagę, by kontynuować tę rozmowę.
— Ale po co? — wypalił w końcu Dean.
— Nie wiem. — Wzruszył ramionami Chuck. — Odczuwam taką potrzebę. Zacząć od nowa.
— Od nowa? W sensie… Od nowa-nowa? Jak bardzo od nowa?
— Znowu wszystkich utopisz? — Najwyraźniej Dean nie przejmował się subtelnością nawet w rozmowie z Bogiem.
— Spokojnie — westchnął Chuck. — Jesteście moimi ulubionymi ludźmi. Cokolwiek wymyślę w sprawie tego świata, wy idziecie ze mną — zapewnił, a Dean pomyślał, że ta opcja również nie jest zbyt ciekawa.
— Ale co z resztą świata? Co… Co planujesz?
— Nie przejmuj się, Sam. — Chuck machnął ręką na przerażenie mężczyzn. Dopiero po chwili postanowił ukrócić ich męki. — Nie niszczę świata i nie wybijam całej ludzkości. W zasadzie, to dla ludzi nic się nie zmieni. Tylko dla aniołów.
— Aha, tak jakby pierzaści nie wpływali na ludzi — prychnął Dean, a Sam walnął go w głowę.
— Kontynuuj, proszę.
— W zasadzie, to co mam wam powiedzieć? Wywaliłem anioły wersja jeden-zero, planuję anioły wersja dwa-zero. Co do Castiela, to spokojnie, ma immunitet i jeszcze o niczym nie wie. Jak mówiłem, jesteście moimi ulubieńcami, cała wasza trójka.
— Zabiłeś wszystkie anioły? — sapnął Sam, jakby jego umysł nie potrafił przetworzyć tej informacji.
— Tak jakby, ale nie do końca. Stworzyłem im coś takiego, jak stworzyłem lewiatanom, wiecie — w stylu Czyśćca, i wszystkich tam przeniosłem — odpowiedział Chuck. — Więc to zależy od interpretacji terminu morderstwo.
— I… Te nowe książki są po to, by nowe anioły wiedziały, co się wydarzyło? — Bóg pokiwał głową. — Jesteś pewien, że to dobry pomysł?
— Nowe pokolenie czy podręczniki?
— Oba, ale zacznijmy od podręczników — odpowiedział Sam. — Jeśli stworzysz nowe anioły, to czy rozsądnym jest dawanie im tych wszystkich informacji?
— Dlaczego miałbym coś przed nimi ukryć?
— No nie wiem — wtrącił się Dean. — Może dlatego, że — tak jakby, ale nie do końca — zabiłeś pierwsze pokolenie?
— Och. — Do Chucka dotarł sens tej wypowiedzi. — Masz rację, niezbyt rozsądne. Hm… W takim razie… Wiem! Powiem im, że stworzyłem ich na podstawie mitów ludzi. Wymyślili sobie opiekunów, a ja postanowiłem im ich dać — zakończył, z dumą wypinając pierś.
— Po co ci to drugie pokolenie, tak właściwie?
— Po to, by się wami opiekowało.
— Pierwsze ci nie wyszło — stwierdził fakt Dean.
— Nie zaprzeczę — potwierdził Chuck. — Ale teraz będzie inaczej.
— Skąd ta pewność? — prychnął Dean. — Że znów nie zepsujesz czegoś po drodze?
— Bo tym razem nie zrobię tego sam.
Chuck przewrócił oczami, widząc niepewność i zwątpienie.
— To znaczy? — Spróbował szczęścia Sam. — Kto ci pomoże? Amara?
— Amara? — Chuck wyglądał na oburzonego. — Chyba zwariowałeś.
— Więc kto? — Deana też to ciekawiło.
— Wy, oczywiście — odpowiedział Chuck, uśmiechając się do nich szeroko. — Wy mi pomożecie.
Znów zapadła cisza i znów Winchesterowie gapili się na niego w szoku.
— Ale jak to: my?
— Normalnie. Przypilnujecie żebym nie popsuł etapu ojcostwa — stwierdził, znów otwierając laptopa. — Do tego Castiel będzie nianią, na przykład. Wy źródłem informacji o ludzkości. Zajmiecie się też różnymi drobnymi sprawami… Na początek będę potrzebował dwóch tysięcy imion męskich i dwóch tysięcy imion żeńskich. I jeszcze może z tysiąc neutralnych. Na już.
