Work Text:
Na stole piętrzyły się stosy tekstów poświęconych aniołom, Nefilimom i wszystkich innych istotach, które dało się w jakikolwiek z nimi powiązać. Nie wiedząc, czym do końca będzie jego bratanek lub bratanica, Sam postanowił przygotować się na wszelkie możliwości i przeszukał dokładnie zbiory Ludzi Pisma.
Ale to nie było dla niego w tym momencie najważniejsze. Jego priorytet stanowiło obecnie bezpieczne dostarczenie dziecka na ten świat. Wliczając w to nie tylko zorganizowanie ekstremalnie dyskretnej, a tym samym wykwalifikowanej pomocy medycznej, ale też zapewnienie odpowiednich warunków do rozwoju przed narodzinami. Oraz utrzymanie brata w zdrowiu i szczęściu możliwie jak najdłużej.
W ciągu ostatnich tygodni, Sam przeczytał tak wiele stron poświęconych ciąży, że zaczynało mieszać mu się w głowie. Mało tego, sprzedawcy w pobliskiej księgarni zdążyli złożyć mu już gratulacje i za każdym razem pytali o samopoczucie jego dziewczyny. Mówili o tym, jak wielką jest szczęściarą, mając tak zaangażowanego partnera. Nie warto było wyprowadzać ich z błędu.
Natomiast Dean nazywał go nadopiekuńczą kwoką. Sam się tym jednak nie przejmował, dając upust swojej nadopiekuńczości, rozpieszczając brata na wszelkie znane mu sposoby i dbając, by nie nadwyrężał się nawet odrobinę.
— Proszę — powiedział, kładąc przed Deanem talerz z obiadem i całując go w skroń.
— Sammy? — wykrztusił ten, zamierając.
— Tak? — Przełknął ze zdenerwowania ślinę, czekając na wybuch brata.
— Czy ty pocałowałeś mnie właśnie w głowę?
— Um, możliwe — odpowiedział, odsuwając się.
— Czemu?
— Nie wiem. — Wzruszył ramionami.
— Jak to: nie wiesz? — Dean odwrócił się w jego stronę.
— Nie wiem. Taki odruch.
— Odruch, huh? — prychnął Dean. — Naprawdę zmieniasz się w nadopiekuńczą żonę.
— Czyli, um, wszystko dobrze? Z nami? — upewnił się.
— Jasne — odpowiedział Dean. — Tak długo, jak będziesz mnie karmić i to jedzenie będzie uwzględniało mięso, tak długo będzie między nami w porządku — obiecał. — Idę do toalety.
Sam prychnął śmiechem, kręcąc głową i biorąc się za własny obiad. Dean wrócił dopiero po dłuższej chwili, wyglądając, jakby ktoś wylał na niego wiadro zimnej wody i odebrał kilka lat życia.
Niestety, nie był to pierwszy raz.
— Dean…
— Odpuść sobie, Sammy. — Mężczyzna od razu go powstrzymał, machając ręką i siadając na krześle ciężko. — Zwykłe poranne mdłości. O ile można powiedzieć, że facet w ciąży to coś normalnego.
— To nie są „zwykłe poranne mdłości”, Dean i dobrze o tym wiesz — zaprzeczył. Obaj czytali teksty o Nefilimach i tym, jak mogły wpływać na swoje matki. Ludzkie ciała nie były przystosowane do kształtowania anielskiej łaski.
— Nawet jeśli nie są, to co mam z tym zrobić, hm?
— Wezwać Castiela — odpowiedział Sam, zaciskając dłoń w pięść. Odmawiając sobie odpowiedniej pomocy, Dean poważnie się krzywdził, narażając na niepotrzebne niebezpieczeństwo. Odmawiał sobie też szczęścia, bo nie sądził, by anioł zostawił go samego. A nawet jeśli: wtedy będzie miał pewność, zamknięcie, a nie iluzję bańki mydlanej wokół siebie. — Poza tym to już najwyższy czas, żebyś mu powiedział. Będzie gorzej, jeśli pojawi się gdzieś koło nas i sam się dowie.
— Nie było go tutaj od miesięcy, myślę, że to nam nie grozi — prychnął Dean, ale Sam nie poddawał się, posyłając mu swoje najlepsze sucze spojrzenie. — Ugh, dobra, ale jesteś przy tym jak mu mówię. I ty się modlisz.
— Jasne. Czekaj, teraz? — zdziwił się. — Dobra.
Zamknął oczy i skoncentrował się, choć już dawno zrozumiał, że modlitwa mogła przybierać bardzo różne formy.
— Cas? Castiel? Potrzebujemy cię w bunkrze, to znaczy Dean się potrzebuje, bo…
Nie musiał kończyć swojej pokracznej modlitwy — tuż po słowach „Dean cię potrzebuje” usłyszał trzepot skrzydeł. Otworzył oczy.
— Dean? Co się stało?
Wspomniany Winchester spojrzał na Sama najpierw, a potem westchnął.
— Całkiem sporo. — Dean wstał z krzesła i odwrócił się w stronę anioła, rozkładając ręce. — Sam widzisz.
Obserwowanie szoku anioła było ciekawym doświadczenie, Sam miał ochotę zaśmiać się, widząc jak oczy tego rozszerzają się w niedowierzaniu, a szczęka opada w dół. Ale coś mówiło mu, że to wszystko nie skończy się dobrze.
— Znowu spałeś z czymś, na co powinieneś polować? — powiedział Castiel słabo, gdy minął mu pierwszy szok. — Dlaczego nie zadzwoniłeś wcześniej? Mogłem powstrzymać to w zalążku, teraz będzie to…
Słysząc te słowa, Dean zasłonił brzuch rękami, a Sam poderwał się z krzesła, gotów do interwencji.
— Powinienem na ciebie polować? — Anioł zbladł i cofnął się o kilka kroków. — Poza tym: nie ma tutaj nic do powstrzymywania. Może poza tym wirowaniem. Sammy?
Nie musiał powtarzać, Sam posłusznie zaoferował swoje ramię, przytrzymując brata.
— Wiem, że to dużo do przyswojenia, ale najpierw ich ulecz — powiedział, obejmując Deana w pasie, dla lepszego wsparcia. — Potem porozmawiacie.
Anioł kiwnął głową i dotknął jedną ręką czoła, a drugą brzucha Deana.
— Nie krzywdź dziecka — wypalił Dean i wtedy pojawiło się światło, które na moment otuliło jego brzuch.
— Nic jej nie zrobiłem — powiedział od razu anioł, zauważając spojrzenie Sama. — Możemy porozmawiać sami?
— Jej? Dziewczynka? — Twarz Deana rozjaśnił uśmiech. — Tak, możemy, tak?
Sam kiwnął głową i wyszedł. Ukrył się jednak za progiem, tak, że wszystko słyszał.
— Nie ufasz mi?
— Nie.
— Więc… Chcesz tego?
— Tak.
— To Nefilim.
— To moja córka.
— Na pewno?
— Tak.
— Dobrze.
— W porządku?
— Tak.
— Co zrobiłeś?!
— Uspokój się, Dean. Zostawiłem jej tylko więcej swojej łaski. Powinno wystarczyć do rozwiązania.
— Och… dziękuję.
— Co z porodem?
— Liczyliśmy na pomoc… Sammy organizuje kogoś do cesarki i wszystko, ale przydałbyś się do poskładania mnie i sprawdzenia, czy wszystko z nią w porządku.
— Oczywiście. Pomogę ci, jak tylko będę mógł — zapewnił anioł. — I zabiorę wtedy moją łaskę, póki będzie wystarczająco mała. To ograniczy szkody.
Potem zapadła cisza. Sam wychylił się lekko zza progu, po cichu mają nadzieję na ujrzenie Deana w objęciach Castiela, a nie wpatrującego się w puste pomieszczenie, co było niestety bardziej prawdopodobne.
— W porządku? — spytał Sam, wchodząc do środka.
— Zniknął — poinformował go Dean, wzruszając ramionami. — Spodziewałem się… Nie wiem. Czegoś innego.
— To zrozumiałe.
— To dziewczynka — powiedział, wciąż nie ruszając się z miejsca i stojąc w tej samej pozycji. — Córka. Moja córka. Nie jego, zabierze jej siebie. Słyszałeś?
— Tak.
— Huh — prychnął
— Hej — Sam podszedł do Deana i przytulił do siebie. — Wiesz, że ja cię kocham, prawda?
— To nie to samo.
— Nie będziesz sam, Dean — zapewnił, przyciągając do siebie mocniej i kładąc jedną z dłoni na jego brzuchu.
— Znowu to zrobiłeś — zauważył. — Pocałowałeś mnie w skroń.
— Przeszkadza ci to?
— Nah. — Wzruszył ramionami. — Pomasuj mi stopy.
