Actions

Work Header

Słońce gaśnie nad trzciną

Summary:

— Spójrz — powiedział pewnego razu Jaskier, wskazując dłonią kierunek. — Słońce gaśnie nad trzciną.

Notes:

No hej.

Ogólnie nie mam żadnych ostrzeżeń co do tego tekstu. Jest tak samo metaforyczny jak inne z tej serii, tak samo dużo w nim natury, zachodów słońca i tej wielkiej, niewypowiedzianej miłości Geralta do Jaskra. Jeżeli zmrużysz oczy, możesz czytać to jako kontrapunkt do Wszystkich tych odcieni zieleni i nieba; ale znajomość tamtego tekstu nie jest wymagana.

(Słowa, które Jaskier nuci to fragment piosenki Kare Konie by Nina Kodorska).

Odpal Where Is Your Rider by The Oh Hellos, niech odda ten melancholijny nastrój.

Trzymaj się ciepło <3

____________
Dla siostry.

Work Text:

— Spójrz — powiedział pewnego razu Jaskier, wskazując dłonią kierunek. — Słońce gaśnie nad trzciną.

Geralt był akurat po łokcie zakopany w trzewiach martwego utopca; szukał wśród śmierdzącej, krwawej masy jego spuchniętej wątroby. Uniósł głowę, dmuchnął w kosmyk włosów łaskoczący w policzek. Kosmyk uniósł się pod wpływem podmuchu i opadł w ten sam sposób co wcześniej.

Jaskier opierał się biodrem o stary pień drzewa. Miał ręce założone na piersi i lutnię zarzuconą na plecy. Geralt widział go z tyłu, w cieniu zachodzącego na czerwono słońca. Malowało ono jego włosy na kolor roztopionego cukru.

— E!; wielki poeto — zawołał go Geralt. Ponownie dmuchnął we włosy i pochylił się nad utopcem. — Miałeś obserwować czy nie idą kolejne.

— Nie idą. — Jaskier machnął na niego niecierpliwie ręką. Nie odwrócił spojrzenia od słońca. — Takie widoki aż proszą się o balladę, nie uważasz? Chciałbym wytatuować je sobie zaraz nad sercem. Spójrz! — zawołał z zachwytem. — Przyleciały żurawie!

Geralt szarpnął ręką; wyrwał wątrobę i woreczek żółciowy z truchła. Czarna posoka prysnęła na jego pierś i szyję; zasłonił się ręką przed największym rozbryzgiem. Wytarł policzek wierzchem dłoni. Włożył trzewia do worka i wstał ciężko z kolan. Podszedł do kolejnego truchła.

— Co o tym myślisz, wiedźminie? — zawołał Jaskier przez ramię. Zatoczył dłonią półkole, jakby pokazywał krajobraz niewidzialnej publiczności. — Jakie słowa oddadzą magię tych ziem?

Geralt spojrzał na widok, jaki roztaczał się przed nimi. Stali na wysokiej grobli; za sobą mieli mokradła porośnięte trzcinami i sztywną trawą, przed sobą dziki staw rozciągający się wśród starych wierzb i olch. Słońce przebijało się między drzewami, błyszczało wśród liści niczym kolorowe szkiełka w oknach Jaskrowej komnaty.

Geralt zamrugał, odwrócił wzrok. Nie chciał plamić wspomnień zapachem utopców.

Słońce gaśnie — zdecydował w końcu. Wbił rękę w stygnące wnętrzności. — Brzmi wystarczająco dramatycznie.

— Aż prosi się o drugi oddech — myślał na głos Jaskier. Zerwał się wiatr; zaszumiały liście w oddali. Podmuch rozwiał włosy ich obu. — Słońce gaśnie…

— Nad trzciną, jak powiedziałeś — mruknął Geralt. Wyszarpał wątrobę. Wyprostował się na kolanach i dmuchnął w kosmyk włosów. Spojrzał na Jaskra. — W tym tempie będziesz musiał uznać mnie za współtwórcę.

Jaskier przechylił nieznacznie głowę; pewnie uśmiechnął się skrycie do siebie. Geralt tego nie widział, ponieważ dane mu było oglądać jedynie ciemne plecy mężczyzny.

(O świcie też na nie patrzył. Jaskier stał przy oknie, nucił do siebie i modelował włosy żelazkiem, zupełnie jakby nie czekało ich kilkugodzinne łażenie po bagnie. Kolorowe zajączki biegały po jego twarzy i odsłoniętych ramionach, barwiły jego piegi kolorami tęczy. Geralt leżał na brzuchu na łóżku, z policzkiem zatopionym w puchowej poduszce i bał się, że gdy się poruszy, czar pryśnie.)

Czarna posoka ochlapała go w oko. Geralt zaklął i wytarł twarz w rękaw. Splunął pod nogi.

Jaskier odwrócił się tylko na chwilę, żeby upewnić się, że wszystko jest dobrze. Ponownie spojrzał na zachód, oddychając głęboko przez nos. Znowu wpadł w jeden z tych swoich grobowych nastroi; zgasł razem ze słońcem, schował się wśród głębokie cienie i szkarłatne odcienie budzącej się nocy.

Hej; na wschodzie zakochanie — komponował dalej. Jego głos niósł się miękko ponad rechotem żab i cykaniem świerszczy. — Na zachodzie serce…

(Geralt obserwował w ciszy każde drgnięcie mięśni pod złotą skórą barda. Jaskier w jego wyobrażeniach śmiał się i był taki zwyczajnie beztroski. Opowiadał jakąś historię; jego wargi były zabarwione świeżymi jagodami i pocałunkami. Geralt odpowiedział śmiechem na jedną z jego opowieści i pokręcił głową z niedowierzaniem. Spojrzał na niego z uczuciem, gdy bard nie patrzył.)

Teraz też spojrzał. Jaskier stracił wszelkie kolory, ubrał się w chłodne odcienie nocy. Wciąż patrzył na zachód. Nietoperz przeleciał nad wodą, goniąc za muszkami i komarami.

— Najbardziej lubię, gdy niebo zmienia kolor z różowego na żółty, a pod koniec niebieski — przyznał niespodziewanie Jaskier. Najwidoczniej porzucił balladę o gasnącym słońcu na rzecz rzeczy bardziej przyziemnych.

Geralt mruknął pod nosem bez żadnego konkretnego celu. Przeciągnął ostatnie truchło utopca na stos i wyprostował plecy ze stęknięciem. Poruszył ramionami, a później głową na boki, żeby rozluźnić mięśnie.

— A ty? — Jaskier odwrócił się przez ramię akurat w momencie gdy Geralt rzucił igni. Zmrużył oczy; płomień oświetlił jego twarz ciepłym blaskiem. Poczekał, aż trzask płomieni nieco ucichnie. — Jakie odcienie zachodu lubisz najbardziej? — powtórzył pytanie, patrząc na wiedźmina.

Geralt podszedł do niego i usiadł ciężko na grubym korzeniu wystającym z ziemi. Jeszcze raz się przeciągnął i sięgnął po rzemyk podtrzymujący włosy. Rozwiązał je, myśląc nad odpowiedzią na pytanie barda.

— Wolę, gdy z różowego przechodzi w fiolet i granat — przyznał szczerze. Przytrzymał rzemyk zębami i zgarnął uważnie włosy, przeczesując te z twarzy do tyłu.

Jaskier obserwował go z miękkim uśmiechem rozciągniętym na ustach. Ogień nadawał jego oczom niezwykły, niemal przezroczysty kolor.

(Geralt czym prędzej usiadł tyłem do stosu, gdy tylko przypomniał sobie, jak ogień rozświetla jego oczy w ciemności.) Związał włosy w nienaganny kucyk i oparł ciężko łokcie o kolana. Ogień przyjemnie grzał jego plecy.

Jaskier usiadł obok niego na korzeniu. Zapatrzył się na ciemną taflę dzikiego stawu, oświetloną pomarańczowym blaskiem. Bezwiednie odgonił zbłąkane muszki, kręcące się irytującą przy jego twarzy.

— Powinniśmy niedługo wracać, żeby zastać Czarka jeszcze dzisiaj — mruknął Jaskier po dłuższej chwili przyjemnej ciszy.

— Mh — zgodził się Geralt. Nie wstał; obserwował w ciszy sposób, w jaki woda odbijała wszelkie światło.

Jaskier również nie wstał. Usiadł tak, żeby móc się oprzeć plecami o ramię Geralta. Spojrzał na wschód.

Ponownie to byli tylko oni i żaby. Geralt zamknął oczy i odetchnął głęboko przez nos.

(Mogliby tu zostać jeszcze przez chwilę. Mogliby poczekać, aż wzejdzie księżyc, aż zgaśnie ognisko. Geralt cały był umorusany krwią utopców; mógłby wstać i zdjąć z siebie zbroję. Woda w stawie była ciepła; tak jak to ma miejsce pod koniec maja.)

(Może Jaskier też zdjąłby koszulę, zwabiony obietnicą kąpieli. Geralt mógłby porównać wzory, jakie tworzyły piegi na jego ramionach z prawdziwymi konstelacjami na niebie. Jaskier zapewne śmiałby się z niego i żartował raczej okrutnie; ale pozwoliłby mu prześledzić wzory palcami.)

(Mogliby tu zostać jeszcze przez godzinę czy dwie. Mogliby położyć się w wysokiej trawie, ukryć wśród kaczeńców i trzciny. Jaskier zapewne oglądałby gwiazdy, doszukując się w nich słów do następnej wielkiej ballady. Geralt oglądałby jego twarz; jemu słowa nie byłyby do niczego potrzebne.)

Geralt drgnął przestraszony, gdy nagle podpora w postaci pleców barda zniknęła spod jego ramienia. Wyprostował się gwałtownie i spojrzał na przyjaciela, mrugając zaspanymi oczami. 

— Chodź, wiedźminie — zawołał go miękko mężczyzna. Wstał z korzenia i pozbierał ich rzeczy. Włożył ostrożnie miecz do pochwy na plecach Geralta. Pomógł mu wstać.

— Dam radę — upomniał go Geralt, ale nie zabrał ramienia z ramion człowieka.

Jaskier tylko kiwnął głową na zgodę. Poprowadził ich ostrożnie przez wysoką trawę i trzciny.

— Ładny tytuł — odezwał się w pewnym momencie Geralt, gdy światła dworku majaczyły w oddali. Patrzył uparcie przed siebie, teraz zawstydzony, że myśli opuściły jego usta.

— Hm?

— Mógłbyś tak nazwać balladę o utopcach — wyjaśnił Geralt. Poczuł ciepło na karku i czubku uszu. — Jeżeli chcesz ją napisać.

— Chyba nie myślisz, że wąchałem smród utopców bo go lubię, Geralt? — zaśmiał się Jaskier. 

Geralt odetchnął nieco śmielej w odpowiedzi. Uśmiechnął się krzywo. 

— W takim razie ładny tytuł — powtórzył. Już niemal weszli w poblask unoszący się znad dworku; niemal pękła ta ich mała bańka samotności. — Pasuje do utopców. Słońce gaśnie nad trzciną.

Jaskier uśmiechnął się miękko. Zatrzymał się, a Geralt przystanął razem z nim. Znowu czuł ciepło na czubkach uszu.

— Też tak uważam — zgodził się w końcu Jaskier. Geralt oddał uśmiech. Nim się otrząsnął z tego uczucia, już pochylił się o piędź w kierunku barda.

Gdzieś za nimi zaczął ujadać pies. Chwilę później dołączyły do niego dwa kolejne, a później męskie głosy. Ktoś otworzył i zamknął drzwi.

Jaskier uśmiechnął się ze zmęczeniem. Odsunął się, ponownie wyznaczając między nimi przyzwoity dystans. Poprawił lutnię na plecach.

— Nie każmy im czekać — zawołał wesoło. Przesunął płynnym ruchem lutnię do rąk. Brzdąknął na niej prowokacyjnie. — Mam zapowiedzieć twój wielki powrót?

— Proszę nie — jęknął ze zmęczeniem Geralt. 

Jaskier odpowiedział beztroskim śmiechem. Ruszył pierwszy na spotkanie z Czarkiem i psami.

Geralt obserwował go z tyłu, stojąc raczej na uboczu i poza światłem pochodni. Jaskier lśnił jak zawsze, nawet pomimo nocy. Już opowiadał o polowaniu; bogowie, tak wiele słów kłębiło się w jego beztroskiej głowie.

(Tak łatwo byłoby się w nim zakochać, pomyślał z goryczą Geralt, gdy siedzieli obaj na ławie przy piecu i jedli spóźnioną kolację. Jaskier opowiadał o polowaniu między jednym kęsem a drugim, a kucharki słuchały go, jakby opowiadał im bajkę na dobranoc.)

(Tak łatwo byłoby po niego sięgnąć, pomyślał z tęsknotą Geralt, gdy Jaskier krzątał się po pokoju, przygotowując się do snu. Bard nucił do siebie pod nosem. Geralt mógłby przyłożyć policzek do miejsca pod jego żebrami; posłuchać melancholijnej melodii u źródła.)

(Tak łatwo byłoby się w tym wszystkim zatracić, upomniał się w myślach Geralt, gdy obserwował, jak Jaskier podchodzi do ich łóżka ze świecą w dłoni. Bard wślizgnął się pod koce ze szczęśliwym pomrukiem. Życzył Geraltowi miłych snów, a później wychylił się i zdmuchnął świecę.) 

Trudno było wyszeptać to, co podpowiadało mu serce, nawet w ciemności pokoju. Geralt odwrócił się plecami do barda; twarzą do chłodnego zachodu.

 

• • •

 

(— Spójrz — powiedział innego dnia Jaskier w zupełnie innych okolicznościach. — Patrz, tam płonie las.

Geralt uniósł wzrok znad skrzydła gryfa. Spojrzał we wskazanym kierunku; rzeczywiście las wyglądał, jakby trawił go ogień. Było świeżo po burzy, jeszcze z tym zapachem mokrej ziemi i z czarnymi chmurami spiętrzonymi na horyzoncie. Słońce oświetliło liście pomarańczowym blaskiem, mieniąc się wśród kropel niczym ogniki. W oddali, nad innym lasem, urodziła się tęcza.

Geralt przeniósł wzrok na Jaskra; lipcowy wiatr rozwiał włosy na jego czole. Przez chwilę tak łatwo było udawać, że wciąż są młodzi, że czeka ich jeszcze stulecie przygód, setki milionów minut pod wspólnym słońcem na znanym Szlaku. Jaskier promieniował; tak, jak robił to nieprzerwanie przez wszystkie te lata.

Bogowie; i przez cały ten czas nie było dnia, żeby Geralt nie kochał swojego barda.)

Series this work belongs to: