Work Text:
1943 r.
Roderich nigdy by nie pomyślał, że najzwyklejsza rozmowa z Li mogłaby aż tak wpłynąć na jego nastrój. Wszystko zaczęło się dosyć niewinnie— spędzali wspólnie czas w jej pokoju, podczas gdy sam Sebastian zajmował się jakimiś ważnymi dokumentami w swoim biurze. Można powiedzieć, że ten dzień wyglądał jak każdy inny, odkąd Austriak chwilowo z nimi zamieszkał (chociaż ta ‘chwila’ przeciągała się już dobrych kilka lat). Zatem co niby mogło go aż tak wywrócić z równowagi? Okazuje się, że jedno trafne pytanie Liechtensteinu było wystarczające, aby całkowicie zakłócić spokój Edelsteina.
— Lubisz mojego brata? — zapytała dziewczynka, przerywając zabawę. Spojrzała z zaciekawieniem na Rodericha, jakoby spodziewając się pozytywnej od Niego pozytywnej odpowiedzi. Cóż, nie była głupia. Widziała przecież sposób, w jaki Vash zerkał na swojego ‘pacjenta’ i vice versa. Tylko kompletny baran by się nie domyślił co tu jest grane.
Jej towarzysz milczał dłuższą chwilę, miał wielką nadzieję że się przesłyszał albo, że jego wyobraźnia płata mu jakieś straszne figle. Szkoda tylko, że słuch to był jego jedyny zmysł który działał bez zarzutów, a czasami nawet za dobrze. — Musisz mi obiecać, że mu tego nie powiesz, dobrze? — Edelstein zaczął ich rozmowę prawdopodobnie w najgorszy możliwy sposób jaki mógł. Powierzać dziecku swoje sekrety, to jak pytać ślepca o drogę.
Nie wiedział nawet dlaczego chciał akurat w tej kwestii mówić prawdę, i to na dodatek teraz. Zawsze mógł skłamać, byłoby to znacznie przyjemniejsze oraz łatwiejsze. A jednak. Gdy Li kiwnęła głową, pianista westchnął cicho i spoglądał przez parę sekund na sufit. Zastanawiał się jakie słowa dobrać, a na złość wszystkie wydawały mu się niezbyt adekwatne.
— Lubię go, tak przynajmniej myślę, ale… On nie przepada za takimi jak ja, więc zachowajmy to między sobą, w porządku? —powiedział po chwili spokojnie, cichym tonem jakby Vash miał nagle przechodzić obok pomieszczenia i przypadkiem ich usłyszeć przez niedomknięte drzwi. — Niech to będzie nasza wspólna tajemnica.
— Co oznacza ‘tacy jak ty’? — nie zrozumiała aluzji Rodericha, nie miała prawa rozumieć. W końcu nie było jej wtedy we Wiedniu, kiedy jej brat nazwał go…
— Może Ci powiem, gdy będziesz trochę starsza. — Edelstein uśmiechnął się delikatnie, nie chcąc zdradzać smutku, który odczuwał przez zaistniałą sytuację. Przelewanie swoich emocji na kogoś dużo młodszego nigdy nie było dobrym pomysłem. Nie chciał jej przecież stresować swoimi personalnymi problemami, na które nie miała jakkolwiek wpływu.
— Oh, no dobrze... — było widać, że nie była do końca usatysfakcjonowana z tej połowicznej odpowiedzi, ale uprzejmość nie pozwalała jej na kontynuowanie tematu. Zdecydowała się więc odpuścić, mimo że bardzo tego nie chciała.
Parę minut upłynęło zanim Austriak wyszedł z jej pokoju, wcześniej wymyślił jakąś wymówkę która nie miała zbyt dużego związku z rzeczywistością. Jednak zanim opuścił Li, ta wręczyła mu jednego ze swoich pluszaków, gdyż Roderich wydał jej się zaskakująco smutny, jak na fakt że jakiś czas temu zachowywał się zupełnie w porządku. Oczywiście podziękował jej za ten drobny prezent, chwilę później zamknął się w ‘swojej’ sypialni.
Pianista zaczął intensywnie myśleć, co było prawdopodobnie najgorszą rzeczą jaką mógł zrobić w obecnej sytuacji. Czy ten cholerny Szwajcar mu się podobał? Tak, i to bardzo. Jednak czy to miało jakieś znaczenie? Nie. Tu już nawet nie chodziło o to, czy Vash uważał go za jakiegoś sodomitę, czy też nie (chociaż faktycznie ta obelga bolała Rodericha bardziej, gdy wypowiadał ją ktoś dla Niego bliski, niż osoba która nie miała o nim żadnego pojęcia. Myślami nadal wracał do tej jednej sytuacji, która wydarzyła się jakieś 100 lat temu).
Położył pluszowego misia na łóżku, a sam zaczął nerwowo chodzić po całym pokoju.
Zwingli zasługiwał na kogoś lepszego, to było oczywiste, a Roderich nie mógł stać się lepszym— na zawsze miał pozostać tą całkowicie zniszczoną wersją siebie, a jedyne co potrafił dobrze robić, to grać na pianinie. Poza tym, nawet gdyby faktycznie mógł się magicznie ‘naprawić’, to Vash zasługiwał na kogoś, kto nie zostawił go te kilka wieków temu na pastwę losu.
Roderich nie chciał go stracić, ponownie tylko i wyłącznie z własnej winy, dlatego że tym razem nie potrafił utrzymać swoich uczuć na wodzy. To byłoby idiotyczne. W końcu co było tak trudnego w zachowaniu milczenia? Byłby w stanie tak żyć, dalby radę. Ostatecznie chodziło mu aby o szczęście Szwajcara. A to kto miałby mu te szczęście zapewnić, to była już decyzja Zwingliego, na którą Austriak nie miał jakiegokolwiek wpływu. Edelstein sądził, że bycie co najwyżej częścią tła w życiu tego doktora absolutnie by mu wystarczyła. Być blisko, ale nie na tyle blisko, aby nie móc niczego zepsuć. Tak, mógłby być skrupulatnym obserwatorem. W ten sposób wszyscy byliby szczęśliwi— łącznie z nim, oczywiście. W końcu Sebastian Zwingli zasługiwał na swoje własne życie, w którym Roderich nie byłby w centrum uwagi. Szwajcar wycierpiał wystarczająco z jego powodu.
Nagle poczuł coś mokrego na swoim policzku, niepewnie przejechał dłonią po swojej twarzy. To było dziwne, nie pamiętał kiedy ostatnio płakał. I dlaczego akurat teraz miałby. Cała sytuacja nie zasługiwała na choć jedną łez, w końcu nie było w niej nic przygnębiającego. Dlaczego w ogóle wizja wreszcie wesołego Sebastiana miała być dla niego jakkolwiek smutna? Vash w pełni na nie zapracował, a że było to coś czego Roderich nie mógł w stanie mu dać, to sprawiedliwe byłoby odejść w cień dla dobra obu stron.
Edelstein nie umiał też być delikatnym, a serce było bardzo wrażliwym narządem. Prędzej, czy później znowu by go skrzywdził. Nie potrafił inaczej. Zrobiłby to samo, co zrobił Elizabeth i jeszcze wielu ludziom przed nią. Po tylu nieudanych próbach, ktoś mądrzejszy mógłby po prostu stwierdzić, że miłość nie jest dla Niego. Może była to właśnie idealna okazja dla Rodericha, aby także zaakceptować ten fakt.
Austriak zdjął swoje okulary, położył je na szafce koło łóżka. Tak naprawdę to ich nie potrzebował, tak samo jak dużo innych rzeczy które nadal chciał posiadać.
Dlaczego musiał taki być? Dlaczego za każdym razem musiał niszczyć coś tak delikatnego, mimo że jego dłonie trzymały to najostrożniej jak tylko potrafiły?
Musiał skazać siebie na wieczną samotność, gdzie jego jedynym pocieszeniem miały być dźwięki wydawane przez klawisze fortepianu.
— Roderich? — usłyszał jego głos, licząc że były to jakieś halucynacje, środki uboczne leków które przyjmował. — Wszystko dobrze?
— Ah, tak, naturalnie. Dziękuję, że pytasz. — odpowiedział Edelstein, znowu starając się zachować spokój. Dłonie Austriaka uporczywie tarły jego fioletowe oczy, na wszelki wypadek jakby Vash miał wpaść na najgłupszy pomysł na świecie i próbować wejść do pokoju.
— Mogę Cię zobaczyć? — zapytał Vash, który z jakiegoś powodu wątpił w szczerość jego słów. Może to była kwestia doświadczenia.
— Właśnie się przebieram, Sebastian. Pozwól, że sam do Ciebie później przyjdę. — pianista postanowił zrobić, coś co powinien od samego początku, a mianowicie zaczął kłamać. Zdecydowanie było to najprostsze rozwiązanie na wszystkie jego problemy.
— Mhm, dobrze… Li chciała się zapytać, czy jesteś na nią zły. Podobno nagle ją zostawiłeś. — Zwingli powiedział po chwili przerwy, tak naprawdę to właśnie to go najbardziej zaniepokoiło. Austriak raczej nie miał w zwyczaju zostawiać ją samej sobie nieważne co.
— Nie, nie. Absolutnie nie jestem, proszę przeproś ją w moim imieniu. Poczułem się gorzej, musiałem wyjść, ale… Jest już lepiej, nie musicie się martwić. — Edelstein starał się, aby jego głos brzmiał jak najbardziej naturalnie i przekonująco, mimo że nadal czuł się żałośnie. — Naprawdę. — prawdopodobnie Zwingli był ostatnią osobą na tym świecie, którą Roderich chciał teraz oglądać. W szczególności gdy wyglądał, jak wyglądał.
— Po prostu wyjdź, jak już będziesz mógł. — Zwingli dość szybko zrozumiał, że Roderich był teraz w stanie zaprzeczyć wszystkiemu, co mogłoby budzić jakiekolwiek podejrzenia. Według doktora taka rozmowa nie miała większego sensu. Niechętnie, ale pozbawiony innego wyboru dał mu za wygraną. Przynajmniej tym razem.
Roderich usłyszał jak Szwajcar oddala się od drzwi i natychmiast poczuł pewną ulgę. Tak, im dalej Zwingli od niego był, tym lepiej dla nich obydwu. Tak. Vash powinien o nim zapomnieć, w momencie, gdy ten wróci wreszcie do Wiednia. Przecież Zwingli mógłby dalej wieść swoje całkiem spokojne życie, bez wiedzy jak bardzo ten pianista go pokochał i o ile wieków za późno doszedł do takiej konkluzji.
W końcu uczciwie by było, gdyby to tym razem Sebastian go odrzucił. Może wtedy by się czegoś nauczył.
