Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Series:
Part 5 of Wszystkie nasze jutra.
Stats:
Published:
2026-06-23
Words:
381
Chapters:
1/1
Comments:
6
Kudos:
3
Hits:
39

Cisza, która już nie boli

Summary:

Donald ma dość tego związku

Notes:

Tak kurwa zgadnijcie kto właśnie jest po swoim pierwszym rozstaniu i płakał przez całą noc i teraz czuje się jak kupka nieszczęścia, ale nadal musi iść do szkoły na jebaną chemię???? Ja.

Czy ktoś może mnie wesprzeć i stać się moją fandomową matką/ojcem pls

Work Text:

Zrób to, po prostu mnie zdradź. Nie chcę już patrzeć, jak szamoczesz się w pułapce którą sam na siebie nastawiłeś.

...

Cisza między nami już dawno przestała boleć. Trwa, tak różna od naszych podnieconych szeptów, gdy omawialiśmy w nocy wspólne plany na przyszłość. Wspólny pies, mieszkanie w Warszawie i nasze życie. Ty pracowałbyś ciężko na nasze utrzymanie, a ja opiekowałbym się domem.

W najśmielszych marzeniach, tych po alkoholu, pojawiały się nawet wspólne dzieci. Wychowywanie ich razem jawiło się tobie i mi jako szczyt marzeń.

A teraz?

Teraz siedzimy na przeciwko siebie, na łóżku. Nasze kolana się stykają, gdy siedzimy po turecku. Przechylam głowę w bok.

- Jarek...

Natychmiast podnosisz na mnie swoje ciemne, błagalne oczy.
- Tak? - pytasz. Głos masz cichy, ochrypły. Od dawna się nie odzywałeś, przynajmniej nie do mnie.

Przesuwam dłonią po szorstkim prześcieradle, które drapało mnie w plecy za każdym razem kiedy kochaliśmy się na tym starym, skrzypiącym łóżku.

- Jarek. - powtarzam, a słowo to w moich ustach brzmi niczym oskarżenie, nie pieszczota. Przysuwam się bliżej, nawet jeśli już się dotykamy.

- Tak? - mówisz znów, wyginając się w moją stronę. To, jak bardzo oczekujesz i pragniesz mojego dotyku kiedyś mnie rozczulało, a teraz jest po prostu obrzydliwe.

- To nie ma sensu. - wyduszam w końcu. - To nie ma sensu... Nie mówię tego dlatego że cię już nie kocham, po prostu... To już nie ma sensu.

Mrugasz tymi swoimi małymi oczkami.
- Ależ dlaczego, Donku, dlaczego?

- Nie chce już z tobą być. Ta relacja szkodzi nam obojgu. Ty toksycznie się do mnie przywiązałeś, ja tkwię w tym przywiązaniu jak w klatce. - Kładę dłoń na twoim kolanie. - Jarek, pozwól mi odejść.

Przełykasz ślinę, twoja grdyka się porusza. - Donaldzie...

W twoich oczach wciąż maluje się wizja wspólnego domu, psa któremu nadaliśmy imienia, nienarodzonych dzieci.

- Nie.

- Donaldzie!

Kręcę głową, czując jak loki przesuwają mi się na głowie. - Nie! Jarek, odwal się.

Wstaję z łóżka, krzywiąc się. Natychmiast niezgrabnie podążasz za mną, opierając dłonie na bokach.
- Donald, proszę... Nie każ mi tego robić, nie każ mi cię opuszczać...

Zaciskam zęby, nie chcąc słuchać twoich próśb.

- To ja cię proszę, wyjdź!

- Dlaczego? Donku, czy nie było ci ze mną dobrze?

Wzdycham, pocierając skronie palcami. - Już nie.

Patrzysz na mnie zrezygnowany i cofasz się o krok. - Napewno?

- Napewno. Pa, Jarku.

- Pa - mruczysz, wychodząc z pokoju, w którym kiedyś razem śniliśmy nad jutrem.

Series this work belongs to: