Work Text:
Zrób to, po prostu mnie zdradź. Nie chcę już patrzeć, jak szamoczesz się w pułapce którą sam na siebie nastawiłeś.
...
Cisza między nami już dawno przestała boleć. Trwa, tak różna od naszych podnieconych szeptów, gdy omawialiśmy w nocy wspólne plany na przyszłość. Wspólny pies, mieszkanie w Warszawie i nasze życie. Ty pracowałbyś ciężko na nasze utrzymanie, a ja opiekowałbym się domem.
W najśmielszych marzeniach, tych po alkoholu, pojawiały się nawet wspólne dzieci. Wychowywanie ich razem jawiło się tobie i mi jako szczyt marzeń.
A teraz?
Teraz siedzimy na przeciwko siebie, na łóżku. Nasze kolana się stykają, gdy siedzimy po turecku. Przechylam głowę w bok.
- Jarek...
Natychmiast podnosisz na mnie swoje ciemne, błagalne oczy.
- Tak? - pytasz. Głos masz cichy, ochrypły. Od dawna się nie odzywałeś, przynajmniej nie do mnie.
Przesuwam dłonią po szorstkim prześcieradle, które drapało mnie w plecy za każdym razem kiedy kochaliśmy się na tym starym, skrzypiącym łóżku.
- Jarek. - powtarzam, a słowo to w moich ustach brzmi niczym oskarżenie, nie pieszczota. Przysuwam się bliżej, nawet jeśli już się dotykamy.
- Tak? - mówisz znów, wyginając się w moją stronę. To, jak bardzo oczekujesz i pragniesz mojego dotyku kiedyś mnie rozczulało, a teraz jest po prostu obrzydliwe.
- To nie ma sensu. - wyduszam w końcu. - To nie ma sensu... Nie mówię tego dlatego że cię już nie kocham, po prostu... To już nie ma sensu.
Mrugasz tymi swoimi małymi oczkami.
- Ależ dlaczego, Donku, dlaczego?
- Nie chce już z tobą być. Ta relacja szkodzi nam obojgu. Ty toksycznie się do mnie przywiązałeś, ja tkwię w tym przywiązaniu jak w klatce. - Kładę dłoń na twoim kolanie. - Jarek, pozwól mi odejść.
Przełykasz ślinę, twoja grdyka się porusza. - Donaldzie...
W twoich oczach wciąż maluje się wizja wspólnego domu, psa któremu nadaliśmy imienia, nienarodzonych dzieci.
- Nie.
- Donaldzie!
Kręcę głową, czując jak loki przesuwają mi się na głowie. - Nie! Jarek, odwal się.
Wstaję z łóżka, krzywiąc się. Natychmiast niezgrabnie podążasz za mną, opierając dłonie na bokach.
- Donald, proszę... Nie każ mi tego robić, nie każ mi cię opuszczać...
Zaciskam zęby, nie chcąc słuchać twoich próśb.
- To ja cię proszę, wyjdź!
- Dlaczego? Donku, czy nie było ci ze mną dobrze?
Wzdycham, pocierając skronie palcami. - Już nie.
Patrzysz na mnie zrezygnowany i cofasz się o krok. - Napewno?
- Napewno. Pa, Jarku.
- Pa - mruczysz, wychodząc z pokoju, w którym kiedyś razem śniliśmy nad jutrem.
