Work Text:
Nie mogłem myśleć racjonalnie, żyć bez niego.
Ból jaki przeszedł moje ciało, gdy tylko się dowiedziałem, przyprawiał mnie o mdłości.
Każdy brany oddech był ciężki i płytki. Ręce drżały, a oczy patrzyły pusto przed siebie.
Zimne dreszcze krążyły po plecach, nie pozwalając choćby na minutę skupienia.
Myśli krążyły wokół niego.
Tylko i wyłącznie niego.
Nie potrafiłem się z tym pogodzić.
To nie mogło się wydarzyć naprawdę!
A jednak.
Wydawało sie to takie nierealne, wręcz niemożliwe. Mimo tego on na serio był martwy.
Nie mogłem się z tym pogodzić.
W każdej osobie widziałem jego twarz. W ciszy słyszałem jego głos. W każdym spojrzeniu widziałem jego zielone oczy.
Już bez tego trudno mi było przestać o nim myśleć. Nie mógłbym o nim zapomnieć.
Z nadchodzącymi nowymi dniami, miałem nadzieję, że choć trochę mój stan się polepszy. Myliłem się.
Patrzyłem na otaczających mnie ludzi, którzy byli w stanie pogodzić się ze śmiercią Multiego i ruszyć dalej. A ja? Bezskutecznie.
Zawsze byłem bardzo wrażliwy, a tematy śmierci czy wypadków za każdym razem wzbudzały we mnie silne emocje.
Fakt, że nigdy więcej nie będę u jego boku, nie zobaczę jego postawy i tych znajomych rysów twarzy, był przygnębiający. Myśl, że wkrótce zapomnę jego głos, a niego samego będę pamiętał jedynie ze wspomnień i zdjęć, okropnie bolała.
W żadną noc od jego śmierci nie zmrużyłem na długo oka. Nie potrafiłem zasnąć, sen nagle stał mi się obcy.
Gdy tylko zamykałem oczy, przede mną pojawiał się jego nikły uśmiech.
Następnie powraca świadomość, że już nigdy go nie ujrzę.
Nigdy więcej.
Wtedy zalewam się łzami i cicho szlocham pod kołdrą.
I tak w każdą noc.
Bezsensownie, wiedząc, że niczego to nie zmieni.
Byłem okropnie zmęczony. Mimo ledwo otwartych oczu, sen nie nadchodził. Rzadko kiedy raczył się pojawić.
Pragnąłem w końcu usnąć, odciąć się od koszmarnej rzeczywistości i choćby na chwilę uśmierzyć tęsknotę.
Jeszcze przez moment starałem znaleźć komfortową pozycję do snu, ale nie mogłem wcale zasnąć.
Kolejna noc z rzędu.
Zwlokłem się wyczerpany z łóżka. Skoro nie mogłem spać, to może spacer mi pomoże?
Nie próbowałem wcześniej zażyć świeżego powietrza i poukładania myśli w środku nocy. Byłem zbyt pochłonięty żałobą.
Gdy wyszedłem, poczułem chłodny, nocny wiaterek wiejący prosto w moją twarz. Delikatnie zadrżałem, jednakże lekko otrzeźwił moje znużone ciało.
Ruszyłem przed siebie, chcąc choćby trochę skorzystać z nocnej przechadzki.
Brnąłem przed siebie niemrawym krokiem, wsłuchując się w nocne odgłosy ptaków.
Starałem się skupić na trzepocie ich skrzydeł czy szczebiotaniu. Mimo tego napływały mnie same ponure myśli.
Odkąd tylko pamiętam opanowanie i zrozumienie swoich emocji czy myśli było dla mnie trudne. Jako ekstrawertyk i optymista tryskałem energią, ale gdy zostawałem sam ze swoimi myślami, cała moja pewność siebie gdzieś znikała.
Wtedy ledwo zmagam się ze swoimi problemami.
Dlatego każdą nędzną myśl tak przeżywam.
Najczęściej przypominają mi się dobre wspomnienia, pogarszając wszystko. Tęsknie za tym co było, do czego nie mogę wrócić. Jestem ogromnie nostalgiczną osobą, co nie zmienia niczego na lepsze.
A teraz w mojej głowie był on.
Myślałem o nim i nie mogłem przestać. To w jaki sposób mówił, mnie traktował czy jego styl bycia, był perfekcyjny.
Sam on był kimś idealnym, drogi memu sercu.
Dlaczego więc akurat on?
Nagle z mojego, cichego monologu wyciągnął mnie szelest trawy. Mym oczom ukazała się drobna sarna, która zastygła na mój widok. Jednak zanim zdążyłem zareagować, zwierze uciekło.
Rozejrzałem się po polanie, na której się znalazłem. Momentalnie rozpoznałem miejsce gdzie się znalazłem.
Była to łąka.
Miejsce, w którym spędzałem z Multim dużo czasu.
Gdy tylko udało mi się go wyciągnąć z reaktora, przyprowadzałem go tu, by trochę odpoczął od nieustannej pracy.
Zagadywałem go na przeróżne tematy.
Te błahe i intymniejsze.
Zawsze w jego towarzystwie grał mi uśmiech na twarzy.
Natomiast mu tutaj, tylko w mojej obecności.
Ponownie me serce zabiło mocniej, a gardło zacisnęło.
Poczułem ten ból w klatce piersiowej.
W ostatnim czasie stał się nieco bardziej znajomy.
Usiadłem na chłodnej ziemi, wśród nyktynastiących kwiatów.
Spojrzałem wzrokiem pełnym smutku i tęsknoty w rozgwieżdżone niebo.
Znowu dotknęło mnie zmęczenie.
Ledwo ciężko westchnąłem.
A o śnie, spragnionym odpoczynku mogłem pomarzyć.
Błądziłem wzrokiem po ciałach niebieskich, szukając w nich pocieszenia.
Nie mam pojęcia jak długo zatraciłem się w podziwianiu gwiazd, gdy poczułem się obserwowany.
Zdziwiony, a także zaniepokojony, rozejrzałem się nerwowo.
Oczy mnie myliły.
Musiały mylić.
Nie spałem na dłużej od kilku dni, miałem mroczki, więc to było po prostu niemożliwe.
Było po prostu niemożliwe . . .
. . . By stał niedaleko mnie.
Myślałem, że już szaleje, ale kiedy postąpił krok w moją stronę, oniemiałem.
Patrzyłem na niego uważnie, nie wierząc w to co widziałem. Nie ufałem własnym oczom.
W końcu dzieliły nas pojedyncze kroki.
Nie odważyłem się ruszyć, choć pragnąłem się na niego rzucić i objąć go ciasno.
Bałem się, że gdy wykonam krok w jego stronę, to wszystko okaże się snem.
Milczeliśmy.
Przez co dalej miałem wątpliwości.
Jednak moja desperacja wzięła górę.
— Multi . . . — wydusiłem niemrawo. Ku moim kwestionowaniu, nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło. Dalej stał naprzeciwko mnie. — Tak tęskniłem . . . — wyszeptałem.
W ramach odpowiedzi, posłał mi swój uśmiech.
Łzy momentalnie napłynęły mi do oczu.
Rzuciłem się rozpaczliwie w jego ramiona. Objął mnie lekko. Gdy poczułem dłonie Multiego na swoich plecach, kolejna, posępna łza spłynęła po moim policzku.
Uścisk różnił się od tych, które znałem.
Był chłodniejszy, trochę obcy.
Jednak w tym momencie to nie to miało znaczenie.
Uniosłem głowę, by spojrzeć mu w oczy.
Spotkałem się z tym znajomym, ale mglistym wzorkiem.
— Zawsze możesz na mnie liczyć — rzekł, pochłaniając swoim spojrzeniem.
Uważnie wysłuchałem jego słów, rozkoszując się samą barwą jego głosu, ciesząc się, że znów mogę go zobaczyć.
— O każdej porze dnia i nocy możesz do mnie przyjść, — kontynuował, nie odrywając ode mnie wzroku — gdyż jesteś dla mnie ważny, wiesz?
Słowa, które wypowiadał czule trafiały do mego serca.
Sprawiały pieszczotliwe, ale jednocześnie płomienne ciepło.
— Niewiele minęło, ale brakuje mi Ciebie — powiedziałem być może zbyt intensywnie, ale miałem wrażenie, że te słowa musiały wybrzmieć. — Jesteś mi tak bliski, dotkliwie to przeżywam . . . — pewnie brzmiało to żałośnie, jednak wiedziałem, że mnie nie oceni.
Poczułem jego dłoń na swoim policzku, subtelnie gładził kciukiem skórę.
Byłem ogromnie tym gestem rozczulony, nie zważając już na nic, pozwoliłem kotłującym się przez te dni emocjom uwolnić.
Zacząłem cicho szlochać, wciąż przez niego objęty.
Nie minęło od jego śmierci dużo czasu, ale dla mnie trwało to jak wieczność.
Kiedy twoja codzienność zmienia się tak nagle, trudno się dziwić duszącym uczuciom.
— Wspominam każdy twój uśmiech, słowa i wspólnie spędzony czas . . . — ciągnąłem dalej, drżącym głosem od płaczu.
— Cenię cię sobie, Quackity — mruknął, wciąż dając mi swoją bliskość, której mi tak doskwierało.
Wiem, że Multi nie jest typem osoby, która powie w prost "kocham cię".
Jest to całkiem słodkie, gdyż będzie dobierał inaczej słowa, wciąż zachowując w nich ten sam sens.
Westchnąłem cicho, by nieco uspokoić szalone bicie serca.
— Ufam Ci, Quackity — gdy wypowiedział po raz drugi moje imię, brzmiało to jak wyznanie.
W sposób jaki na mnie patrzył, jak blisko mnie trzymał . . .
Słowa te zdecydowanie miały drugi przekaz.
Chciałem odpowiedzieć zwięzłym, krótkim ale emocjonalnym zdaniem.
Kocham Cię.
Ale,
co jeśli wolałby bym odpowiedział w jego stylu?
— Ja Tobie też, Multi — patrząc mu w oczy, miałem nadzieję, że widzi w mym spojrzeniu namiętne i ckliwe uczucie. — Bardzo mocno Ci ufam.
W trakcie naszej rozmowy zaczęło powoli wschodzić słońce.
Patrząc na Multiego, zauważyłem jak powoli zaczął zanikać we wchodzącym słońcu. Delikatnie zaczął się rozmywać, a wokół niego błyszczały nieznane drobinki.
Posłał mi najcieplejszy uśmiech, jakim kiedykolwiek mnie obdarował.
Pomyślałem, że być może to jego dusza tak lśni, ale nie sądziłem, że zaraz znów odejdzie.
— Dziękuje Ci za to, że we mnie wierzyłeś - odparł, niewzruszony faktem, że znika. — Miej oko na Nacho — dodał z błagalną prośbą w głosie.
Nie zdążyłem mu odpowiedzieć i go zapewnić.
Zniknął w przeciągu kilkunastu sekund.
W miejscu, w którym stał pozostało kilka kropel rosy na maleńkich, żółtych kwiatach.
Pozostawił mnie samego, z jeszcze ciepłym sercem.Tym razem nie pominął pożegnania, a także zostawił lekki, czuły usmiech na mej twarzy.
Czułem się nietypowo, ale zdecydowanie lepiej niż wcześniej.
Nareszcie podniosłem się z chłodnej ziemi, nie bardzo pamietając kiedy na niej usiadłem . . .
Słońce wznosiło się wyżej, a ja postanowiłem wrócić. Miałem wrażenie, że trochę odpocząłem, zażyłem snu. Z tym nieco bardziej zdrowszym samopoczuciem zacząłem wracać.
Cóż, kto wie czy Quackity naprawdę widzał Multiego. Być może spotkał się z jego zjawą, ale inna opcja jest również bardzo możliwa.
Co jeśli Quackity zdesperowany jego brakiem, wyobraził sobie całą tą konwersację?
Co jeśli usiadłwszy na samym początku, zasnął nawet tego nie rejestrując? I wszystko to mu się przyśniło?
Czy słowa wypowiedziane przez Multiego, były jego własnymi, czy może były tymi, które chciał usłyszeć Quackity?
Nie dowiemy się tego.
On sam będzie twierdzić, że go na pewno spotkał! Jednakże . . . czy to prawda?
Możemy tylko snuć domysły.
