Actions

Work Header

baby, you wouldn't last a minute on the creek

Summary:

czas, który bezlitośnie przemija, zawsze jest wrogiem miłości, zwłaszcza kiedy się na nią czeka, kastiel o tym wiedział.

Notes:

hej, pojebało mnie ostatnio, bo oglądałem u gimpera słodki flirt, a potem próbowałem rozciągnąć sobie septum i mnie kurwa bolało w chuj i chciałem przelać frustrację (końcowo zrezygnowałem i zostawiłem septum w mini wersja i zająłem się lobe i nie boli AŻ TAK). bedę całkowicie szczery nie miałem na to pomysłu, chciałem coś napisać, co chyba widać, w połowie nawet tego mi się odechciało, ale jesteśmy!! powtarzam dużo imion (wyrazów też ale to temat na inne posiedzenie), bo chcę się odstrzelić jak myśle o zwrotach typu czerwonowłosy, musicie mi wybaczyć. tytuł to piosenka chiodos bo kocham chiodos i jestem pedałem

Work Text:

Kastiel nie wiedział, czym jest wieczność, dopóki nie spotkał Lysandra, i choć, wydaje się to głupiutkie, nierozsądne, to nigdy nie przypuszczał, że to się kiedyś stanie. Jego życie było siecią, uwikłanych, skręconych nitek, których nie potrafił rozplątać, było morzem w burzy, które nie przepuszczało ofiar, a on sam był więziony na statku, złożonym z każdej decyzji podjętej w przypływie chwili i braku doświadczenia, z każdego kłamstwa, jakiego wciąż nie mógł pozbyć się z języka. Lysander pojawił się w środku tego chaosu, ze swoją melancholią i ciszą, odbijającą się dziwnym echem, którego nie potrafił zidentyfikować. Kastiel wiedział, że Lysander nie zamieszka tu na długo, ulotni się, gdy tylko znajdzie łódkę, prowadzącą na ląd, na bezpieczny teren ze słońcem i jasnym niebem. Jednak on tu był; statyczny, milczący, ofiarujący swoją obecność za kilka zgryźliwych uwag. Kastiel nie wiedział, kiedy ten człowiek wkradł się niepostrzeżenie do jego życia i po prostu został, siedział obok niego na ławce, przedstawiał swoją poezję w postaci piosenek i objawiał się melodyjnością, którą tworzyli będąc chwilą, przemijalnym momentem, nietrwałością. I wiedział, że to paradoks nazwać wiecznością chwilę, która nie może zostać schwytana.

Lysander nie zaczął wywracać jego świata, on go powoli porządkował, tak nie pospiesznie, tak naturalnie, jak gdyby dokładnie tu należał, obok niego, malując poezję głosem. Kiedyś Lysander powiedział mu, że życie to wir i tylko on może zdecydować, czy będzie w nim tkwił, czy wyjdzie poza. Wtedy wydawało się być to głupią, melancholijną myślą, do której nie chciał się przywiązywać, a jednak ona nigdy go nie opuściła, wyryła się w jego pamięci, jak największe przekleństwo, jak klątwa, która nie mogła być odczarowana. Kastiel wiedział doskonale kim jest, był produktem ignorancji, urodzonej w rewolucji, był manifestacją chaosu, stereotypem skompresowanym do idealnego przykładu młodzieńczego buntu i wrogości. To była jego rola, gdy się narodził, a decyzji, które podejmuje świat nie należy zmieniać, Kastiel musiał trwać w wirze.

To było tak nienaturalne, tak odchylone, gdy pozwolił sobie czuć, przecież zawsze był niewolnikiem własnych ograniczeń. Jego ciało jako pierwsze wyszło z wiru, zdradzało go drżenie rąk, szybkie bicie serca, pot na czole. Zdradzały go rumieńce, których nie potrafił się pozbyć, pasujące pod kolor jego włosów, co wyglądało tak obrzydliwie, Kastiel, najszczerzej w świecie, nienawidził właśnie tego. Potem zaczął dostrzegać i rozumieć reakcje swojego bezużytecznego ciała. Spoglądał na dłonie Lysandra, trzymające starannie długopis, jego palce zawsze były ustawione w dziwnej, nieprzyjemnej pozycji, tak jak gdyby to właśnie miało boleć; Kastiel bardzo chciał mu powiedzieć, że sztuka nie musi wynikać z bólu, ale przecież on sam nie opierał swojej gry na radości, grając do rozdarcia palców. Patrzył, jak jego twarz wykrzywia się w skupieniu, Lysander nie był ekspresywny, ale Kastiel potrafił dostrzec dokładnie zmarszczenia jego twarz, jak jedna połowa twarzy wydaje się sparaliżowana, a druga marszczy brew, wykrzywia usta w niewielki grymas, różni się to niezmiernie od jego uśmiechu. Ten jest bardziej subtelny, przeznaczony dla najważniejszych chwil, jego oczy wtedy układały się, jak piękne półksiężyce, tworząc zmarszczki pod okiem, usta natomiast były lekko podwinięte, łatwo było to ominąć, Lysander uśmiechał się oczami i niewielu udało się zauważyć, a Kastiel nie wiedział, czy mógł to zaliczyć jako osiągnięcie. Jednak, gdy był smutny, to tym cierpieniem malowała się cała jego twarz, nie lubił na to patrzeć, było w tym coś tak druzgocącego, moralnie złego, jak gdyby wygląd Lysandra nie był stworzony dla bólu.

Bo, jak już wspomniał, był tworzywem własnych ograniczeń, a jedyną walkę, jaką przegrywał była miłość i nigdy nie chciał się do tego przyznawać. Ona była uparta, nieprzewidywalna, a swoje ciosy zadawała podczas apoteozy codzienności. Przegrywał z nią na każdym kroku, wszędzie znajdował skazę, jaką wyrył na nim ten człowiek, nie potrafił spoglądać na książki, nie myśląc o Lysandrze, nie potrafił gotować, nie zastanawiając się, czy jemu to posmakuje, nie mógł nie szukać go po korytarzach, zachowując się niczym Lynn, a to porównanie sprawiało, że kręciło mu się w głowie, ta myśl nie powinna nigdy pojawić się w jego bluźnierczym umyśle.

Miłość była przede wszystkim przypomnieniem, gdy on nieustannie chciał zapomnieć, miłość przypominała mu wszystko to czego nie mógł mieć, była Debrą, kłamliwą, pustą obietnicą szczęścia, przez to nie potrafił więcej śnić o miłości i jej cieple. Była jednak też słońcem, które co ranek go budziło i uśmiechem, który rozpamiętywał. Mimo to uczucie dalej się rozmazywało, miłość nie była dla niego, mimo że szczególnie próbowała go dosięgnąć.

Lysander wraz ze swoim przybyciem, przywiózł ze sobą bagaż, podczas gdy Kastiel nie miał miejsca na postawienie go. Rozwiał się więc po częściach jego ciała, a znalezienie tych elementów zajmowało wieki. Najpierw ułożył się w zespół, potem w przyjaźń, żeby na końcu to wszystko miało się na nowo rozpaść, przemienić w te małe, umykające myśli, rozniesione po całym jego organizmie. Kastiel długo dochodził do myśli, że być może jest zakochany, a gdy już to zrozumiał, chciał to zignorować. I wciąż łapał wzrok Lysandra, gdy siedzieli na dwóch różnych końcach sal, i wciąż, nieustannie, szukał jego uśmiechu, i wciąż chciał być blisko. Wciąż, jak klątwę śledził rozmowy chłopaka, czując, pierwszy raz, jak gdyby zazdrość była postacią, która nieskończenie się z niego śmieje, ona stała zawsze w kącie, niezauważalna i cicha, ale kiedy się ujawniła była potężna, a Kastiel nie potrafił już walczyć. Lysander wspomniał kiedyś, że ludzie są jak trzcina, którą targa wiatr, tak wątłą i słabą. Wiedział, że to musiało być zapożyczone, wyszukane na kartach wielkich powieści, których nie miał prawa znać. To głupie porównanie, powiedział wtedy, a potem, jak zwykle zaczął dostrzegać, jak bardzo to jakim spojrzeniem obdarzył go Lysander zmieniało jego nastrój, to jak doszukiwał się słów, na które chłopak kładł większy nacisk, starając się zrozumieć jak odbierać przekaz, czy powiedział coś mocniejszym, czy słabszym tonem. Szaleństwo, z którego nie mógł się wydostać.

Był strasznie głupi, myśląc, że nikt tego nie zauważy, albo że Roza tego nie zauważy, ona była wszędzie - w szpitalu, na koncertach i w domu Lysandra, była wszędzie, gdzie on i jego brat i Kastiel, to było oczywiste, że zacznie to dostrzegać. Szczęście nigdy mu nie sprzyjało i musiał się z tym pogodzić, Rozalia była odpaloną rakietą, której nie dało się powstrzymać.

Był mniej zdziwiony, kiedy poprosiła go o rozmowę, i mniej chciał walczyć. Wiedział, że powie mu, by odpuścił, że to nigdy nie mogło się udać i był skłonny zaakceptować ten fakt, chciał usłyszeć już to potwierdzenie, ruszyć dalej, zacząć na nowo być sobą.

- Widzę, że coś się dzieje - powiedziała wtedy stanowczo, nie był nawet zaskoczony jej bezpośredniością.

- Czego chcesz?

Rozalia zmarszczyła zirytowana nos, jeśli bóg kiedykolwiek istniał i go lubił powinien oszczędzić mu tego upokorzenia.

- Przestań zachowywać się dziecinnie, innych możesz zmylić, możesz oszukiwać siebie, ale to widać.

- Daj mi spokój, nie musisz się w to wtrącać, poradzę sobie.
Nigdy jeszcze nie usłyszał od niej tak szyderczego śmiechu, to brzmiało tak nienaturalnie, przerażająco, w jego życiu za wiele rzeczy się zmieniło, żeby mógł to po prostu zignorować.

- Kastiel, musisz mu to powiedzieć.

- Nic nie będę nikomu mówić, on i tak… - nie wiedział nawet co chce powiedzieć, zdał sobie sprawę, jak małą kontrolę ma nad swoim głosem.

Roza uśmiechnęła się tylko ironicznie, Kastiel mógł przysiąc, że spali tysiąc miast, tylko po to, by przestała.

- Myślę, że musisz nie tylko patrzeć, ale zacząć także dostrzegać, to nie takie trudne.

Zaczęła powoli odchodzić z promiennym uśmiechem, żwawym krokiem, jak gdyby właśnie nie zrzuciła na niego ładunków wybuchowych.

- Od kiedy jesteś taka tajemnicza? - zawołał za nią, nie zdając sobie sprawy, jak naprawdę słaby jest jego głos.

- Kiedy ty zacząłeś być takim idiotą.

 

Słowa Rozalii rozbrzmiewały echem w jego pustym umyśle, odbijały się głucho od ścian, głośno wracały i długo odchodziły. Chciał sobie wydrapać mózg. To się nasilało podczas koncertów, kiedy nieustannie szukał potwierdzenia, w ułożeniu ust, zbliżeniu mikrofonu, głosu, stającego się desperackimi krzykami. Miłość nie miała prawa narodzić się z tego nieporozumienia.

Prawie zapomniał, kogo miał w zespole, kiedy dostał pałeczką w głowę. Zirytowany, oszołomiony i wściekły odwrócił się w stronę Nataniela, celującego kolejnym patykiem. Chłopak uśmiechnął się, gdy tylko zobaczył, że wywołał odpowiednią reakcję. Kastiel nie chciał wybuchnąć, długo trzymał siebie i język w porządku, który dawno ustalił - chciał dać szansę tym durnym próbom, chciał dać szansę samemu sobie, udowodnić, może, że jest człowiekiem, który nie jest prowokowany tak błahą sytuacją, że zasługuje, choć trochę, na uczucie, które nigdy do niego nie należało.

- Co ty wyprawiasz?

Iris oddaliła się na koniec sali, lekko przerażona potencjalną eskalacją sytuacji.

- Księżniczko, nie grasz w rytmie.

Niebezpiecznie zbliżył się do tego człowieka, niezrównoważony, urażony. Kastiel był zrodzony z gniewu i nie potrafił go rozłożyć, schować i zapomnieć, on się uwidaczniał, był cielesny, łatwo było go wyczuć w nastroju, który stawał się ociężały. Kastiel, sam dobrze nie wiedział, chciał uderzyć, zniszczyć i zedrzeć ten ironiczny uśmiech, sprawiał on, że czuł się drażliwy, a pięść bolała od mocnego ściskania.

- Nataniel ma racje.

Zatrzymał się nagle, otępiały i oszukany, pierwszy raz nie widział, co może zrobić, stał kilka centymetrów od znienawidzonej twarzy i nie wiedział, co zrobić z pięścią, która wciąż się się wyrywała, myśli blokowały mu działanie, a słowa zachowały się jako piętno. Krzyk wzniósł się jak Ikar i spadł żałośnie, jak on. Spojrzał na Lysandra, jak gdyby ten właśnie go zdradził, jego serce przyspieszyło, a on uderzył jeden z bębnów, który stał najbliżej.

Nienawiść wybuchła w nim niespodziewanie, ale to uczucie, które znał, łatwiej było nim kierować, naprowadzić w jedną stronę, ona ululała jego ciało i chciała krzyczeć, Kastiel postanowił, że będzie dzisiaj tchórzem, schował dumę i wyszedł. Wyszedł zanim zrobiłby coś głupszego niż zwykle, wyszedł zanim pozwoliłby, żeby zranienie, jakie czuł, dało znaki, zanim spojrzałby w oczy Lysandrowi i nie zdołałby ukryć bólu i niezrozumienia.

Zapomniał, jak zawsze, że przed Lysandrem nigdzie się nie ukryje, on prześwietlał jego duszę, znał kolejny ruch, zanim Kastiel mógł o nim pomyśleć. Czekał więc nieświadomie, jak na karę, gdy Lysander usiądzie niedaleko, dołączy i będzie przy nim. Jego obecności nie wyczuwał po ruchach, skomponowanych delikatnie i niezauważalnie, wyczuwał ją po ciszy, która wypełniała wtedy przestrzeń, po spokojności i stateczności.

- Co tym razem?

- Chcę porozmawiać.

- Interesujące.

Dobrze było tak siedzieć, starać się ignorować własne reakcje, nadmierną potliwość i drżenie dłoni.

- Martwię się o ciebie. Ostatnio twoja gra jest nierówna, najpierw jesteś obłąkany, uderzasz w struny, natchniony i namiętny, potem stajesz się melancholijny i nostalgiczny, owładnięty samotnością, do której nikogo nie wpuszczasz.

- Piszesz wiersz?

Łatwiej jest to wyśmiać, łatwiej jest być architektem kłamstwa, otaczać się nieprawdą i ułudą, niż dopuścić do siebie myśl, że zmiany były tak zauważalne. Myślał, że ten żart odstraszy chłopaka, sprawi, że nie będzie dalej drążyć tego nieporozumienia.

- Pokaż mi dłoń.

- Co?

Lysander nie poczekał na odmowę, nie poczekał aż znowu ucieknie i tym razem nie da się dogonić. Wziął delikatnie jego dłoń i subtelnie rozłożył przed sobą, Kastiel wstydził się dreszczu, który po nim przeszedł, próbował go stłumić, ale był tylko słabym, wątłym człowiekiem, jak trzcina na wietrze. Wiedział, że Lysander zauważył obgryzione paznokcie, strupy krwi na koniuszkach palców po agresywnym graniu i schodzący lakier do paznokci. Zacisnął usta i Kastiel był pewien, że nigdy jeszcze nie widział tak zmartwionego Lysandra, chłopak był najdelikatniejszą z porcelan, najpiękniejszym smutkiem. Kastiel mimowolnie otulił palcami dłoń Lysandra. Wieczny chłód zamienił się w ciepło, którego bardzo dawno nie czuł. Wstyd przebiegł mu po kręgosłupie, chciał oszczędzić sobie upokorzenia, wziąć rękę, ale napotkał opór, tak mały, prawie niezauważalny, który jednak okazał się wiążący, nie mógł zmusić się do zabrania dłoni, do powrotu chłodu. Czas nie był już minutami, a oddechami, nierównym, niespokojnym poruszaniem się klatki piersiowej, był spojrzeniem od ich złączonych rąk do twarzy, wpatrzonej w splecenie, którego żaden nie potrafił wyjaśnić. Kastiel usłyszał głos z oddali. Kto normalny chodził o takiej porze po ogrodzie? Westchnął głośno i z przesadną mocą wyrwał rękę, która zaczynała go piec, może wystarczyła jeszcze chwila, jeden oddech, żeby został tak na długo, może nawet na wieczność, a ta myśl nie potrafiła go przerazić.

- Nic mi nie jest, to chwilowe.

I odszedł, zostawiając trawę, Lysandra, wielkie drzewo, pod którym siedzieli i własne, łamliwe uczucia, chcąc wepchnąć je na dno walizki, a potem wyrzucić do morza, gdzie nigdy nie będą go nachodzić.

 

Kastiel nie pamiętał momentu, w którym zasnął, ale kiedy się obudził, cały spocony i zarumieniony, postanowił, że dzisiaj nie wyjdzie z łóżka. Ostatnio zaczęły nachodzić go te wstrętne koszmary o pięknym uśmiechu, delikatnym dotyku palców, które śledzą go po całym ciele, jak gdyby motyle skrzydła łaskotały go po brzuchu, a on postanowił, że nie chce już wstawać, otwierać oczu na bezbarwną rzeczywistość, z której nie potrafił się wydostać. Mógłby tak leżeć, zastanawiając się nad tysiącami możliwości i okoliczności ograniczających go. Czy gdyby wydrapał sobie mózg to byłoby lepiej? Może funkcjonowałby normalnie przez kilka następnych dni bez tego uczucia, przylepiającego się do jego tłowia. Łatwo było marzyć, ignorować, to co działo się gdzieś na dworze, być tak pochowanym we własnym łóżku.

Wystarczyły trzy szczeknięcia, żeby to zaburzyć, zachwiać filarem bezpieczeństwa złożonym z kołdry i sztucznie wytworzonego ciepła. Z nieznośnym ciężarem usiadł na skraju, patrząc na Demona. Pies już na niego czekał ze smyczą w pysku, merdającym ogonem, nadziejami na rutynę, na nowy, piękny dzień, a Kastiel nie mógł mu tego odebrać. Przesadnie westchnął, wstając i zostawiając wibrujący telefon w miękkiej pościeli - na to kiedyś przyjdzie jeszcze czas, teraz będzie udawał, tak jest łatwiej.

Nie stawił się dziś przed sądem bożym, zignorował wezwanie i konsekwencje. Dzień spędził zwyczajnie, jak gdyby jego myśli nie kierowały się na te tory, których nie potrafił wyjaśnić. Grał na gitarze, ćwiczył do następnego koncertu, gotował jedzenie i zbyt późno orientował się, że robił ulubione dania Lysandra. Chciał wierzyć, że kąpiel zmyje z niego ten brud, który nie odrywał się od kiedy tylko zrozumiał swoje uczucia. Może i dzień mógł uznać za udany, gdyby nie ten przeklęty telefon, wciąż przerywający mu spokój. W końcu, z irytacją narastającą od godzin, odebrał.

- Kastiel.

- Rozo.

- Myślę, że komuś bardziej przydadzą się twoje usprawiedliwienia.

- Co! - krzyk uwiązł mu w gardle, nagle wstał, jakby miał właśnie przerwać to, co miało się wydarzyć (a przecież mógł i to w najprostszy możliwy sposób, czasem był takim idiotą)

- Cześć - usłyszał cichy głos Lysandra, przerywany szumem wiatru.

- Cześć - odpowiedział jeszcze ciszej.

Kastiel nie bał się niezręczności, nigdy nie z Lysandrem, rozmowa wynikała z naturalności, spokoju i harmonii, przeplatanej melodii ich głosów, kontrastów w tonie i wypowiedziach. Dziś, mimo wszelkich obaw, nie było inaczej, prostota wynikała z konfliktu, co do kolejnej piosenki, rytmu, jaki należy nadać, polegała na krótkim sprawozdaniu, jak minął dzień, wyśmiewaniu kiepskiego albumu muzycznego, który ostatnio kupili. Kastiel nie pamiętał, kiedy czuł się tak lekki, przeraził się własnym szczęśliwym uśmiechem, nagle marzycielskim uniesieniem.

Kastiel nie był nauczony wielkich słów, ich wagi i wartości, wszystko co mówił wynikało z pierwotnej przyczyny, wszystkie te słowa zostały mu przypisane, wprowadzone siłą do gardła, sprowadzone do prostej formy, która nie potrafiła oddać uczuć. Był formacją własnych lęków, ograniczeniem słów, emocjonalnością zamkniętą w walizce, którą musiał popychać, gdy ta nieustannie się przybliżała. Dlatego tak bardzo zdziwił się, gdy jego usta ułożyły się w kształt, którego się brzydził, gdy głos wydał z siebie samogłoski i spółgłoski, tworzące wyrazy, których przestraszył się jak ognia.

- Dziękuję, że jesteś.

Wyrzucił telefon, nawet się nie rozłączając, dłoń, którą go trzymał paliła. Jego oddech przyspieszył, a w głowie nastała przerażająca cisza. Pierwszy raz czuł strach, nie był on wymieszany z nienawiścią i gniewem, to była emocja dominująca, nie wiedział, jak go ukierunkować, jak rozłożyć w odpowiednich naciskach. Wszedł do labiryntu i nie potrafił zmusić się do odnalezienia wyjścia. Sięgnął po paczkę papierosów, która powinna być na szafce nocnej. Irytacja przyszła razem z drżeniem rąk, nic nie było na swoim miejscu. Zaczął się przekonywać, że te słowa nic nie znaczą, są wymysłem zmęczonego umysłu, chwilą załamania i słabości, może nigdy nie wypowiedział ich na głos i tylko lekko zwariował. Znalazł starą paczkę pod łóżkiem, schowaną na kryzysowe sytuacje. Sprawdził tylko czy Demona nie ma w pokoju i rzucił się na zapalniczkę. Roza miała rację, był dziecinny.

Świat jest pełen dziwaków o połamanych sercach, a on nie chciał być jednym z nich. Nie patrzył na zegarek, nie wiedział ile minęło, cisza nigdy nie była tak głośna i dosadna, telefon rzucony gdzieś w kąt przestał wybrzmiewać, został tylko on. Przypominało mu to fragment piosenki, którą kiedyś napisał Lysander, nigdy nie zaśpiewał jej przed publicznością, zawsze należała do nich, moment i tajemnica zaklęta w wersach. Senny głos przebił się przez zasłony dymu, przez sieć i zmieszanie: “jeśli jesteś ciszą, wyrzeknę się słów”, “trzymasz w dłoni miliony niedopowiedzeń i wciąż na nowo jesteśmy oddaleni psychicznie milami, trudnymi do przeskoczenia słowami”. Ogień dotarł do jego palców i zorientował się, że nawet się nie zaciągnął, zdławił papieros o popielniczkę. Całkowity bezsens.

Jego koniec zaczyna się od trzech szczeknięć, zanim usłyszy pukanie - pierwsze prawdziwe dźwięki od rozmowy. Kastiel wziął dwa głębokie wdechy i podszedł w stronę okna, próbując uporządkować siebie i smród pomieszczenia. Usłyszał, ponownie, zniecierpliwione stukanie do drzwi. Kastiel, mimo wszystko, nie był tchórzem, jeśli będzie trzeba stawi się przed największym lękiem swojego życia, nawet gdy jest to głupie uczucie i twarz Lysandra.

Z energią, jakiej się po sobie nie spodziewał, otworzył drzwi - może nie tylko dosłownie, może to zawsze było coś więcej i rzeczywistość była prawdziwą iluzją, złudnym kłamstwem i kiedy widzi Lysandra pozwala sobie czuć, otwiera się na możliwość miłości. Niekiedy człowiek staje się paradą okoliczności i możliwe, że udowadnia to, gdy przytula się do przyjaciela.

Wszystko zaczyna się od fotografii, skradzionego ujęcia w zabieganym życiu, w ciągu nieznaczącej chwili, obiektyw świata jest skupiony na przebłysku i nagle to staje się najważniejszym momentem w życiu Kastiela, nawet jeśli nigdy nie wychwycił blasku flesza. Gwiazdy i tak zauważyły zmianę - świecą inaczej, dostojniej, ładniej, opowiadają inną historię. Samo życie staje się nieskończenie krótkim odcinkiem.

Kastiel nie wiedział, czym jest wieczność, dopóki nie spotkał Lysandra, nie wiedział ile ona trwa i jak długo każe na siebie czekać. Teraz nie miało to najmniejszego znaczenia, gdy usłyszał tak niewinne i bluźniercze pytanie.

- Mogę cię pocałować?

Kastiel, w przeciwieństwie do wieczności, nie kazał czekać. Pierwotnie pocałunek nie był delikatny, pomieszany ze złością, niezrozumieniem i smutkiem, jednak ten gest nie potrafił kłamać, był najszczerszą ofiarą, którą podarował. Potem zaczyna rozumieć, że jest w nich statyczne piękno i nie musi się go bać, to jak krajobraz, który nigdy się nie zmienia. Pocałunki nie uciekały, nie musiał ich gonić, były jedyną stabilną emocją w tej rzeczywistości, która nigdy się nie zatrzymywała. Lysander tu był, by złapać każdy pośpiech i zamienić go w coś naturalnego, wolnego i jeszcze piękniejszego, prowadził go ku upadkowi, albo zwycięstwu i Kastiel nie wiedział, co było gorsze. Czuł gorące dłonie na plecach i miękkie włosy pod palcami. Egoistycznie pomyślał, że nigdy nie chce się stąd ruszyć. Jego mała, nieznacząca definicja wieczności.

Czas, który bezlitośnie przemija, zawsze jest wrogiem miłości, zwłaszcza kiedy się na nią czeka; mimo to Kastielowi udało się ją złapać.