Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Collections:
Fiki (z) forum Mirriel
Stats:
Published:
2017-01-05
Words:
1,090
Chapters:
1/1
Comments:
1
Kudos:
7
Bookmarks:
2
Hits:
104

Utopiony (w czerwonym dornijskim)

Summary:

Scenka z Pyke, sprzed pierwszej rebelii Greyjoyów, o tym, jak bawili się żelaźni i jak Aeron nazwał swój nowy statek.

Work Text:

Aeron wypił kilka łyków wina. Był najmłodszym z braci Balona Greyjoya i tej nocy udowadniał też, że najbardziej wymownym. Bylebym tylko miał co pić, a przegadam ich wszystkich. Odstawił kielich.

- No bo kim właściwie są Baratheonowie? - kontynuował przerwaną mowę. Gdyby ktoś zadał mu to pytanie kilka godzin temu powiedziałby, że są zgubą smoków, ale czerwone dornijskie sprawiło, że widział ich zupełnie inaczej. - No kim? Jeleniami! Widział kto kiedy jelenia na morzu? Robert może sobie zasiadać na żelaznym tronie, ale nie zdoła zepchnąć mojego brata z tronu z morskiego kamienia, a wiecie dlaczego? Bo kiedy tylko wsiądzie na okręt, racice mu się rozjadą!

Zgromadzeni wokół żelaźni ludzie, w większości również pijący czerwone dornijskie, ryknęli śmiechem. Jeden z wioślarzy parsknął tak mocno, że wino pociekło mu nosem, co wywołało kolejny wybuch wesołości jego sąsiadów. Aeron znów pociągnął z kielicha.

- Tak jest, racice mu się rozjadą - ciągnął przemowę, upajając się brzmieniem własnego głosu i rechotem współbiesiadników. Wstał. - Słuchajcie mnie teraz uważnie, bo będę prorokował chwałę żelaznych ludzi. Oto widzę, jak płyną do nas mieszkańcy zielonych krain, chwiejące się jelenie, lwy bojące się wody, wilka, który płynie pieskiem, i kurczaki z morską chorobą.

- Zarzygane kurczaki! - parsknął ktoś.

- Cicho bądźcie, prorokuję dalej! - krzyknął Aeron. - Oto widzę ich wszystkich, jak po kolei znikają w morzu, albowiem co kraken złapie, tego już nie wypuści!

Odpowiedziały mu okrzyki entuzjazmu. Spośród obecnych jeden tylko Rodrik Harlaw siedział cicho i nawet się nie uśmiechał. To, że pojawił się na uczcie z pozostałymi Harlawami, było dość niecodzienne, zwykle bowiem wolał spędzać czas na lekturze. Nie tylko upodobania różniły go od pobratymców. Jako jedyny lord z Wysp częściej mówił o sile królewskiej floty niż o chwale żelaznych ludzi. Aeron nie słuchał Rodrika nawet wtedy, gdy był trzeźwy, tym bardziej nie miał zamiaru robić tego teraz. Podszedł do niego chwiejnym krokiem, nie wypuszczając z ręki kielicha, napełnionego tymczasem przez jedną z usługujących dziewek.

- Co jest, Czytacz? - zagadnął. - Nie wierzysz w moje proroctwo? Zwątpiłeś w naszą sprawę?

- To przez księgi! Księgi są dobre dla maesterów, septonów i innych niewieściuchów! - rzucił ktoś z głębi sali.

- To prawda? Lektury osłabiły twego ducha? - spytał Aeron, nieco zamglonym wzrokiem wpatrując się w Harlawa. - Co takiego przeczytałeś? Traktat o bojowych sarenkach?

- Zawsze popieram mojego szwagra, a twego brata - powiedział Czytacz, ignorując uwagi o książkach - ale co będzie, jeśli kraken spróbuje pochwycić zbyt wiele?

- Ty, Czytacz, powinieneś mieć w herbie puszczyka zamiast kosy! - krzyknął Dagmer Rozcięta Gęba, a kilku biesiadników go poparło.

- Już lepiej, gdybyś nic nie gadał!

Harlaw zachował spokój, ale było widać, że sporo go to kosztuje. Aeron znów pociągnął kilka łyków wina. Wszyscy byli po jego stronie, a przeciw Czytaczowi, dobrze. W tej sytuacji mógł być nawet łaskawy. Na tyle, na ile zechciał.

- Cicho! - dał żelaznym znak, by umilkli. - Szwagier mego brata ma trochę racji. Nie da się ukryć, że ludzi z zielonych krain jest więcej niż nas. To prawdziwy kłopot - dodał z udawanym smutkiem. - Jak my ich wszystkich utopimy?

Obecni znów okazali entuzjazm.

- Morza nie zabraknie! - zawołał któryś z Wynchów.

I właśnie wtedy Aeronowi przyszło do głowy coś innego.

- Oni nie zasługują, żeby ich topić w morzu! - krzyknął. - Utopimy ich w naszych szczynach!

Dwaj Botleyowie ryknęli śmiechem.

- Więc trzeba zacząć je zbierać, żeby utopić Baratheonów!

- Po co zbierać? - Aeron lekceważąco machnął ręką. - Ja sam zdołam utopić Roberta!

- Bzdura - zaprzeczył jeden z Wynchów, dla podkreślenia uderzając w stół ogryzioną kością. - Założę się o wszystkie moje kozy, że nie zdołasz nawet ugasić ognia w palenisku!

- Ja nie dam rady? - oburzył się Aeron. - Założę się o swój nowy statek, że właśnie to zrobię, tu i teraz!

- To zrób!

Już wcześniej był w centrum uwagi, ale teraz gapili się na niego wszyscy bez wyjątku. Aeron odstawił kielich i nieco chwiejnym krokiem podszedł do paleniska. Stanął w rozkroku, rozsznurował spodnie. W tej chwili był zupełnie pewny wygranej. Bogowie każdemu dają jakiś dar, a jego obdarzyli wyjątkowo pojemnym pęcherzem. W sali rozległ się syk, w powietrze uniosły się kłęby cuchnącej pary.

- No i nie dostaniesz statku - powiedział Aeron po dłuższej chwili, gdy ogień już zgasł. Strząsnął ostatnie krople, zawiązał spodnie. - Za to ja nażrę się koziny za wszystkie czasy!

- Niech cię szlag - zaklął Wynch.

- Niedługo wypływamy. Weźmiesz sobie w zielonych krainach, co tylko ci się spodoba, i zapłacisz żelazem - pocieszył go Botley. - Coś lepszego niż kozy.

Wynch wypił duszkiem spory puchar wina. Aeron zrobił to samo z zawartością swojego kielicha, na wypadek, gdyby ktoś jeszcze chciał się z nim założyć. Znów coś przyszło mu do głowy. Pomysł rozbawił go na tyle, że omal się nie udławił.

- Nie wiedziałem, jak nazwać mój statek, ale już wiem. Nazwę go "Złocisty Sztorm"! - zapowiedział. - Na pamiątkę zakładu. I wiecie, jaki taran zamontuję na dziobie?

- Jeżeli kutasa, Balon cię chyba powiesi - odezwał się nadspodziewanie trzeźwo Botley.

Aeron tylko machnął ręką. W tej chwili stawiłby czoła nawet Bogu Sztormów we własnej osobie.

- A właśnie że tak - powiedział dobitnie. - I zobaczycie, że dopadnę Baratheonów. Zacznę od tego Stannisa ze Smoczej Skały. Tego starszego nad okrętami. Wyrucham jego "Furię" taranem i poślę ją na dno morza!

Odpowiedziały mu okrzyki aprobaty.

- Za zwycięstwo! - któryś z Drummów wzniósł toast.

- Za wolność!

- Za dawne zwyczaje!

- Precz z mięczakami z zielonych krain!

Aeron znów wypił pełny kielich. Czerwone dornijskie smakowało wyśmienicie.

 

*

 

Następnego dnia Aeron Greyjoy obudził się przekonany, że słońce świeci za jasno, morze szumi zbyt głośno, a krzyczące mewy należałoby powystrzelać. Potrafił wypić więcej niż wszyscy Botleyowie, Wynchowie i połowa Harlawów, ale tym razem jednak przesadził. W gardle, które wczoraj pochłonęło tyle czerwonego dornijskiego, miał teraz dornijską pustynię, a głowa bolała go tak, jakby dostał toporem. Może zresztą naprawdę oberwał. Nie był całkowicie pewny, co robił po tym, jak nazwał swój statek, a biesiadnicy zaczęli wznosić toasty za zwycięstwo. Na samą myśl o tym, że miałby teraz wypłynąć i może jeszcze walczyć na morzu ku chwale żelaznych ludzi, zapragnął spędzić wieczność w komnatach Utopionego Boga. Było w nich tyle morskiej, cudownie zimnej wody, idealnej do robienia okładów.

Aeron usiadł ostrożnie. Mimo jego obaw podłoga komnaty nie zamieniła się w rozhuśtany pokład. Dobrze. Jedyne szczęście tego poranka. Teraz, gdy strawił całe wypite wczoraj wino, znów był najmniej wartym z braci Balona Greyjoya, słabym i pogrążonym w grzechach, których nic nie mogło zmyć, a w dodatku obolałym i spragnionym. Zupełnie jakbym pochodził z zielonych krain. Co ja właściwie plotłem o wyruchaniu taranem? Zwycięstwo i chwała omijają takich jak ja. Znów niemal słyszał zgrzyt tamtych żelaznych zawiasów, jak wtedy, gdy Euron…

Drżącą ręką sięgnął po dzban, który zawsze kazał stawiać przy swoim łożu. Wiedział, że nie zdoła utopić swojej hańby w winie, miał tylko nadzieję, że zdoła jakoś zacząć dzień. Musiał przynajmniej udawać prawdziwego żelaznego człowieka.