Work Text:
Przystań przy polskiej jaskini była delikatnie oświetlana przez latarnie, które Graf ustawił na samym początku. Kilka z nich, z pewnych powodów przestała działać, lecz mimo tego, Multiemu to nie przeszkadzało. Ciemność która go otaczała pozwalała mu na zagłębienie się w swoich galopujących myślach, a to że dzisiejszego wieczoru w pobliżu nie było żadnego z Polaków, działało tylko na jego korzyść. Otulała go cisza, co nie zdarzało się tak często na wyspie. Nawet w ich jaskini często potrafiło być dosyć głośno. Przeważnie w momentach kiedy jego nie było w pobliżu, ponieważ gdy się tylko pojawiał, atmosfera momentalnie stawała się całkowicie inna. Zmieniała się na bardziej ciężką i poważną, chociaż zdarzały się momenty gdzie śmiech witał i jego.
Kolejny wieczór z rzędu, spędzał ukryty gdzieś na zewnątrz w ciemnościach, czując delikatną mżawkę na swojej skórze. Zadziwiało go to, że był to ponowny zmierzch gdzie deszcz dotrzymywał mu towarzystwa. Kilka miesięcy temu taka pogoda działał by na niego uspokajająco, wręcz nawet kojąco. Teraz natomiast był to znak, że coś złego musiało się gdzieś lub komuś stać na wyspie.
Sama ta myśl przyprawiała go o gęsią skórkę.
Deszcz z minuty na minutę nabierał na sile, lecz Multi nie czuł się na siłach by wrócić do środka. Nie dlatego, że lubił siedzieć na dworze, lecz ponieważ nie mógł spokojnie wysiedzieć w reaktorze. Nie po tym co się stało kilkanaście dni wcześniej. Jego myśli powracały do sytuacji z więzienia, gdzie wykorzystał swoją przysługę na uratowanie jednej z ważniejszych obecnie osób w jego życiu. Multi wiedział iż jego plan tamtego dnia był w pewny sposób ryzykowny, i to nie ze względu na to iż Federacja by mu odmówiła. Lecz przez sytuacje która stała się później. Był to powód przez który, od kilku dni nie mógł zamknąć oczu. Ponieważ za każdym razem widział zranioną oraz zdenerwowaną twarz Quackity’ego.
Dlatego też, nie mógł siedzieć w jedynym miejscu w którym dotychczas czuł się najbezpieczniej. Wszystkie pomieszczenia kojarzyły mu się z ciemnowłosym chłopakiem, przez to czuł się tam klaustrofobicznie. Miał wrażenie jakby ściany chciały go zmiażdżyć, chociaż wiedział, że to wszystko dzieje się tylko i wyłącznie w jego głowie. Mimo to od tamtego dnia wolał stać się łatwym celem dla każdego na zewnątrz, niż być więźniem własnej głowy oraz własnych wyborów w środku. Lecz na jego szczęście, jedynym towarzystwem jakie miał, to spływający po jego twarzy, włosach oraz ubraniach deszcz.
Bo oczywiście to deszcz pozostawiał na jego polikach mokre ślady, nie były łzy nad którymi nie umiał zapanować. Próbował ponownie oszukać samego siebie, ponieważ nie chciał dopuścić do swojej głowy, czemu ciężar jego wyborów sprawiał mu tak ogromny ból by teraz siedzieć w takim stanie tutaj. W tak niebezpiecznym i do tego w takim odkrytym miejscu. Chociaż w tym momencie jego bezpieczeństwo najmniej go interesowało, a po drugie może gdyby ktoś zobaczył jego zaczerwienione oczy, to by go oszczędził chociaż tego jednego wieczoru.
Ponownie wytarł pięścią łzy, które nieustannie wypływały z jego oczu, próbując skupić myśli na czymś innym. Mimo to, jego mózg wracał do tego jednego momentu, jak i do tej jednej osoby, która zbyt często jak na jego gust była połączona z deszczem. Która zawsze wracała zraniona mocniej, niż była wcześniej. Wiedział kto odpowiada za krzywdy Quackity’ego, jednak mimo to Multi zdecydował się z nimi pracować.
Wracając do tamtego przeklętego dnia. Wiedział, że źle postąpił nie wdrażając Quackity'ego w jego plany. Nie mówiąc mu o detalach jego współpracy z Federacją, oraz o wszystkim innym, o czym powinien powiedzieć o wiele wcześniej. Teraz płacił za to największą cenę jaką mógł. Ponieważ to, z jaką nienawiścią i obrzydzeniem patrzył się na niego Quackity przez ostatnie tygodnie, rozrywało mu serce kawałek po kawałku. Najgorsze było to, iż Quackity nie chciał dać mu szansy na wytłumaczenie. Po całej tej akcji, Multi wiele razy chciał do niego podejść, by jakoś usprawiedliwić siebie i całą tą beznadziejną sytuację. Quackity natomiast w sekundzie gdy tylko ich spojrzenia się spotykał, za każdym razem uciekał. Kilka razy Multi próbował za nim biec, mając nadzieję, że uda mu się go złapać. Lecz Quackity był od niego o wiele szybszy, oraz znał lepiej zakamarki tej wyspy. Pozostało mu się tylko “modlić”, by jakimś sposobem Quackity w końcu chciałby go wysłuchać, zanim się komuś coś stanie. Bo nawet jeśli Multi użył swojej przysługi by uwolnić swojego przyjaciela, to wciąż przez kilka ostatnich dni nie wiedział co działo się z chłopakiem. Nie wiedział czy jego przysługa dalej jakkolwiek chroniła Quackity'ego czy jednak nic mu nie pomogła.
Kątem oka, zauważył zielone migające światełko na swoim zegarku, oznaczające prawdopodobnie to, że musiał się wziąć w garść i wrócić do środka, czego w tym momencie bardzo nie chciał. Nie miał ochoty przerywać swojego siedzenia w deszczu, nie miał ochoty też nikogo widzieć. Jednakże wiedział, że to mogło być coś ważnego. Dlatego gdy w końcu niechętnie spojrzał się na urządzenie i przeczytał powiadomienie, poczuł jak jego serce zamiera.
Jeden z miliona jego radarów wykrył ruch w pobliżu wejścia do reaktora. A imię osoby które wyskoczyło wraz z powiadomieniem, było tym które nieustannie znajdowało się w głowie Multiego od kilkunastu dni.
Quackity.
Quackity pojawił przy reaktorze.
Nie wierzył w to, że on na prawdę tu był.
Nie wiele myśląc raptownie wstał na chwiejnych nogach, prawie wpadając do wody, gdy jednak udało mu się jakoś utrzymać równowagę, szybko otworzył swoją torbę. Po kilku sekundach nerwowego szukania w końcu nalazł to czego szukał. Jednym ruchem wyciągnął swój warp stone, po czym przeteleportował się do swojego biura. Błyskawicznie ściągną swój mokry kitel rzucając go gdzieś w kąt pomieszczenia i wybiegł narzucając na siebie nowy, suchy fartuch prawie spadając ze schodów. Nie interesowało go teraz to, co sobie pomyślą jego pracownicy którzy kręcili się po reaktorze. W końcu miał szansę porozmawiać z Quackitym twarzą w twarz. Musiał złapać go jak najszybciej, ponieważ bał się tego, że im dłużej Quackity będzie stał tam sam, to ponownie gdzieś ucieknie, gdzie nie będzie mógł go ponownie znaleźć. A po drugie, może to była jego szansa na wytłumaczenie się, której nie mógł zmarnować.
Nie myśląc nawet o dekontaminacji, wybiegł zza drzwi reaktora.
— Quackity… — krzyknął Multi, momentalnie zamierając na widok stanu, w jakim znajdował się chłopak.
Czerwona ciecz powolnie spływała po rękach oraz twarzy Quackity’ego, jego ciemnoniebieską bluzę szpeciły różnej wielkości dziury, wokół których były lekko widoczne plamy zaschniętej już krwi. Jedyne na czym Multi teraz skupiał uwagę, to był ten ciemnoczerwony kolor, który nie powinien się nigdy pojawić na ciele Quackity’ego. Czuł jak ze zdenerwowania, zaczynają trząść się mu ręce. Był wściekły na samego siebie oraz na Federacje, ponieważ obiecali mu, że chłopak będzie bezpieczny.
Więc dlaczego teraz stoi przed nim cały zakrwawiony?
— Co się stało?! Kto Ci to kurwa zrobił? — spytał się drżącym głosem, powolnym krokiem podchodząc do Quackity'ego, który na dźwięk jego głosu, pośpiesznie schował za siebie ręce lekko się przy tym krzywiąc.
Multi nie mógł tego zignorować, powolnym ruchem wyciągnął rękę w kierunku chłopaka. Chciał go dotknąć, sprawdzić czy Quackity nie miał na sobie więcej ran. Chciał wziąć go za ręce by zobaczyć czemu szkarłat kapie z opuszków jego palców. Jednakże w momencie gdy zrobił kolejny mały krok do przodu, Quackity cofnął się w tym samym czasie. Multi wiedział doskonale, że Quackity jest dalej na niego zły. A mimo to, przez ułamek sekundy miał nadzieję, że może jednak coś się zmieniło skoro przyszedł do niego.
— Nic mi nie jest — wyszeptał Quackity, rozglądając się wokół z przerażeniem wypływającym z jego oczu. — Możemy porozmawiać w środku? — zapytał się po chwili chłopak, na co Multi kiwnął głową cicho się zgadzając, w tym samym momencie wskazując ręką w kierunku drzwi.
Idąc przez reaktor, pracownicy schodzili im z drogi czując gęstą atmosferę dotrzymującą im kroku, wraz z otaczającą ich ciszą która była wręcz nienaturalna dla nich. Nawet Multi to czuł, ponieważ za każdym razem gdy byli w swoim towarzystwie, Quackity opowiadał chaotycznie i głośno o tym co się działo, albo śmiał się z jakiś mało śmiesznych rzeczy. A teraz? Szli w ciężkim, wręcz niezręcznym milczeniu które ich spowijało, i żaden z nich na ten moment nie próbował tego przerwać. Mimo miliona pytań cisnących się na usta Multiego, nie mógł znaleźć w sobie głosu i odwagi by je zadać. Dlatego przechodząc w ciszy kolejny korytarz, tylko dźwięk odbijanego się odgłosu stukotu butów dotrzymywał im towarzystwa. Multi miał nadzieję, iż rozmowa która ich czeka, rozwinie wszystkie ich wątpliwości względem siebie, oraz dowie się dokładnie co się stało Quackity’emu. Wiedział jednak, że będzie musiał bardzo uważać na swoje słowa, ponieważ nie chciał rzucić czegoś, co by sprawiło iż Quackity rozgniewa się na niego jeszcze mocniej.
Gdy drzwi nimi się zamknęły, Quackity stanął na drugim końcu pomieszczenia posyłając mu pełne nienawiści spojrzenie. W momencie gdy ich oczy się spotkały, w Multim coś się złamało. Nie miał siły by utrzymać tak ciężki wzrok na sobie, dlatego też opuścił swoją głowę bawiąc się nerwowo palcami za swoimi plecami. Miał wrażenie jakby obydwoje czekali, aż któryś odważy się przełamać tę niekomfortową ciszę.
— Nie przyszedłem tutaj by Cię wysłuchiwać, wiem wystarczająco dużo — powiedział spokojnym głosem Quackity, na co Multi raptownie podniósł głowę by spojrzeć się na chłopaka stojącego przed nim.
— Nie wiesz! — rzucił Multi unosząc lekko głos. — Proszę daj mi to wszystko wytłumaczyć, błagam! — dodał po chwili, ponieważ nie mógł pozwolić na to by Quackity myślał, że zna prawdę, kiedy jej nie znał.
Nie mógł pozwolić by to niedomówienie zniszczyło to, co się między nimi powoli budowało. Quackity był dla niego zbyt ważny, nie tylko jako przyjaciel. Stracenie jedynej osoby, której ufał ze wszystkim od samego początku by go dosłownie zniszczyło. A ta sytuacja i tak już go powoli wyniszczała, ponieważ czuł jakby tracił własne życie. Chociaż doskonale zdawał sobie sprawę, że to “życie” wymyka mu się przez palce z jego własnej głupoty.
— Nie interesuje mnie to! Nie chcę słyszeć Twoich kolejnych półprawd — powiedział drżącym głosem Quackity. — Chciałem Ci tylko powiedzieć, że Twoja “ukochana” Federacja znów to zrobiła. Zmarnowałeś tylko swoją nic nie wartą przysługę! — Ton w jakim Quackity wypluł te słowa, z takim impetem, iż czuł się jakby ktoś go uderzył prosto w twarz.
Czyli deszcz który dotrzymywał mu towarzystwa w te okropne dla niego dni, któremu pozwalał obmywać z siebie harmider myśli, po raz kolejny był połączony z Quackitym. Zrobiło mu się słabo na samą myśl, że to w czym znajdował ukojenie i komfort w ostatnich dniach, w tym samym momencie raniło jego najbliższą osobę. Powinien był mocniej naciskać na kontakt z Quackitym, może by domyślił się tego wcześniej. Teraz jedynie mógł pluć sobie w brodę iż tego nie zrobił.
— Ja nie wiedziałem, myślałem że… — zatrzymał się w połowie zdania, gdy zauważył Quackity’ego podnoszącego dłoń by go uciszyć. To był moment, w którym doszło do niego, że chłopak nie da mu tak łatwo dojść do słowa. Nie ważne co będzie chciał powiedzieć, był na straconej pozycji. Mimo to musiał wyczuć chwilę w której będzie mógł powiedzieć to, czego jeszcze nie miał okazji powiedzieć.
— Nie interesuje mnie to co myślałeś lub nie! Znów to zrobili! — krzyknął zdenerwowany Quackity machając rękoma. — Zamknęli mnie w miejscu w którym nikt by mnie nie znalazł, do którego nikt oprócz nich nie ma dostępu! — Multi widział jak oczy Quackity’ego zachodzą łzami, które rozmazywały widoczny w nich gniew. — Tylko że tym razem jednak ktoś mnie znalazł, a nie udawał że szuka! — Każde kolejne słowo wypowiedziane przez Quackity’ego, było jak nowe uderzenie w jego kierunku.
W oczach Quackity’ego pojawiało się coraz więcej emocji, wylewał się z nich smutek, złość, gorycz. Doskonale rozumiał to co czuł Quackity, lecz nigdy przenigdy nie chciał być przyczyną, przez którą chłopak mógłby się tak czuć. Gdy wykorzystywał swoją przysługę, nie myślał o tym jak Quackity się poczuje, co było jego jednym z większych błędów. Mógł go uprzedzić przed pojawieniem się tam, mógł cokolwiek napisać, jednak niczego nie zrobił. Chciał by Quackity był bezpieczny, a teraz przez swoją nieuwagę traci go.
— Ja nie… — Multi próbował odpowiedzieć, lecz jego drżący głos mu tego nie ułatwiał. Zrobił mały krok do przodu, mając nadzieję iż tym razem chłopak się od niego nie odsunie. Jednakże w tym samym momencie Quackity zrobił krok w tył, co go lekko zabolało. — Nigdy kurwa nie udawałem! Za każdym razem rzucałem wszystko, by tylko jak najszybciej Cię odszukać! Dniami i nocami robiłem co tylko mogłem! — wykrzyczał drżącym głosem naukowiec.
To była chwila, gdy doszło do niego kompletnie iż zniszczył wszystko tamtym dniem. Mimo to nie sądził, że cała ich relacja leżała tak głęboko pod gruzami, z których nie miała jak się uwolnić. Multi nie zdążył niczego dopowiedzieć, gdy nagle usłyszał uniesiony głos Quackity'ego.
— Pytałeś się kiedykolwiek Federacji o mnie?! Pytałeś się czy lub gdzie mnie zabrali?! Jesteś pewien, że robiłeś wszystko co mogłeś?! Bo oprócz miliona wiadomości, nie przypominam sobie niczego innego! — Multi był świadom że Quackity chciał go jak najmocniej zranić swoimi słowami i wychodziło mu to dobrze. Stał w milczeniu, próbując jakkolwiek ułożyć myśl, lecz Quackity nie dał mu na to za dużo czasu. — Nie zrobiłeś nic, by mi pomóc! — Po obydwu twarzach mimowolnie zaczęły powolnie spływać łzy, które od dłuższego czasu zbierały się w ich oczach.
— Nie mogłem się ich spytać — wyszeptał Multi, przecierając rękoma swoją twarz. — Umówiliśmy się, że nikt nie będzie wiedział iż współpracujemy tym bardziej Federacja. Przecież doskonale wiesz, że gdybym o cokolwiek się spytał to by zadawali pytania. Myślisz, że nie robiłem wszystkiego co mogłem by Cię znaleźć, bez bycia zauważonym przez nich?! — Czuł jak całe jego ciało drżało, był świadom tego, że nie miał jakiejkolwiek kontroli nad tą rozmową.
— To za mało się kurwa starałeś! — wrzasnął Quackity uderzając ręką o ścianę, która znajdowała się tuż obok niego. — Przez Ciebie i tą Twoją przysługę wrzucili mnie do miejsca, które wyglądało jak Quesadilla! - Multi patrzył się z przerażeniem na Quackity’ego. Nie przypominał sobie, by kiedykolwiek widział go w takim stanie. — Wiesz co się działo na tamtej wyspie?! Czy zdajesz sobie sprawę, jak Federacja tam mnie tam traktowała?! A teraz, wrzucili mnie do repliki tego przeklętego miejsca, jakbym był nic niewartym śmieciem, projektem na którym nikomu nie zależy! — Multi patrzył się przez załzawione oczy na Quackity’ego który próbował uspokoić swój oddech. Obydwaj byli na skraju załamania.
W jednym jednak mógł przyznać chłopkowi rację. Nigdy wcześniej nie pytał się o to, co Federacja zrobiła Quackity’emu oraz innym. Słyszał pogłoski o starej wyspie, może od Maximus’a, może od któregoś innego mieszkańca tamtej wyspy. Wiedział, że “stara” Federacja działała inaczej niż ta która jest tutaj, ale wciąż nigdy nie pomyślał, by zagłębić się w to wszystko bardziej. Chciał po prostu kontroli nie patrząc na innych i w trakcie tego wszystkiego, nie spodziewał się że osoba która będzie mu najbliższa, będzie jedną z bardziej zranionych przez nich osób.
— Ja… — zaczął po chwili Multi, lecz Quackity szybko wszedł mu w zdanie.
— Oczywiście ‘nie wiedziałeś’, nigdy nic nie wiesz! Najważniejszy jest dla Ciebie tylko ten pierdolony reaktor, Nacho i Federacja. Nikt inny! — Nigdy wcześniej nie słyszał tyle nienawiści i bólu w głosie Quackity’ego.
Multi chciał wykrzyknąć że to nie jest prawda. Gdyby miał dokonać wyboru między reaktorem, a życiem Quackity'ego, to bez wahania wybrałby Quackity’ego. Nie zastanawiałby się nawet sekundy, oddałby wszystko tylko po to by Quackity był bezpieczny. Dlatego bolało go to, że on uważał inaczej. Nie miał pojęcia co powinien powiedzieć, by chociaż w jednym procencie ich wzajemne, a raczej Quackity'ego zaufanie do niego znowu zaczęło istnieć.
— Nawet nie masz odwagi by przyznać mi racje!? By się przyznać do tego, że nigdy Tobie na mnie nie zależało. — Quackity zaczął się śmiać, co mocniej przeraziło Multiego. — Czemu nic nie mówisz?! Czemu nie próbujesz mnie znowu oszukać?! Federacja nie dała Ci rozkazów by dalej mną manipulować?! — wykrzyczał Quackity, po czym nastała cisza.
Atmosfera która miedzy nimi zapadła, była jeszcze cięższa niż wcześniej. Multi próbował uspokoić swój oddech, swoje serce które chaotycznie obija się o jego żebra, lecz w chwili gdy ich spojrzenia się spotkały, poczuł jakby ktoś go oblał zimną wodą. Oczy Quackity’ego wyglądały, jakby błagały go o to, by cokolwiek powiedział. Jakby chłopak chciał usłyszeć coś, co da mu nadzieje, że Multi go nie zdradził. Doszła do niego w końcu myśl, której nie widział na początku. Quackity chciał wierzyć w to, że on wciąż jest po jego stronie, a nie Federacji. Multi czuł, że to mógł być moment, by móc wytłumaczyć jakkolwiek to co się stało tamtego dnia.
— Musisz mi uwierzyć, Federacja nigdy nie stała za naszą relacją — powiedział cichym głosem Multi, wpatrując się w oczy Quackity'ego. — Do momentu wykorzystania tej przysługi, nie mieli pewnie pojęcia że Cię znam. Pewnie dalej uważają, że chciałem Cię tylko jako ‘eksperyment’. — Na jego słowa Quackity zaczął nerwowo machać głową, Multi chciał podejść, lecz zatrzymał się kontynuując. — Tak, pomogłem im w czymś. Tak, miałem u nich przysługę lecz nigdy, przenigdy moja praca z nimi nie miała jakiegokolwiek związku z Tobą. — Widział jak powoli jego słowa docierają do Quackity’ego, ale zarazem widział jak mocno z nimi walczył, jakby coś nie pozwalało mu w nie uwierzyć.
— Nie wierzę, nie wierzę Tobie! — wykrzyknął Quackity, w tym samym momencie łapiąc się za głowę, kucając i próbując zakryć się swoimi poranionymi skrzydłami.
Widział jak dłonie Quackity'ego zaciskają się coraz mocniej na czapce. Chciał podejść do niego, przytulić czy zrobić cokolwiek, lecz wiedział że to nie był najlepszy pomysł. Nie teraz. Mimo że widok Quackity’ego w takim stanie, był dla niego bolesny to wiedział że jakiekolwiek naruszenie jego przestrzeni mogłoby się źle skończyć dla nich obojga. Także nie miał pojęcia do kogo Quackity kierował swoje słowa, ponieważ brzmiało jakby mówił do niego, ale z drugiej strony jego reakcja wskazywała na coś dosłownie innego.
Jakby mówił do ‘czegoś’, czego Multi nie widział.
Słyszał, jak Quackity mamrotał coś pod nosem, kołysząc się. Chciał wiedzieć co chłopak mówi, lecz jego nieznajomość hiszpańskiego mu nie pomagała w zrozumieniu. To jak drobny w tym momencie wydawał się Quackity przed nim, łamało jego serce. To jak mocno walczył z czymś, co było tylko i wyłącznie w jego głowie było przerażające. Bał się, że chłopak w którymś momencie zrobi sobie większą krzywdę, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Multi nie miał pojęcia co się stało Quackity’emu w miejscu do którego wysłał go Cucurucho, ale świadomość tego że coś go tam znalazło była niepokojąca, ponieważ wiedział że Federacja niektóre miejsca ma pod bardzo duża ochroną. Więc jeżeli ktoś przedarł się przez te zabezpieczenia, to nie mogła być to zwykła osoba z wyspy. Ponieważ nawet on nie wiedział gdzie znajdują się tereny do których są zrzucane osoby, a po drugie jeżeli to byłby którykolwiek z wyspowiczów, to by w tym momencie słyszeli o kolejnym porwaniu przez Federacje.
Więc kto znalazł Quackity’ego i co ta osoba z nim zrobiła?
— Q-quackity? — Rzucił niepewnie Multi, jednocześnie kucając próbując dojrzeć twarzy Quackity’ego. — Co się dzieje? Kto Cię znalazł w tamtym miejscu? — Quackity błyskawicznie wstał i spojrzał się na niego. Widział jak Quackity bezskutecznie poruszał ustami, nie mogąc wydusić z siebie jakiegokolwiek dźwięku. Multi patrzył się jak po twarzy Quackity’ego spływa coraz więcej łez, lecz nim Multi zdążył wydukać coś, by go uspokoić, Quackity wybiegł z pomieszczenia.
Gdy doszło do Multiego co się stało, bezzwłocznie podniósł się z ziemi i ruszył za nim. Martwiło go zachowanie Quackity’ego. Czuł, że to może mieć związek z czymś bardzo złym. Jedyne co pozostało Multiemu to modlenie się o to, by to ‘coś' nie było bardziej niebezpieczne dla Quackity’ego od Federacji.
Multi był świadomy tego, że nie dogoni Quackity’ego. Dlatego gdy wybiegł przed drzwi reaktora, nie był ani trochę zaskoczony tym że ostatnie co zauważył, to znikająca sylwetka chłopaka.
Ponownie owładnęła go cisza, tylko tym razem jeszcze bardziej niepokojąca.
Wracając do gabinetu mijał swoich pracowników, którzy rzucali mu niepewne spojrzenia, które były otoczone narastającymi szeptami. Każdy kolejny szmer który dochodził do jego uszu zaczynał go to irytować, lecz w tym momencie nie miał głowy by jakkolwiek na to reagować. Wiedział że powinien polecieć za Quackitym, tylko że nie miał pojęcia gdzie mógł się przeteleportować. Na wyspę Schlatt'a? Na Północ, do której Multi nie miał wstępu? Do swojego domu? Nie chciał przeszukiwać tych miejsc, wiedząc że to dosłownie strata czasu. Tylko że siedzenie w gabinecie było jeszcze bardziej bezużyteczne. Mógł napisać do Quackity'ego, lecz przypuszczał że by mu nawet nie odpisał, a na pewno nie teraz.
Multi wiedział, że powinien jak najszybciej odszukać Quackity'ego, tym bardziej przez te ostatnie minuty, które go najbardziej zaniepokoiły. Ponieważ mógłby przysiąść, że to wyglądało jakby ktoś lub coś nie pozwalało Quackity’emu mówić. W tej chwili okropna myśl nawiedziła jego głowę. Od kilku dni dochodziły do niego pogłoski na temat Dark Cucurucho które ciężko było je zignorować, skoro Ewron krzyczał co jakiś czas o przejęciu świata przy pomocy ‘ciemnej mocy’, a od swoich pracowników dostawał zdjęcia Foolish’a układającego jakieś tajemnicze mroczne uśmiechy na ulicach miasta. Które na pewno w jakiś sposób łączyły się z tym, wszystkim. Więc co jeżeli…
Co jeżeli to Dark Cucurucho kierował jakimś okrutnym sposobem Quackitym?
Nie mógł uwierzyć w to, że Quackity mógłby być aż tak zdesperowany by zawrzeć umowę z kimś, o kim nic nie wiedział. Przecież ten cały Dark Cucurucho może okazać się o wiele gorszy niż Federacja.
Wyciągał rękę po swojego warp stone by przeteleportować się do domu Quackity’ego, w tym samym momencie usłyszał dźwięk wiadomości. Spojrzał się szybko na komunikator i otworzył czat z Quackitym, gdzie widniała nowa wiadomość z samymi współrzędnymi. Multi otworzył mapę i zaczął szukać podane kordy, które okazały się znajdować zaraz jego tzn. ‘wieży pogodowej'. Multi nie miał pojęcia skąd Quackity wiedział o tym miejscu, lecz nie zważając na nic, wyteleportował się z biura.
Wylądował przy najbliższym waystone który znajdował się przy wieży. Był ciekaw, czemu Quackity chciał się spotkać akurat w tym miejscu. Jego przeczucie krzyczało by zachował ostrożność. Może to i była w pewnym stopniu paranoja, ale kto by jej nie miał, zważając na fakt, że jego klon dalej bezpańsko chodził po wyspie istniał. Bycie przewrażliwionym już nie raz uratowało mu życie, lecz wciąż ufał Quackity'emu. Chciał wierzyć w to, że chłopak chciał z nim tylko porozmawiać, nic więcej. Nawet teraz gdy przypuszczał, że ten cały Dark Cucurucho jakoś nim steruje.
W oddali zauważył delikatnie wybijające się z ciemności złociste skrzydła, które mogły należeć tylko i wyłącznie do jednej osoby. Dlatego też zaczął biec w ich kierunku, nie zważając na nic.
— Dlaczego chciałeś się tu spotkać? Czemu uciekłeś z reaktora? — Będąc w pobliżu chłopaka, Multi zaczął zarzucać Quackity’ego pytaniami. Lecz zamilkł gdy usłyszał za sobą kroki i coraz to głośniejszy śmiech. W tej samej chwili się zatrzymał prawie potykając się o własne nogi. Czuł jak traci grunt pod nogami, nie musiał się odwracać, by zgadnąć kto za nim stał.
— Witam mojego Stworzyciela. — Dreszcze przeszły po ciele Multiego, słysząc głos swojego klona za sobą. To był moment w którym wiedział, że powinien stąd uciekać, ponieważ zdawał sobie sprawę iż sam nie da sobie rady z własnym ‘projektem’.— Doktorze? Nie chcesz spojrzeć się na własne dzieło? — zaśmiał się klon. Multi poczuł jak panika sparaliżowała całe jego ciało.
Najgorsza w tym wszystkim była myśl, że nie miał nikogo, kogo by mógł poprosić w tym momencie o pomoc. Nie było Grafa, ani Roiera, Aldo czy też nawet Katie. Nie miał nawet pojęcia czy to co stało przed nim, to był prawdziwy Quackity, czy też nikogo tutaj nie było i to są tylko zwidy. Może, to wszystko dzieje się tylko w jego głowie. Oddał by wszystko, żeby się okazało, że jakimś cudem zasnął w swoim bezpiecznym gabinecie i byłby to tylko najgorszy koszmar jaki mógł mu się przyśnić.
— Nie, nie, nie… — Multi zaczął nerwowo szeptać. Jedyna myśl jaką miał, to było to, że musiał stąd jakoś uciec. — To się nie dzieje na prawdę, to jest tylko sen. To musi być sen. — Powtarzał w kółko pod nosem, zbliżając swoje drżące dłonie do twarzy, a w tle unosił się przeraźliwie głośny maniakalny śmiech jego sobowtóra.
— Przecież chciałeś mnie złapać i zniszczyć. Więc czemu teraz tak panikujesz? — Kpina wylewała się z każdym kolejnym słowem wypowiedzianym przez klona. — Oh, czyżby mój wspaniały pan i stwórca się przypadkiem ‘bał’? — Multi czuł jak gęsia skórka przebiega po jego ciele.
Zdawał sobie sprawę, że w małym stopniu są oni jakoś połączeni, dlatego też jego sobowtór mógł odczuwać, to co czuł w tym momencie. To była jedna z najbardziej denerwujących go rzeczy, bo dawało to klonowi przewagę nad nim. Dlatego też wiedział, że nie miał po co odpowiadać klonowi, bo to był było jeszcze bardziej żałosne, niż to w jakim stanie znajdował się teraz.
Czując rękę sobowtóra na swoim ramieniu, otworzył szybko oczy, które nawet nie wiedział kiedy zamknął i spojrzał się przed siebie. W miejscu gdzie wcześniej znajdowały się złote skrzydła Quackity'ego, teraz znajdowała się pustka.
— Jesteś żałosny doktorku, dać tak łatwo się nabrać na tak głupią pułapkę. — Klon stanął przed Multim z malującym się na twarzy ogromnym uśmiechem. — Nie sądziłem, że złapanie Ciebie, będzie aż tak łatwe. Zawiodłem się trochę — prychnął jego sobowtór.
Multi zauważył tylko jak jego klon, wykonuje szybki ruch ręką i nim jakkolwiek zdążył się zmusić do odwrócenia, poczuł otępiały ból rozchodzący się po tyle jego głowy, a następnie pochłonęła go ciemność.
Pierwsze co poczuł powolnie odzyskując świadomość, to ciężar oplatających jego nadgarstki metalowych kajdan. Powoli otwierając oczy, uderzyły go jasne promienie słoneczne, a oraz rozmazany wokół niego świat. Słyszał czyjeś głosy obok siebie, których mimo całej siły jaką wkładał nie potrafił zrozumieć. Chciał się lekko przesunąć w bok, lecz przeszywający ból uniemożliwił mu to, przez co jęknąć cicho na co rozmowa natychmiastowo ucichła.
— Widzę, że się w końcu królewicz obudził — Multi powolnie odwrócił głowę w stronę klona, czując lekkie zawroty. — Oh, nie patrząc się tak na mnie. To nie mój pomysł by Cię tutaj zabrać — powiedział klon, na co Multi zaczął się wolno rozglądać wokół siebie. Nie rozpoznawał tego miejsca. Nie mógł sobie przypomnieć, by kiedykolwiek widział tak wyglądającą stację kolejową na wyspie. W sumie nie był pewien, czy mieli jakikolwiek dworzec.
— Gdzie ja… my jesteśmy? — rzucił cicho starając się podnieść do siadu, chociaż z zakutymi rękoma było to dość ciężkie.
— Cóż, zapomniałem iż obydwoje nie znamy tego miejsca tak dobrze jak nasz, a nie przepraszam Twój przyjaciel — mówiąc to, klon pochylił się nad Multim uśmiechając się szyderczo. — Witamy na Quesadilla. — Multi czuł jak jego serce zamiera w momencie, gdy jego oczy spotkał się ze wzrokiem sobowtóra. Myślał, że tylko członkowie Federacji wraz z Cucurucho mają dostęp do tego miejsca.
Więc jakim sposobem się tutaj dostali?
— Dlaczego mnie tu sprowadziliście? — spytał się Mulit, w tym samym czasie jego klon mocno złapał go za ramię i gwałtownie podniósł, przez co się prawie stracił równowagę.
Utrzymując się ledwo na nogach, zauważył że znajdowali się o wiele bliżej wejścia na stację, niż mu się wcześniej wydawało. Widział tory które ciągnęły się nie wiadomo skąd, a za budynkiem znajdował się ogromny mur. Ciekawość go zjadała od środka delikatnie, ponieważ chciał wiedzieć, czy ta wyspa wyglądała identycznie jak oryginalna czy jednak były rzeczy które się różniły.
— Byś zrozumiał ten ból co przeżył Quackity — powiedział sobowtór stając za nim i gwałtownym ruchem pociągnął go za kajdanki i ruszyli w stronę budynku. — Pokażę Ci, a nie przepraszam… nie ja, a Dark Cucurucho pokaże Ci doskórnie, to czego doświadczył twój ‘przyjaciel’ z rąk tego, z kim współpracujesz. — Zaśmiał się klon, a do jego śmiechu doszedł jeszcze jeden, o wiele niższy, który po chwili rozmył się w powietrzu.
Multi zaczął się wyszarpywać, mimo iż wiedział że nie ma szans na ucieczkę. Ponieważ gdyby jakimś cudem udało mu się wyrwać, to gdzie miałby uciec? Mimo to, jego głowa krzyczała, że musi siebie jakoś uratować.
— Spokojnie. — Klon pociągnął za łańcuch, tak że Multi stracił prawie równowagę. — To jest pomysł twojego przyjaciela, to on chciał Tobie dać nauczkę, oraz byś zrozumiał pewne rzeczy. — Spojrzeli się sobie prosto w oczy. Czerwone źrenice jego sobowtóra powodowały że niepokój rozchodził się po całym jego ciele. — Ja tu tylko tylko skorzystam z okazji, by się w końcu Ciebie pozbyć. — Zimny pot obleciał Multiego, w momencie gdy klon skończył mówić. Czuł, jak każdy najmniejszy mięsień zaczyna drżeć ze strachu, a jego oddech zatrzymał się w płucach. Próbował wziąć oddech, ale po prostu nie mógł.
To był moment, w którym już wiedział że nie ważne co zrobi, jego los jest przesądzony. Mimo to, nie umiał wierzyć, że to wszystko było przez Quackity’ego. Domyślał się, że jego klon powiedział mu o tym, tylko po to by zaszczepić w nim ziarenko niepewności. By sprawić żeby przestał ufać Quackity'emu. Jego głowa wiedziała, że nawet jeżeli Quackity coś rzucił w złości, to nie musiało znaczyć że tego chciał. Multi nie umiał dopuścić do swojej głowy, myśli że Quackity by tego na prawdę chciał. Tylko że co jeżeli to co powiedział jego sobowtór było prawdą? Co jeżeli Quackity tego na prawdę chciał? Może to była jego kara. Może… może to jedyny sposób by Quackity mu wybaczył.
Więc jeżeli jego klon nie kłamał i to było coś, czego Quackity potrzebował, to przeżyje wszystko co Dark Cucurucho mu zrobi.
Nawet jeżeli po tym wszystkim czeka go tylko śmierć.
Idąc rozglądał się chcąc zauważyć jak najwięcej szczegółów. Wciąż zastanawiał się czy za murem znajdowała się odwzorowana w całości Quesadilla, czy tylko ta część była zrekonstruowana z jakiegoś powodu. Ciekawiło go, czemu w ogóle Federacja zrobiła kopię tamtego miejsca. Czy było to tylko po to, by zsyłać tu za karę starych wyspowiczów, czy też po coś całkowicie innego. Wchodząc do budynku Multi miał nadzieję, że zobaczy co znajduje się po drugiej stronie, lecz niestety przywitały go przyciemnione szyby, które blokowały jakikolwiek obraz z zewnątrz. Doszli po chwili do ciemnego korytarza, który prowadził ich w dół. To miejsce wyglądało jakby należało do Federacji, ponieważ im dalej szli w dół tym bardziej biało się robiło. Jego sobowtór szedł przed podgwizdując sobie radośnie, co powoli zaczynało go denerwować.
Gdy w końcu doszli do końca korytarza, stanęli przed wielką fontanną która była umiejscowiona na środku pomieszczenia. Dookoła były pozamykane pokoje, które wyglądały jak biura. Multi chciałby się bliżej przyjrzeć temu miejscu, chciałby je dokładniej zwiedzić, nawet jeżeli niczego by w nim nie znalazł ciekawego. Lecz wciąż był jakiś cień szans, że skoro skopiowali to miejsce, to może i jakieś dokumenty o których nie pamiętali też się tu znalazły.
— Niczego tutaj nie znajdziesz — prychnął klon, ciągnąc go w stronę otwartych drzwi, których Multi wcześniej nie zauważył. — Zresztą nawet jakbyś cokolwiek tutaj znalazł, to i tak byłoby to dla Ciebie bezużyteczne — dopowiedział ciszej klon. Multi odwrócił tylko głowę, nie mając ochoty wchodzić w potyczki słowne że swoim sobowtórem.
Przeszli przez jeden z gabinetów, w którym znajdowały się następne drzwi i kolejny długi korytarz, który tym razem przechodził z białego w czerń. Oświetlony był tylko pochodniami wiszącymi co jakiś czas na ścianie, na których płomienie tańczyły mimo barku wiatru. W oddali było słychać stukot ciężkich butów, który odbijał się echem. Multi domyślał się, że jego sobowtór prowadzi go do osoby, która pomogła uciec Quackity’emu oraz temu któremu pomaga Ewron wraz z Foolishem. Nie wiedział na co powinien się przygotować, a także nie wiedział kogo zobaczy w miejscu do którego idą.
Zauważył jak pracownicy wraz z klonem wymienili się kiwnięciem głowy, w tym samym drzwi za nimi się otworzyły.
Ciemność wydobywała się z pomieszczenia w taki sposób, jakiego nigdy wcześniej nie widział. Delikatne promienie światła wydobywających się z małych lamp przymocowanych do ścian lekko oświetlały obskurne pomieszczenie. Na wejściu zwrócił uwagę tylko na stojące na środku pokoju krzesło. Podchodząc do niego wolnym krokiem, kątem oka zauważył w rogu stojące ogromne coś przykryte szarą kotarą. Multi czuł przygniatającą energię tego miejsca. Nigdy w życiu nie czuł czegoś takiego, nawet Cucurucho nie miał tyle władzy by przyprawić go o tego typu odczucia.
— Spokojnie. — Multi odwrócił głowę w stronę swojego sobowtóra, gdy poczuł lekkie klepnięcie po poliku. — Musimy jeszcze trochę poczekać aż pojawi się nasz gość specjalny — rzucił lekceważąco klon, machając mu przed oczyma materiałem. Jeden z pracowników pociągnął go szybkim ruchem na krzesło i zaczął obwiązywać sznurem.
— Zostawcie mnie! — Krzyknął patrząc się z postać stojącą przed nim z paniką. — Na co Ci to?! — Gdy szli do tego miejsca czuł się jeszcze w miarę spokojny, teraz czuł się jakby ktoś dosłownie przystawiał mu niewidzialny nóż do gardła.
— To? — spytał się sobowtór, podnosząc wyżej kawałek szmatki. — Głupie pytanie, a myślałem że jesteś mądry. — Zarechotał jego klon, owijając jego oczy opaską. — Na Twoje oczy oczywiście, musi być trochę zabawy w tym wszystkim. — Multi chciał wyrwać swoją głowę z uścisku klona, lecz nie miał jak. Ostatnie co zauważył przed tym jak ogarnęła go ciemności, to były otwierane drzwi. Lecz oprócz stukotu butów nie słyszał nic, żadnych rozmów między pracownikami, nawet jego klon w tym momencie zamilkną.
Nie miał pojęcia jak długo siedział w spowijającej go ciemności. Czuł jak powoli jego ręce, jak i całe ciało zaczynało drętwieć od bycia przywiązanym do niewygodnego siedzenia. Z sekundy na sekundę wszystko robiło się coraz bardziej nieznośne, wraz z liną owiniętą ciasno wokół jego ciała, która wrzynała się coraz głębiej w skórę. Metalowe kajdany wciąż ciążyły na jego nadgarstkach, raniąc je przy każdym mniejszym ruchu. Po raz kolejny próbował jakoś wyłamać ręce z zamknięcia czując tylko spływającą delikatnie krew, gdy nagle usłyszał huk odbijanych się od ściany drzwi. Mimo opaski na oczach, odwrócił głowę w kierunku z którego dochodził dźwięk. Do jego uszu doszły pewniejsze oraz o wiele cięższe kroki niż dotychczas. Pomiędzy stukotem butów, było słychać szelest jakiegoś materiału i rozdzierające ciemność głośne skrzypnięcie. Następnie zapadła ciężka cisza, którą przerwał głuchy huk i ciche jęknięcie. Multi chciał nachylić się w stronę z której dochodził dźwięk, lecz tym samym czasie ktoś złapał go za włosy i przyciągnął do oparcia krzesła.
— Nie wierć się — wycedził klon prosto do jego ucha, po czym odrzucił jego głowę z rozmachem. — Za chwilę zobaczysz naszego wspaniałego gościa. Na pewno będzie się wraz z nami dobrze bawił, patrząc na to jaki “spektakl” przygotowaliśmy. — Multi poczuł jak ktoś, prawdopodobnie jego sobowtór majstruje przy jego rękach, a bardziej przy jego zegarku, który wciąż jakimś cudem trzymał się na jego przedramieniu. Przy rzeczy która służyła do rozróżnienia go od jego kopii, oraz przy urządzeniu którego głównym zadaniem jest wysadzić wyspę gdyby mu się coś stało.
W tym momencie Multi stwierdził, że jest jeszcze jedna rzecz która go denerwowała w jego klonie. To był fakt że posiadają to samo DNA i zbyt podobny głos. Powinien się niby z tego cieszyć, bo w momencie gdy on tu umrze, to zegar nie odpali protokołu i ludzie na wyspie nie będą musieli się niczego obawiać, lecz coś takiego w rękach jego klona mogło być jeszcze bardziej niebezpieczne niż w jego. Oraz fakt, że jego sobowtór będzie miał ułatwione wejście do jego reaktora był martwiący. Patrząc tylko na to, że pocisk rakietowy się w nim znajdował, oraz wszystkie inne jego notatki na temat uranu i reszty jego badań.
Z jego myśli wyciągnął go coraz głośniejszy stukot butów, które ucichły dosłownie przed nim. Nie widząc nic dalej, nagle poczuł czyjąś dłoń na swojej brodzie. Wzdrygnął się czując jak czyjeś długie palce zaciskające się na jego szczęce, próbował wyrwać swoją głowę lecz spotkał się z oporem. Z sekundy na sekundę czuł coraz głębiej wbijające się paznokcie w jego skórę. Miał wrażenie jakby miała zaraz pęknąć mu szczęka pod tym naciskiem.
— Ludzie mówią o Tobie z takim strachem i uznaniem, że myślałem iż będziesz o wiele trudniejszy do złapania — wyszeptał niski głos znajdujący się przy jego uchu. — Trochę mi przykro, że poszło to aż tak szybko. — Multi poczuł jak materiał znajdujący się na jego oczach, lekko się poluźnia i po sekundzie spadł.
Przed jego oczyma znajdowała się twarz postaci przypominającej Cucurucho, jedyne czym się różnili to był kolor. Czyli to było to z kim Ewron i Foolish współpracowali, oraz to co prawdopodobnie siedziało w głowie Quackity'ego. Nie spodziewał się tego, że jego pierwsze spotkanie z tą osobą będzie się odbywało w takich warunkach. Chciał mieć nadzieję, że nazwa nawiązywała tylko do jego koloru, chociaż doskonale wiedział iż to nie jest główną przyczyną jego nazwy. Patrzeli sobie prosto w oczy przez jakąś chwilę, po czym do jego uszu doszedł śmiech Dark Cucurucho, i poczuł spływającą krew po jego policzkach, gdy Dark Cucurucho zacisnął jeszcze mocniej swoje palce na nim.
— Widzę, że o mnie słyszałeś Doktorze Multi. Miło wiedzieć że moje imię doszło i do tak dobrze strzeżonego miejsca jak Twój reaktor — powiedział Dark Cucurucho, bawiąc się dalej jego twarzą. — Trzeba przyznać, że ładne go zabezpieczyłeś, ale nawet i to, Tobie nie pomogło. — Dreszcze przeszły po jego ciele, gdy Dark Cucurucho ponownie zaczął się śmiać.
Multi kątem oka zauważył, że w miejscu w którym wcześniej znajdowało się coś przykrytego, stała ogromna klatka. Dark Cucurucho musiał zauważyć gdzie się spojrzał, ponieważ agresywnie puścił jego twarz i skierował się w stronę ptasiego więzienia. Do jego oczu doszło w końcu, że na ziemi leżała jakaś osoba. Dopiero po chwili, gdy światło zostało skierowane lekko w drugą stronę, zauważył znajome skrzydła które wyróżniały się mocno na czarnej podłodze. Dech zamarł mu piersi. Spodziewał się Quackity’ego tutaj, ale nie sądził, że będzie zamknięty jak jakiś więzień. Myślał, że chłopak będzie chodził i obserwował jako widz, jak jego klon, a nie że będzie uwięziony i to o ironio w klatce. Czuł jak złość rozchodził się po jego ciele, widząc Quackity’ego w takim miejscu.
— Quackity? — rzucił próbując dojrzeć w jakim stanie był jego przyjaciel. — Quackity słyszysz mnie?! Kurwa! — krzyknął tym razem, jednocześnie próbując wyrwać się z oplatających go sznurów.
Po raz kolejny, śmiech doszedł do jego uszu, mimo to nie spuszczał wzroku z leżącego chłopaka. To nie mogła być prawda, to musiał być sen. Chciał wierzyć, że to był koszmar z którego zaraz się obudzi.
— Oh, spokojnie. Twój ‘przyjaciel’ się za chwilę obudzi i dopiero wtedy zaczniemy zabawę — powiedział spokojnie Dark Cucurucho, nawet na niego nie patrząc. — Lecz przed tym opowiedz nam o swoich skrzydłach. Przypuszczam, że Twój klon bardzo chętnie je sobie przywłaszczy, skoro jemu nie wyrosły. — Poczuł czyjąś dłoń na swoich plecach, kątem oka zauważył że to dalej jego sobowtór stal za nim, dotykając teraz miejsce w których znajdowały się jego schowane skrzydła. Chciał się odsunąć od tego dotyku, lecz nie miał jak.
— Nie Twój zasrany interes! — rzucił zdenerwowany Multi, czując coraz większe obrzydzenie.
Nie wiedział od kogo mogli się o nich dowiedzieć, ponieważ nikt o nich nie wiedział. Ani Polska Husaria, ani Quackity. Klon też nie miał prawa o nich wiedzieć, nie byli aż tak połączeni ze sobą. Więc jak?
— Oj, chyba czegoś nie rozumiesz Doktorku. To jest nasz interes. — Dark Cucurucho odwrócił głowę w jego stronę. — W końcu Twój klon będzie musiał wyglądać jak ty, gdy już z Tobą skończymy. — Multi czuł jak jego ciało się spina ze strachu, świat zaczął kręcić się przed jego oczyma, miał wrażenie jakby miał zaraz zemdleć. To było dla niego za dużo.
Śmierć nigdy nie była mu straszna, wiedział że prędzej czy później któryś jego eksperyment będzie tym ostatnim, więc był z tą myślą mocno oswojony. Jednakże świadomość tego, że coś będzie udawało jego przez nie wiadomo jak długi czas, sprawiało że czuł niepokój. Wiedział, że na niego wybory klona nie wpłynął w żaden sposób, w końcu go nie będzie, lecz co z bliskimi dla niego ludźmi? Co jeżeli jego sobowtór zrani jego rodzinę? Miał małą nadzieję, że Quackity powie reszcie, że to kogo widzą to nie jest prawdziwy on, lub że oni sami zauważą, że coś jest nie tak jak powinno.
W tym momencie jedyną racjonalną myślą byłaby ucieczka, jednakże nawet to nie wchodziło w grę. Ponieważ po pierwsze, nie zostawiłby tutaj Quackity’ego samego, a po drugie, nawet jeżeli by im się udało uciec z tego pomieszczenia, to z tego miejsca nie ma ucieczki. Nie miał nawet pojęcia czy miałby jakąkolwiek możliwość skontaktowania się z kimkolwiek, włącznie z Federacją.
Nie był nawet pewien, czy jakby mu się udało z nimi skontaktować, to czy Cucurucho by mu pomógł. Patrząc na to, że współpracują to powinien, lecz nigdy nic nie wiadomo.
Jego myśli rozproszył cichy dźwięk dochodzący z klatki, na co spojrzał się w stronę Quackity’ego. Widział jak chłopak powoli podnosił się do siadu, łapiąc się za brzuch, jednocześnie rozglądając się wokół siebie. To w jakim stanie siedział jego przyjaciel mówiło mu dużo, i zaczęło utwierdzać go w przekonaniu, że może jednak jego klon go okłamał, a on dał się oszukać jak największy idiota.
— Gdzie? Czemu? Multi?! — krzyk Quackity'ego doszedł do jego uszu. Multi chciał cokolwiek odpowiedzieć, lecz nie jego głowa nie pozwalała mu się odezwać. — Co tu się dzieje?! O co tu chodzi? — Chłopak zaczął dalej rzucać pytaniami powolnie przesuwając się bliżej krat.
— Przecież chciałeś tego, prawda? — rzucił swoim niskim głosem Dark Cucurucho uśmiechając się szyderczo. — Dostałeś widok z pierwszego rzędu, nie powinieneś narzekać na to co zaraz zobaczysz. A później zrobisz to, na co się umawialiśmy. — Śmiech rozszedł się echem po całym pomieszczeniu.
Multi patrzył się na tę całą sytuację przez łzy. Nie chciał wierzyć w nic wychodziło z ust jego klona lub Dark Cucurucho.
— Nie chciałem! — wrzasnął Quackity. — Byłem zły, powiedziałem głupotę! Błagam wypuście go! — Multi widział jak Quackity próbuje wydostać się z klatki. — Wypuście go! Nie musicie go ranić bym zrobił to co chcecie. Też chcę się pozbyć Cucurucho! — krzyczał rozpaczliwie Quackity, wycierając łzy ze swojej twarzy. Dopiero teraz do Multiego doszło, że chłopak także płakał. Po raz kolejny w pewien sposób, to on był odpowiedzialny za łzy Quackity'ego.
Słowa nie potrafiły opisać tego jak bardzo czuł się zły na siebie. Za to że nie uciekł od klona przy wieży, tylko dał się złapać jak głupek. Za wierzenie w słowa które jego kopia mówiła. Ponieważ dopiero teraz doszło do niego, że im nie zależało im na tym by jakkolwiek odpłacić się za Quackity’ego, tylko to była podkładka pod to, by jego sobowtór miał okazję się jego pozbyć. Gdyby tylko wcześniej zauważył, że tamte “skrzydła” to była tylko fikcja którą on chciał widzieć, a nie jego przyjaciel. Gdyby zauważy że coś jest nie tak szybciej, a nie tylko kierował się emocjami. Gdyby nie to, że sparaliżował go strach pod wieżą, gdyby tylko udało mu się uciec stamtąd, ta cała sytuacja by nie miała miejsca. A nawet jakby miała, to by stało się to o wiele później i możliwe że Quackity nie musiałby się na to wszystko patrzeć.
— Oh, już za późno na odwrót. Trzeba było użyć mózgu zanim cokolwiek się powiedziało — rzucił prześmiewczo Dark Cucurucho, kładąc swoją rękę na głowie Quackity'ego. — Teraz sprawimy by poczuł to, co ty czułeś. By zwijał się z bólu przez swoje ostatnie minuty. — Dark Cucurucho przesunął ręką po twarzy Quackity'ego i łapiąc ją za brodę skierował jego twarzy w kierunku Multiego. — To jest ostatni raz, gdy widzisz tę wersję Doktorka, przyglądaj się uważnie jaki koniec mu sprawiłeś — powiedział, śmiejąc się Dark Cucurucho, po czym szybkim ruchem wstał zostawiając Quackity'ego samego.
Multi odwrócił wzrok nie mogąc utrzymać dłużej kontaktu z Quackitym. Z sekundy na sekundę coraz ciężej było mu wziąć oddech, jego serce coraz szybciej i boleśniej obijało się o jego żebra. Czuł jak zimny pot oblał całe jego ciało, a dreszcze przebiegały po jego ciele. Chciał cokolwiek powiedzieć, ale przez wielką gule w jego gardle, nie mógł wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Łzy powoli spływały po jego twarzy, widział kątem oka, jak zadowolony klon schylił się by powolnie odwiązać go od krzesła.
— Nie! NIE! Zostawcie go, błagam! — krzyknął Quackity, na co Multi zrezygnowany delikatnie pokręcił głową. Wiedział, że prośby Quackity'ego nic nie dadzą. — Powiedziałem, że zrobię to co chcecie! Z-zostawcie go, proszę. — Łamiący się głos dochodził do uszu Multiego.
— Quackity, przestań — wydusił z siebie po chwili Multi, łapiąc łapczywie powietrze po mocnym szarpnięciu przez klona. Wstając zobaczył jak jeden z pracowników wepchnął stół operacyjny do pomieszczenia, stawiając blisko klatki. Szedł posłusznie za swoim sobowtórem nie stawiając żadnego oporu, ponieważ nie miał na to siły. Z resztą to i tak nie miałoby to żadnego sensu. Mimo przerażenia które rozlewało się w jego ciele, nie walczył z tym, po prostu położył się i dał się ponownie przywiązać sznurem tylko, że tym razem do stołu.
— Multi, co ty kurwa robisz?! — wrzasnął Quackity uderzając rękoma o kraty. Multi milcząc odwrócił głowę, by nie widzieć twarzy Quackity’ego.
To powinien być moment, w którym całe jego życie przebiega mu przed oczyma. Cieszył się jednak, że tak mało z niego pamięta, jedyne sceny jakie mógłby mu się ukazać przed oczyma, to cały jego pobyt na wyspie. Do tej pory nie odkrył, dlaczego tak duża część jego życia przepadła z jego głowy, lecz teraz czuł ulgę z tego powodu. Jedyne o czym mógł myśleć w tym momencie to o tym, że żałował tego iż z Polakami wyszło jak wyszło, zdawał sobie jednak sprawę z tego, że połowicznie to była też jego wina. Myślał o swojej znalezionej rodzinie, która była tak randomowym zlepkiem ludzi jakiego się nie spodziewał. Przy pierwszym spotkaniu, nigdy nie pomyślałby że Katie będzie tak znaczącą częścią jego rodziny, jak i Roier czy też Nacho, którego na prawdę pokochał jak biologicznego syna. Tak samo jak nie spodziewał się, że znajdzie na tej wyspie o wiele większe uczucia, niż tylko przyjaźnie.
Quackity.
Nie sądził, że chłopak stanie się dla niego najważniejszą osobą w tym miejscu, nie tylko jako przyjaciel, który wierzył bez słowa w jego projekty i wierzenia, ale jako ktoś o wiele ważniejszy. Wciąż nie rozumiał jak udało się Quackity’emu dostać tak głęboko do jego serca, które starał się tak bardzo chronić. Jednakże myśl która w tym momencie do niego doszła, była jedną z najsmutniejszych i tak bardzo bolesnych, że jakby mógł to by się zgiął z bólu. Doszło do niego to, że nie będzie miał okazji powiedzieć chłopakowi o swoich uczuciach względem niego. Mógł sobie teraz tylko pluć w brodę, że tak bardzo się bał przyznać się do swoich uczuć, przed samym sobą jak i przed nim. Jednak nigdy nie był dobry w mówieniu o emocjach, ponieważ przyzwyczaił się by większość z nich chować bardzo głęboko w sobie.
Z jakiegoś powodu w jego głowie, emocje były dla niego oznaką słabości, na którą on nie mógł sobie na to pozwolić. Tylko że teraz, leżąc na tym stole, czekając na swój koniec żałował, że nie miał możliwości powiedzenia Quackity’emu o swoich uczuciach. W jego głowie ‘zaufanie’ było prawie jak wyznanie miłości, a nikomu nie ufał tak mocno jak Quackity’emu. Wiedział jednak, że nie każdy myślał jak on i teraz pozostało mu żałować, iż zamiast powiedzieć mu o wszystkim, to unikał tego jak ognia. Jakby myślał że ma więcej czasu, niż tak na prawdę miał. Teraz jedyne co mógł zrobić to myśleć o tych wszystkich niewypowiedzianych słowach, niespędzonych wspólne godzinach, które wolał spędzić nad swoją pracą niż z Quackitym.
Było za późno by cokolwiek zrobić, powiedzieć. Jednak myśl, że Quackity zostanie z jego nieudanym klonem, martwiła go mocno. Nie umiał wyobrazić sobie, że Quackity będzie musiał udawać, że jego sobowtór jest prawdziwym nim, gdy on będzie martwy.
— Nie ważne co się stanie, po prostu nie patrz — wyszeptał Multi, czując wzrok chłopaka na sobie.
Wiedział że jego poddanie, denerwowało Quackity'ego, ale w tym momencie już nic nie miało sensu. Jego żołądek ściskał się z przerażenia, lecz jakaś część jego była świadoma, że w pewien sposób sobie na to zasłużył na to co się teraz stanie.
— Wydostanę Cię stąd, obiecuje — powiedział po chwili drżącym głosem Quackity, na co Multi lekko odwrócił głowę, by się na niego spojrzeć. Widok zapłakanej twarzy chłopaka był czymś, czego Multi nie mógł znieść. Chciał go dotknąć, chciał zetrzeć spływające po buzi chłopaka łzy.
— To nie ma sensu — wyszeptał Multi patrząc się błagalnie na chłopaka.
— Nie chciałem tego na prawdę, przepraszam. Gdyby nie ja… — Dźwięk klaskania rozchodzący się po pomieszczeniu, wraz z wtórującym mu śmiechem przerwał Quackity’emu w połowie zdania.
— Oh, jak romantycznie — rzucił z sarkazmem klon. — Nie wiedziałem, że będzie tu aż tak “ckliwe”.—Nagle Multi usłyszał gwałtownie rozrywany materiał, czując zimno dotykające jego plecy. Przełknął nerwowo ślinę, czując jak dreszcze przechodzą przez jego ciało. Jego skrzydła rozszerzyły się lekko. Przyzwyczaił się do tego, że są cały czas schowane, dlatego też nie pamiętał kiedy ostatni raz miał możliwość rozprostowania ich.
— Zostawcie go! — wrzasnął Quackity, z desperacja wyczuwalną w głosie. Multi odwrócił głowę w drugą stronę.
— Oh, przecież sam tego chciałeś, prawda? — Głos Dark Cucurucho rozniósł się echem po pomieszczeniu. — A po drugie, nie uważasz że ta wyspa jest, za mała na nich dwóch? Któryś musi zginąć. — W tym momencie Multi poczuł wbijane ostrze w środek swoich pleców.
Zacisnął dłonie na boku stołu, próbując jakkolwiek odsunąć swoje ciało od tego bólu. Jego oddech przyśpieszył, czuł krew spływającą po plecach. Chciał ruszyć skrzydłami, lecz poczuł na nich mocny ucisk. Nie miał jak się z tego wyrwać, nie miał jak się bronić. Czuł jak ostrze przecina wzdłuż jego skórę, coraz głębiej się wbijając. Zaczął wrzeszczeć, jego mózg był otępiały z agonii. Mógł czekać tylko na najgorsze, modląc się by jego ciało się poddało się jak najszybciej, by nie musiał czuć dłużej tego bólu. A wiedział, że najgorsze jeszcze przed nim.
— Quackity, może też chcesz się pobawić w doktora, co? — Dark Cucurucho rzucił, między krzykami Multiego. Na co Quackity raptownie pokręcił głową wycierając łzy z twarzy.
— Ja nie c‐chciałem tego, przysięgam nie chciałem! — wrzeszczał, płaczący Quackity mając nadzieje iż jego słowa wciąż dochodziły do Multiego. — P-przepraszam! — wyłkał mając trudności z wzięciem oddechu.
Multi ostatnimi siłami utrzymywał resztki swojej świadomość, słysząc głos Quackity'ego. Chciał mu odpowiedzieć, chciał mu powiedzieć że nie jest na niego zły, ale nie miał jak. Ledwo mógł złapać oddech miedzy krzykami z bólu. Nie wiedział kto go rozcinał, lecz był pewien, że ta osoba czerpie bardzo dużo przyjemności z tego. Czuł to przez to jak brutalnie ostrze działało w jego ciele. Wiedział że gdyby nie dzisiejszy dzień to prędzej czy później i tak doszłoby do takiej sytuacji. Multi był świadomy, że jego śmierć była bliżej niego niż dalej. W tle słyszał przytłumione krzyki Quackity’ego, złość rozlewała się w jego głowie, bo nie chciał by Quackity patrzył się na to wszystko.
Z jego myśli, wyciągnęło go brutalne szarpiecie za skrzydło, które było połączone z głośnym chrupnięciem kości. Czuł jak prąd przechodzi przez jego całe ciało. Otworzył oczy które nawet nie wiedział kiedy zamknął i krzyknął bezgłośnie, łapczywie próbując złapać oddech. Zrobiło mu się biało przed oczyma, gdy poczuł wyrwane skrzydło. Gdzieś w oddali słyszał krzyki, przerywane szaleńczym śmiechem. Czuł jak łzy spływały po jego twarzy.
Między uderzeniami palącego bólu, poczuł pustkę w miejscu w którym powinno znajdować się jego skrzydło.
Muli czuł się wycieńczony, czuł krew płynącą po jego plecach, wraz z rozchodzący bólem. Był wycieńczony, nie chciał czuć tego wszystkiego. Chciał zamknąć oczy i się nie obudzić, lecz zdawał sobie sprawę iż jego klon i Dark Cucurucho nie dadzą mu tak łatwo ich zamknąć.
Po chwili poczuł kolejne cięcie, tym razem gwałtowniejsze, mocniejsze jakby osoba która go cięła wiedziała, że jego świadomość ulatuje.
— Doktorku, myślałem że umiesz wytrzymać więcej bólu — powiedział jego sobowtór, i Multi poczuł wbijający się palec w jego ranę.
Świat kręcił się wokół niego niezatrzymanie. Nie miał siły by krzyczeć, by oddychać, by utrzymać otwarte oczy. Drugie skrzydło zostało wyrwane brutalniej niż pierwsze. Śmiech przy jego uchu zagłuszał wszystko inne. Miał już dosyć, nie mógł wytrzymać przechodzącego przez jego całe ciało bólu. Jak przez mgłę usłyszał skrzypnięcie i jakieś szelesty. Jednakże jedyne co Multi chciał, to tylko przestać czuć.
Po chwili czyjaś delikatna dłoń dotknęła jego pleców, w miejscu gdzie znajdowały się puste dziury po jego skrzydłach.
— Multi, to tylko ja. — Usłyszał roztrzęsiony głos Quackity'ego. — Nie ruszaj się, jakoś stąd uciekniemy. Obiecuje Ci to — powiedział drżącym głosem Quackity. Multi czuł jak sznur którym był związany lekko się poluźnia.
Wiedział, że to wszystko nie ma sensu, że nie ważne co się stanie to i tak tutaj umrze.
— Zostaw mnie tu i nie rób nic głupiego, proszę — wyszeptał, obracając lekko głowę, patrząc się prosto w oczy chłopaka. — Prędzej czy później i tak by do tego doszło, nie obwiniaj się — dodał ciszej Multi, a oczy ponownie zaszły mu łzami. Nie pamiętał kiedy ostatni raz tyle płakał co przez ostatni czas.
— Nie mogę cie tu zostawić, musimy… — Quackity przerwał słysząc jęknięcie Multiego.
— Musisz. Proszę, zrób to dla mnie — rzucił ledwo słyszalnie, ruszając lekko dłonią na co Quackity położył swoją dłonią na jego. — Masz dostęp do wszystkich miejsc w reaktorze, proszę zniszcz wiesz co zanim oni to znajdą. Błagam nie używaj tego. Wiem, że chcesz zabić Cucurucho, ale… — fala kaszlu przerwała Multiemu. Poczuł jak Quackity zaciska rękę mocniej na jego. Starał się wziąć głęboki oddech, obraz zaczynał rozmywać się mu przed oczyma — ale to nie zniszczy tylko Federacji, a całą wyspę. — Quackity wyglądał coraz bardziej jak rozmazana kolorowa plama.
— Zniszczę to — powiedział Quackity, gdzieś w oddali słyszał jakieś odgłosy, lecz nie miał pojęcia co się działo wokół niego. Chciał by ostatnią rzeczą jaką zapamięta, był chłopak stojący przed nim. Coraz ciężej było barć mu oddech, miał wrażenie jakby jego serce spowalniało z każdą sekundą. Wiedział, że to jego ostatnie chwile.
— P-przepraszam, ze Cię za-awiodłem — wyjęczał, starając się powiedzieć jak najwięcej mógł w ostatnich sekundach. Chciał go przeprosić, chciał powiedzieć jeszcze tak dużo, lecz nie wiedział czy uda mu się zdążyć przed ciemnością, która zaczynała go owijać. — P-przepraszam, ze ci nie po-owiedziałem o ni-iczym. — Czuł jak kończy mu się oddech.
Nie sądził że umrze w ramionach kogoś, kto był dla niego najważniejszą osobą na świecie.
Chciał powiedzieć jeszcze jedną rzecz, lecz nie starczyło mu siły.
W oddali usłyszał tylko rozdzierający serce krzyk, i tym razem, ciemność owładnęła go na zawsze.
