Work Text:
– Ty chyba sobie ze mnie żartujesz. – Te słowa zabrzmiały złowrogo w otaczającej ich ciszy.
– Nie, przecież to wspaniała przygoda! Skoro już tu przyszliśmy to możemy skorzystać z okazji. Kolejna taka może się nie trafić.
– Chcesz mi powiedzieć, że przez przypadek są tu potrzebne rzeczy, a zapas prowiantu starczy do jutra? – spytał, wykrywając jego słabo ukryte kłamstwo.
– Może... Ale chyba mi nie odmówisz, prawda?
– Czy ty naprawdę prosisz mnie, bym został w tej dżungli na noc? Gdzie wokół jest pełno niebezpiecznych zwierząt i rzeczy, na które nigdy w życiu dobrowolnie bym się nie naraził?
– Możemy zbudować domek z gałęzi, będzie nas chronił! Nie daj się prosić, wynagrodzę ci to – obiecał słodko.
Danny wiedział, że to tak się skończy, jak zawsze musiał ulec Steve'owi. Choćby próbował bronić się ze wszystkich sił, ostatecznie i tak zawsze się poddawał. Ale czy można go winić patrząc na komandosa? Chyba każdy by uległ zachęcony obiecaną nagrodą.
