Chapter Text
O cicha, mglista, o smutna jesieni!
Już w duszę czar twój dziwny, senny spływa,
przychodzą chmary zapomnianych cieni,
tęsknota wiedzie je smutna i tkliwa
W jesieni K. Przerwa-Tetmajer (Poezje. Seria pierwsza 1891)
Przygnębiający listopad już miał się ku końcowi. Tatrzańskie szczyty bieliły się w oddali, ale tylko wtedy, gdy nie zasłaniała ich ta gęsta jak mleko mgła, tajemnicza, unosząca się nad rozległymi lustrzanymi stawami, cyrkami, wspinająca się po ostrych krawędziach, wpełzająca między głębokie nieprzebyte szczeliny... Czasami jakieś zuchwałe reglowe drzewa odważały się wynurzyć nad mgliste morze, wtedy zdawały się być duchami, zjawami, upiorami zwiastującymi zbliżającą się śmierć natury. Ostatnie liście trzęsły się trwożnie na rozłożystych gałęziach, jakby nie chcąc pogodzić się ze swoim nieuchronnym losem - ale przecież już były martwe, nawet wtedy, gdy uporczywie trzymały się nagiego konaru. Wszystko się kończyło. Błoto pod nogami chlupotało nieprzyjemne, zimny wiatr dmuchał prosto w twarz mężczyzny podążającego ciemną opustoszałą ulicą. Nie lubił tej pory roku, zawsze była źródłem smutku, jakiejś nieusprawiedliwionej melancholii i pustki. To był okres zawieszenia między życiem a śmiercią, rozkwitem i bujnością a zastojem. Nigdy nie potrafił też wskrzesić z siebie wtedy wystarczająco dużo, żeby zakończyć pracę w wyznaczonym terminie. W dodatku ta mgła wywoływała nieustający kaszel, przez co jego i tak wątłe zdrowie pogarszało się z dnia na dzień. Tylko wyczekiwał momentu, w którym zalegnie na dobre w łóżku, niezdolny do jakiegokolwiek funkcjonowania. A przyjechał tu dla "poratowania zdrowia"... Cóż za ironia.
Mężczyzna owinął się szczelnej szalikiem i próbował skurczyć się w sobie, mając nadzieję, że w jakiś sposób to pomoże mu się ogrzać. W oddali słuchać było śmiech i śpiewy dobiegające z gospód, restauracji i chat. Ludzie cieszyli się ostatnimi dniami przed Adwentem, bawili się i pili do oporu, a on miał już tego dość. Nie potrafił zrozumieć, jak tyle silnego narodu może się beztrosko zabawiać, hulać, radować się, gdy kraj ich potrzebował. Jak mogli być tak obojętni? Ale od razu nasunęła się odpowiedź, taka sama jak zwykle. W jaki sposób ociemniały lud ma działać, gdy brak mu oświecenia? Poczuł automatycznie odrazę na myśl o tych zdegenerowanych poetach i pseudoartystach, topiących się w swojej doskonałości i wyższości, przy jednoczesnej dekadenckiej beznadziei. Nienawidził tego słowa, dekadencja. Gdzie poeta-przywódca narodu? Czy o to prosili Słowacki i Mickiewicz? Czy o to walczyli piórem? Jedynie ten Wyspiański... Ale kimże jest on jeden w oceanie stagnacji i rezygnacji...
Poczuł się jeszcze gorzej. Och, jakże on nienawidzili przedzimia...
Dotarł w końcu pod willę, w której mieszkał, choć nie był do końca pewien, czy jest to ten budynek. Mgła gęstniała, jego oczy łzawiły zarówno z zimna jak i wszechogarniającej rozpaczy. Czy powinien napisać felieton? A może wtrącić do powieści? Nie, teraz potrzebuje ciepłego napoju i paru koców. I może odrobiny czegoś słodkiego... Wszedł po kamiennych schodach i otworzył skrzypiące drzwi. Powitał go podmuch ciepła i dźwięczny śmiech gospodyni. Pośpiesznie zdjął płaszcz i ruszył w stronę kuchni, gdy usłyszał miękki baryton, który znał aż za dobrze. Tylko jego tu brakowało. Jego nie znosił najbardziej z całej zgrai tych samozwańczych neoromantyków. Wiecznie unosił się wokół niego odurzający zapach opium, wywyższający się ponad wszystko i wszystkich, lekceważący i wiecznie ironizujący. Naczelny Dekadent Nieistniejącej Rzeczypospolitej. Ale najbardziej nienawidził go za to, że z jakiegoś znanego tylko sobie powodu zainteresował się nim. Byli zupełnie różni. Inne podejście do życia, inne płaszczyzny twórczości, inny styl życia, przede wszystkim! Więc naturalnym byłoby to, że ich spotkanie doprowadziłoby do wybuchu wszechświata. Ale... ani razu do owego wybuchu nie doszło. Jedynymi eksplozjami były wybuchy złości i frustracji biednego Stefana, ewentualnie wybuchy śmiechu Tetmajera. I musiał pojawić się właśnie dziś, gdy czuł się wyjątkowo paskudnie... Bardzo chciałby nienawidzić go czystą nienawiścią, lecz w głębi siebie, do czego się nigdy nie przyznał i nie przyzna, jego samego intrygował ten pożal się Boże poeta. Jednak nie dziś, nie tego nieprzyjemnego dnia...
Dlatego postanowił jak najciszej przemieścić się korytarzem do swojego pokoju na piętrze i utopić się pod pierzynami. Ale widocznie szczęście nie sprzyjało mu tego mglistego dnia.
Gdy tylko postawił nogę na drewnianej podłodze, wydała ona skrzypiąco-jęczący odgłos cierpiętnika. Zacisnął mocno powieki, samemu starając się powstrzymać jęk żałości, i usłyszał zbliżające się kroki gaździny.
Roześmiana kobieta stanęła przed nim i zaczęła wykrzykiwać a to, że blady, chudy, na pewno głodny i ona zaraz coś przygotuje. Chwyciła zrezygnowanego Żeromskiego za przedramię i pociągnęła go do kuchni, a on czuł się jak dziecko prowadzone na siłę na spotkanie ze starymi ciotkami. Gdy tylko znalazł się w pomieszczeniu, do jego nozdrzy dotarła ta przeklęta otępiająca woń opium. A na przeciw niego siedział Tetmajer, z nonszalancko założoną nogą na nodze i kieliszkiem w ręku. Chciał przewrócić oczami, ale już słyszał w głowie komentarz o tym, że zachowuje się jak sfrustrowana kobieta. Mężczyzna uśmiechał się wyzywająco, można powiedzieć, że wręcz nieodpowiednio, ale czym dla takiego dekadenta były konwenanse...
- Witam, panie Żeromski! - zawołał wesoło, a jego ciemne oczy błysnęły w niezrozumiały dla adresata sposób.
- Witam, jakże miło pana widzieć... - odpowiedział, uśmiechając się nieudolnie. - Co pana tutaj sprowadza?
- Mam do pan pewną sprawę... Prywatną...
Żołądek Żeromskiego zniknął. Prywatną sprawę?! Jakąż prywatną sprawę może mieć do niego ten człowiek, oburzał się w myślach. Ich ostatnie prywatne spotkanie na długo zapadło w jego pamięć… I raczej prędko z niej nie zniknie.
- Do mnie? - zapytał słabym głosem.
- Tak jak mówiłem.
Uśmiech z twarzy nie zniknął, a nawet zdawało się, że stał się szerszy.
- W takim razie zapraszam na górę.
Żeromski odpowiedział sucho, jakby rozmawiał z petentem, choć w gruncie rzeczy tak było. Nie odwracając się, ruszył w stronę schodów. Cały czas czuł na sobie wzrok Tetmajera, ale starał się na to nie zwracać uwagi. I ukryć drżące ręce. Wszedł w końcu do swojego pokoju i usiadł za biurkiem, dopiero wtedy spojrzał na dekadenta. Stał przed meblem, usta miał wygięte nieznacznie w górę, jego oczy płonęły ciekawością i zwykłą wyższością. W niezręcznej, przynajmniej dla powieściopisarza, ciszy sięgnął pod płaszcz, wyjął spod niego jakiś przedmiot i położył go na blacie. Żeromski patrzył w przedmiot szeroko otwartymi oczami.
Leżał przed nim niewielki bukiet, nawet nie widział z jakich kwiatów.
- Cóż to jest?
- Bukiet.
- Wiem, że bukiet, ale skąd pan go wziął? Jest koniec listopada...
- Mam swoje źródła.
Tak, zawsze te same enigmatyczne odpowiedzi, pomyślał pisarz.
- Czy mogę wiedzieć, dlaczego on tu leży?
- Przecież to jasne, że przyniosłem go dla pana...
Żeromski przeniósł swoje zdumione spojrzenie na Tetmajera.
- Dla mnie? A z jakiej okazji?
- Z okazji urodzin.
Urodziny? On ma dziś urodziny? Czyżby naprawdę wszechświata wybuchał, a czas zaniknął? Był w takim osłupieniu, że nie mógł myśleć trzeźwo.
- Przecież ja mam urodziny w październiku... - powiedział w końcu. Tetmajer uśmiechał się szelmowsko, jak uczeń robiący psikusa nauczycielowi.
- Czymże jest czas wobec ogromu wszechświata i nieuchronnej śmierci... - poeta odrzekł dziwnie uwznioślonym tonem.
- To tylko wymówka, po prostu wtedy pan zapomniał i było panu głupio. - powiedział ze złością.
- Ale proszę pomyśleć o tym metafizycznie...
Żeromski przewrócił oczami, co uświadomił sobie za późno, ale próbował zachować kamienną twarz.
- A dlaczego kwiaty? Kwiaty daje się kobietom...
- A dlaczego nie? - Tetmajer zaśmiał się. - Skoro Franciszek ma swoje kwiatki, Żeromski też może mieć...
Pisarz zmarszczył brwi, ale poczuł, że na jego blade policzki wypływają rumieńce.
- Poza tym... - stojący mężczyzna zaczął się niebezpiecznie przybliżać do siedzącego za biurkiem. – Pan i tak przewraca oczami i rumieni się jak kobieta.
Ostatnie słowa wypowiedział szeptem, ich twarze były zbyt blisko siebie, a Żeromski zareagował na całość głośnym wciągnięciem powietrza i jeszcze szkarłatniejszymi policzkami. Nie był w stanie niczego wykrztusić. Zapach opium był nie do wytrzymania. Był tak blisko, czuł bijące od niego ciepło...
Nagle poeta odsunął się gwałtownie i z triumfalnym uśmiechem zawołał.
- No, panie Żeromski, ja już jestem spóźniony, trochę na pana czekałem... Życzę dobrej nocy.
To powiedziawszy, wyszedł z pokoju.
Żeromski długo jeszcze siedział przy biurku bez ruchu czy słowa, wpatrując się w leżący na blacie bukiecik. Zauważył, że coś jest do niego włożone. Była to niewielka karteczka z napisanymi na niej życzeniami urodzinowymi. Pisarz poczuł nagle niewyobrażalne zmęczenie, nie mogąc rozwikłać tego człowieka zagadki. Rzucił się na łóżko, ściskając w dłoni bilecik, który ciągle pachniał odurzającym opium.
