Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandom:
Relationship:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2025-07-19
Updated:
2025-08-10
Words:
2,988
Chapters:
4/?
Comments:
25
Kudos:
29
Bookmarks:
2
Hits:
347

Napad Chwilowej Niepoczytalności

Chapter 4

Notes:

glosuje na adriana nana na na

(See the end of the chapter for more notes.)

Chapter Text

Sławek potulnie zgodził się, aby Duńczyk pożyczył jego hulajnogę i odwiózł ich do jego mieszkania. Wdrapali się na elektryczny sprzęt i, oczywiście zmuszony przez zaistniałą sytuację, wtulił się w Adriana, żeby oboje się zmieścili, bo ten wielki bydlak zajmował za dużo przestrzeni. Wyglądał jakby jechał na jakiejś zabawce dla małych dzieci.

W dodatku, musieli jeszcze jakoś zabrać psa Adiego. Skubany był tak samo ogromny jak jego właściciel. Może to prawda, że psy upodabniają się do swoich właścicieli? Zandberg zmieścił go przed sobą, tak że pyskiem pies wyglądał za kierownicą. Zadowolony wystawił język, szczerząc swoją pocieszną mordkę. Sławek zapytał, jak się wabi, czego bardzo szybko pożałował.

Pies nazywał się Okoń.

Niezręczna atmosfera gęstniała z każdą kolejną sekundą ciszy. Wiatr muskał jego włosy gdy rozpędzeni razem mijali kolejne ulice Warszawy. Kurczowo trzymał się Duńczyka, jeździł znacznie mniej bezpiecznie niż on, łamiąc kilka przepisów drogowych.

Znowu to dziwne ciepło rozlało się po brzuchu Sławka, gdy zdał sobie sprawę jak blisko siebie są. Pod koszulką Adriana czuł jego umięśniony, wikiński biceps, który najchętniej zjadłby na śniadanie.

Boże, o czym on myśli? Lewactwo rozprzestrzenia się jak gluten!

Dźwięk syren wyrwał go z zamyślenia, niczym zimny kubeł wody na głowę. Adrian obejrzał się za siebie i przeklnął cicho pod nosem. Serce Sławka wypełniła panika, nigdy jeszcze nie złapała go policja. Zawsze dobrowolnie chodził jeść makowca na komendzie i chciał, żeby tak pozostało.

Adrian ciężko westchnął i gwałtownie przyspieszył. Na pełnym gazie wjechał w skręt.

- Tylko nie w lewo! - zdołał krzyknąć, chwytając się mocniej za jego ramiona.

Duńczyk nie zważywszy na niego kontynuował ucieczkę. Nagle hulajnoga wydała z siebie przeraźliwy, mrożący krew w żyłach dźwięk.

"Stan baterii: 4%"

Niewzruszony tym faktem Adrian dał kurwie miodu, a Sławek tylko piszczał gdy jechali dalej.

Syrenny oddalały się coraz bardziej, a gdy w końcu dotarli na miejsce, ucichły zupełnie. Hulajnoga padła pod drzwiami do klatki.

Zatrzymali się pod blokiem z wielkiej płyty na jakimś starym, pamietającym głęboką komunę, osiedlu.

Wpisując kod do klatki, rozejrzał się podejrzliwie, upewniając się czy zgubili pościg.

W milczeniu wspinali się po schodach na ostatnie piętro, ciszę przerywało tylko stukanie ich stóp o podłogę.

Adrian szarmancko otworzył drzwi Sławkowki, wpuszczając go do środka. Kolejny raz dzisiaj poczuł, jak rumieniec spływa po jego twarzy.

To wszystko wina Tuska.

Mieszkanie Duńczyka było niewielkie i przytulne. Ciepłe światło rozjaśniało salon, wypełniony półkami z książkami aż po brzegi. Co najbardziej zwróciło uwagę biednego Sławka to 15 różnych wydań "Manifestu Komunistycznego" obok siebie, ustawionych w równym rzędzie.

- Od kiedy masz objawy? - odezwał się w końcu Adrian, podejrzanie lustrując go wzrokiem.

- Co? - zająkał się, zaskoczony pytaniem.

- No objawy, od kiedy lewaczejesz? - pauza. - W zasadzie to nawet nie powinienem ci pomagać. Polska by na tym zyskała, ale znaj me dobre serce - ponaglił go. Wydawał się kompletnie niezainteresowany sytuacją, klapnął sobie na kanapie i włączył telewizor.

- Nie! Musisz mi pomóc - wyszeptał. Do czego to doszło, że żałośnie skomle o pomoc o jakiegoś komucha? - Moje życie się sypie. Przez ryby, przez socjalizm, przez cieb... - urwał ostatnie słowo i wbił wzrok w podłogę, czując surowe spojrzenie Duńczyka na sobie.

- Jeszcze mi powiedz, że to moja wina - prychnął, rzucając pilota gdzieś obok. W tle cicho grała piosenka "Głosuję na Adriana".

- Nie o to chodzi - stąpał z nogi na nogę jak speszona nastolatka.

- To o co? Chodzi o te twoje sny?

- One były prorocze! Powiesz mi wreszcie co mi jest? - powoli wyczerpywał swoje pokłady cierpliwości. Tęsknił za czasami, kiedy życie było proste, a jego jedynym zmartwieniem było jak skrzętnie popełnić następne oszustwo podatkowe.

Adrian przetarł leniwie oczy, niechętny do odpowiedzi. Sławek z każdą chwilą ciszy coraz bardziej się stresował.

- To fanfikofrenia - rzucił w końcu, jakby to była najbardziej oczywista prawda tego świata.

- Co? Ty wymyślasz słowa w tym momencie?

- Twoja stara żałuje, że wymyśliła sobie ciebie urodzić. Ktoś pisze o tobie fanfik, dlatego tak ci odwala - oparł się wygodniej na kanapie i wyłożył na stół swoje wielkie syry.

Sławek tylko złapał się za głowę i pogrążył w odmętach swojej rozpaczy.

Notes:

kojarzycie ten lore, ze autorzy fanfikow zawsze maja pojebane zycie??
w czwartek mialam operacje kolana i umieralam przez dwa dni lol
ale kolejny chapter musi byc!!
teraz juz nie obiecuje kiedy bede wstawiac, bo kurwa nie wiem tbh

Notes:

Nie mój pomysł, poza rybnym Zandbergiem. Credits to Julian Tuwim, ale nie tego tego Juliana Tuwima, kto ma wiedziec to wie i chuj
komentarze mile widziane, bo nie wiem czy ktos czyta fanfiki o nich jeszcze 💔