Chapter Text
*
Nie ma to jak pobudka w skrzydle szpitalnym TARCZY. Dla Tony'ego miało to zawsze zarówno swoje plusy jak i minusy. Plusy: hej, w końcu się obudził! Minusy: musiał naprawdę spieprzyć sprawę po całej linii, jeśli obudził się właśnie w tym szczególnym miejscu.
Jednak obudzenie się było już samo w sobie bardzo dobrą rzeczą.
- Ty dupku.
Miliarder się wyszczerzył.
- Nie możesz dać mi chociaż chwili spokoju, Barton? - zapytał chropowatym, słabym głosem. Otworzył oczy, mrugając ciężko, by przyzwyczaić się do światła. Clint był ciemnym kształtem siedzącym w krześle dla odwiedzających, a pomiędzy rękoma trzymał łuk. Rząd strzał był wbity w ramię krzesła, podzielony na grupki dla łatwiejszego użycia. Tony otworzył usta, ale łucznik od razu sięgnął, by nalać mu wody do szklanki, bo mężczyzna zaczął kaszleć.
- Nie zasługujesz na spokój. - Pomimo słów, uśmiech Clinta był wciąż szczery, gdy pochylał się nad brunetem, oferując mu słomkę. - Pij. - Przyglądał się uważnie rannemu, upewniając się, czy rzeczywiście połykał wodę.
Stark przełykał, aż w końcu agent zabrał słomkę, udając, że nie usłyszał protestującego mruknięcia dochodzącego od drugiego mężczyzny.
- Czuwasz NADE MNĄ czy CZUWASZ nade mną? - odezwał się znów inżynier, marszcząc się, gdy jego gardło ponownie zabolało.
- Siedzę tu, by się upewnić, że nikt cię znowu nam nie zwędzi spod nosa. Albo żebyś to ty nagle nie postanowił nam zwiać. Zgaduję, że po trochu każdego. Co jakiś czas zmieniamy się na straży „Pilnuj Tony'ego”. - Clint na powrót oparł plecy o tył krzesła, zniżając głos. - Co pamiętasz?
Stark potrzebował chwili na zastanowienie.
- Wenecja, konferencja naukowa, porwanie, Hydra, Hammer, kosmici, atak robotów... - Nagle całkowicie zamarł, gdy jeszcze coś innego wpadło prosto do jego umysłu z akompaniamentem anielskiego chóru.
Miał pewne, wręcz krystalicznie jasne wspomnienie, w którym Steve Rogers ściana go z cholernych nóg i wsadza mu język do ust. Cóż. To było... To mogło być dobre. A może i nie.
- O Boże - powiedział na głos.
- Tia. - Barton podparł podbródek na ręku. - Był z tobą od kiedy cię tu przynieśliśmy.
Tony obrócił się w drugą stronę i mrugnął, zdziwiony. Steve leżał z głową ułożoną na złożonych ramionach na brzegu łóżka. Oddychał powoli, równo i głęboko, a jego jasne włosy jakby rzucały lekką poświatę na tle białych prześcieradeł. Znajoma kartka była ściśnięta w jednej z dłoni, ledwo widoczna spod jego policzka.
- Czyli jednak dostarczali moje listy - odezwał się z ulgą brunet. Przynajmniej spróbowali. Na stoliku obok Rogersa leżał z tuzin innych listów ułożonych w mały stos.
- Tak, twoi mali dziwni przyjaciele podrzucali je do warsztatu. Ale wiesz jaki był jedyny z tym problem? Nikt nie był tam ani razu. A my wszyscy wciąż chodziliśmy w kółko w Tajlandii. - Clint przewrócił oczami. - Wciąż próbujemy domyśleć się jak przynosili i zabierali rzeczy bez bycia zauważonym, ale tak, dostarczyli listy. Najwidoczniej ruch nie był na tyle duży, by uruchomić czujniki Jarvisa, a Dummy, będąc posłusznym małym asystentem, którym stara się być tak bardzo, sprzątał warsztat każdego dnia i dodawał listy do góry papierów, które zostawiła ci Pepper. - Agent na chwilę zamilkł. - Czy już wspomniałem, że cię nienawidzę za przespanie tego całego bałaganu, w czasie którego my próbowaliśmy zrozumieć o co w tym wszystkim chodzi?
- Co się stało, do diabła? - zapytał inżynier, próbując się wyprostować, ale jego klatka piersiowa niespodziewanie mocno zakuła. - Bandaże nie mogą oznaczać niczego dobrego - stwierdził, gdy odsunął kołdrę.
- Nie, zazwyczaj nie. Jedno ze spoiw w twojej improwizowanej zbroi puściło i metal wbił się w twój bok, przy okazji robiąc wielkie cięcie na żebrach i dolnej części ramienia, gdy zmieniał położenie. Straciłeś bardzo dużo krwi. - Kolejna chwila ciszy. - Również twoi koledzy z drużyny potraktowali cię dosyć szorstko, co nie pomogło całej sytuacji. Proszę, czy mógłbyś się nauczyć mówić: "Hej, potrzebuję opieki medycznej"?
- To bardzo miłe słowa, tym bardziej, że pochodzą od kogoś takiego jak ty. - Tony spróbował wziąć głęboki oddech, ale znów się skrzywił. - Niech to szlag jasny trafi, znowu złamałem sobie żebra?
- A jakżeby inaczej. Cóż, albo ty, albo Thor. Również popchnięcie na budynek przez super żołnierza mogło zrobić swoje...
- Tak, dzięki. My nie... - Miliarder zagryzł zęby, próbując wmówić sobie, że NA PEWNO właśnie się nie czerwienił. Byłoby to po prostu nie do zaakceptowania. Jezus Chryste, to po prostu nie było akceptowalne... - Spoko, po prostu... - Otumanienie spowodowane lekami powoli go opuszczało, a on podskoczył, gdy sobie o czymś przypomniał. - Naukowcy w Tajlandii. Czy...
- Byliśmy tuż za tobą. Uratowaliśmy ich wszystkich, włącznie z twoim małym sługą Harrisem. Dzieciak zleciał kilka razy ze schodów, ale wciąż był w stanie objechać Natashę, gdy znalazła go na dole.
Ciemnowłosy nie mógł powstrzymać chichotu, a uczucie ulgi zalało go od stóp do głów.
- Nie jestem jakoś zbytnio zaskoczony, że to zrobił. - Wziął jeszcze jeden łyk wody. - A Easahi?
- Wciąż czekają, by cię zobaczyć. - Łucznik oparł stopę na brzegu łóżka, a jego palce bawiły się strzałami. - Fury oraz reszta polityków odrzucają wszelkie próby kontaktu z nimi dopóki najpierw nie przedyskutują tego wszystkiego z tobą. Więc teraz rząd udaje, że nic się nie dzieje i nic ich nie interesuje.
- Zajekurwabiście. - Przesunął się, chcąc znaleźć bardziej komfortową pozycję, ale z każdą chwilą było mu coraz bardziej nie wygodniej. - Czy ja też mogę udać, że nic nadzwyczajnego się nie wydarzyło?
- Nawet o tym nie myśl. - Agent powoli wciągnął powietrze, jakby się na coś przygotowywał. - Chcesz mi powiedzieć, co się dzieje?
- Nie, niezbyt. Sam jeszcze nie zrozumiałem wszystkiego do końca. - A potem, uparcie unikając wzroku Bartona, Tony wychylił się i dotknął palcami włosów Steve’a, a ten obudził się, podskakując. Sekundę później siedział już wyprostowany, chociaż jego wzrok wciąż był lekko nieprzytomny. - Hej, Kapitanie - powiedział Stark z uśmiechem.
Blondyn westchnął i przeczesał dłonią włosy. Jego palce się trzęsły, ale nawet jeśli ktoś to zauważył, to nikt o tym nie wspomniał.
- Tony.
- Tak. - Inżynier znów spróbował podnieść się do siedzącej pozycji, ale było to zbyt bolesne. W ciągu jednego uderzenia serca Steve już był na nogach, kładąc rękę na plecach mężczyzny i pomagając mu oprzeć się o poduszki. Tony powinien był raczej się temu sprzeciwić, ale na moment, dosłownie na moment, pozwolił sobie na cieszenie się z uścisku. Ukrył twarz w ramieniu mężczyzny, zastanawiając się, czy zawsze wszystko było takie trudne, czy dopiero takie się stanie.
Kapitan delikatnie popchnął go z powrotem na poduszki i brunet poczuł ciepło promieniujące ze swojej twarzy.
- Dzięki.
- Nie ma za co - odpowiedział blondyn, ale unikał jego wzroku. Jego policzki oraz uszy były czerwone. Tony czuł, jak jego żołądek powoli opada, zmieniając się w zimną i twardą bryłę lodu. - Więc, ech... Jak się czujesz...
Stark rozpoznał to spojrzenie. To wyjątkowe spojrzenie pod tytułem: "Wow, dokonałem złego wyboru. Co ja sobie myślałem, gdy ze wszystkich ludzi wybrałem akurat Tony'ego Starka?". Zazwyczaj musiał czekać do niezręcznej pobudki z rana, gdy jedno - lub nawet oboje - zaczynali trzeźwieć, ale co miał się dziwić? Steve był zawsze wyjątkowy. Kapitan był lepszy od jakiejkolwiek innej osoby, którą brunet spotkał w swoim życiu, więc miało to sens, że mężczyzna uświadomił sobie jakim złym pomysłem było zbytnie zbliżenie się do Tony'ego szybciej, niż ktokolwiek inny potrafił.
Kaleczący wstyd powinien iść chociaż w parze z dobrymi wspomnieniami. Jednak ten pocałunek był zdecydowanie zbyt krótki jak na porcję bólu, który powodował.
Tony odetchnął i postanowił zebrać potrzaskane i poszarpane resztki swojej dumy, chcąc otoczyć się nimi jak kocem.
- Nic się nie stało, Steve. Wszystko jest w porządku, takie rzeczy czasami się dzieją.
Głowa blondyna poderwała się do góry, a jego oczy były rozszerzone i jasne. Przez ułamek sekundy wyglądały na wilgotne, ale mężczyzna mrugnął i oczy na powrót były normalne.
- Tony? Dobrze się czujesz? Może potrzebujesz...
Inżynier jeszcze bardziej zanurzył się w poduszki, wlepiając wzrok w sufit. Był biały i nudny. Patrząc na niego mógł udawać, że była to tylko zwykła rozmowa.
- Nic mi nie jest. Wszystko jest w porządku, serio, nie martw się tym. W końcu to nie tak, że miało to jakieś znaczenie dla któregoś z nas.
Steve zamarzł. Wyglądał uroczo. Duże oczy, smutna mina, ślad na policzku po tym, jak jego twarz spoczywała na ramieniu, gdy spał. Wyglądał tak ludzko i tak idealnie, że Tony chciał płakać. Jednak zamiast tego po prostu przybrał kolejny sztuczny uśmiech.
- Adrenalina zawsze miesza w głowie. Nie zdążysz się obejrzeć, a już leżysz na najbliższej osobie. Cholera, zdziwiony jestem, że Thor zrobił to dopiero teraz.
Zmusił się, by dotknąć ramienia blondyna, ale to bolało tak bardzo, jakby to był prawdziwy, fizyczny ból. Zabrał palce niemal w tym samym momencie, w którym dotknął Kapitana. Chciał krzyczeć. Chciał łkać. Lecz znów tylko się uśmiechnął i odezwał spokojnym głosem.
- Wiem, że to nie miało dla ciebie żadnego znaczenia.
- Tony, ja... - Steve przełknął, a jego ramiona opadły. - Tony, słuchaj, ja... - Wpatrywał się w niego przez sekundę. - Przepraszam.
Oczy miliardera zamknęły się na dłuższy moment.
- Spoko. Po prostu się tym nie przejmuj. To nie pierwszy raz, gdy ktoś popełnia ten błąd i mnie całuje wtedy, gdy nie powinien. Zdarza się to od czasu do czasu.
Ale nie w taki sposób. Nigdy w taki sposób, ale Steve się rozluźniał i jego oddech powoli się wyrównywał, wracając do normy, tracąc na nierówności oraz gwałtowności. Kiedy znów spojrzał na Tony'ego, w jego oczach czaił się ciepły uśmiech.
- Przepraszam - powtórzył, a jego głos załamał się przy ostatniej sylabie. - Nie powinienem był...
Stark zdusił chęć przewrócenia się na bok, naciągnięcia koców na głowę i zaczęcia krzyczenia wniebogłosy.
- Wszystko jest dobrze. Przyjaciele?
- Przyjaciele - zgodził się Kapitan i to już było coś. To wciąż było coś.
Tony mógł z tym żyć. Jakoś.
*
Clint gapił się na nich. Oni właśnie nie... Nie mogli. Nie było takiej możliwości, że...
Oboje patrzyli na siebie z identycznymi wyrazami zabijającej adoracji oraz rozpaczy na twarzach.
Oni właśnie to robili. Próbowali wcisnąć ten wielki czerwony przycisk, który wszystko zresetuje i wymaże. Będą udawać, że nic z tego nigdy się nie stało. Obściskiwali się na środku cholernego Manhattanu - Clint był dwadzieścia pięter wyżej i widział, jak uchodziło wtedy z nich ciśnienie. Mieli języki w ustach, a teraz próbowali zaprzeczyć całej sytuacji.
Byli jebanymi idiotami i łucznik nie miał zamiaru więcej tego tolerować. Jasne, to wykluczy go z puli zakładów, a Natasha skopie mu dupę za zabranie jej ulubionej pary złamanych istot ludzkich, ale Clint za cholerę nie będzie dłużej na to patrzył.
- Wiecie co? - zapytał, a dwójka mężczyzn aż podskoczyła. Było jasne, że ze sposobu w jaki na niego patrzyli, oboje zapomnieli, że był z nimi w pomieszczeniu. - Powinniśmy to uczcić. Kuchnia włoska. Co o niej myślicie? Nie ważne, każdy kocha włoskie jedzenie. - Pochylił się do przodu, opierając łokcie na kolanach, jednocześnie próbując nie używać zabandażowanego nadgarstka. - Jesteś wolny w tę środę? Jakoś około siódmej wieczorem? - zapytał miliardera.
- Tak? - odpowiedział Tony, zbity z tropu.
- Steve?
- Jasne.
- Świetnie! Bo ja nie jestem. Idźcie we dwoje beze mnie. - Clint dźgnął palcem Starka. - Ty nałóż ładny garnitur i nie pij przed wyjściem. To chamskie, kiedy przychodzisz pijany.
- Hej...
- A ty. - Teraz agent zwrócił się do Steve'a, a ten znowu podskoczył. - Na miłość boską, tylko nie pokazuj się w swoim wojskowym mundurze, bo inaczej on dostanie ataku paniki i schowa się pod stołem w swoim warsztacie, a wtedy my będziemy musieli odegrać tę scenę z "Piratów z Karaibów", gdzie pies siedzi z kluczami w więzieniu, tyle że w naszym przypadku to będzie banda Avengersów próbująca udobruchać Dummy'ego na tyle, by otworzył jebane drzwi.
- HEJ! - warknął Tony, ale Rogers tylko pokiwał głową z poważną miną.
- Słuszna uwaga. A niebieski garnitur?
- Nie mam pojęcia. Zapytaj Pepper. Albo Coulsona. Nie, Coulson nie może cię zobaczyć nagiego, jestem zazdrosnym dupkiem. Idź do Natashy. Pepper zajmie się Starkiem. Ty pogadaj z Nat. - Podniósł się z krzesła. - Panowie. Pozwólcie, że powiem wam to w łatwy do zrozumienia sposób. To jasne jak słońce, że oboje jesteście w sobie zabujani. I te uczucia są odwzajemnione. Steve, Stark gapi się na twój tyłek podczas każdej misji od kiedy drużyna została stworzona. Wskakujesz w swój kostium, a on od razu przestaje widzieć ściany. Tony, Steve ma szkicownik pełen twoich rysunków oraz domysłów, jak możesz wyglądać nago.
- Idziecie na randkę. I będzie to zajebiście magiczna randka. Kupcie sobie po bukieciku czy coś, nie wiem. Możemy nawet urządzić bal dla superbohaterów, mam to gdzieś. Ale idziecie. I jeśli którykolwiek z was spróbuje się z tego wymigać, to przyrzekam Bogu, że znajdę sobie strzały w kształcie serc i odprowadzę was do restauracji z taką strzałą wymierzoną w wasze karki.
- Czy ty nas... zastraszasz, byśmy się spotykali? - zapytał inżynier. - Jest to raczej wysoce niestosowne.
- Mogę was zaszantażować, jeśli taka jest wasza wola. Słyszałem, że Nat ma genialną fotkę, na której przerażony Kapitan Ameryka niesie krwawiącego oraz nieprzytomnego Iron Mana przez ulice Nowego Jorku i to w iście księżniczkowym stylu. - Łucznik wyszczerzył się. - To chyba jedna z tych rzeczy, którą internet przyjmie z szeroko otwartymi ramionami, jak myślicie?
- Clint! - krzyknął Steve, czerwieniąc się jak burak.
Tony uniósł zdrową ręką do góry, a jego oczy były duże jak spodki.
- Ja bym to chętnie przyjął - powiedział, również się czerwieniąc.
- Upewnię się, że Nat wyśle ci kopię. - Barton rzucił spojrzenie obojgu mężczyznom. - Randka.
Rogers spojrzał na bruneta z rozpuszczającą serce nadzieją.
- Randka? - zapytał, a jego głos był odrobinę zbyt wysoki i zdyszany.
Stark odwzajemnił spojrzenie.
- Um, nie musisz nic robić, wiesz o tym. Po prostu go zignoruj, nie musisz robić niczego, czego nie chcesz... - Przetarł ręką twarz i momentalnie zdusił krzyk bólu. - Ał, ał, ał...
- Mam swój łuk. Stoi tuż obok mnie. Czy mam naprawdę użyć tego jebanego łuku? - zapytał retorycznie agent. - Serio. Czy my jesteśmy w liceum?
Steve wychylił się i złapał nadgarstek Tony'ego, odciągając jego rękę od twarzy, nie pozwalając mu się ukryć.
- Ale chcę - oznajmił teraz już mocniejszym głosem. Pewniejszym siebie. I wciąż napakowanym nadzieją. - A ty?
Stark wpatrywał się w niego. Jezus, jego oczy były ogromne - Clint nie miał pojęcia jak to robił, ale cholera, miało to naprawdę niezły efekt.
- Chcę - stwierdził i uśmiech, który wypłynął na twarz Steve’a można niemal było uznać za pornografię.
- Okej, wciąż potrzebujecie kilku randek albo wycieczki do Vegas, by mówić te jakże magiczne słowa "chcę" - wtrącił się łucznik. - Ale całe szczęście na tym moja rola tutaj się kończy. - Przystanął na chwilę w połowie drogi do drzwi. - Kapitanie? Taki jeden mały szczególik. Uch, po pierwsze, to tutaj są kamery. Nie wiem, czy o tym wiedziałeś, bo ja nie, i wierz mi, że nie chcesz przeprowadzać akurat tej rozmowy z Furym. Phil był... - Na jego twarzy pojawił się grymas niezadowolenia. - Nie do końca szczęśliwy. Po drugie, Tony nie jest teraz w stanie wykonywać jakichś cięższych prac, a ty jesteś dużym gościem, więc może powinieneś...
- Zabiję cię - wydusił inżynier przez zagryzione zęby, podczas gdy Kapitan rozpuszczał się w kałużę największego i najboleśniejszego zażenowania. - Wcale nie żartuję w tej chwili, Barton. Wykończę cię.
- Niezbyt się ciebie boję, Stark. Ledwo co możesz się ruszyć. - Clint zasalutował mu i wymaszerował z sali. Zatrzymał się w progu, sięgając do tyłu, by zamknąć za sobą drzwi, mimowolnie zauważając, że Steve ostrożnie i powoli splata swoje palce z palcami Tony'ego. Potem nakrywa drugą dłonią ich ręce, by następnie pochylić się do przodu.
Tony spotykał go w połowie drogi, podrywając swoje ciało z łóżka, co prawdopodobnie zabrało mu więcej energii, niż w tamtej chwili miał, ale Clint przypomniał sobie jak sam się czuł w takiej sytuacji, gdy potrzebował tego pocałunku tak bardzo, że był gotów wykrwawić się, dosłownie i w przenośni. Pamiętał, jak silna była potrzeba dotyku tych ust, rąk i skóry.
Zamknął drzwi, gdy ich usta się dotknęły i oparł się ramieniem o metal. Gwiżdżąc pod nosem, skrzyżował ramiona, jasno pokazując swoją postawą, że nie miał zamiaru się stamtąd ruszyć.
- Co robisz?
Odwrócił głowę w stronę Phila, który wyglądał na lekko zestresowanego oraz rozproszonego. I wbrew pozorom nie wyglądał przez to gorzej niż zazwyczaj, wręcz odwrotnie.
- Przepraszam, sir, ale ten obszar jest pod kwarantanną.
- Niezła próba, Barton. - Coulson zatrzymał się przed nim. - Przesuń się albo ja to zrobię za ciebie.
Clint wyprostował się, pełen nadziei. I trochę podniecony. Okej, odrobinę bardziej niż trochę.
- Jesteś uzbrojony?
- Zawsze. Przesuń się.
- Przepraszam, sir, naprawdę, ale oni są... - Odchrząknął znacząco. - Zajęci inaczej.
- Och, na miłość boską - westchnął Coulson, przecierając ręką twarz. - Powiedziałeś im o kamerach?
- Jak i również przypomniałem Steve'owi, że Stark w tej chwili bardziej przypomina papierową maczetę niż kogoś do przelecenia - dodał Barton, szczerząc się. - Na pewno nie posunie się dalej niż całowanie, a Stark nie jest na tyle silny, by przekonać go do czegoś więcej, więc nie ma co się martwić.
- Ty i ja mamy bardzo różne opinie na temat tego czym "nie należy się martwić", Barton.
- Przesadzasz. - Łucznik rozejrzał się po pustym korytarzu. - No daj spokój. Niech ma pan serce. Sam pamiętam jak z raz lub dwa poniosły cię emocje i musiałeś się upewnić, że jestem cały po niebezpiecznej misji.
- Byłoby miło, gdyby takie akcje zdarzały się rzadziej. - Phil oparł się o ścianę obok niego tak, że ich ramiona się stykały. Przez jakiś czas po prostu tak tam stali. Ta mała porcja dotyku, gdzie wciąż dzieliły ich liczne warstwy ubrań, z pewnością nie była szczytem ich marzeń, ale wystarczyła, by ich oboje uspokoić.
- Jak ci idzie? - zapytał Clint, opierając dłonie na łuku.
Phil prychnął i wywrócił oczami.
- W lobby oraz pokojach konferencyjnych zalega nam ponad dwieście przedstawicieli obcej rasy, którzy odmawiają wyjścia dopóki nie zobaczą swojego Ony'ego. Dyrektor Fury użera się z Radą Bezpieczeństwa, która ma problem z tym, że mamy inwazję kosmitów w naszej bazie, a na ulicach wciąż są pozostałości po poprzedniej. Mam do wypełnienia papiery o kilku porwaniach i atakach z kosmosu i żaden członek mojej drużyny nie jest w tej chwili w stanie złożyć mi raportu. Myślisz, że jak mi idzie?
Barton podrapał się po policzku, zakrywając palcami uśmieszek.
- Brzmi jak frajda. Jak nam się udaje utrzymać kosmitów w lobby, z dala od miasta?
- Thor i Bruce uczą ich szycia na drutach - oznajmił agent oschłym tonem i łucznik musiał przegryźć wargę, żeby nie wybuchnąć śmiechem. - Czy widziałeś kiedykolwiek dwie setki kosmitów w beznadziejnie wykonanych czapkach oraz rękawiczkach?
- Niestety, ale nie miałem takiej przyjemności, sir. I skąd oni w ogóle biorą włóczkę?
- Fury wysłał Hill do najbliższego sklepu rzemieślniczego. Sklep był w Queens. Sądząc po rozmowach, które usłyszałem w biurach kierowniczych, w sklepie były zadawane problematyczne pytania o wagę, długość, rozmiar drutów, materiał i kolory. Jest całkiem prawdopodobne, że Hill straciła cierpliwość, wyjęła broń i oznajmiła, że zajęcie ich całego magazynu z włóczką jest konieczne dla utrzymania bezpieczeństwa narodowego.
Clint poddał się. Całkowicie i niezaprzeczalnie przegrał. Nie mogąc zapanować nad śmiechem, krztusząc się i próbując złapać oddech, poczuł jak po policzkach spływają mu łzy. Stojący obok Coulson też cicho się zaśmiał, co znów uruchomiło głupawkę łucznika.
- To jest jakiś powalony żart - wykrztusił w końcu.
- Nie byłbym w stanie tego zmyślić - odpowiedział starszy agent, unosząc brew.
- Niech ci będzie. - Barton oparł się o ścianę. - A co z robotą papierkową?
- Coraz trudniej jest oddzielić sekrety od kłamstw - odparł krótko mężczyzna z zamkniętymi oczami. - Jakieś szczęście w wyciągnięciu od Starka o czym on i dowódca obcych rozmawiali? Ponieważ, jeśli chodzi o mnie, to nie jestem zadowolony z przebiegu tamtej rozmowy ani trochę.
- Nic a nic. - Clint odetchnął głęboko. - Nie wyglądał na skorego do pogawędki ze mną na ten temat, co zdecydowanie mi się również nie podoba. Jeśli w wieży jest broń...
- Co w ogóle pamiętasz?
Barton wzruszył ramionami, a jego twarz wykrzywiła się w grymasie.
- Myślałem o tym dużo od chwili ich rozmowy. Pamiętam, że czymś się bawił. Pamiętam, że mówił mi, żebym tego nie dotykał. Miał wtedy bardzo dziwną minę, ale nie zwróciłem na to zbytniej uwagi. W zasadzie, to wiesz: o ile nie są w to zaangażowane ataki paniki lub krzyki, to wszystko wydaje się być normalne. - Zerknął na swojego nadzorcę. - Myślisz, że się nie pozbędą tego, czymkolwiek to było?
- Myślę, że już się tym zajęli. Pojawili się na chwilę w warsztacie i zaraz zniknęli, co lekko poddenerwowało Jarvisa. Ale zabrali coś ze sobą.
- Więc czemu...
Phil w mgnieniu oka zmienił pozycję - teraz jego dłonie znajdywały się po obu stronach ciała łucznika, a on pochylił się, opierając czoło na ramieniu Clinta. Hawkeye przesunął ręką w górę jego pleców, również zniżając głowę.
- Stark nie będzie o tym tutaj rozmawiał - wyjaśnił Coulson, trzymając usta blisko jego szyi. Pomimo iż była to tylko wymiana informacji pod przykrywką publicznego pokazu uczuć, młodszy agent i tak nie mógł powstrzymać przechodzącego go dreszczu. - Musimy go przyszpilić, gdy już zostanie wypuszczony.
- Zrobimy to - wyszeptał Barton przy skroni drugiego mężczyzny. - Dowiemy się, co ukrywa. Czy jest jednak jakiś szczególny powód dla którego tak bardzo się tym martwisz?
- Myślę, że Fury wie więcej, niż twierdzi. Mam na myśli ten tajemniczy przedmiot oraz całą sytuację.
- Kurwa, to nie do końca dobrze wróży. - To było jedyne, co przyszło mu teraz do głowy.
- Można to tak z grubsza podsumować. - Phil położył głowę na jego ramieniu. - Masz dla mnie jakiekolwiek dobre wieści?
Clint zastanawiał się chwilę nad pytaniem.
- Nasi drodzy chłopcy być może w końcu się ogarnęli. Idą na randkę. Zresztą i tak nie dałem im innego wyjścia. Zastraszyłem ich.
- I myślisz, że to się zalicza jako dobra wiadomość, rozważając wszystko?
- Tylko tyle mam jeśli chodzi o dobre newsy. - Barton pogładził plecy agenta. - Przepraszam, sir. Ale tak. Myślę, że można to uznać za dobrą wiadomość. Nie uważasz tak?
Coulson cicho się zaśmiał.
- Zgaduję, że muszę wziąć, co mi dają.
- Barton!
- Jestem trochę zajęty, Nat - odparł Barton, nie mogąc do końca powstrzymać nieszczęśliwego jęknięcia, gdy Phil się od niego odsunął. Natasha kiwnęła mu głową, zbliżając się do nich.
- Potrzebuję Starka.
- Nie ma takiej opcji. - Hawkeye przycisnął dłoń do drzwi, gdy kobieta chciała chwycić klamkę, z premedytacją ignorując jej lodowate śmiercionośne spojrzenie, którym go zmierzyła. - Obudził się, ale jest zajęty w inny sposób.
Jej twarz stała się jeszcze bardziej oziębła.
- Nie śpi i myśli przytomnie?
- O ile w ogóle kiedykolwiek myśli przytomnie.
- I uznałeś, że nie poinformujesz o tym reszty drużyny, ponieważ...?
- Ponieważ on i Rogers aktualnie próbują poznać siebie na nowo za pomocą osmozy i wydaje mi się, że zasługują na to po ostatnich trzech tygodniach.
Rudowłosa uniosła brew.
- To się działo znacznie dłużej niż przez tylko trzy ostatnie tygodnie - zauważyła, ale jej głos miał już lekko weselszy ton.
- To się działo od chwili, gdy się poznali, ale ostatnie trzy tygodnie były super zabawne dla całej grupy - odciął się agent. - Ja, przykładowo, nie chcę znowu przez to przechodzić, więc daj im chociaż dziesięć minut samotności, proszę cię bardzo.
- Musi zostać przesłuchany - oznajmił Phil.
- Czy to kiedykolwiek podziałało? Bądźmy szczerzy. Czy KTÓRYKOLWIEK z tych idiotów pokazał się na przesłuchaniu? - zapytał Barton, patrząc na niego wilkiem. – Chociaż raz?
- Stark utknął teraz w łóżku szpitalnym. To idealny czas, by spróbować go przepytać. - Coulson na chwilę zamilkł. - Kto wygrał zakład, tak poza tym?
- Banner - odpowiedziała chórem dwójka agentów.
- No jasne.
- Mamy większe problemy niż to - oznajmiła Romanoff, znów sięgając po klamkę, a łucznikowi przeszła przez głowę myśl, że gdyby Rosjanka chciała go wykastrować, to Phil przynajmniej spróbowałby ją powstrzymać. Wiadomo, miał przywiązanie do niektórych rzeczy. - Muszę tam wejść.
- Rogers jest emocjonalnym wrakiem, a Stark ma zwinne ręce. Nie możesz tam po prostu od tak sobie wparować. Steve jest prawdopodobnie już przynajmniej w połowie rozebrany i nie chcemy, by umarł ze wstydu.
- I ryzyko, że mogę zobaczyć półnagiego Steve'a Rogersa ma mnie niby powstrzymać? - Przewróciła oczami. - Wciąż jeszcze musisz się nauczyć czego pragną kobiety, Clint.
- To nie może być...
- Nasza droga przyjaciółka Darcy pokazywała kosmitom swojego iPada i gdy puściła "Single Ladies" Beyonce, obcy zaczęli tańczyć. Darcy uznała to za przekomiczne i teraz "Single Ladies" leci w kółko na głośnikach w lobby, a zgraja niebieskich istot w niedokończonych czapkach zrobionych na drutach pokazuje agentom, którzy nie znają piosenki jak, cóż, trzęść tym, co masz. Fury zje swoją broń za mniej więcej dziesięć minut i nawet jeśli cieszę się z epickiego romansu dziejącego się za tymi drzwiami, to naprawdę potrzebujemy Tony'ego w tej chwili.
Coulson przycisnął dłoń do oczu. Clint wpatrywał się w sufit, zaciskając usta. Natasha uderzyła czubkiem buta w płytkę podłogową, zawierając w tym jednym dźwięku wyjątkowo dużo zajadliwości oraz złości.
- Dobra, już, spoko. - Barton sięgnął ręką ponad ramię i zastukał w drzwi. - Hej! - krzyknął. - Przykro mi, ale nadszedł koniec miesiąca miodowego. Musimy się zająć na wpół przyjazną inwazją obcych!
Przez długi moment odpowiadała im tylko cisza, ale w końcu usłyszeli siarczyste przekleństwo. Kiedy drzwi się w końcu otworzyły, agenci ujrzeli Tony'ego opierającego się ciężko o futrynę. Miał na sobie jeansy, które jednak nie były zapięte, a bandaże wydawały się aż za bardzo białe na tle jego skóry. Jedna ręka trzymała koszulkę, a druga obejmowała żebra, ale stał na nogach i był zdecydowanie z tego niezadowolony.
- Co, do diabła? - warknął. - Co jest z tobą nie tak?
- Lubię cię dręczyć - wyjaśnił Clint. - Ale w tym wypadku to wina Natashy.
- Ja też lubię cię dręczyć - dodała bez ogródek kobieta, a jej oczy obejrzały miliardera od góry do dołu, lustrując go. Po chwili napięcie w jej ramionach, które Hawkeye znał tak dobrze, nagle wyparowało.
Krok za Tonym stał Steve, który desperacko próbował doprowadzić swoje ubrania do ładu. Była to jednak przegrana bitwa - mężczyzna wyglądał jak chodząca definicja nieładu.
- Co się dzieje? - spytał, próbując wepchnąć koszulę do spodni, jednocześnie udając, że nic takiego nie robił. Romanoff stanęła na palcach i przygarnęła jego włosy szybkim ruchem ręki. Blondyn posłał jej wdzięczne spojrzenie.
- Potrzebujemy pomocy z kosmitami w lobby - odezwał się Coulson do Tony'ego, który sam próbował ogarnąć swoje nieokrzesane loki. - Odbywa się tam właśnie improwizowana dyskoteka.
- Beyonce? - zgadł Tony.
- Tak - odparła ruda.
- Kurwa. Wiedziałem, że nie powinienem był ich tego uczyć.
- Chwila, co? - zapytał Barton, śmiejąc się. - Ty... Ty ich nauczyłeś...
- Milcz. - Inżynier naciągnął koszulkę na głowę. - Albo sprawię, że pożałujesz.
- Nie, poważnie mówię. Naprawdę. Czy... - Clint wyszczerzył się do niego. - Czy to ma coś wspólnego z parą czerwonych majtek kąpielowych, które miałeś na sobie, gdy cię tu przynieśliśmy?
- Nie chcę o tym teraz rozmawiać.
- Twój rozporek jest rozpięty - szepnął Coulson do Steve'a, który był teraz tak czerwony, że wyglądał, jakby miał zaraz stanąć w płomieniach.
- To jest koszmar. To jest prawdziwy, wycięty prosto z horroru koszmar. Jedyna rzecz, która mogłaby go jeszcze bardziej pogorszyć, to węszący gdzieś blisko Fury, dający pełny komentarz audio na temat moich umiejętności i zdolności w pewnych dziedzinach. Nie ma nic...
- PRZYJACIELE!
Wszyscy zamarli. Tony westchnął.
- Cóż, przyjście Thora oraz kosmity noszącego ogrzewacz do herbaty, to... To coś, czego bym się w tej chwili nie spodziewał. To... To coś nowego. To nowy rodzaj piekła.
- Nie martw się! Zrobiliśmy jeden też specjalnie dla ciebie! - Thor upuścił czerwono-żółtą wełnianą czapeczkę na głowę Starka, który zrobił taką minę, jakby modlił się, że nic z tego w rzeczywistości się nie działo. Steve miał zakrytą buzię dłonią, jednak podejrzany dźwięk był wciąż słyszalny. Tony, bardzo powoli, odwrócił się w jego kierunku, a jego spojrzenie było zimne i ostre.
Steve jednak wciąż nad sobą panował. Clint nie był pewien jak mu się to udawało - on sam nawet nie próbował ukryć rozbawienia. Śmiejąc się, uchylił się przed udawanym ciosem bruneta i stanął, na wszelki wypadek, po drugiej stronie Coulsona. Phil tylko skrzyżował ramiona i posłał miliarderowi znaczące spojrzenie.
Thor zaśmiał się, no bo czemu nie? Półbóg zawsze taki był. Śmiał się, gdy tylko miał na to ochotę.
Czasami naprawdę ciężko było go nie lubić.
- W porządku. Pójdźmy... - Tony wziął głęboki oddech. - Pójdźmy i po prostu się z tym uporajmy.
- Lepiej żebyś ty to zrobił niż ja - oznajmił Clint.
- Och, to słodkie, że myślisz, że nie idziesz ze mną.
Łucznik wzruszył ramionami.
- Jeśli tam pójdę, to nie przegapię okazji, by nauczyć ich kilku nowych ruchów. W końcu każdy wie, że nie umiesz tańczyć, Stark.
- Tęskniłem za wami wszystkimi. Nie wiem dlaczego, jednak serio brakowało mi was, kretyni.
*
- Więc jak długo będę musiał jeszcze to znosić? Tak tylko z ciekawości pytam. - Marudził Tony ze swojego środkowego miejsca na tyle limuzyny. Zjechał w dół siedzenia, wciąż czując pulsujący ból w skroniach i marząc, by mieć dostęp do jakiejś medycyny naturalnej. Tabletki czy bimber – obie opcje byłyby dobre.
Jednak zamiast ich dostał delikatny uścisk dłoni Steve'a na karku. Wtulił się w jego rękę, specjalnie ignorując fakt, że było to bardzo upokarzające.
- Już niedługo. Jesteśmy prawie w domu – powiedział blondyn, uśmiechając się współczująco.
- Nie to... - Stark wskazał dłonią przytłaczającą obecność reszty drużyny. - Będziecie tak za mną chodzić jak kaczki przez cały czas? Poważnie? W końcu komuś przywalę.
Siedzący obok Bruce cicho zachichotał. Jego ramię dotykało ramienia bruneta, ale mężczyzna wyglądał przez okno. Natasha oraz Clint nawet nie próbowali udawać, że wcale nie wypatrują czyhających w ukryciu ninja, porywaczy czy innego gówna. Ruda siedziała z naładowanymi pistoletami, a Barton z łukiem przygotowanym do strzału. Coulson siedział z przodu z Happym, który ukazywał swoje zdenerwowanie w ostrożnym sposobie jazdy.
Zdecydowanie zbyt bardzo ostrożnym.
- Jeśli znowu niepotrzebnie skręcisz w jakąś ulicę, to czymś w ciebie rzucę - krzyknął Tony. - Nikt nas nie śledzi. Thora nie liczę! Jest tuż za nami i wie, gdzie mieszkamy, więc życzę powodzenia w próbie zgubienia go. Już tego próbowaliśmy, ale jest niemożliwe uparty! - Półbóg sam zdecydował się na powietrzną podróż do domu, ale i tak przez cały czas smutno patrzył na limuzynę, gdy oznajmiał im swoją decyzję. Facet uwielbiał limuzyny.
- Tak, sir. Przepraszam, sir - odparł Happy, jednak było to bardziej z przyzwyczajenia niż jakiejkolwiek chęci, by słuchać, a już tym bardziej wypełniać chociaż najmniejsze polecenia, które wyszły z ust Tony'ego.
- Wiedziałem, że tak będzie - mruknął inżynier sam do siebie. - Jedno małe porwanie i wszyscy już skaczą nad tobą. "Nie możesz sam o siebie zadbać. Będzie lepiej, jeśli będziemy chodzić wszędzie za tobą i bronić cię przed wszystkim, ponieważ to jasne, że jesteś... - Potok słów został przerwany stłumionym jęknięciem, gdy Rogers zaczął masować jego kark.
- Sprytne - skomentowała Natasha, a w jej głosie była odrobina rozbawienia, mimo iż nawet nie rzuciła na nich okiem. - Rób to częściej, proszę.
- Nie ma problemu. - Blondyn uśmiechał się do miliardera, który bezwstydnie się w niego wtulał. Wstydzić powinni się frajerzy oraz osoby, które nie dostawały masażu od Kapitana Ameryki. Tony zamknął oczy, próbując nie jęczeć.
To byłoby bardzo nieprofesjonalne.
Jednak na swoją obronę mógł powiedzieć, że był to długi dzień. Bycie rannym. Kosmici. Molestowanie Steve'a w skrzydle szpitalnym TARCZY. Zapewnianie Pepper, że był żywy i cały oraz ignorowanie tego, że na zmianę płakała i krzyczała na niego. Dzwonienie do Rhodeya i wysłuchiwanie najdłuższego wywodu w całym swoim życiu, ponieważ Rhodey był jeszcze większą matką niż Pepper. Użeranie się z Furym. Zajrzenie do Harrisa, który jako jedyny z zakładników Hydry nie czytał entuzjastycznie ulotek wprowadzających oraz książeczek z prawami pracownika. Użeranie się z Hill. Użeranie się z kosmitami.
Tak, lepiej dla niego, jeśli przestanie o tym myśleć i wróci do tego fragmentu z molestowaniem Steve'a. Ten akurat bardzo mu się podobał.
- Jesteśmy na miejscu - oznajmił Steve i Stark zmusił się do uniesienia głowy. Tak jak było wcześniej ustalone, wjechali do podziemnego parkingu pod Avengers Tower, a Thor wleciał przez zamykające się drzwi tuż za nimi. Wylądował na dachu samochodu, pokonując w ten sposób resztę drogi, a jego śmiech był słyszalny przez metal.
- Dobrze - odezwał się Stark. - Świetnie. Nieważne. Mogę iść teraz do łóżka?
- Jeszcze nie w tej chwili - odpowiedział Coulson. - Nie chcę używać twojego najmniej ulubionego słowa, ale...
- Ale to zrobisz. I to z wielką chęcią. Nie chcę być przesłuchiwanym, ale zgaduję, że nikt o to nie dba. - Inżynier ziewnął. - Zróbmy to i miejmy to w końcu za sobą. Happy, dzięki, jak zawsze świetna robota.
Mężczyzna obejrzał się w tył, uśmiechając się do swojego szefa.
- Panna Potts będzie tutaj jutro z rana. Miała jeszcze jakieś spotkania w Kalifornii, ale weźmie nocny lot.
- A pułkownik Rhodes przyjedzie tutaj przed jutrzejszym południem. Dyrektor Fury pociągnął za kilka sznurków w Siłach Powietrznych, załatwiając mu krótki urlop. - Steve znów się do niego uśmiechnął. - Rodzinne grono.
- Super. Jeszcze więcej ludzi wiszących nade mną. - Westchnął brunet, podczas gdy limuzyna zaczęła się opróżniać. Kiedy Natasha przyjęła dłoń Thora podczas wychodzenia z pojazdu, Tony miał już na końcu języka kąśliwą uwagę na temat tego, że zachowuje się jak dama, ale ręka Steve'a na jego szyi była przeokropnie przyjemna, więc wyszedł z garażu bez słowa. Bogu dzięki wszyscy byli na tyle mili (albo mieli na tyle rozwiniętą umiejętność samoprzetrwania), że nikt nie wytknął mu jego małego masażu.
W ramach podzięki Tony uznał, że nie wyśmieje ich za to, że otoczyli go z każdej strony podczas krótkiej wędrówki do windy.
- Jarvis - powiedział, gdy weszli do środka. - Czy mógłbyś mi zrobić przysługę i zamówić, pomyślmy, z pięćdziesiąt sztuk pizzy?
- To dosyć duża ilość, sir, chyba że spodziewa się pan dodatkowych gości - zauważył Jarvis. - I chciałbym powitać pana w domu, sir.
- Dziękuję! Też za tobą tęskniłem, ty bezcielesny zarozumialcu - odpowiedział miliarder, uśmiechając się do kamery. - W porządku. Dwadzieścia pięć pizz.
- Może jednak dziesięć, Jarvis? - wtrącił się Rogers, wciąż trzymając pewnie dłoń na plecach niższego mężczyzny. - Typowe zamówienie?
- Dwie z dodatkowym serem, jedna warzywna lekka, trzy z mieszanką mięs, jedna hawajska, dwie pepperoni oraz jedna biała - wyrecytował AI. - Jedna duża sałatka cezar, dodatkowe grzanki, dodatkowy ser, dwie antipasti oraz mieszanka sałat bez cebuli.
- Dorzuć jeszcze trzy porcje pieczywa czosnkowego - dodał Stark, który z pewnością nie opierał się właśnie plecami o Steve’a. To byłoby po prostu niedopuszczalne. Ale za to jakie wygodne. - I pośpiesz się. Dzięki, stary. - Brunet głośno westchnął. - Idziemy do warsztatu.
Zobaczył, jak ich głowy się odwracają, jak wymieniają spojrzenia, ale żadne z nich nie zaprotestowało czy powiedziało chociaż jednego słowa. Tony wziął głęboki oddech i poprowadził ich na dół.
Światła zapaliły się w chwili, gdy przekroczył próg i boty jak na zawołanie spojrzały w górę znad swoich stacji ładujących.
- Tatuś wrócił do domu! - zawołał. W końcu chodzenie było trochę łatwiejsze. Leki zaczynały robić swoje, a adrenalina krążyła w jego żyłach. Zatrzymał się na moment, by przywitać się ze swoimi idiotycznymi asystentami, po czym pokuśtykał do obszernej kanapy na drugim końcu pomieszczenia.
Kiedy dotarł do sofy, bez zastanowienia padł na nią z ulgą.
- Kanapo. Kocham cię. Kocham cię tak bardzo. Jesteś moim ulubionym meblem i po prostu cię kocham.
- Chcecie, byśmy zostawili ciebie oraz twoją wybrankę samych? - zapytał Bruce i ponieważ był to Bruce, Tony powstrzymał chęć, by go zignorować.
- Byłoby miło - odpowiedział, przekręcając się na bok i jakoś podnosząc się do pozycji siedzącej. - Ale podejrzewam, że tego nie zrobicie. Więc no. Usiądźcie. Zacznijmy to kurewskie przesłuchanie czy cokolwiek to ma być. Ale będzie przerwa na pizzę w którymś momencie.
- Nie byłoby wygodniej w salonie na górze? - zapytał Coulson, ale usiadł na drugim końcu kanapy. Natasha usiadła na podłokietniku obok agenta, a Clint oplótł się wokół niego. Bruce zajął miejsce w stojącym obok fotelu, siadając po turecku. Thor najzwyczajniej usiadł na ławie, stawiając Mjolnira obok.
Na koniec Steve zajął wolne miejsce obok Tony'ego, co było miłe. Nawet bardzo miłe.
Miliarder odetchnął ciężko.
- Więc tak. Przyniosłem coś bardzo... - Skrzywił się. - Coś bardzo nieciekawego z Bartonii. Przepraszam za to.
- Czy była to broń? - odezwała się Romanoff.
Stark oparł się o ramię blondyna.
- Nie w takim znaczeniu, jak masz na myśli. Miało to raczej być czymś, przez co można byłoby nawiązać kontakt.
Zamknął oczy.
- To była zagadka. Już teraz musicie zrozumieć, że to była zagadka. Nie mogę wam zbytnio powiedzieć o całym przebiegu. Nawet o tym nie myślałem. Ale otworzenie tego było właśnie tą dziwną zagadką. Nie myślałem o tym, bo nawet nie powinien był. To był test.
- Test czego? - zapytał Coulson.
- Mnie. Moich zdolności intelektualnych. To nie był test mojej wiedzy czy posiadanych informacji. To coś miało za zadanie przetestować moją umiejętność logicznego myślenia, adaptacji, zmiany oraz rozwiązywania problemów. Ponieważ otworzenie tego zmieniło coś. Zmieniło mnie. Tamci mieli coś do zaoferowania i szukali kogoś, komu można byłoby to zaoferować. Nie wiem, jak to działa - czy jest to coś biologicznego, mechanicznego, a może, i kurwa, magicznego. - Zamilknął na chwilę. - Nie wiem, ponieważ zamknąłem to, zanim zdążyło we mnie wsiąknąć. Przerwałem proces. Zamknąłem zło świata z powrotem w puszcze Pandory.
Steve przesunął dłonią po jego plecach.
- Tony, co to było? Czy to coś zrobiło?
Stark wpatrywał się w sufit.
- Okej. To... To chyba jedyny sposób, by to wyjaśnić. - Usiadł prosto, po czym oparł łokcie na kolanach. - Wyobraźcie sobie, że zostaje wam pokazany zegar. Jarvis, możesz dać mi typowo szkolny zegar? Duży, okrągły, biały, czarne cyferki... - Poczekał, aż w powietrzu pojawił się odpowiedni hologram. - Dzięki. Wyobraźcie sobie, że zostaliście wrzuceni do nieznanego wam środowiska. Nigdy nie widzieliście niczego jak to białe okrągłe coś.
- Poprzez prostą obserwację oraz dedukcję możecie zauważyć, że gdy ten mały gruby patyczek zrobi dwa pełne okrążenia, mija jeden dzień. Możecie się nauczyć przewidywania działań innych ludzi poprzez obserwowanie tego, co robią o danych porach. Możecie dojść do wniosku, że ten przedmiot służy do odmierzania czasu. Możecie nawet uzmysłowić sobie, że oznaczenia na tarczy odpowiadają liczbom.
Brunet ułożył podbródek na splecionych dłoniach.
- Bylibyście w stanie używać tego przedmiotu, moglibyście zrozumieć jego cel. - Inżynier wpatrywał się w zegar. - Kiedy otworzyłem tamto pudełko, coś się stało ze mną, z moim mózgiem. Nie zrozumiałem, o co chodziło, ale jednocześnie pojmowałem jego działanie. Widziałem jego wnętrze. Widziałem matematykę zawartą w kołach zębatych, metalu, plastiku oraz szkle. Mogłem rozebrać to na części, mogłem to ulepszyć. Widziałem zasilanie, kable oraz obwody. Mogłem zobaczyć HISTORIĘ tego przedmiotu. Mogłem prawie zobaczyć przyszłość, mogłem prawie poruszyć rękoma samą myślą. Mogłem zrozumieć.
Przetarł dłonią buzię.
- Otworzyłem to i przez chwilę mogło mi trochę odbić. Przez sekundę, przez bardzo krótką sekundę, rzeczywiście oszalałem. Przez moment nie tylko mogłem użyć wszystkiego, co znajdowało się wtedy z nami w tamtym pomieszczeniu, ale również wiedziałem jak mogłem usprawnić te rzeczy. Mogłem sprawić, że byłyby lepsze. Mogłem zmienić kurs jakim podąża ludzka wiedza i było to takie prawdzie, takie łatwe, że mogłem już poczuć smak zwycięstwa.
Jego powieki opadły.
- Oczywiście można to porównać do dania wyrzutni rakietowej dla jaskiniowca. Nawet jeśli mógł w pełni zrozumieć mechanizm, nie miał żadnego odniesienia co do potencjalnej zagłady. Możecie pomyśleć, że dajecie mu prezent, ale było znacznie bardziej prawdopodobne, że wysadzi siebie samego oraz całą swoją wioskę w powietrze niż to, że pozbędzie się nękających ich mamutów.
- Więc mogłem sobie powiedzieć, że jestem w stanie to kontrolować i używać, a myśl o zmienieniu całego świata w kupkę gruzu nie wystarczała, bym uzmysłowił sobie jak bardzo głupi był to pomysł. - Wtedy jego głowa zwróciła się w stronę Clinta. - Jednak idiota z Roombasem na głowie był inną historią.
- Uwielbiam to, że w tej opowieści jestem delikatną księżniczką, którą trzeba ocalić za wszelką cenę - oznajmił Barton, którego głowa leżała na kolanach Coulsona. Phil przewrócił oczami, ale jego palce nie przestały bawić się włosami snajpera. Tony zignorował go, ponieważ ignorowanie Clinta było jak najbardziej w porządku. - Nie, poważnie mówię. Kocham to. - Skrzyżował dłonie na brzuchu i posłał mu zadowolony z siebie uśmiech. - Proszę, kontynuuj wyjaśnianie dlaczegoż to odrzuciłeś starożytną wiedzę oraz mądrość, największy dar, który mogła ci dać rasa obcych, wszystko ze względu na swoją miłość do mnie.
- To właśnie dlatego nikt cię nie lubi - odgryzł się Stark, ignorując unoszące się kąciki ust.
- To raczej dlatego, że strzelam do ludzi, gdy mi się nudzi.
- Musisz z tym skończyć - wtrącił się Coulson.
- Za nic w życiu, sir. - Uśmiech Clinta był jednocześnie okropny oraz iście anielski.
- To przynajmniej chociaż bardziej się z tym kryj.
- Za dużo zachodu z ukrywaniem się. - Hawkeye zamknął oczy, a jego ciało się napięło. - Tessaract. Selvig powiedział, że to czego się dowiedział z niego było więcej niż tylko wiedzą. Dowiedział się prawdy.
Tony zamarł. Clint na pewno, ale to na pewno nie opowiadał właśnie o czasie, podczas którego w jego mózgu były zatopione palce Lokiego.
- To dobry sposób na wyjaśnienie tego jak każdy inny. - Westchnął ciężko. - Upuściłem kostkę i wszystko znów stało się szare oraz płaskie. Wszystko, co zdobyłem, od razu utraciłem. Podejrzewam, że to coś nie miało wystarczająco dużo czasu, by się ze mną zintegrować. A może działa to tylko wtedy, gdy to trzymasz. Czymkolwiek to jest, czymkolwiek to było, tego już nie ma. Pamiętam teraz tylko uczucie posiadania wiedzy.
Mężczyzna patrzył przed siebie pustym wzrokiem.
- Nie mogłem tam tego zostawić. Wiedziałem, że TARCZA wyczyści tamto miejsce, że wszystko skończy z nimi. Byłem pewien, całkowicie pewien, że nie mogłem pozwolić temu czemuś wpaść w łapska Fury'ego. - Prychnął cicho. - Wszyscy pamiętamy, co się stało, kiedy miał w swoim posiadaniu Tessaract, prawda?
- Więc ta rzecz - odezwał się cicho Thor. - Oferowała wiedzę, oferowała potęgę...
- Bez żadnego testu moralności, tak. Pobudki kierujące tym, który podniósł pudełko były... nieistotne. Liczył się tylko nagły przypływ wiedzy, który był jak zastrzyk heroiny prosto w część mózgu, która odpowiada za szczęście. A co bym miał zrobić z tą wiedzą oraz prawdą... O to kostka już nie dbała. Istniała po to, by mnie uczyć, by dać mi wszystko, czego sobie życzyłem.
- I odłożyłeś ją - powiedział Steve szeptem.
- Odłożyłem, a potem zabrałem do domu - zauważył miliarder, masując nos. - Nie udawajmy, że jestem bohaterem, bo nie jestem. Wmówiłem sobie kompletną głupotę. Przekonałem siebie samego, że będzie lepiej, jeśli kostka będzie u mnie niż u Fury'ego.
- Więc trzymałeś ją tu przez miesiące? - zapytał Bruce. - I nigdy jej ponownie nie użyłeś?
Tony wskazał podbródkiem na półkę nad swoim głównym stołem roboczym.
- Nie. Siedziała tam przez cały czas. Nie otworzyłem jej. Nie zrobiłem nic poza ponownym dotknięciem jej. - Wziął głęboki oddech, a jego żebra od razu zaprotestowały, ale on o to nie dbał. – Jednak nie miałem pojęcia, że mnie obserwowali. W chwili, gdy to coś aktywowałem, oni mogli połączyć się z puszką. Bez dźwięku, co wyjaśnia czemu w ogóle mnie nie rozumieli. Nie mieli żadnych wcześniejszych danych.
- Obserwowali - powtórzył Coulson głosem bez emocji.
- Widzieli wszystko, co się tutaj działo od kiedy to tu przyniosłem. - Brunet rozejrzał się dookoła. - Kto chodził w czerwonych majtkach od bikini po moim warsztacie? - Wskazał palcem na Clinta. - Podejrzewam, że to byłeś ty.
- Okej, po pierwsze? Nie. Nawet nie lubię przychodzić tutaj bez pełnego uzbrojenia oraz ochraniaczy na każdej możliwej części ciała. To miejsce jest powalone. Jest tak jak pokój tortur w AIM, ale z lepszym oświetleniem, mniejszą ilością żółtych strojów pszczelarzy i kupą pokręconych robotów. Oj tak. Masz więcej zbzikowanych robotów niż AIM. Nawet w snach za cholerę bym tu spodni nie zdjął.
Tony wpatrywał się w niego.
- Hmm. No tak, to musiał być... Huh. - Zaśmiał się. - To miałoby sens. - Oparł się o blondyna. - Koniec opowieści. Skończyłem. Teraz czas na pizzę.
- Tony? - odezwał się Banner. - Czy coś z tobą zostało?
Miliarder wstał.
- Zgaduję, że prędzej czy później się tego dowiemy, co nie? Póki co wszystko się skończyło. Zniknęło. Prawda? Zobaczymy, co będzie dalej. - Posłał im słaby uśmiech. - Pizza. Nie żartuję.
Spojrzenia zostały wymienione. Miny zrobione. Ale każdy wstał. Skierował się w stronę windy. Rozmawiając. Żartując. Będąc normalnymi. Dokładnie takimi, jakimi ich pamiętał brunet. On jednak jeszcze podszedł do swojego biurka, by spojrzeć na szafkę ponad nim, gdy drzwi się zamykały za resztą.
- Tony?
Odwrócił się, gdy Steve podszedł do niego. Nie był zaskoczony, gdy Rogers objął go ramieniem w pasie.
– Wszystko jest dobrze. Powiedz, że jest dobrze. Powiedz, że tego już nie ma.
- Wszystko jest okej - odpowiedział Kapitan, a po sekundzie zawahania złożył lekki pocałunek na jego włosach. - Zniknęło. Jest w porządku. Przyszli i to zabrali. Jarvis nam o tym powiedział. Nie ma tu już tego.
Inżynier spojrzał na półkę. Pudełko wciąż tam było. Dokładnie tam, gdzie je wcześniej zostawił. Zamknął powieki.
- Tak. Chodźmy. Pizza czeka. Będzie twoja ulubiona.
- Może urządzimy sobie dzisiaj wieczór filmowy? - zapytał Steve. - Nie chcę... - Urwał. - Czasami zasypiamy na kanapie. Kiedy jest późno i jesteśmy zmęczeni.
- Dobra. Brzmi fajnie, więc czemu nie? - Oparł się o jego pierś, relaksując się. - Chodź spróbujmy tego teraz. Jestem... zmęczony. - A spanie obok Steve brzmiało teraz jak zajebiście dobry pomysł.
- Tony?
- Hmm?
- Cieszę się, że wróciłeś do domu.
Brunet uśmiechnął się do niego, a coś bolesnego i okropnego, co od dawna kuło go od środka, w końcu zniknęło.
- Ja też. Tęskniłem za tobą.
Jasnowłosy odwzajemnił uśmiech. Jego dłoń znalazła rękę Tony'ego i splotła ich palce razem. Było to po prostu żałosne, typowa bzdura prosto ze szkoły średniej, a Tony był lata do przodu, jeśli chodzi o doświadczenie, potrzeby oraz seks. To było po prostu głupie. Trzymanie się za ręce jak to robili ukochani w czasie wojny. To już nie były dłużej lata czterdzieste. To takie ckliwe.
A jednak Tony ścisnął dłoń Steve'a. Ponieważ to było lepsze. To było jak najbardziej okej. To był Steve. Istniało ryzyko, że chodził ze staromodnym facetem.
- Wątpię, bym kiedykolwiek w pełni ciebie zrozumiał - odezwał się Stark.
- To samo tyczy się ciebie - odpowiedział blondyn, śmiejąc się. - Jesteś dla mnie ciągłym źródłem chaotyczności oraz konsternacji. A że jesteś mądrzejszy ode mnie, to masz i tak przewagę.
- Czasami się zastanawiam, czy rzeczywiście tak jest.
- Tony?
- Tak?
- O co chodziło z tym "piątym powodem"?
