Chapter Text
Javert miał drobne wątpliwości co do tożsamości znalezionego Jeana Valjeana, podającego się za Champmathieu, jednak złożył zeznania, by zadośćuczynić światu. Skoro trzech galerników potwierdziło jego tożsamość, dlaczego miałby to być ktoś inny? Poza tym czuł wyrzuty sumienia za oskarżenie mera miasta o bycie zbiegiem, więc był rad, że znaleziono prawdziwego Jeana Valjeana.
Inspektor chciał zostać na całej sesji sądowej, jednak pilnie wezwano go do Montreuil-sur-mer w mało ważnej sprawie, jak się przekonał na miejscu. To wystarczająco zepsuło mu humor na resztę wieczoru. Teraz musiał czekać na wieści z Arras, zamiast dowiedzieć się na miejscu. Z tego powodu rano wciąż nie wróciło dobre samopoczucie, gdy ubierał mundur.
Codzienną toaletę poranną przerwało mu pukanie do drzwi. Javert zmarszczył brwi zaskoczony. Rzadko ktoś tak rano do niego przychodził, ale jeśli tak się zdarzało, zawsze chodziło o coś ważnego z pracy. Otworzył drzwi i zgodnie z przewidywaniami, jego oczom ukazał się młody policjant. Trzymał w ręce zalakowaną kopertę.
- Francis Carreac, panie inspektorze - powiedział nerwowo młodzieniec, skłaniając głowę - Przynoszę wiadomość z sądu w Arras.
Na te słowa Javert zapomniał, że ma niezapiętą kurtkę. Odnotował tylko zaskoczenie na twarzy chłopaka, gdy błyskawicznie wziął list i złamał pieczęć. Zanim zdążył wyjąć kartkę, posłaniec go uprzedził:
- Monsieur, w sądzie wydarzyła się rzecz niespodziewana - obecny tam pan Madeleine, którego dobra sława dotarła także tam, został rozpoznany jako zbiegły Jean Valjean.
- Pan mer? - inspektorowi list wypadł z dłoni. Szybko jednak się opanował, podniósł go i rzucił policjantowi bystre spojrzenie - Został zatrzymany? Gdzie teraz jest?
- Właśnie w tym tkwi problem. Pan Madeleine wrócił do miasta jako wolny człowiek. Gdy proces został zakończony uniewinnieniem Champmathieu, polecono mi przekazać nakaz aresztowania.
Inspektor rozłożył list. W istocie był to rozkaz, krótkie powiadomienie władz wyższych o zleceniu właśnie jemu, Javertowi, znalezienie i sprowadzenie do Arras Jeana Valjeana. Przeczytał go trzy razy, blednąc, po czym starając się ukryć emocje, podziękował i odprawił chłopaka. Dopiero gdy drzwi się zamknęły, list został zgnieciony pięści. Mężczyzna wrócił do pokoju i odetchnął głośno, opierając się rękoma o stół. A więc Madeleine, dobroduszny Madeleine, naprawdę jest Valjeanem? To znaczyło, że Javert nie mylił się, gdy w gniewie go zadenuncjował. Przez osiem lat był pod jego nosem, właściwie pod nosami tylu ludzi, całego miasta, a mimo to nikt go nie oskarżył; nikt prócz niego nie zauważył podobieństwa w rysach, w sile? Nikt w mieście nie był wcześniej w Toulon i nie spotkał go, to oczywiste. I jeszcze Valjeana wydawał mu rozkazy!
- Wiedziałem. Wiedziałem! - inspektor uderzył pięścią w stół.
Jak on śmiał?! Złamał warunek, zniknął, a potem dorobił się fortuny?! Myślał, że szacunek dla pana Madeleine'a uratuje Valjeana, kiedy prawda wyjdzie na jaw? Ha! Nic z tego. Javert wyprostował się i wziął głęboki oddech. Ostatnio chodziły pogłoski, że mer codziennie chodzi do szpitala, do tej kobiety, którą uchronił przed wyrokiem. To będzie pierwsze miejsce, gdzie Javert się uda na poszukiwanie.
W czasie krótszym niż zazwyczaj skompletował części munduru i opuścił dom. Nie zauważył nierówno zapiętych guzików, które zawsze trzymał w należytym porządku - oznaki wzburzenia, jakiego nie doświadczył od dawna. Nawet w chwili, gdy zadenuncjował mera, czuł się spokojniejszy niż teraz. W końcu nadszedł ten moment, gdy będzie mógł wymierzyć sprawiedliwość człowiekowi poza prawem, pokazać, że dobrze wykonuje swoją pracę. Zabrał ze sobą dwóch uzbrojonych policjantów, po czym kazał im czekać w gotowości pod drzwiami szpitala, a sam wszedł do środka z mosiężną pałką w dłoni. Pielęgniarka zaprowadziła go na górę, niezdziwiona widokiem policjantów. Pana Madeleine'a często widziano w towarzystwie jakiegoś stróża prawa - mimo, że mężczyzna odmawiał eskorty.
- Leży tam bardzo chora kobieta, proszę o zachowanie się cicho, monsieur.
Javert nie odpowiedział, odprawił ją gestem. Ostrożnie uchylił drzwi sali, chowając pałkę za sobą, by Valjean jej nie zobaczył. Wolał, by tak silny mężczyzna nie walczył, a widok broni mógłby go sprowokować.
Skazaniec klęczał przy łożu kobiety, jakby się modlił. Prostytutka leżała z twarzą zwróconą do fałszywego mera, z radością coś do niego mówiąc. Javert jednak zauważył, że ten nie reagował z zamkniętymi oczami, i sam nie wiedział, czy mężczyzna w ogóle jej słucha. Skazaniec nie wiedział też o obecności trzeciej osoby, dopóki kobieta nie utkwiła spojrzenia w Javercie, które z radosnego stało się przerażone. Jej nagłe zamilknięcie wyrwało Valjeana z letargu. Podniósł głowę i utkwił wzrok w kobiecie, która wciąż patrzyła na inspektora. Powoli, z wysiłkiem podniosła się do półsiadu, druga wychudła dłoń wysunęła się spod kołdry i zacisnęła na materiale. Na twarzy Valjeana pojawił się strach.
- Mon Dieu , co ci jest, Fantine? - spytał.
Nie odpowiedziała mu. Widok Javerta tak ją przerażał, że aż odbierał głos. Javert poczuł dumę, że jego obecność wywołuje u przestępców taką reakcję. To znaczyło, że dobrze wykonywał swoją pracę i zyskał pewien szacunek, który opierał się na strachu przed sprawiedliwymi sądami. To był dobry strach. Kobieta dotknęła ramienia Valjeana, a drugą zrobiła gest, który zasugerował mu, by się obrócił. Ten obejrzał się przez ramię i zobaczył w drzwiach Javerta.
Kiedy wzrok mężczyzny nazywanego panem Madeleinem skrzyżował się z jego spojrzeniem, Javert zauważył, że Valjean poczuł ten właśnie respekt, strach przed nim. Uśmiechnął się w myślach, znowu z dumą. Jednak nie pozwolił sobie się uśmiechnąć, pozostając nieruchomo wpatrzony w przestępcę. Wiedział, że Valjean widzi jego radość - jedyną radość, jaką Javert odczuł od dawna. Największa radość dla policjanta - zdemaskowanie dawno szukanego przestępcy, możliwość zakucia go, by więcej nie zaszkodził społeczeństwu.
- Panie Madeleine, niech pan mnie ratuje! - Fantine ukryła twarz w dłoniach z przerażeniem. Jean Valjean wstał i odezwał się do niej spokojnym, łagodnym głosem:
- Nie obawiaj się. Nie przyszedł po ciebie - po czym zwrócił się do Javerta - Wiem, czego pan tu szuka.
- Pospiesz się!
Głos inspektora przeszył powietrze jak sztylet. Powiedział to prawie z euforią, wzburzeniem, które starał się ukryć. Nie pokazał nakazu. To nie było konieczne, obydwaj o tym wiedzieli. Valjean wzdrygnął się i przeniósł wzrok na kobietę.
Javert wydawał się być pewny siebie, chciał załatwić to szybko, jednak po raz pierwszy, odkąd rozpoczął pracę w policji, nie wiedział co dokładnie zrobić. Dla niego Jean Valjean był zbiegłym więźniem, niebezpiecznym przestępcą, po którym można spodziewać się wszystkiego - zwłaszcza, że został merem miasta. Dlatego ograniczył się jedynie do okrzyku "pospiesz się!", rzucając przy tym ostre spojrzenie, które sparaliżowało dwa miesiące wcześniej Fantine, a które nie wywarło jednak na skazańcu żadnego wrażenia. Za to chora kobieta podniosła głowę, słysząc ten krzyk, jednak obecność mera miasta - fałszywego mera, o czym nie wiedziała - uspokajała ją. Czego miała się bać, skoro on jest przy niej?
Javert podszedł bliżej, stanął na środku pokoju i znowu się odezwał, tym razem głośniej.
- Chodźże!
Pan Madeleine, pod którym służył od kilku lat, nigdy nie widział go w takim stanie wcześniej, tak wzburzonego jak teraz. Nie miał pojęcia, że osoba Jeana Valjeana ma taki wpływ na życie inspektora. Zauważył też, że przez obecność Javerta stan Fantine się pogorszył, chociaż wszystko wcześniej wskazywało na to, że powoli wraca do zdrowia. Poczuł gniew, jednak wiedział, że musi go opanować. Nie mógł teraz walczyć, nie kosztem jej zdrowia.
Nagle Javert chwycił go za chustę i koszulę, ten natychmiast zareagował pochyleniem głowy na znak szacunku i poddania się, pokazując, że nie chce walczyć.
- Panie merze! - zawołała kobieta. Inspektor parsknął na to śmiechem, strasznym śmiechem, od którego przeszły ją ciarki.
- Nie ma tu już pana mera!
Valjean nie próbował się uwolnić, rzekł tylko cicho:
- Javert-
- Nazywaj mnie panem inspektorem.
- Panie inspektorze - rzekł - chciałbym powiedzieć panu słowo na osobności.
- Głośno! Mów głośno! - odpowiedział ostro Javert - Do mnie mówi się tylko głośno. Żadnych półsłówek i tajemnic.
Radość policjanta ustępowała irytacji na zachowanie Valjeana. Zero oporu, żadnej próby ucieczki? Dlaczego? Dlaczego znalazł go tutaj, dlaczego Valjean wrócił do roli pana Madeleine'a na te kilka ostatnich godzin? Czy nie powinien uciekać przed pojmaniem?
- Kiedy to tylko dla pana uszu… - powiedział cicho, nagląco.
- Co mnie to obchodzi? Nie będę słuchał, skoro nie chcesz mówić.
Oburzenie Javerta zwiększyło się, gdy skazaniec nachylił się i wyszeptał na jednym wdechu:
- Niech mi pan da trzy dni! Trzy dni, żebym mógł sprowadzić dziecko tej nieszczęśliwej kobiety. Zapłacę, ile będzie trzeba! Może mi pan towarzyszyć.
- Kpisz sobie?! - krzyknął Javert, wstrząśnięty bardziej prośbą niż próbą przekupienia go - Patrzcie go! - zawołał do nikogo konkretnego - Nie myślałem, żeś taki głupi! Chcesz, żebym dał ci trzy dni na ucieczkę! Mówisz, że pojedziesz po dziecko tej Fantine? To takie wspaniałomyślne. Mam ci uwierzyć?
- Po moje dziecko! - wrzasnęła nagle chora kobieta - Po moje dziecko! Więc jej tu nie ma! Siostro, powiedz mi, gdzie jest Cosette?! Chcę widzieć moje dziecko! Panie Madeleine! Panie merze!
- A ta znowu swoje! - Javert się zirytował, coraz bardziej denerwowała go cała ta sytuacja, a jeszcze ta prostytutka zaczęła narzekać - Będziesz ty milczała? Przeklęty kraj, gdzie galernicy są urzędnikami, a nierządnice pielęgnuje się jak hrabiny!
Spojrzał uważnie na Fantine, zaciskając pięść na koszuli Valjeana. Ten pozwolił mu na to bez oporu.
- Mówię, że nie ma już pana Madeleine, nie ma pana mera. Jest tylko złodziej, rozbójnik, galernik nazwiskiem Valjean. Jego właśnie trzymam, rozumiesz?
Fantine zerwała się do siadu, popatrzyła na fałszywego mera, popatrzyła na inspektora, popatrzyła z powrotem na mera. Otworzyła usta, jakby chciała coś powiedzieć, ale rozkaszlała się gwałtownie i straciła równowagę. Słabe, wychudłe ręce nie wytrzymały naporu i chora opadła na łóżko, uderzając głową metalową ramę.
Straciła przytomność. Albo umarła. Javert nie wiedział - i nie obchodziło go to. Zauważył jednak, że galernik spojrzał na nią z przerażeniem. Zaraz potem spojrzenie Valjeana przeniosło się na niego i policjant zadrżał, bo skrywało wściekłość. Dłoń przestępcy wylądowała na jego zaciśniętej pięści. Inspektor poczuł, jakby to było imadło. Nie był w stanie oprzeć się sile, która wymusiła na nim puszczenie go.
- Przeraziłeś ją i straciła przytomność - powiedział cicho Valjean - Oby tylko przytomność.
- Czy to się wreszcie skończy?! - warknął wściekły Javert. Nie rozumiał Valjeana, nie rozumiał jego zachowania, dlaczego ten niebezpieczny człowiek pozwolił mu na tyle, dlaczego tak się przejmuje tą prostytutką?! - Nie po to przyszedłem, żeby słuchać gadania. Nie traćmy czasu; straż jest na dole, wyjdziesz teraz albo w kajdankach!
Valjean rzucił mu ostre spojrzenie i odwrócił się, zupełnie go ignorując. Javert znowu zagotował się ze złości, jednak zaraz potem poczuł lęk, gdy mężczyzna z siłą przypisywaną przez Javerta tylko tej osobie zniszczył jedno z zardzewiałych łóżek. Podniósł fragment ramy, najcięższą żelazną sztabę, po czym podszedł do łoża Fantine, wołając zakonnicę. Zwrócił się do Javerta ledwie słyszalnym głosem:
- Nie radzę mi teraz przeszkadzać.
Javert drżał. Najnormalniej w świecie drżał ze strachu. Siostra zakonna minęła go pośpiesznie w progu, gdy oparł się o ramę drzwi, udając spokój. Pomyślał, że może pójść po dwójkę żandarmów, którzy czekali na dole, ale wtedy Jean Valjean mógłby uciec. Na to nie mógł pozwolić.
Tymczasem były galernik wraz z zakonnicą zupełnie zajęli się nieprzytomną prostytutką. Javert patrzył bez zrozumienia na ich zaangażowanie, zwłaszcza Valjeana.
Przecież powinien unieszkodliwić inspektora i uciec. Policjant dopiero teraz pojął, że pokonanie tych dwóch żandarmów na dole nie sprawiłoby mu najmniejszego problemu. Obserwował więc przestępcę, czekając, aż jego uwaga się rozproszy. To był jedyny sposób, z którego Javert nie był dumny. Po chwili zauważył, że zaabsorbowany kobietą Valjean odsunął się od żelaznej sztaby wystarczająco daleko, by nie zdążył jej sięgnąć, jeśli Javert by go ujął.
Inspektor zrobił kilka kroków w jego stronę. Żadne z dwójki przy łóżku nie zauważyło, gdy stanął za skazańcem i uniósł mosiężną pałkę ponad głowę do uderzenia. Nie czuł żadnych wyrzutów, zamierzając unieszkodliwić Valjeana. Nawet gdyby Javert przejmował się prostytutką, miała przecież jeszcze zakonnicę - nieobecność przestępcy w niczym by nie zaszkodziła. Opuścił pałkę z właściwą sobie siłą.
Jednak Valjean go widział, ale ignorował, zaangażowany w pomoc Fantine. Dopiero gdy Javert go zaatakował, zareagował, unikając ciosu i chwytając po drodze sztabę. Podniósł się w chwili, gdy inspektor znowu się zamachnął, i odbił mosiężną pałkę z taką siłą, że wytrącił ją z dłoni policjanta. Javert zaklął w myślach, gdy spojrzenia, jego zaskoczone i zdeterminowane, oraz wściekłe galernika, się spotkały.
- Powiedziałem - syknął Jean Valjean, unosząc sztabkę na wysokość klatki piersiowej - że masz mi nie przeszkadzać.
Javert nie cofnął się mimo wielkiej ochoty na zrobienie tego i po prostu stał, drżąc, podczas gdy Valjean z powrotem nachylił się do Fantine i pomocy przestraszonej zakonnicy.
***
W domu rzucił bezużyteczną pałkę na łóżko z wściekłością. Były galernik zaraz po tym, jak pomógł prostytutce, sam podszedł do Javerta i oddał się w jego ręce, pozwolił nawet zakuć. Przecież mógł bez problemu uciec! Inspektor przeczytał jego papiery, każda z prób ucieczki z galer odznaczała się sprytem, zręcznością i siłą. Valjean mógł Javerta unieszkodliwić, a przed dwoma żandarmami po prostu uciec i zniknąć. Dlaczego tego nie zrobił?
Javert nie rozumiał. Do tego co jest nie tak z tym człowiekiem, że pojechał aż do Arras na proces, na którym ktoś inny miał zostać skazany za bycie Jeanem Valjeanem? Po co? Javert zdążył pokrótce przeanalizować czas, w jakim pan Madeleine musiał dostać się do sądu i doszedł do wniosku, że fałszywy mer naprawdę musiał się postarać. Ale dotarł. Spóźniony. Po co? Policjant znał tylko jedną logiczną odpowiedź na to pytanie. Jean Valjean chciał zobaczyć, jak skazują kogoś za niego. Wtedy mógł mieć pewność, że jest bezpieczny. Tak. To jedyne rozwiązanie.
Jednak nie walczył, gdy Javert po niego przyszedł. Dlaczego?
A… a jeśli ten człowiek naprawdę chce pomóc dziecku tej kobiety? Czy to możliwe? Galernik, przestępca?
I wtedy Javert wpadł na pomysł, o którego powstanie nawet by się nie posądzał.
