Chapter Text
W kwietniu tysiąc dziewięćset dwudziestego ósmego roku z Paryża został wysłany list. Był to pierwszy list od pięciu lat wysłany przez tego mężczyznę. List został nadany do pewnego domu w niewielkim, biednym miasteczku na północy Francji. Nie był w niczym niezwykły - traktował o komunii córki autora i zapraszał na to wydarzenie.
Jego odbiorcą miał być wysoko postawiony inspektor policji. Listonosz rozpoznał jego imię i zamiast zanieść do domu, odniósł na komisariat. Dobrze się złożyło, bo odbiorca już nie mieszkał w Montreuil.
Na szczęście wiadomosć nie zaginęła - dzięki sławie policjanta jego były przełożony mógł posłać list dalej - do miasta, w którym mężczyzna pracował aktualnie.
Tym sposobem list wrócił do Paryża.
Do Prefektury trafił wcześnie rano, wraz z wozem pocztowym przyjeżdżającym po świcie. Jego adresat zjawił się na miejscu kilka godzin później, wraz z początkiem zmiany.
- List do ciebie, monsieur - Nathan Savigny wstał na jego widok. Był to niski chłopak, ledwie obeznany z pracą policjanta. Mógł mieć jakieś dwadzieścia, dwadzieścia jeden lat i był zbyt energiczny jak na gust Javerta. Nathan odgarnął jasne włosy z oczu, spoglądając podekscytowany. Podziwiał Javerta i wybłagał u niego możliwość pracy zaraz pod nim. Było to irytujące dla inspektora, jednak nawet polubił Nathana przez te ostatnie pół roku współpracy. Był tylko jeden problem. Nathan zapominał, jak się do niego zwracać.
- “Ciebie” czy monsieur? - spytał Javert, zdejmując płaszcz. Na zewnątrz wciąż było wystarczająco chłodno, by nie musiał się z nim rozstawać.
- Jav… mon- ah - westchnął chłopak zrezygnowany, tracąc część energii - Przepraszam, monsieur.
- Mówiłem ci, możesz do mnie mówić po imieniu, ale nie na służbie. Tu wymagana jest pewna etykieta - zauważył Javert, odwieszając płaszcz na hak przy drzwiach - Jaki znowu list?
- List był do le Secretaire, ale powiedział mi, że jest to coś dla ciebie, z twojego poprzedniego miejsca pracy. Prosi, byś przyszedł do niego w wolnej chwili.
Javert zerknął na zegarek, marszcząc brwi. Miał jeszcze kilkanaście minut do rozpoczęcia pracy. To była wystarczająca wolna chwila.
- Monsieur? - wszedł do biura Chabouilleta. Mężczyzna siedział za biurkiem, ale na dźwięk głosu Javerta podniósł głowę.
- Oficer Savigny ci powiedział? - wygrzebał ze sterty papierów otwartą kopertę - Przyszedł z poranną pocztą. W środku jest oryginalny, nieotworzony list. Wysłano go do mnie z wiadomością, że był nadany pod twój stary adres zamieszkania w Montreuil.
Javert zmarszczył brwi, przyjmując kopertę. Kto mógł do niego pisać na adres sprzed czterech lat?
Przychodziła mu do głowy tylko jedna osoba.
Szybkie spojrzenie na papier utwierdziło go w tym przekonaniu. Valjean napisał inaczej niż jako mer, ale Javert widział charakterystyczne elementy jego pisma. Zawijas przy “J” w imieniu Javerta. Ostre “M”, które znał z podpisu Madeleine'a, w “Montreuil-sur-Mer”. Valjean się starał, ale nie dość, by ktoś kto by coś podejrzewał, nie mógł się domyślić.
Javert szybko wsunął zaklejony list do rozerwanej koperty.
- Dziękuje, monsieur - skłonił lekko głowę - Mogę wrócić do pracy?
- Oczywiście, Javert - Chabouillet uśmiechnął się - Zrób podsumowanie tych trzech napaści, jeśli byś mógł.
- Jak zawsze, Monsieur le Secretaire.
Otworzył kopertę dopiero w domu. Rozerwany papier bardzo szybko skończył w kominku, a Javert siadł przy świecy i spojrzał na wiadomość. Tu widział już normalne pismo Valjeana - mężczyzna nie musiał się obawiać, że ktoś je rozpozna. Wiedział, że Javert nie otworzy go w obe
“Javert,
Nie pisałem do Ciebie przez ostatnie lata z oczywistych względów, jednak teraz czeka mnie sytuacja wyjątkowa - Cosette w ciągu miesiąca przystąpi do Pierwszej Komunii Świętej. Byłbym rad, gdybyś się na niej pojawił.
Zdaję sobie sprawę, że proszę o wiele; skoro nie napisałeś, to znaczy, że nie chcesz pisać. Ale może jednak byś przyszedł?
Komunia będzie miała miejsce piątego maja w kościele Saint Jacques du Haut Pas.
Z przyjemnością cię znowu spotkam,
V.”
Inspektor przebiegł wzrokiem tekst i nic z niego nie zrozumiał. Przebiegł jeszcze raz. Pierwsza komunia... Cosette? Valjean, który napisał do niego po pięciu latach ciszy… Dlaczego chce Javerta na takim święcie? Dlaczego do niego napisał?
Javert poczuł złość. Valjean miał rację. Javert nie pisał specjalnie, chciał się od tego odciąć, móc pracować równie wytrwale, jak kiedyś. Nie chciał się z nim zobaczyć. Nie mógł się z nim zobaczyć. To zniszczyłoby tak skrupulatnie zbudowane mury, chroniące go przez ostatnie pięć lat.
Widok Valjeana i Cosette by je zniszczył.
Javert nie mógł tam pojechać.
Zmiął list w kulkę i wrzucił do kominka.
Przez kolejny miesiąc Javert pracował ciężej, niż od niego wymagano. Ciężej, niż sam od siebie zawsze wymagał. Potrzebował skupić się na pracy, by nie myśleć o nadchodzącym piątym maja. Mimo że od razu odmówił przyjścia, zaczął mieć wątpliwości. Valjean ma teraz pewnie fałszywą tożsamość. Nie ukrywa się tak bardzo. Sprawa jego ucieczki została umorzona dzięki Javertowi, gdy nic nowego nie odkrył po dłuższym czasie. Jean Valjean nie jest już tak poszukiwanym zbiegiem. Jeśli Javertowi chodziłoby o bezpieczeństwo jego reputacji, nic by nie stało na przeszkodzie, by pójść.
Ale nie chodziło o reputację. Javert nie umiałby teraz spojrzeć na Valjeana. Porozmawiać z nim zwyczajnie. Nie po tym, co razem przeszli. Nie po tym, co Valjean dla niego zrobił . Bał się z nim spotkać, zwłaszcza że przez pięć lat chciał go od siebie odrzucić, zapomnieć. Mieć spokój ducha.
Ale nie potrafił, nie po tym, jak Valjean napisał. Nie będzie w stanie z nim porozmawiać, ale chociaż przyjść, zobaczyć Cosette w komunijnej sukience oraz Valjeana, szczęśliwego u jej boku; Valjeana, wyglądającego ponownie jak mer…
Javert schował twarz w dłonie. To prawdopodobnie będzie kolejny z największych błędów w jego życiu.
Javert nie ubrał swojego płaszcza, kapelusza ani rękawiczek. Bał się, że to pomoże Valjeanowi go rozpoznać. Miał na sobie tylko spodnie, białą koszulę i granatową kamizelkę. Włosy związał zwyczajną, niebieska wstążką.
Stał w tłumie, ale tak, by widzieć grupkę dzieci z rodzicami na placu. Bez trudu rozpoznał białą burzę włosów Valjeana, a zaraz potem kasztanową Cosette. Dziewczynka miała na sobie zwyczajna sukienkę komunijną i trzymała kwiatki. Ciemne włosy były częściowo przykryte welonem, ale Javertowi wydawało się, że ma zaplecionego warkocza. Kto jej zaplótł? Valjean? Ona sama?
Była podekscytowana, ale trochę zagubiona wśród tylu ludzi. Szła obok Valjeana, trzymając go za rękę. Mężczyzna miał na sobie ciemnozieloną kamizelkę, a pod nią śnieżnobiałą koszulę. Wyglądał… wyglądał dobrze. Jak Madeleine. Javert nie sądził, że jeszcze będzie miał okazję zobaczyć Valjeana w takim uroczystym ubraniu. Śledził go wzrokiem. Valjean, chociaż nie uśmiechał się szeroko i wodził oczami po otoczeniu, szukając zagrożenia - albo Javerta - był rozpromieniony szczęściem Cosette.
Nagle odwrócił głowę i spojrzał za siebie, w stronę katedry. Potem powiedział coś do Cosette i ruszył w tamtą stronę, zostawiając ją samą. W tym samym momencie do dzieci zaczęła podchodzić rodzina. Cosette zaczęła coś mówić do dziewczynki stojącej obok.
Nie zauważył nawet, że idzie w jej stronę.
Gdy się zorientował, był już w połowie drogi i spojrzenie Cosette padło na niego. Pobladł, ale nie zatrzymał się. Rozejrzał się nerwowo. Nigdzie nie widział Valjeana.
- Pan Xavier! - zawołała i podbiegła do niego. Javert spojrzał na nią bez słowa - Co pan tu robi? Papa pana zaprosił? Ale fajnie!
Przytuliła się do niego.
- Przechodziłem akurat - skłamał, obejmując ją.
- Niech pan spojrzy! - odsunęła się i wygrzebała coś z małej torebki. Wyciągnęła do niego rączkę i Javert wiedział, co trzyma, zanim otworzyła dłoń. Różaniec, którego nie wziął lata temu - Wciąż go mam! Pewnie pan przyszedł go odzyskać, tak jak pan powiedział!
- Nie, Cosette, zatrzymaj go - zacisnął jej w dłoń w swojej, zamykając w niej różaniec - Tobie się bardziej przyda.
Cosette posłusznie, z uśmiechem, schowała go z powrotem. Potem podniosła wzrok i jeszcze raz się przytuliła. Była teraz wyższa, Javert nie musiał klękać, by mogła go normalnie przytulić.
- Ale muszę panu coś dać w zamian! - odsunęła się i wyciągnęła do niego ręce z malutkim bukiecikiem. Javert spojrzał zdezorientowany.
- Nie mogę przyjąć od ciebie kwiatów, Cosette. To ja powinienem ci coś dać, nie ty mi.
- No i co z tego? - wydęła wargi buntowniczo - Ale chcę je panu dać! Jeśli pan nie chce za różaniec, to po prostu je panu daję.
Wiedział, że jeśli ich nie przyjmie, Cosette może jeszcze głośniej domagać się wręczenia mu ich. A prócz tego na pewno będzie się smucić. I Valjean mógł w każdej chwili wrócić. Żadna z tych rzeczy nie była dla niego korzystna. Westchnął i wziął od dziewczynki kwiaty.
- Muszę już iść, Cos-
- Javert?
Zamarł, gdy usłyszał za plecami znajomy głos. Głos, który starał się wyrzucić z głowy przez ostatnie lata. Wyprostował się, przywołując na twarz zimną minę inspektora. Obrócił się do Valjeana.
- To ty! - twarz mężczyzny rozjaśnił uśmiech - Przyjechałeś!
- Nie, Val… - urwał. Nie mogło tu paść to nazwisko - Mieszkam tu. Pracuję w Paryżu.
- … oh - Valjean zamrugał - Mogliśmy się spotkać wcześniej!
- Nie chciałem się spotkać wcześniej .
Uśmiech zszedł z twarzy mężczyzny.
- Nie przyszedłem na komunię - skłamał Javert, utrzymując maskę bez wyrazu - Przechodziłem. Całe zamieszanie zwróciło moją uwagę i przypomniałem sobie o twoim liście. Podszedłem przywitać się z Cosette, nie z tobą. Złożyłem życzenia - dotknął ramienia dziewczyny, stojącej obok ze zdezorientowanym spojrzeniem - a teraz wracam do siebie - odwrócił się od zszokowanego Valjeana. Mężczyzna nie spodziewał się tak chłodnego nastawienia.
- Javert-
Nie obejrzał się za siebie, gdy manewrował między ludźmi, by jak najszybciej się oddalić. Żałował, że przyszedł. Widok Valjeana sprawił mu ból, ale nie mógł się z nim widywać. To było niebezpieczne dla nich obu. Na Javerta ściągało niebezpieczeństwo, że ktoś zobaczy go ze zbiegłym przestępcą, a na Valjeana, że zwróci na siebie uwagę innych policjantów.
Przez następny tydzień Javert pracował ciężko. Ciężej niż zawsze. Zostawał dłużej na komisariacie albo brał więcej godzin patroli, a po powrocie do mieszkania siedział jeszcze nad raportami. Nie chciał myśleć o tym, jak potraktował Valjeana.
Praca pomagała mu uciec od prywatnych spraw.
Jednak w domu dopadały go myśli. Coraz częściej zerkał w stronę szafy, gdzie wisiała nieużywana kurtka ze schowanym w wewnętrznej kieszeni notesem. Odciął się od Valjeana najbardziej, jak potrafił, ale nie zdobył się na zniszczenie notesu.
Czasem, gdy zostawiał pracę późnym wieczorem, jego wzrok wędrował do szafy.
Tym razem rano przed pracą Javert wyjął kurtkę i notes, po czym wbił w niego wzrok. Przez spotkanie Valjeana i Cosette odnowiła się w nim cała pamięć o tamtych wydarzeniach i czuł, że musi się pozbyć tego, w czym to wszystko zostało zapisane. Musiał go spalić. Samo podarcie by nie wystarczyło. Musiał być pewny, że to zniknie raz na zawsze.
Ale w dzień było zbyt ciepło, by rozpalać kominek. Musiał poczekać na noc, zdarzało mu się, że na chwilę go rozpalał wieczorami, gdy pogoda się psuła. Na przykład dzisiaj po pracy.
Miał tego dnia dłuższy, ale spokojny patrol i wrócił na posterunek późno, koło dziewiątej. O tej porze w ten dzień tygodnia było całkowicie spokojnie. Zostało tylko dwóch policjantów prócz niego, w tym Nathan Savigny, który na jego widok poderwał się ze swojego miejsca. Javert nie okazał zaskoczenia, chociaż Nathan nie miał powodu ani cieszyć się na jego widok, ani przebywać tu tak późno.
- Javert! - zawołał, podbiegając do niego - Monsieur l'Inspecteur!
- Nie krzycz - skrzywił się.
- Pardon, monsieur… - chłopak zmieszał się, pochylając głowę na znak szacunku. Javert zmierzył go krytycznym spojrzeniem.
- Coś taki szczęśliwy?
- Monsieur Chabouillet był tak zachwycony listem, że zapomniał, że jesteś na patrolu i zawołał cię. Wydawał się tak podekscytowany…
- Wciąż jest w pracy? Jakim lis…
- Javert! - inspektor się wzdrygnął, gdy trzasnęły drzwi z biura jego przełożonego. Odwrócił głowę się do niego i zdezorientowany ukłonił się lekko.
- Monsieur?
- Dobrze że w końcu jesteś! Chodź do mnie - zaraz po tym, jak mężczyzna stanął przed Javertem, odwrócił się i ruszył z powrotem - Mam dla ciebie wspaniałą wiadomość! Wreszcie będziesz miał spokój.
- Pardon?
- Gdy cię nie było, na posterunek trafił list. Nikt nie wie, kiedy i kto go zostawił, ale koło południa oficer Savigny znalazł go przed drzwiami komisariatu. Przepraszam, powinienem poczekać, aż wrócisz, ale uznałem, że to sprawa niecierpiąca zwłoki i posłałem po niego kilku policjantów. Przyprowadzili go kilka godzin temu.
- Monsieur, ale kogo? Kogo przyprowadzili? - miał złe przeczucia.
- Jeana Valjeana!
Krew odpłynęła mu z twarzy i poczuł, że grunt usuwa mu się spod nóg. Zacisnął palce na oparciu krzesła, stojącego obok, by utrzymać równowagę. Kłykcie pobielały.
- Wiem, musisz być zszokowany - Chabouillet kiwnął głową, źle odbierając reakcję Javerta - W liście było podane jego aktualne miejsce zamieszkania. Mężczyzna, który mieszkał pod tym adresem, przyznał się do bycia Jeanem Valjeanem. Teraz możesz mieć spokój od tej sprawy.
- Nie - szepnął Javert bardziej do siebie niż do przełożonego, wbijając wzrok w podłogę - Gdzie on jest?
- Został zabrany do więzienia. Za kilka tygodni będzie sąd-
- Przepraszam, monsieur le Secretaire - Javert wyprostował się i pochylił głowę - Muszę go zobaczyć.
Szybko poszedł do cel, gdzie tymczasowo byli trzymani więźniowie. Nie chciał z nim porozmawiać. Nie chciał go widzieć i nie chciał być zauważony. Ale musiał zobaczyć, czy to na pewno on. Może ktoś inny, może…
Biała burza włosów pozbyła go jakichkolwiek nadziei. Valjean siedział na swojej pryczy z głową opuszczoną. Nie zareagował na dźwięk otwieranych drzwi, gdy Javert wsunął się do pomieszczenia. Inspektor natychmiast uciszył strażnika, który na jego widok chciał się podnieść i coś powiedzieć. Stanął nieruchomo przy drzwiach, wbijając wzrok w więźnia. Skazaniec wyglądał zupełnie inaczej niż tydzień temu. Wcześniej promieniował radością - dopóki Javert nie powiedział mu tych wszystkich okropnych rzeczy - ale teraz wyglądał jak cień tamtej osoby, papy Cosette. Osoby, która go uratowała. Był zrezygnowany i drżał lekko. Prawdopodobnie płakał.
Poddał się, zrozumiał Javert . Jean Valjean się poddał.
Valjean nie był skłonny rezygnować z zabrania Cosette. Z uratowania Javerta. A teraz Javert widział go załamanego w celi, do której jeszcze niedawno wsadził prawdziwego przestępcę.
Zacisnął zęby i wyszedł z komisariatu. Gdy poczuł świeże, chłodne jak na maj powietrze, z którego Valjean już nie będzie mógł się cieszyć, dopadło go coś na kształt rozpaczy. To samo, co poczuł, gdy pięć lat temu zobaczył go nieprzytomnego z postrzeloną ręką. Rozpacz i panikę, że to koniec.
Nie zwrócił uwagi na krople deszczu, sugerujące nadchodzącą burzę i zerwał się do biegu z określonym celem. Nie mógł być przy komisariacie. Nie mógł być tak blisko uwięzionego Valjeana. Przez lata milczał o jego obecności w Paryżu, nie aresztował go, tylko po to, by teraz ktoś wysłał liścik i wszystko zmarnował? Kto, dlaczego?
Most Wymiany nie był zbyt daleko od komisariatu i Javert bardzo szybko do niego dotarł. Bez oddechu oparł się dłońmi o balustradę i wychylił poza krawędź, patrząc na otchłań rzeki tak samo przerażony i oszołomiony, jak kiedyś. Rzeka się nie zmieniła, wciąż na niego czeka. Palce zacisnęły się mocniej na kamieniu. Valjean zostanie skazany, a Javert nie będzie w stanie mu pomóc. Dlaczego nie zrobił czegoś te pięć lat temu? Mógł pomóc mu się ukryć lepiej? Kto go zdradził? Kto wiedział oprócz Javerta?
Teraz to było nieważne. Nie jest w stanie uratować Valjeana, nic nie jest w stanie uratować skazańca, który złamał warunek. Chyba cud boski. A Javert nie wierzył w Boga.
Jak mógł dalej pełnić swoje obowiązki z wiedzą, że tak dobry człowiek, jak Valjean, został skazany za coś, co się wydarzyło trzynaście lat temu? A co jeśli prawo nie może być zmienione i nie tylko Valjean tak ucierpi? Na pewno byli tacy ludzie przed nim i będą po nim.
Jak przez mgłę poczuł, że jego noga się unosi i opiera na wgłębieniu w balustradzie. Rzeka czekała pięć lat i nie poczeka nawet minuty dłużej.
- Javert!
Ktoś szarpnął rękaw jego płaszcza. Javert natychmiast go wyrwał, mając deja vu.
- Valjean?! - w krzyku, który wydobył się z gardła Javerta, ciężko było rozpoznać zazwyczaj spokojnego inspektora.
To nie był Valjean.
Nathan Savigny cofnął się przestraszony pod morderczym spojrzeniem.
- Przepraszam, monsieur, ale wybiegłeś tak nagle, myślałem, że coś się stało i pobiegłem-
- Zostaw mnie - Javert oparł się o balustradę tyłem, zaciskając dłonie na kamieniu. Czy Nathan zrozumiał, czyje imię krzyknął? Czy wie, kogo przyprowadzili dzisiaj do więzienia? Czy rozumie?
- Ale monsieur-
- To rozkaz.
- Nie jestem tu jako pana podwładny - odparł odważnie chłopak. Javert z warknięciem odwrócił się do rzeki i oparł dłońmi o balustradę. Ciężkie krople deszczu zaczęły spadać na kamień, tworząc na nim ciemniejsze plamy.
- Nathanie Savigny - powiedział twardo - Wiesz, co było w liście, który znalazłeś?
- Informacje o Jeanie Valjeanie, zbiegłym przestępcy - odparł ostrożnie młodszy chłopak.
- Tak. Wiesz, dlaczego Monsieur le Secretaire wezwał właśnie mnie w związku z nim?
- Nie?
- Jean Valjean pięć lat temu był moim przełożonym, gdy pracowałem w poprzednim miejscu. Tam go rozpoznałem jako skazańca, który złamał warunek. Miałem go aresztować, ale… uciekł - skończył ostrzej.
- Jest pan wściekły. Dlaczego? Powinien pan się cieszyć, że w końcu go znaleziono.
- Wściekły? - powtórzył i z jego gardła wydobył się smutny śmiech - Nie jestem wściekły. Jestem zrozpaczony.
- Zrozpaczony? To bez sensu, monsieur-
- Valjean to dobry człowiek. Nie powinien skończyć na galerach! Przez pięć lat łudziłem się, że nie zostanie złapany, że będzie mógł żyć w spok-
Urwał i pobladł, gdy zrozumiał, co powiedział. Złość ustąpiła miejsca poprzedniemu stanowi, panice. Nie powinien tego mówić komukolwiek, a zwłaszcza innemu policjantowi . Nawet jeśli to był Nathan dla którego był autorytetem. Zwłaszcza jeśli to był Nathan.
- Pardon? - chłopak zamrugał zdezorientowany i otarł krople wody z twarzy nieznacznym ruchem. Nie przejmował się deszczem tak samo jak Javert.
- Nieważne. Zostaw mnie - odwrócił się starszy mężczyzna, by odejść, ale ten chwycił go za ramię.
- Monsieur, muszę pana spytać o jedną rzecz.
Javert obrócił się z podejrzliwością w oczach.
- Nic nie musisz - odparł sucho.
- Przepraszam za moją impertynencję...
- A jeśli nie przyjmę przeprosin?
- ... ale czy pan chce powiedzieć, że... że miał pan okazję go aresztować, ale wypuścił go pan?
Javert poczuł się tak, jakby Nathan go uderzył.
- Ja- nie... - wydusił - Dlaczego tak mówisz?
- Gdy się dowiedziałem, że ścigał go pan, zajrzałem do akt.
- Ciekawość to pierwszy stopień do piekła, oficerze Savigny.
- Pracował pan dla niego.
- Tak, dopiero co ci to powiedziałem.
- Aresztował go pan.
- Oficerze Savigny, ostrzegam cię, że jeśli nie zostawisz tematu-
- Zwolni mnie pan? Mówiłem, nie jestem tu jako pana podwładny.
- Ale gdy wrócimy do pracy, już będziesz.
- Ale nie będzie pan mieszał spraw prywatnych z zawodowymi.
- Nathanie... - zaczął ostrzegawczo, zdenerwowany jego odwagą, ale potem westchnął ciężko - Idę do domu.
- Odprowadzę pana - Nathan ruszył u jego boku, ignorując krople wody zbierające się na końcówkach jego włosów. Javert w końcu zaczął odczuwać dyskomfort wywołany przez deszcz. Zorientował się, że z ronda jego kapelusza spływa ciurkiem woda, spadając na przemoczony płaszcz. Javert poczuł, że warstwa materiału ciąży mu tak, jak pięć lat temu. Po skoku.
Zacisnął pięści w kieszeniach, po czym spojrzał na chłopaka. Nathan nie miał na sobie żadnej marynarki ani płaszcza, musiał nie wziąć, gdy pobiegł za Javertem. Mundur oficerski był przemoczony znacznie bardziej niż gruby płaszcz Javerta. Javert westchnął. Nathan mieszkał ponad dwadzieścia minut drogi stąd. A pod domem Javerta właśnie byli.
- Chodź na chwilę do mnie - powiedział niezadowolony - Dam ci suche ubrania i parasolkę.
Nathan spojrzał zaskoczony, po czym uśmiechnął się szeroko - wiedział, że Javert nie ma w zwyczaju zapraszać ludzi do domu.
- Ale spróbuj zadać mi chociaż jedno pytanie dotyczące Valjeana, to wyrzucę cię przez okno - ostrzegł Javert, wchodząc do mieszkania i wpuszczając Nathana. Chłopak drżał lekko, prawdopodobnie z zimna. Javert zdjął kapelusz, rękawiczki i płacz, to ostatnie przewieszając przez oparcie krzesła, po czym od razu zainteresował się szafą, by jak najszybciej pozbyć się intruza. Nathan był od niego niższy o głowę. Płaszcz sięgałby mu za kostki i brudził się. Spodnie da się jeszcze uprać, ale płaszcz… Poza tym nie było sensu dawać zimowego, grubego płaszcza, a letniego sam używał.
Wyciągnął z szafy spodnie oraz koszulę,rzucił ją zagubionemu Nathanowi, po czym przez krzesło przewiesił jeszcze kurtkę.
- Są na ciebie za duże, to oczywiste, ale to nie jest problem - zauważył sucho - Przebierz się, dostaniesz parasolkę i pójdziesz. Jest późno, jutro też masz na poranną zmianę, prawda? - zaczął go prawie ignorować, udając, że segreguje papiery na biurku. Nathan był pierwszą osobą, odkąd pamiętał, która przekroczyła próg jego domu - poza portierką. Zdarzało się, że ktoś przynosił mu jakąś teczkę z pracy, bo zachorował, ale Javert wtedy brał ją w drzwiach, nie zapraszając go do środka. Poza tym wiedział, że nikt - poza Nathanem - nie przepadał za jego towarzystwem poza sprawami zawodowymi.
Słuchał, jak Nathan szybko się przebiera, mamrocząc jakieś podziękowanie, jednak myślami był przy Valjeanie. Musi coś zrobić. Tylko czy jest w stanie?
- Monsieur-
Javert obrócił się do chłopaka i krytycznym spojrzeniem zmierzył go, niezadowolony ze swoich ubrań, na kimś innym.
- Dziękuję - Nathan niepewnie przestąpił z nogi na nogę, w jednej ręce trzymając parasolkę Javerta, w drugiej mokre ubrania.
- Zostaw je. Będę rozpalać kominek, to położę je obok - mruknął, zabierając je i rzucając z powrotem na oparcie.
- Ale-
- Wracaj do domu i odpocznij. Mamy jutro pracować nad sprawą tego włamania, pamiętasz? Potrzebuję cię przytomnego - Javert usilnie starał się zachowywać normalnie, ale wiedział po zaniepokojonym wzroku Nathana, że mu nie wychodzi. Błyskawicznie pożegnał Nathana i prawie wypchnął go z mieszkania.
Gdy usłyszał cichnące kroki na schodach, osunął się na krzesło z ciężkim westchnieniem i schował twarz w dłoniach,opierając łokcie o biurko. Nie wiedział, co zrobić. Mógł spróbować się skupić na dwóch sprawach, leżących na biurku przed nim, ale wiedział, że za najwyżej kilka minut jego myśli wrócą do komunii i więzienia. Dwóch całkowicie różnych wersji tego samego mężczyzny, którego znał, a którego przez ostatnie pięć lat starał się zapomnieć. Zaczynał się obawiać, że pomysł, by wyrzucić go z przeszłości, był kolejną najgorszą decyzją w jego życiu. Gdyby tego nie zrobił, Valjean mógłby zostać wykluczony z podejrzeń o bycie zbiegiem poprzez sam fakt znajomości z taką osobą jak Javert. A Javert nie musiałby ostatnie pięć lat co chwilę sobie o nim przypominać i wyrzucać z głowy.
Musi coś zrobić. Ale co? Valjean trafi przed sąd i nic nie będzie w stanie go uniewinnić. Jak uniewinnić kogoś, kto okradł księdza, małego chłopca, złamał warunek i przez ostatnie trzynaście lat żył w ukryciu?
Westchnął. Nie miał siły o tym teraz myśleć. Potrzebował odpocząć, żeby zaraz nie pójść na most i-
Wstał z warknięciem i szybko zajął się rozpaleniem kominka. Musiał zająć umysł czymkolwiek. Rozmyślanie to teraz najgorsze, co może robić. Zwłaszcza, gdy jego myśli schodziły na most.
Javert obudził się w ciemności z przerażająca myślą, że czegoś nie zrobił przed snem. Wpatrując się w ciemność odnotował, co robił wieczorem. Rozpalił kominek. Powiesił wszystkie ciuchy przy ogniu, żeby się wysuszyły. Upewnił się, że na pewno nie ma nic pilnego do pracy. Spalił-
Nie spalił notesu.
Zerwał się prawie z paniką i przypadł do szafy.
Wieszak, na którym wisiała kurtka, był pusty. Przez dobre kilka sekund Javert zastanawiał się, o co chodzi. Ktoś się włamał? Ktoś go zabrał? Javert wrzucił kurtkę do prania?
Dał ją Nathanowi.
Krew odpłynęła mu z twarzy. Bezmyślnie, bo się śpieszył z wygonieniem go. Jeśli Nathan zauważy notes i odważy się go przeczytać…
Javert osunął się na kolana, opierając czoło o drzwi szafy. Niemożliwe. To się nie mogło stać. Nathan, osoba, która go podziwia, zna inspektora Javerta, sprawiedliwego i chłodnego. Przeczytanie tego, co jest w notesie, zniszczy jego podejście do Javerta. I to był najmniejszy z możliwych problemów. Poradzenie sobie z brakiem respektu młodszego oficera był Javertowi znany. Ale Nathan mógł zrobić o wiele gorsze rzeczy.
Mógł zanieść ten notes do prefekta.
Nawet jeśli to się działo pięć lat temu, takie przestępstwo, jeszcze udokumentowane przez samego Javerta, zakończyłoby nie tylko jego karierę, ale także wolność.
Musiał pojechać do Nathana jak najszybciej. Może Nathan go nie znalazł. Może nie poszedł od razu wieczorem, do prefekta. Może chciał poczekać do rana...
