Work Text:
Może to przez coś, co znalazł w oczach Petera, a może po prostu jego mydlana bańka szczęścia w tym momencie pękła, ale Stiles zmienił zdanie.
— Posłuchaj… — powiedział, zabierając swój nadgarstek spod jego ust. — Może masz rację. Może powinniśmy jeszcze przemyśleć ten cały ślub.
— Nie przypominam sobie, żebym coś takiego powiedział — odparł Peter, wyciągając do niego dłoń, ale omega przytulił swoją rękę do siebie.
— To oczywiste, że masz wątpliwości — zapewnił uspokajająco. — Obaj mamy. Po prostu… spotykajmy się jak wcześniej i zobaczmy, dokąd nas to w przyszłości doprowadzi? To nie ucieknie — powiedział, pokazując mu nadgarstek. — Mamy czas, Peter.
— Nie chcę tego robić. Owszem, miałem pewne… problemy z zaangażowaniem. Ale to wszystko już za mną, za nami, wiesz dobrze. Niewystarczająco ci to okazałem? Wiem, wiem… Zawahałem się, nie ugryzłem, ale przecież…
— No właśnie! Ale to nic złego, wierz mi…
— Patrzyłem w twoje oczy. Może to nie w porządku, ale szukałem w nich pewności. Chciałem żebyś znów był wystarczająco pewny dla nas obu.
— Masz rację — przyznał Stiles. — To nie w porządku.
— Czy naprawdę oddajesz to, ot tak?
— Tylko na razie.
— Stiles… Ja mam czterdzieści cztery lata, ty masz czas, ja nie mam. Nie chcę po prostu się spotykać i zobaczyć, do czego nas to doprowadzi. Nie jestem na tym etapie w swoim życiu.
— Czy ty właśnie mówisz to, co myślę, że mówisz…?
— Wydaje mi się, że obaj to mówimy.
—————
Okres po rozstaniu ze Stilesem był jednym z najtrudniejszych w jego życiu. Każdego dnia budził się we wciąż pachnącym nim łóżku. Schodził do kuchni i zawsze myślał, że zobaczy tam podśpiewującego chłopaka. W różnych częściach domu znajdował jego rzeczy i chował do pudełka. Nie wiedział, kiedy pozbiera się na tyle, by mu je oddać.
Dwa tygodnie po pamiętnej kolacji usłyszał pukanie do drzwi. Stał za nimi zapłakany Stiles i gdyby do tego padało, wyglądałby jak wyjęty z komedii romantycznej. Chociaż panujący wokół upał nie umniejszał obrazowi kupki nieszczęścia, jaki sobą przedstawiał.
— Przepraszam… — wykrztusił, rzucając mu się w ramiona. — Przepraszam, przepraszam… Ale nie potrafię! Nie potrafię, nie mogę przestać… przepraszam…
— Stiles… — sapnął, łapiąc go. — Czego nie potrafisz, skarbie?
— Nie mogę przestać cię kochać — wychlipał, ukrywać mokrą twarz w zgięciu szyi wilkołaka. Serce Petera stanęło.
— Ja też cię kocham, Stiles — przyznał, przytulając go mocno i wciągając w płuca jego zapach. Tak bardzo mu tego brakowało. — Kocham cię. Ale nie mogę wrócić do tego, co było. Nie kłamałem, naprawdę chcę czegoś więcej.
— Wiem, Peter… ale… Ja mam dwadzieścia dwa lata — powiedział łamiącym się głosem Stiles.
— Wiem — odpowiedział gorzko, odsuwając go od siebie.
— To nie tak, że nie chcę spędzić z tobą reszty swojego życia! — zaprzeczył szybko Stiles, łapiąc go za przedramię. Peter nie słyszał w jego głosie kłamstwa. — Bardzo, bardzo chcę.
Wilkołak westchnął, wpuszczając go do domu i zamykając za nimi drzwi. Jego sąsiedzi otrzymali już wystarczająco dużo rozrywki. Bez słowa przeszedł do salonu i wskazał Stilesowi jeden z foteli, samemu siadając na drugim. Chociaż sam nie wiedział, czy dzięki oddzielającemu ich stolikowi czuł się lepiej czy gorzej.
— Skoro mnie kochasz i nie chcesz beze mnie żyć, to dlaczego odmówiłeś?
— Mam dwadzieścia dwa lata — powtórzył Stiles, a Peter warknął z irytacji. Doskonale zdawał sobie sprawę, jak wiele lat ich dzieliło. Już chciał coś powiedzieć, kiedy chłopak mu przerwał — …pomyślałem sobie wtedy, gdy przypomniałeś swój wiek, że to nie będzie reszta mojego życia. Tylko reszta twojego życia. A ja już cię kocham i jeśli się pobierzemy to każdego dnia będę kochał cię jeszcze bardziej i kiedy umrzesz... będę sam. Bez ciebie. Wiem, to głupie. Przecież coś może mnie zabić w każdej chwili, ale…
Słowotok Stiles na chwilę ucichł, a wszystkie jego słowa bębniły w uszach Petera, który próbował poukładać je sobie w głowie.
— Peter… — szepnął Stiles, a potem przełknął ślinę i kontynuował przerwany monolog. — Kiedy partner wilkołaka umiera, umiera też wilkołak. Człowiek nie ma tego szczęścia. Ty nie będziesz nigdy musiał żyć beze mnie. A ja możliwe, że tak. I to mnie przeraża. Przepraszam.
Nie spuszczając wzroku ze skulonego na fotelu Stilesa, Peter wstał i podszedł do niego, a potem przed nim kucnął.
— Kochanie… — szepnął, kładąc swoją dłoń na jego. — Dlaczego mi nie powiedziałeś?
— Bałem się — powiedział Stiles, nie otwierając oczu. Nawet spod zamkniętych powiek kapały mu łzy. — Bałem się… — powtórzył.
— Dlaczego wróciłeś?
— Powiedziałem już — westchnął. — Nie mogę przestać cię kochać. — Odrzucił głowę do tyłu i wziął głęboki oddech. — Myślałem, że mi się uda, ale już jest za późno. Za bardzo cię kocham. Nie chcę żyć z kimś innym, tylko z tobą! Peter… wybaczysz mi? To, że… że uciekłem?
— Wybaczę, oczywiście, że wybaczę — odpowiedział wilkołak, ściskając jego dłoń. — Wiesz, że nie potrafię ci odmawiać. I rozumiem, dlaczego się boisz… Nie mogę obiecać ci, że nie umrę przed tobą, ale jestem wilkołakiem. Żyjemy dłużej od ludzi, nie chorujemy i ciężej nas zabić. I jeśli zwiążesz się z człowiekiem, to ten przecież też może umrzeć przed tobą.
— Wiem — westchnął Stiles. — I nie chcę nikogo innego!
— Więc czego chcesz? — spytał Peter, a Stiles w końcu na niego spojrzał.
— Ciebie — odpowiedział cicho, a Peter usłyszał najszczerszą prawdę. Aż nie mógł powstrzymać rosnącej w jego sercu nadziei. — Po prostu ciebie.
— Czyli…
— Nie chcę ślubu — dodał szybko Stiles, a serce Petera znów zamarło. Zanim jednak się odezwał, ten kontynuował: — Nie chcę. Nie chcę ugryzienia na ręce, przyjęcia, nie chcę wielkiego wesela i rocznego planowania. Nie chcę nie znać połowy gości i nie chcę tego wszystkiego. Jeśli będziemy mieli to zrobić, to pewnie znowu ucieknę. Nie dlatego, że nie chcę ciebie, tylko… czy możemy to wszystko pominąć? Po prostu się związać?
— Ja po prostu chcę mieć cię na zawsze, Stiles. Nie potrzebuję niczego innego — powiedział Peter, a po chwili leżał na podłodze, przyciśnięty do niej ciepłym ciałem Stilesa.
— Więc po prostu to zróbmy.
— Teraz?
— Tak, teraz.
Rankiem Stiles stanął przed lustrem i przejechał palcami po gojącym się ugryzieniu na swojej szyi. Należał teraz do Petera, a Peter należał do niego i nie było już odwrotu.
— Żałujesz? — spytał Peter, stając za nim i obejmując w pasie.
— Nigdy — odpowiedział, odchylając głowę, dając tym samym ustom Petera lepszy dostęp do jego szyi i łączącego ich na zawsze śladu zębów.
