Work Text:
Im dłużej jego młodszy brat organizował swoje wesele, tym bardziej Dean upewniał się, że nie chce takowego mieć.
— Czy to naprawdę jest konieczne? — jęknął, czując się jak idiota nie wiedząc co zrobić z rękami.
— Musisz nauczyć się tańczyć — stwierdził Sam.
— Umiem tańczyć! — zawołał.
— Taniec towarzyski? — spytał brat z widocznie słyszalnym zwątpieniem w głosie. Wiedział, że Dean ma różne talenty, ale…
— Jestem bardzo towarzyski podczas tańca, wystarczy? — usiłował wymigać się od lekcji.
— Walc? Cha-cha? Fokstrot? — Drążył Sam, wiedząc, jaką odpowiedź otrzyma.
— Sam, weź przestań. To ty będziesz tańczyć pierwszy taniec, a nie ja. Nie może ćwiczyć z tobą Balthazar? To w końcu z nim się hajtasz — usiłował wymigać się jego brat.
— Nie, nie może. Poza tym on teraz zajmuje się muzyką i dekoracjami razem z Castielem — wyjaśnił Sam.
— Nie mógłby… — zaczął znowu Winchester.
— Daj spokój, Dean! Jesteś moim bratem i drużbą. Proszę? — dodał, wydymając wargi i robiąc psie oczka.
— Ugh, w porządku — jęknął Dean, bo poważnie, sile psiego spojrzenia Sama nie dało się oprzeć.
— Świetnie! Zaczniemy od…
***
— Lista gości? A na co ci lista gości? Jak sądzisz, jak wiele nas będzie? — spytał Dean, patrząc podejrzliwie na pudełko pełne papeterii. — Na pewno nie aż tyle na taką dużą kartkę — wskazał brodą na papier trzymany przez Sama.
— Powinniśmy zaprosić tych, którzy nam pomogli i nie chcieli nas zabić — odparł Sam.
— Wiesz jak bardzo to zawęża listę zaproszonych ludzi, prawda?
Sam westchnął, wpychając Deanowi ołówek i kartkę.
— Nie będę robił tego sam, zwłaszcza, że to był twój pomysł, żeby to Balthazar załatwiał nam garnitury — powiedział oskarżającym tonem.
— Nie wiedziałem jaka jest alternatywa! — krzyknął Dean. — Poza tym, niechętnie to przyznaję, ale ma koleś ma gust.
— Jestem pewien, że się wzruszy, gdy o tym usłyszy — powiedział młodszy Winchester, wypisując swoje propozycje.
— A tylko spróbuj mu powiedzieć. Będziesz wtedy szukał nowego drużby. — Dean spojrzał na niego groźnie, po czym zaczął wypisywać na liście nazwiska ich małej rodziny, zastanawiając się jak wiele osób będzie od strony przyszłego szwagra.
***
— Powiedz, że tym razem będzie to coś przyjemnego — mruknął Dean.
— Myślę, że ci się spodoba — stwierdził Sam. — Teraz w lewo — pokierował go, a Winchester posłusznie skręcił, tylko po to, by chwilę później zaparkować.
— Ten uśmiech jest przerażający, wiesz? — Dean spojrzał na niego z niepokojem. — Za dużo czasu spędzasz z szwagrem.
— Którym?
— Jak to którym? Oczywiście, że Lucyferem — odpowiedział Dean.
— Jeszcze nim nie jest, poza tym kiedyś będzie też twoim — uświadomił mu młodszy brat.
— Chyba w twoich snach Samantha — mruknął Winchester.
Sam jednak go zignorował stając przed schodkami prowadzącymi do sklepu.
To nie był zwykły sklep.
Cukiernia.
Dean spojrzał na Sama, na sklep, a potem znowu na brata.
— Czy my jesteśmy tu w tym celu, w którym ja myślę, że jesteśmy?
— Dlaczego nie wejdziesz i się przekonasz? — spytał Sam z uśmiechem.
— Koleś, jeżeli się mylę, to będę bardzo zły, zdajesz sobie z tego sprawę, prawda?
Kiedy weszli podeszła do nich niska kobieta, wyglądająca całkowicie niegroźnie.
— Dzień dobry, jestem Sam Winchester, a to mój brat, Dean… — zaczął młodszy z braci, ale kobieta mu przerwała:
— Próbowanie tortów weselnych, tak? — spytała z uśmiechem.
— Wiedziałem, że jesteś moim ulubionym bratem — powiedział Dean, klepiąc Sama po plecach i ruszając za kobietą, która już i prowadziła do oddzielnego pomieszczenia.
Sam chciał powiedzieć, że był jego jedynym bratem, ale przypomniał sobie o Adamie i poczuł coś gorzkiego w ustach. Otrząsnął się i poszedł za starszym Winchesterem.
***
Wszystko, ale to wszystko było gotowe. Sala udekorowana, zamówiony catering, dobrane garnitury, zamówiony fotograf, goście siedzący na swoich miejscach, sam Bóg czekający na udzielenie im ślubu. Jedyny problem polegał na tym…
— Gdzie oni do cholery są? — warknął Dean, powoli wpadając w panikę. — Goście się niecierpliwią i jeżeli zaraz nasi bracia nie będą na swoich miejscach…
— Dean, uspokój się — powiedział Castiel, powstrzymując go od ciągłego chodzenia po pokoju.
— Jak mam się uspokoić? Powinniśmy być tam za dziesięć minut, a ich wciąż nie ma! — krzyknął Dean, w tym samym czasie, w którym dostał wiadomość.
Idź z Casem do sali. Wejdź bocznym wejściem, powiedz mu, żeby spotkał się z bratem przed głównym wejściem.
— Chyba się znaleźli — powiedział Castiel, czytając mu przez ramię.
— Więc na co jeszcze czekamy? Chodźmy — zawołał Dean i niemal pociągnął Casa w stronę sali.
***
Castiel stanął koło Balthazara, pozwalając by drzwi przed nimi się otworzyły.
— Myślałem, że to Sam będzie tym kroczącym do ołtarza — powiedział, łapiąc brata pod ramię.
— Może innego dnia, braciszku — szepnął mu Balthy.
— Co? — nie rozumiał Cas.
— Dzisiejszy dzień, jest całkowicie twój — powiedział, po czym przekazał jego rękę równie zaskoczonemu Deanowi. — Opiekuj się nim dobrze, Dean-o.
— Sam? Co się dzieje? — spytał Dean, patrząc raz po raz na brata.
— Jak to co? — spytał Lucyfer. — Tata was połączy, a potem ogłosi nas szwagrem i szwagrem, nie?
— Ale przecież Sam i Balthazar… — zaczął.
— Gra aktorska, stary i ustawka jak się patrzy, słońce — rzucił Gabriel.
— Wiedziałeś o tym? — spytał Dean Castiela.
— Nie miałem pojęcia, ale… — urwał Cas.
— Ale? — spytał słabo Dean.
— Ale dlaczego nie? — powiedział Castiel. — Wszystko jest gotowe, Dean. Jest tu cała nasza rodzina. Kocham cię. Czego chcieć więcej?
— Ja… tak —
— Tak? — spytał Cas.
— Tak — odpowiedział Dean.
— Nie to żeby coś, ale ta część powinna nastąpić później, panowie — powiedział Balthazar.
— Zamknij się — rzucili jednocześnie jeszcze-nie-małżonkowie.
Anioł prychnął.
— Tato, możemy? — spytał Michael.
Bóg uśmiechnął się.
— Tak, myślę, że już czas ogłosić was szwagrem i szwagrem — stwierdził rozbawiony.
— Ekhm — odchrząknął Dean.
— To znaczy was mężem i mężem, oczywiście — poprawił się, nawet nie usiłując udawać zakłopotanego.
***
— A więc, Sammy? — zaczął Dean, gdy wesele powoli dobiegało końca. — Kiedy wychodzisz za mąż?
Sam spojrzał na niego znad kieliszka.
— Mam jeszcze czas — stwierdził, patrząc z uśmiechem na swojego chłopaka, który uciekał przed Castielem, któremu najwyraźniej coś zabrał.
— Ja też tak myślałem — powiedział starszy z braci.
— Jesteś zupełnie innym przypadkiem — zbył go młodszy. — Ty się bałeś szatana. Umówmy się, że po wszystkich przejściach z Lucyferem mam do tego trochę większy dystans niż ty. Poza tym, jesteśmy już z Lucyferem rodziną z twojego powodu.
— Cóż za dyplomatyczne podejście — powiedział Dean, zastanawiając się, jak bardzo będzie musiał go upić, żeby przestał mieć w dupie kij od szczotki.
— Nic innego mi nie pozostaje. Ktoś tu musi być dorosły — mruknął rozbawiony Sam.
— No dobra, Samantha. Dorosły, nie-dorosły, zasuwaj na parkiet, bo naślę na ciebie Chucka. A wiesz, jak on optymistycznie podchodzi do posiadania większej rodziny. Może jakieś małe aniołki biegające po bunkrze? — spytał, patrząc jak jego brat się czerwieni.
— Jeżeli od kogoś będzie tego oczekiwał, to od ciebie — stwierdził, ale odstawił posłusznie kieliszek i ruszył wyciągnąć Balthazara do tańca.
Dean westchnął i sięgnął po zostawione naczynie. Napił się i zaskoczony zmarszczył brwi. Kto do cholery pije sok na weselu?
