Work Text:
Deanowi nie spieszyło się do ślubu, dlatego — mimo pytania zadanego Castielowi — wciąż go odkładał. Co innego jego brat. Zaręczyny Sama i Balthazara były nagłe i niespodziewane. Choć Dean nie dziwił się aniołowi, że chciał jego brata na wyłączność po tym, jak próbował obiecać go Gabrielowi.
— Powinien być skromny — próbował przekonać Balthazara Sam.
— Mowy nie ma — zaprotestował anioł. — To jedyny ślub, jaki weźmiemy. Ma być hucznie, alkohol powinien lać się strumieniami, a goście tańczyć do białego rana, albo i dłużej.
I Dean się całkowicie zgadzał z podejściem swojego przyszłego szwagra do zabawy.
— Żeby taki był, musielibyśmy zaprosić wszystkie anioły, demony i łowców, a przypomnę ci, że większość chce, lub chciała, nas pozabijać — powiedział Sam, uparcie trwając przy swoim.
— Psuj-zabawa — jęknął Balthazar. — Nie dość, że wymyśliłeś sobie całe to czekanie do ślubu, by znów uprawiać seks, to jeszcze nie będę się mógł porządnie napić w dniu swojego wesela.
Dean zakrztusił się kanapką.
— Że co wymyśliłeś? — wykrztusił.
— Będziesz mógł — obiecał mu młodszy Winchester, ignorując swojego brata. — Po prostu nie będzie tam nikogo, kto chciał skrzywdzić moją rodzinę.
— Jak tak stawiasz sprawę… — zastanowił się Balthazar, — to w sumie może być. Ale masz załatwić alkohol. Dużo alkoholu — podkreślił.
Dean, jako drużba, całkowicie popierał ten warunek.
