Chapter Text
– Pojedziesz do Winterfell – zakomunikował lord Greyjoy.
– Dlaczego do Winterfell? – spytał Theon.
Starał się nie okazywać strachu, ale nie podobała mu się ta wizja. Nie miał ochoty gdziekolwiek płynąć z ludźmi, którzy najechali i zdobyli Żelazne Wyspy, ale skoro już musiał zostać czyimś zakładnikiem, wolałby wyruszyć z samym królem. Robert Baratheon był rosłym, silnym, porywczym mężczyzną, w jakiś sposób przypominał Theonowi żelaznych ludzi. Lord Stark był inny. Jego pociągła twarz kojarzyła się chłopcu z wilczym pyskiem, a szare oczy wyglądały trochę jak okruchy lodu. No i ten miecz z valyriańskiej stali, większy od Theona. Gdyby nie materiał, stosowny wyłącznie dla szlachetnie uroczonych, broń mogłaby uchodzić za katowską. Była straszna.
– Powinieneś popłynąć do stolicy, ale Królewska Przystań jest miastem portowym. Południowcy obawiają się, że mógłbyś spróbować ucieczki na statek, zwłaszcza że Euron wypłynął w morze – wyjaśnił lord Greyjoy. – Nie wiem, gdzie jest „Cisza”, ale oni mi nie wierzą i nie ufają, dlatego zabiorą cię do Winterfell. Z dala od morza.
Theon nie odpowiedział. Wyobraził sobie siebie na statku stryja Eurona i zrobiło mu się zimno. Stryj Aeron opowiedział mu kiedyś po pijanemu okropną historię o Wronim Oku. Chłopiec nie chciał w nią wierzyć, ale potem sam zyskał powody, by bać się Eurona. Nagle Winterfell wydało mu się mniej straszne.
– Tylko się nie mazgaj! – ojciec najwyraźniej źle odebrał jego milczenie, bo wpadł w gniew. – Nie przynieś mi wstydu, słyszysz? Zapamiętaj sobie raz na zawsze, mój syn nie może być słaby!
– Nie będę słaby – szybko obiecał Theon. – Nie będę.
