Work Text:
Podczas segregowania ubrań w wielkiej szafie zauważyłem wielki karton z Kapitanem Ameryką, podpisany starannym, prostym pismem Izuku czarnym markerem. Rzuciłem na łóżko gruby, wełniany sweter, który miałem w ręce. Wyciągnąłem ostrożnie karton z podpisem „Wspomnienia". Wspólnie kolekcjonowaliśmy zdjęcia, które robiła nam Uraraka aparatem, a także skasowane bilety z seansów z napisami, czy też miniaturowe portrety autorstwa Izuku na serwetkach z odwiedzanych przez nas miejsc, kiedy miał w dłoni długopis.
Odkładając na bok obowiązek otworzyłem mimowolnie „Wspomnienia" i pierwszą rzeczą, jaką trzymałem w dłoni było wspólne zdjęcie z naszymi przyjaciółmi w oceanarium w Okinawie, które zostało zrobione bodajże sześć lub siedem lata temu. Po lewej stronie jak zwykle grymasił Bakugou, otoczony ramieniem Kirishimy, który, w porównaniu do swojego chłopaka, był uśmiechnięty od ucha do ucha. Obok nich w czarnych okularach przeciwsłonecznych kucali przyjaciele Bakugou i Kirishimy z trzeciego roku studiów (jeśli dobrze pamiętam byli to Kaminari, Ashido i Sero), robiąc zabawne miny, naśladując blondyna, zaś za nimi staliśmy my – Iida, Asui, Izuku i ja.
Jakby machinalnie przeniosłem się w czasie i znalazłem się we wspomnianym oceanarium. Iida, wraz z Eijirou próbują ostudzić gniew Bakugou, który miotał się w objęciach czerwonowłosego, by nie rozerwać ich na strzępy. Ci chowali się za Uraraką i Asui, cicho się śmiejąc. Turyści będący w tym samym pomieszczeniu co my posyłali nam spojrzenia pełne dezaprobaty i, widząc reakcję Katsukiego, szybko przenieśli się do innego miejsca z dala od naszej grupy.
Cóż, nie byłem w ogóle zdziwiony. Gdybym był młodszy też uciekałbym przed nim, gdzie pieprz rośnie.
Uwagę Izuku pochłonęły pływające niespiesznie ryby. Patrzył na nie z wielkim zafascynowaniem i wręcz zasypywał mnie najróżniejszymi ciekawostkami, wskazując palcem na rybę, o której opowiadał. W tamtej chwili czułem w środku ciepło, kiedy migał do mnie, co jakiś czas uderzając mnie lekko. Za każdym razem przepraszał mnie za zbyt energiczną gestykulację, a także za przynudzanie, ale... było widać na pierwszy rzut oka, że był bardzo szczęśliwy. Nie uważałem, że jego było nudne, bo opowiadał naprawdę ciekawie. W tamtym momencie cieszyłem się niesamowicie, że mógł podzielić się ze mną swoim zainteresowaniem.
Wziąłem kolejne zdjęcie, tym razem z Tanabaty w Sendai, na którym byli wszyscy nasi znajomi w odświętnych yukatach, stojący przed drzewkiem bambusowym z zawieszonymi na gałęziach życzeniami. Tym razem zdjęcie zrobiłem ja. Byli oświetleni przez światło lampionów stoiska z prawej strony oraz iskrami zimnego ognia, co kontrastowało się z atramentowym niebem. Nawet Bakugou na kadrze nie miał zwyczajowego grymasu odstraszającego wszystkich. Kirishima musiał go czymś przekupić, bo się nawet lekko uśmiechnął. Całą swoją uwagę koncentrował na Eijirou, który trzymał lewą ręką drut pokryty szarą masą nad Ashido, by ją przypadkiem nie oparzyć. Ta objęła ramieniem Sero, uśmiechając się szeroko. Kaminari unosił (oczywiście w jego mniemaniu) figlarnie kąciki ust, posyłając w obiektyw aparatu perskie oko. Widząc minę Kaminariego Jirou (która chodziła ze mną do jednej klasy w liceum dla niesłyszących) płakała ze śmiechu, podpierając się o Yaoyorozu, swoją dziewczynę. Tokoyami, Asui, Uraraka i Iida stali z prawej strony, zajadając się takoyaki z błogimi minami. Izuku jak zwykle uśmiechał się szeroko, trzymając w ręce pluszowego misia zdobytego na strzelnicy.
Pamiętam ten dzień, jakby to się wydarzyło wczoraj. Nadmorska bryza otulała nas swym łagodnym tchnieniem, wraz z zapachem soli. Przyjezdni przechadzali się po stoiskach z jedzeniem, próbując regionalnych potraw. Dzieciaki z okrzykami wojennymi przebiegały po uliczkach z zabawkami w ręce, wcielając się w superbohaterów z kreskówek.
Nasza paczka rozdzieliła się na dwie grupy – jedna dorwała się do straganów z przysmakami, zaś druga szukała miejsc dostępnych na podziwianie fajerwerków. Była to dla mnie pewna nowość – feeria zapachów oraz kolorów wprawiała mnie w zachwyt, otumaniając moje pozostałe zmysły. Izuku wtajemniczał mnie w część jego świata. Wskoczyłem na głęboką wodę, wpatrując się z urzeczeniem na wszystko, co mnie otaczało.
Kiedy kupowałem taiyaki z nadzieniem azuki i czekoladą poczułem lekkie pociągnięcie za rękaw mojego kimona. Izuku wskazywał na stoisko ze strzelnicami oraz ustawionymi w równym rządku masę pluszaków.
— Chodź, Shouto! – zamigał mi. - Spróbujemy wygrać pluszaka, co ty na to?
Kiwnąłem głową, kierując swe kroki ku straganie. Izuku zapłacił za trzy szanse, po czym zwięźle wytłumaczył mi jak trzymać strzelbę poprawnie i celnie trafić w środek. Poczęstowałem go potrawą z ciasta z azuki, wiedząc o jego uwielbieniu nadzienia z osładzanej czerwonej fasolki. Ten z niemałym zaskoczeniem ugryzł chrupiący przysmak, unosząc lekko kąciki ust w podzięce. Zjadłem ostatnie taiyaki z czekoladowym nadzieniem, postanawiając sobie częściej kupować ciasto. Wziąłem do ręki strzelbę. Ze spokojem ustawiałem się, czując co jakiś czas delikatny dotyk dłoni Izuku. Moje mięśnie były napięte – jedynie, na czym skoncentrowałem swoją uwagę to na jedynym punktem do zwycięstwa. Nacisnąłem na spust, jednakże nie udało mi się trafić.
Zmarszczyłem brwi, zastanawiając się nad przyczyną spudłowania. Ewidentnie nie lubiłem uczucia, kiedy doświadczało się przegranej.
— Nic nie szkodzi, Shouto – pocieszył mnie zielonooki. - Mamy dwie szanse. Uda nam się!
Wziąłem głęboki wdech, ładując kolejny nabój do broni. Tym razem ostrożniej usytuowałem się, przesuwając odrobinę strzelbę w lewo. Tarcza została zmieniona i widziałem przed sobą zaznaczony na czerwono środkowy punkt. Czułem, jak jego ciało niemalże napiera na mnie swym ciężarem, powodując w moim organizmie niecodzienne mrowienie pod wpływem dotyku jego dłoni. Szczerze powiedziawszy bardzo mnie dekoncentrowało i usilnie starałem się skupić na celu.
Zwłaszcza, że zacząłem parę miesięcy przed Tanabatą czuć do niego coś więcej niż przyjaźń.
Zacisnąłem mocno usta i strzeliłem, tym razem nie pudłując.
Uśmiechnąłem się lekko, następnie oddałem strzelbę mężczyźnie w podeszłym wieku. Spytałem się Izuku, którą maskotkę ma wybrać. Wskazał palcem na wielkiego, brązowego niedźwiedzia. Kiedy się uśmiechnął promiennie, w środku przeżywałem istne pandemonium uczuć. Zapachy i rozmaitość barw zostały zepchnięte na bok – moje zmysły skupiały uwagę na Jego szczęściu. Chłonąłem wzrokiem każdą jego zmarszczkę uśmiechu, wesołych iskierkach w szmaragdowych tęczówkach. Objawy stanu nietrzeźwości były niczym w porównaniu do radości Izuku. Rozsiewał ją wszędzie, rozjaśniając ukryty w środku mrok.
Dałem mu się ślepo prowadzić, trzymając go za rękę. Nie zwracałem zbytnio uwagi na to, co mi migał i na otoczenie – tliło w naszych złączonych dłoniach przyjemne ciepło. Nie wiedziałem kiedy znaleźliśmy się nad rzeką zresztą grupy. Przywitała nas, po czym zaczęła bombardować o remisie Katsukiego, Kirishimy i Denkiego w łowieniu małych ryb, czy też zbankrutowaniu Mina, która kupiła mnóstwo papieru we wszystkich kolorach do składania żurawi. Oczywiście Izuku automatycznie tłumaczył na migowy, dzięki temu mogłem ich zrozumieć i razem z nimi śmiać się.
Czułem się jak w prawdziwym domu.
Uraraka i Asui zaproponowały, byśmy zrobili z nich tysiąc żurawi. Yaoyorozu, Kaminari, Kirishima, jak również Hanta zgodzili się bez wahania, po czym namawiali resztę przyjaciół. Tokoyami i Tenya z pewnym zawstydzeniem przyznali, że są kiepscy w origami.
— Kiedy zrobi się tysiąc żurawi spełnia się wtedy jedno życzenie – wyjaśniła mi Jirou, zauważając moje zdezorientowanie. - W tym wypadku życzenie spełni się dla każdego z nas, tak myślę.
Kiwnąłem jej głową w podzięce. Ochako oraz Tsuyu cierpliwie uczyły swoich chłopaków krok po kroku techniki.
Wziąłem papier o barwach zachodu słońca. Kiedy składałem starannie elementy znajdowałem się w swoim świecie, absolutnie kierując swoją uwagę na czynności. Nie poczułem nawet lekkiego szturchnięcia ze strony Izuku. Dopiero gdy dotknął delikatnie moją dłoń wzdrygnąłem się lekko, odwracając ku niemu twarz. Wskazał palcem na niebo, ukazując przepiękny widok kolorowych sztucznych ogni w najróżniejszych kształtach. Wystrzeliwały jedne po drugich, jakby końca nie widać.
Przeniosłem wzrok na Izuku, który z zachwytem obserwował podniebny spektakl. Blask fajerwerków odbijał się w jego oczach, przez co mogłem dostrzec ulotną supernowę. Jego usta były rozchylone, co jakiś czas przejeżdżane językiem po ich spękanej fakturze.
W środku czułem dziwny ucisk, niejako czekając na to, co miało nadejść. Powoli przysuwałem dłoń do jego dłoni, lecz gdy w końcu dotknąłem jego dłoń naznaczoną bliznami poczułem mocne kopnięcie prądu. Zielonooki oderwał swój wzrok od sztucznych ogni w jednej chwili likwidując między nami dystans.
W tamtym momencie miałem wrażenie, że nasze serca były jak fajerwerki i symfonie eksplodujące na niebie.
Dotknąłem opuszkami palców swoje wargi, na nowo doświadczając nasz pierwszy pocałunek - powolny, niezdarny, jednakże bardzo delikatny. Miękkość jego ust do dzisiaj powoduje, iż nie jestem w stanie normalnie funkcjonować, chociaż minęło od tamtej chwili przeszło cztery lata. Niemalże poczułem woń jego ulubionego zapachu, otumaniająca po dziś dzień moje zmysły oraz słodki posmak chichi-dango oraz taiyaki.
Wtedy wydawało mi się surrealistyczne, przez co pragnąłem zatrzymać czas właśnie tutaj i wychwycić wszystkie szczegóły na tyle, ile mogłem. Nie chciałem już nigdy zamykać oczu, tylko chłonąć jak gąbka chwile spędzone z Izuku i przeżywać je na nowo.
Pamięć to dziwna rzecz. Kiedy trzymamy w dłoni przedmiot, którego na przykład dostaliśmy w prezencie lub często go używaliśmy pamięć podsuwa nam obrazy przeszłości. Widzimy swoimi oczami moment, w którym ta rzecz się pojawiła. Jednak gdy odkładamy ją na miejsce przez chwilę żyjemy tymi wspomnieniami, doświadczając je na nowo. Później wracamy do monotonii i znów zapominamy, dając się pochłaniać życiu w nieustannym biegu, walce z brutalną rzeczywistością.
Walczymy ze światem do ostatniego tchu, by nie zabrała nam tego, co razem stworzyliśmy. Przypomina mi stanie wspólnie na krawędzi, przeciwko wszystkim naszym lękom. Walczymy z trudami codzienności, które przybywają jak monsun z różnoraką siłą.
Czasami ogarnia mnie pewny stan, w którym odczuwam przede wszystkim niepewność oraz niepokój o Izuku. W takich chwilach rozmawiamy o nurtujących nas problemach, niekiedy nie obywając się bez łez, gwałtownych gestów i cichych dni. Bywaliśmy dumni, nie odpuszczaliśmy swoich racji, zwłaszcza na temat mojej dysfunkcji oraz problemów zdrowotnych jego matki i ojczyma. Migałem mu w tamtych momentach „Bez ciebie czuję się rozbity, Izuku. Nie chcę być zaledwie połową z całości. Zależy mi na tobie i czy się tobie to podoba czy nie razem w tym tkwimy. Jesteś idealną melodią, jedyną harmonią, którą pragnę usłyszeć, Izuku. Bo wiem, że będzie wszystko w porządku, tylko ochłońmy z emocji, dobrze?"
Dlatego pragnę Tobie bardzo mocno podziękować, Izuku. Dzięki Tobie wreszcie czuję, że żyję. Wszystkie brakujące części mojego serca wreszcie się złączyły, które bije dla Ciebie. Mogę patrzeć w przyszłość bez strachu, bo jesteś przy moim boku i trzymasz mocno moją dłoń. Nie mam się czego obawiać.
Jestem Tobie naprawdę wdzięczny, że nigdy we mnie nie zwątpiłeś i pokładałeś we mnie wiarę, bym przestał się wstydzić tego, że jestem Głuchy. Bez Ciebie czułbym się rozdarty jak łódź w czasie burzy*.
______
* fragmenty, które zapisane są kursywą pochodzą z piosenki "Sad Song" od We the Kings i Eleny Coats ;)
