Actions

Work Header

The reasone of love I; Taegi

Summary:

Nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia. To nie realne, by kogoś zobaczyć i nagle prawdziwie się zakochać. To uczucie jest czymś więcej. Miłość wymaga czasu, powolnego poznawania się i stopniowego zakochiwania się aż do momentu, gdy serce bije już tylko dla tej jednej, wybranej osoby.
Tak właśnie wyglądało to u mnie.

Work Text:

 

Nie wierzę w miłość od pierwszego wejrzenia. To nie realne, by kogoś zobaczyć i nagle prawdziwie się zakochać. To uczucie jest czymś więcej. Miłość wymaga czasu, powolnego poznawania się i stopniowego zakochiwania się aż do momentu, gdy serce bije już tylko dla tej jednej, wybranej osoby.

Tak właśnie wyglądało to u mnie.

 

 

 

 

POWÓD PIERWSZY

Nienawidziłem deszczu. Teoretycznie był dużo lepszy od obrzydliwego słońca, które bezczelnie zmieniało kolor mojej skóry na czerwony i raziło biedne oczy, ale sprawiał on jednak, że moje szare życie nagle wydawało się nadzwyczaj smutne. Momentami miałem wrażenie, że ciemne chmury wręcz wysysają ze mnie resztki mojej energii i chęci do życia. Kiedy zaczynało padać, nagle robiłem się dziwnie obojętny. Wiedziałem, że wciąż siedzę w sali biologicznej – słyszałem znudzony głos nauczycielki, a zwierzęta w formalinie zdawały się patrzeć prosto na mnie. Mimo tego miałem wrażenie, że wcale mnie tutaj nie ma. Jakby część mojej świadomości opuściła moje ciało, uznając, że ma lepsze rzeczy do robienia. Czułem się pusty.
— Min Yoongi. — Dobiegł mnie głos nauczycielki, więc odwróciłem wzrok od okna, by móc na nią spojrzeć. Jak na starszą kobietę trzymała się bardzo dobrze. Było po niej widać, że dba o siebie i usiłuje zatrzymać czas, by wyglądać jak najmłodziej. Czarne, pokręcone włosy zawsze nosiła rozpuszczone, a jej makijaż prezentował się całkiem naturalnie. Z reguły ubierała się w jasne, stonowane kolory, a jej ulubioną częścią garderoby były krótkie spódnice, w których można było zobaczyć ją praktycznie codziennie. Była dobrym nauczycielem, ale szczerze wątpiłem, by praca w tej szkole była spełnieniem jej marzeń. — Możesz powtórzyć, co mówiłam? — Uniosła do góry brew, nie spuszczając ze mnie wzroku. Nie była na mnie zła. Po prostu sama miała już dosyć tego dnia, więc zapewne uznała, że skoro ona musi się skupiać na temacie, to my też powinniśmy.
— Nie — westchnąłem. Nie miałem nawet ochoty wysilać się na zwroty grzecznościowe czy powstanie z miejsca. W tym momencie wydało mi się to zbyt ambitne. Oczywiście kilka osób popatrzyło na mnie, jakbym co najmniej chwilę temu przeklął, ale najwyraźniej nauczycielce to aż tak nie przeszkadzało. Większość ludzi na jej miejscu od razu wysłała by mnie do dyrektora za brak szacunku, ale ona jedynie westchnęła zrezygnowana.
— Właśnie szukałam kogoś chętnego na wykonanie projektu o roślinach okrytonasiennych — podpowiedziała mi. — Nikt się nie zgłosił, więc uznajmy, że ty się tym zajmiesz.
— Jak to? — zapytałem, kiedy kobieta zaczęła coś zapisywać w swoim notesie w czerwono-czarną kratę.
— Wcześniej czy później i tak będziesz musiał jakiś wykonać, więc chyba lepiej załatwić to już teraz, prawda? — zauważyła, a ja musiałem jej przyznać rację. Nie lubiłem się wychylać, więc z reguły czekałem z wyborem tematu na projekt, aż większość osób będzie miała to już za sobą, ale... Od zawsze miałem raczej dobre oceny, więc dodatkowa piątka już teraz mi nie zaszkodzi. Nawet jeśli obecnie nie miałem ochoty nawet na życie, a co dopiero na naukę o życiu roślin.
— Zgoda — westchnąłem, ponownie przenosząc wzrok na widok za oknem. Oparłem głowę na prawej ręce, wpatrując się w szare niebo.
Czasami lubiłem zastanawiać się, jak to byłoby być chmurą. Móc powoli sunąć po niebie i zobaczyć tak wiele, a później powoli zniknąć... Wydawało się być to miłe.


***


Nie przepadałem za szkolną biblioteką. Zapach starych książek był przyjemny, ale atmosfera, która w niej panowała, sprawiała, że mało kto chciał spędzać w niej swój cenny czas. Uczniowie zazwyczaj wchodzili do niej i wychodzili tak szybko, jak się pojawili. Wziąć egzemplarz książki i uciec. Nikt, kto choć raz wszedł do tego miejsca, nie mógł się temu dziwić. Trudno powiedzieć, co było tego przyczyną, ale coś mi podpowiadało, że spory wpływ na to miała obecna bibliotekarka, która wyglądała podejrzanie podobnie do czarownic z bajek dla dzieci.
Nie lubiłem odkładać czegoś na później, więc od razu po zajęciach udałem się w to specyficzne miejsce, by móc zająć się projektem z biologii. Miałem gdzieś rośliny okrytonasienne, ale wolałem zrobić to już teraz, by móc potem w spokoju marnować moją egzystencję na sen czy oglądanie telewizji.
Znalezienie odpowiednich książek nie zajęło mi zbyt dużo czasu. Biblioteka nie była aż tak duża, a wszystko w niej zostało starannie oznaczone, by nawet największy tuman mógł się w tym miejscu odnaleźć.
Zamiast jednak wypożyczyć dane tomy, usiadłem z nimi przy jednym ze stolików przy oknie. Nie byłem pewien, czemu właściwie to zrobiłem, ale chyba po prostu ten jeden jedyny raz atmosfera tego miejsca była dla mnie całkiem przyjemna. Wciąż było dziwnie, ale mój aktualny nastrój sprawił, że poczułem się bardzo komfortowo. Stary, drewniany stół, niewygodne krzesła, zapach książek, brudne okna, kurz... A na zewnątrz deszcz. Było to całkiem miłe połączenie.
— Ciastko? — niespodziewanie zapytał chłopak, zajmujący miejsce obok mnie, wyciągając w moją stronę opakowanie z ciastkami, które ukrył wśród stosów książek wokół siebie. W bibliotece nie wolno było jeść, a Czarownica zawsze ze wszystkich sił starała się, by każdy przestrzegał regulaminu tego miejsca. Skoro jednak go na tym nie przyłapała, musiał naprawdę dobrze się maskować.
W odpowiedzi jedynie pokręciłem głową, przenosząc swój wzrok z opakowania słodyczy na nieznajomego. Propozycja ta wydała mi się równie niecodzienna, co jego kolor włosów. W końcu nie często widuje się kogoś z ognistą czerwienią na głowie. Zwłaszcza nie w szkole dla grzecznych, ułożonych dzieciaków. Chłopak patrzył na mnie swoimi dużymi, ciemnymi oczami, a w ich kącikach czaiło się coś na kształt niepewności, jakbym w każdej chwili mógł wyrwać mu opakowanie łakoci z rąk i go zwyczajnie wyśmiać. Wydawało mi się, że odezwanie się do mnie dużo go kosztowało, choć jednocześnie jego postawa i delikatny uśmiech wskazywały na odprężenie i pewność siebie, czyli coś zupełnie odwrotnego. Nie chciałem jednak być zbyt nachalny, więc odpuściłem sobie analizę jego zachowania i wróciłem do swoich książek, które chwile wcześniej położyłem na blacie w towarzystwie mojego zeszytu i długopisu.
Czas mijał mi powoli, ale przynajmniej moja praca sprawnie posuwała się na przód. Wciąż czułem się dziwnie pusty, więc żadne niepotrzebne myśli mnie nie dekoncentrowały. Prawie żadne. Nie mogłem powstrzymać się od zerkania co jakiś czas na czerwonowłosego nieznajomego. Wyglądał jakby urwał się z zupełnie innej rzeczywistości. Nawet jego mundurek nie był typowy, bo chłopak przyczepił do niego kilka kolorowych przypinek z nazwami zespołów, przez co całość prezentowała się odrobinę niechlujnie. Naprawdę byłem zaskoczony tym, że pozwolono mu na takie rzeczy.
— Ciastko? — zapytał ponownie, kiedy przyłapał mnie na zerkaniu w swoją stronę. A raczej w stronę jego łakoci, na które udało mi się w porę przenieść wzrok, kiedy tylko dostrzegłem, że jego twarz obraca się w moją stronę. Tym razem również pokręciłem głową i szybko wróciłem do swoich notatek. W końcu miałem do wykonania pracę. Marnowanie czasu na bezsensowne rozmowy zdecydowanie nie było w moim stylu.
Nic jednak nie mogłem poradzić na to, że rośliny okrytonasienne nie były wielce fascynującym tematem. Po jakimś czasie już miałem dość czytania o nich, choć na ogół nawet te najbanalniejsze tematy starałem się traktować poważnie. Tym razem jednak ciche chrupanie po mojej prawej stronie za bardzo mnie rozpraszało. Normalnie bez problemu byłem w stanie wyłączyć się na cały świat, ale w tych warunkach było to trudne nawet dla mnie.
Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że powoli robiłem się głodny, a delikatny zapach ciastek nie ułatwiał mi tego. Mógłbym oczywiście poprosić nieznajomego o podzielenie się jedzeniem, skoro wcześniej tak chętnie chciał to zrobić, ale duma mi na to nie pozwalała. Skoro odmówiłem już dwa razy, to na kogo bym wyszedł, gdybym tak nagle zmienił zdanie? W końcu zawsze należałem do ludzi konsekwentnych.
Właśnie byłem w trakcie notowania sposobu zapładniania z udziałem dwóch komórek plemnikowych, kiedy mój żołądek nagle dość głośno przypomniał mi o swoim istnieniu. Zazwyczaj, kiedy mi w nim burczało, nikt tego nie słyszał, ale tym razem było to głośniejsze niż powinno, bo dźwięk ten najwyraźniej doleciał również do uszu nieznajomego, który zareagował na to cichym śmiechem, a ja automatycznie pomyślałem, że to naprawdę ładny dźwięk.
— Cia — zaczął, ponownie wyciągając w moją stronę opakowanie.
— Daj — przerwałem mu, od razu wyciągając dłoń po jedzenie. Nie chciałem być bezczelny, ale chłopakowi najwyraźniej to w ogóle nie przeszkadzało. Wręcz przeciwnie. Wydawał się być zadowolony, jakby moje zachowanie było dla niego czymś naprawdę przyjemnym, na co wskazywał uśmiech, który malował się na jego twarzy i na którego rzecz zdziwienie musiało z niej zniknąć.
— Powinieneś więcej jeść, hyung — upomniał mnie, a ja nie mogłem powstrzymać zaskoczonego spojrzenia. Na ogół moja twarz wyrażała tylko obojętność, ale tym razem naprawdę czułem się zbity z tropu. — Omijanie posiłków nie wyjdzie ci na dobre. — Pokręcił głową, jakby miał do czynienia z małym dzieckiem.
— Znamy się? — zapytałem z pełnymi ustami, marszcząc przy tym brwi w geście niezrozumienia. Byłem przekonany, że widzę tego chłopca pierwszy raz na oczy, więc jego wiedza na mój temat była zaskakująca. Rzeczywiście często omijałem posiłki na szkolnej stołówce, a kiedy już się tam zjawiałem, to zawsze brałem małe porcje. Nie wiedziałem jednak, skąd on może to wiedzieć. Obserwował mnie?
— Hmm — zamyślił się, delikatnie głaszcząc przy tym swoją brodę, choć nie miał tam ani jednego włoska. — Można uznać, że ja znam ciebie — stwierdził, machając zadowolony nogami. W tym momencie wyglądał jak pocieszny pięciolatek, którego człowiek ma ochotę tylko przytulić do siebie i sprawić, by już zawsze był szczęśliwy. Jedynie delikatne rumieńce, które przez chwilę mogłem oglądać, zdradziły, że jest zawstydzony naszą rozmową, jakbym przyłapał go na czymś, czym chwalić nie zamierzał się nikomu.
— To znaczy? — Moja nieufność była dla mnie bardzo typowa. Lubiłem wiedzieć na czym stoję, a mając przed sobą tak dziwnego osobnika niczego nie mogłem być pewien. Chłopak wyglądał naprawdę niewinnie, ale to, co mówił, brzmiało dla mnie zdecydowanie podejrzanie. Tak jakby całe dnie tylko uważnie mnie obserwował, monitorując każdy mój posiłek. Było to naprawdę niepokojące, choć zdawałem sobie sprawę z tego, że przesadzałem i wszystko wyolbrzymiałem, a nieco głośniejszy śmiech chłopaka tylko utwierdził mnie w tym przekonaniu.
— Przecież chodzimy do jednej szkoły. — wyjaśnił, a ja poczułem się naprawdę głupio, ale jego kolejne słowa ponownie pokazały mi, że było z nim coś nie tak: — Poza tym jesteś naprawdę piękny, hyung — stwierdził, jakby było to oczywiste, a tymczasem poczułem się przez to zagubiony i zupełnie wytrącony z równowagi. Nigdy nie myślałem o sobie nawet jako o ładnym, więc miałem ochotę wziąć te słowa za kiepski żart, ale wyraz twarzy czerwonowłosego skutecznie mnie przed tym powstrzymał. W jego oczach było coś, co sprawiało, że byłem w stanie uwierzyć mu w każde słowo. Tak jakby jego usta były stworzone jedynie do mówienia prawdy.
— Dziękuję? — W tym momencie naprawdę nie byłem pewien, jak mam zareagować na tak niespodziewany komplement z jego strony. Cała ta sytuacja była dziwnie nierealna, więc przez moją głowę przeszła nawet myśl, że jednak przysnąłem na lekcji biologii i wciąż śnię lub ktoś postanowił sobie ze mnie zażartować.
— Zaprzyjaźnijmy się! — zaproponował nagle chłopak, najwyraźniej zachwycony swoim pomysłem. Mi natomiast wydał się on nadzwyczaj głupi, ale nie wiedziałem, jak mu o tym powiedzieć, by go nie urazić. Wydawał się być w tym momencie wręcz dziecięco naiwny i naprawdę nie miałem ochoty go zranić nieodpowiednim doborem słów. — Jestem Taehyung — przedstawił się, wyciągając dłoń w moją stronę.
W tym momencie powinienem był podziękować za ciastka, zebrać swoje rzeczy i wyjść z biblioteki, zapominając o całym tym dziwnym zajściu. Dlatego nie wiedziałem, co mnie podkusiło, ale uścisnąłem jego drżącą dłoń, wysilając się nawet na delikatny uśmiech, który był u mnie rzadkością. Coś w tym chłopcu mnie intrygowało i miałem ochotę dowiedzieć się o nim więcej. Był tak inny od tego całego bezmózgiego tłumu ludzi, który mnie otaczał, że aż szkoda było mi tak szybko rezygnować z jego towarzystwa.
— Min Yoongi — przedstawiłem się, lekko potrząsając jego dłonią, a wtedy moim oczom ukazał się najpiękniejszy uśmiech, jaki dane mi było w swoim krótkim życiu oglądać. Uśmiech tak szczery, że niemalże poczułem, jak moje serce ogrzewa się jego ciepłem.

 

 

 

POWÓD DRUGI

 

W mojej rodzinie każdy radził sobie z reguły samodzielnie. Nikt nie ingerował przesadnie w życie drugiego i nie spędzaliśmy za dużo czasu razem. Rodzice nie odbierali mi mojej przestrzeni osobistej, nie przytulali, nie mówili, że mnie kochają, nie ograniczali mnie swoją wolą, nie kontrolowali całego mojego życia. Dla mnie był to wprost idealny układ. Byłem typem samotnika, który nigdy nie chciał być w centrum zainteresowania. Lubiłem ciszę i spokój, a także to, że w pewnym sensie byłem panem swojego losu. Chodziłem spać, kiedy chciałem. Jadłem, gdy miałem ochotę. Nie musiałem nikomu tłumaczyć się z tego, gdzie i na ile wychodzę. Takie życie było po prostu bardzo wygodne.
Troska o drugą osobę była mi niemalże obca. Skoro ja miałem tyle swobody, to czemu miałoby mnie interesować życie innych ludzi? Wszyscy byli mi obojętni. Nawet z rodzicami od lat nie byłem na tyle blisko, by o nich się martwić, gdy wracali do domu później niż zazwyczaj.
Wszystko jednak się zmieniło, kiedy postanowiłem dać szansę pewnemu czerwonowłosemu chłopakowi.
Tae miał pecha. Często potykał się o własne nogi i wiecznie coś gubił. Już po tygodniu naszej znajomości poczułem, jakbym miał małe dziecko pod swoją opieką. Spędzaliśmy ze sobą, ku mojej początkowej rozpaczy, niemalże każdą przerwę, a, kiedy nie było go przy mnie, zaczynałem denerwować się, czy aby na pewno nie stało się nic złego.
To nie tak, że chłopak był idiotą, który sam nie umiał zadbać o siebie. Niechętnie musiałem przyznać, że był bardzo inteligentną osobą, choć na pierwszy rzut oka ciężko było się tego domyślić. Kiedy jednak był ze mną często nawet nie zauważał swoich rozwiązanych sznurówek, potykając się o nie i momentami jąkał się, wyraźnie zdenerwowany, jakby rozmowa była dla niego nie lada problemem.
Bywał pewny siebie, ale drobne wpadki wciąż mu się zdarzały. Momentami czułem się temu winny. Nie byłem typem otwartego ekstrawertyka ani ciepłą osobą, w której towarzystwie ludzie czuli się dobrze. Byłem zamknięty w sobie i momentami gburowaty, a towarzystwo chłopca na początku było dla mnie naprawdę męczące.
Czasami widziałem, jak rozmawia z innymi osobami. Śmieje się, żartuje... W moim towarzystwie również to robił, ale nigdy nie czuł się tak swobodny. Świetnie udawał pewność siebie i był bardzo bezpośredni, ale i tak dostrzegałem jego momenty zawahania. Tak jakby naprawdę bał się, że powie coś na tyle głupiego, że odwrócę się i odejdę, a przecież już teraz wiedziałem, że nie mógłbym tego zrobić.
— Zgadnij, kto to. — Usłyszałem przy swoim uchu, podczas gdy czyjeś ręce zasłoniły moje oczy. Mimowolnie uśmiechnąłem się na ten gest. Był dziecinny, ale nawet miły.
— Znam tylko jedną osobę, która zamiast powiedzenia zwykłego cześć, wita się w ten sposób — parsknąłem, odwracając się w jego stronę i tym samym strącając jego ręce z mojej twarzy.
Jak zawsze wyglądał pięknie. Nie chciałem tego przyznawać głośno, ale rysy twarzy Tae były dla mnie wprost idealne. Oczywiście to nie było tak, że podobał mi się w tym sensie. Po prostu był atrakcyjny i musiałem to w duchu przyznać.
Jego włosy wciąż były czerwone, ale odrobinę bardziej wyblakłe niż w zeszłym tygodniu, a przydługa grzywka wpadała mu już do oczu. Na twarzy gościł mu szeroki uśmiech, który zaraz spróbował zakryć miną, mającą zapewne wyrażać oburzenie.
— Hyung, nie tak się w to bawi — upomniał mnie, na co parsknąłem śmiechem. Wciąż mnie zadziwiał. Momentami zachowywał się tak bardzo dziecinnie, by chwilę później udowodnić mi, że jednak wcale nie jest takim niewiniątkiem.
— Przepraszam. — Wywróciłem oczami, robiąc mu miejsce obok siebie na ławeczce przed szkołą, które zaraz zajął. A raczej próbował to zrobić, bo przechodząc nad nią, zahaczył nogą o jej krawędź i musiał się mnie podtrzymać, by nie zderzyć się twarzą z brudnym chodnikiem. Dopiero po tym usiadł obok mnie, a jego twarz jasno mówiła, że najchętniej obecnie zapadłby się pod ziemię. Nie zamierzałem tego nijak komentować, więc skupiłem się na kolorowych liściach drzewa naprzeciwko nas. Była już jesień, ale pogoda od kilku dni zdecydowanie nam dopisywała. Na niebie wciąż były szare chmury, ale przynajmniej powietrze było przyjemnie ciepłe.
— Jeśli zobaczymy się dopiero za pięć dni, to będziesz tęsknił? — zapytał, zbijając mnie z tropu.
— Czemu dopiero za pięć dni? — odpowiedziałem mu pytaniem na pytanie.
— Babcia ma urodziny w piątek, więc zjeżdża się do nas cała rodzina, a mama potrzebuje pomocy. — Pokiwałem głową analizując jego głowa.
Tae często wspominał o swojej rodzinie. Miał z nimi bardzo dobry kontakt i musiał ich naprawdę kochać. Było to tak inne od tego, co ja znałem, że momentami aż czułem się niezręcznie. Mimo tego lubiłem o tych ludziach słuchać. Czułem się wtedy, jakbym ich znał.
— Pomyślałem, ze skoro nie będziemy się widzieć aż cztery dni — urwał i wyraźnie się zmieszał, a jego policzki od razu nabrały delikatnych kolorów. – To znaczy... Em. To nie tak, że jestem dla ciebie kimś ważnym i będziesz tęsknił, więc... — Wyraźnie miał problem z wysłowieniem się, a ja aż w myślach zaśmiałem się na ten widok. — Nie, nieważne — uciął w końcu, kręcąc szybko głową.
Doskonale wiedziałem, o co chodzi tej klusce, ale jeśli szukał atencji, to nie byłem człowiekiem, który potrafił mu ją wystarczająco okazać. Mimo tego, zupełnie wbrew sobie, położyłem swoją dłoń na jego głowie i roztrzepałem mu na wszystkie strony włosy, śmiejąc się cicho. Nic więcej nie byłem w stanie zrobić, ale jemu to wystarczyło. Uśmiechnął się do mnie, jakbym zrobił właśnie coś niesamowitego. Coś przez co jest mi wdzięczny i od teraz będzie najszczęśliwszym człowiekiem na ziemi.
Czasami naprawdę go nie rozumiałem.


***


Zajęcia minęły mi podejrzanie szybko. Lekcje były jak zawsze nudne, ale ostatnio czas w szkole płynął mi zupełnie inaczej. Gdybym wcześniej wiedział, że, żeby osiągnąć coś takiego, wystarczy się z kimś zaprzyjaźnić, to przestałbym ciągle spławiać głupiego Hoseoka, kiedy dzień w dzień próbował mnie zagadywać. Zazwyczaj ignorowałem takie próby, wybierając towarzystwo cichszych i spokojniejszych osobników, więc naprawdę nie wiedziałem, co aż tak przyciągało mnie do czerwonowłosego. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czułem.
Właśnie wychodziłem z budynku szkoły, kiedy usłyszałem, jak ktoś woła moje imię. W pierwszej chwili uznałem, że zwyczajnie się przesłyszałem, ale, kiedy nawoływanie dotarło do moich uszu ponownie, odwróciłem się na pięcie, by zobaczyć zdyszanego Taehyunga, który biegł w moją stronę. Automatycznie uniosłem do góry brwi, przyglądając się jego sylwetce. Nigdy nie kończyliśmy o tych samych godzinach, więc był to niecodzienny widok.
Już po chwili stał naprzeciwko mnie, próbując złapać oddech. Najwyraźniej gdzieś bardzo mu się spieszyło, skoro w takim pędzie wybiegł ze szkoły. Bo przecież nie mógł zrobić tego tylko po to, by wracać do domu razem ze mną. To byłoby... Dziwne. Wciąż nie mogłem się przyzwyczaić do jego ciągłej obecności.
— Już skończyłeś? — Postanowiłem zapytać, kiedy Tae nareszcie wyprostował się, już normalnie oddychając.
— Zwolnili nas z ostatniej lekcji, więc pomyślałem, że możemy kawałek iść razem. To znaczy... Bo wiesz...
— Zawiąż najpierw sznurówki — przerwałem mu, a widząc, że nie do końca zrozumiał o co mi chodzi, przykucnąłem przed nim, ciężko wzdychając i zrobiłem to za niego. — Nie musisz mi się tłumaczyć, wiesz? Jeśli masz na coś ochotę, to po prostu to zrób — mruknąłem, podnosząc się, by móc spojrzeć mu w oczy i roztrzepać jego włosy. Podczas naszego pierwszego spotkania chłopak był bardzo pewny siebie, ale z każdym dniem coraz częściej zaczynał tłumaczyć się z każdego swojego zachowania, przez co czułem się jeszcze dziwniej.
Powoli ruszyłem przed siebie, ale zrobiłem tylko kilka kroków, po których zatrzymałem się i odwróciłem w stronę czerwonowłosego. Dalej stał w miejscu, najwyraźniej właśnie coś analizując.
— Idziesz? — zapytałem, unosząc brwi do góry i posyłając mu delikatny uśmiech.
— Jasne. — Natychmiast się rozpogodził i podszedł do mnie.
Dalsza część drogi minęła w milczeniu. Ani trochę nam to jednak nie przeszkadzało. Nie było w tym bowiem nic niezręcznego. Wręcz przeciwnie. Od zawsze lubiłem ciszę, więc takie momenty były dla mnie naprawdę na wagę złota. Czułem się dobrze, mając Tae przy sobie, a i on wydawał się być zadowolony.
Lubiłem ciepłe, jesienne dni. Kolorowe liście na drzewach sprawiały, że świat wyglądał odrobinie piękniej, a moje wnętrze było mniej puste, choć podświadomość próbowała mnie przekonać do tego, że tym razem to jednak nie otoczenie na nie wpłynęło, a pewien dziwny chłopiec, który nieoczekiwanie wszedł z butami do mojego życia i niezwykle szybko się w nim zadomowił.
— Hyung? — Z rozmyślań wyrwał mnie głos Tae, więc spojrzałem na jego twarz, by zobaczyć malującą się na niej niepewność.
— Tak?
— Czy — urwał na moment, nad czymś się zastanawiając, ale już po kilku sekundach pokręcił głową, jakby był zdania, że jego myśli są zbyt głupie i naiwne. — Mieszkasz gdzieś przy stacji kolejowej?
— Nie.
— Więc — ponownie się zawahał — dlaczego idziesz ze mną aż tutaj?
Faktycznie, byliśmy już prawie przy stacji. Towarzystwo chłopca było na tyle przyjemne, że zupełnie przestałem skupiać się na drodze, co było do mnie naprawdę niepodobne. Chyba powoli wariowałem.
— Odprowadzam pewnego skrzata. — Puściłem mu oczko, na co od razu zareagowały jego policzki, oblewając się delikatnym rumieńcem. Był to naprawdę uroczy widok.
— Nie jestem skrzatem! — oburzył się. — Jesteśmy praktycznie jednego wzrostu!
— Praktycznie — pokreśliłem, ignorując jego ciche prychnięcie, w którym dało się usłyszeć rozbawienie.

 

***


— O, jedzie już mój pociąg! — zawołał chłopak, podnosząc się z ławeczki, na której od dobrych piętnastu minut siedzieliśmy, bawiąc się w powiedz, co widzisz. Oczywiście był to pomysł czerwonowłosego, na który przystałem z powodu braku lepszych alternatyw.
Wstałem zaraz za nim, by podejść bliżej miejsca, w którym maszyna miała się za chwilę zatrzymać. Nie bardzo wiedziałem, co mam ze sobą zrobić, bo pierwszy raz odprowadzałem kogoś na pociąg. Nie było to nic nadzwyczajnego, ale musiałem wymyślić, w jaki sposób pożegnać się z młodszym. Uścisnąć rękę? Rzucić zwykłe cześć? Robiłem problem z niczego, ale w tym momencie naprawdę czułem się zagubiony.
— Nie powiedziałeś jeszcze — zaczął Tae, odwracając się w moją stronę z delikatnym uśmiechem, który zaczął gasnąć wraz z traconą przez niego równowagą. Znowu potknął się o swoje sznurówki, które postanowiły się rozwiązać, a on tego oczywiście nie zauważył. Całe szczęście byłem na tyle blisko, by w porę go złapać i automatycznie mocno przytulić do swojego torsu. Chłopiec odruchowo objął mnie w pasie i podniósł głowę, by popatrzeć na moją twarz, która obecnie była zdecydowanie zbyt blisko jego. — Czy będziesz za mną tęsknił — dokończył, wyraźnie oszołomiony, a ja prychnąłem na ten widok rozbawiony. Powinienem natychmiast się odsunąć, nie chcąc wzbudzać nadmiernej uwagi ludzi dookoła nas, ale czerwonowłosy wyglądał obecnie tak uroczo, że naprawdę miałem gdzieś tą szarą masę.
— Potrzebujesz butów na rzepę — poinformowałem go, kręcąc głową w geście rozbawienia, a zarazem niedowierzania. Pierwszy raz w swoim życiu miałem do czynienia z tak niezdarną osobą. Aż mimowolnie zacząłem się martwić o to, co może się wydarzyć, gdy nie będzie mnie przy nim. Przecież ten dzieciak mógł w końcu zrobić sobie krzywdę.
— Hyung — jęknął, a ja usłyszałem w tym dźwięku błaganie o litość zawstydzonego człowieka. Niechętnie odsunąłem się od niego.
— Daj mi swój telefon — westchnąłem, wyciągając przed siebie rękę.
— Ale po co?
— Daj. — Chłopak posłusznie wręczył mi urządzenie do ręki, a ja szybko wpisałem mu swój numer do kontaktów. Właściwie to sam nie byłem pewien, co właśnie robię.
— Przeżyj jakoś do poniedziałku i melduj się co jakiś czas. — Ostatni raz zmierzwiłem mu włosy i zostawiłem go w absolutnym zdziwieniu.


***


Tae: Hyung, nie śpij za długo! Bo znowu nie będziesz mógł spać w nocy.
Tae: Hyung, pamiętaj o śniadaniu! I mam tutaj na myśli PRAWDZIWE śniadanie, a nie kawę.
Tae: Hyung, jak będziesz dzisiaj wychodził z psem, to ubierz się cieplej! Jest naprawdę chłodno.
Yoongi: Zaraz Cię zablokuję ;')
Tae: Ale hyuuung, pozwoliłeś mi pisać o każdej porze dnia i nocy!
Yoongi: Nie przypominam sobie czegoś takiego :')
Tae: Kazałeś się meldować co jakiś czas, żeby mieć pewność, że wciąż żyję, hyung.
Yoongi: Fakt.
Yoongi: Nie dotykaj noży.
Yoongi: Zawiązuj sznurówki.
Yoongi: Patrz pod nogi.
Yoongi: Nie zaczepiaj obcych.
Yoongi: Nie bierz od podejrzanych typów słodyczy.
Tae: PRZECIEŻ NIE JESTEM JUŻ DZIECKIEM!
Yoongi: Zaczynam w to wątpić :')
Yoongi: Najlepiej owiń się folią bombelkową i nie wychodź z pokoju aż do poniedziałku :')
Tae: Hyung...

 

 

 

POWÓD TRZECI

 

Nigdy nie miałem w pokoju wielkiego bałaganu, więc i duże porządki nie były mi potrzebne. Mimo tego dzisiaj starałem się jak ani razu w życiu, by wszystko lśniło i było na swoim miejscu. W myślach nazywałem siebie idiotą, ale i tak nie zaprzestawałem swoich działań. Chciałem, by wszystko wyglądało idealnie. Cały czas próbowałem sobie wmówić, że wcale nie zależy mi na zrobieniu na Tae jak najlepszego wrażenia, ale nie brzmiałem zbyt przekonująco nawet dla samego siebie. Rzadko miewałem gości, jednak wcale nie to było powodem mojego zdenerwowania. Po prostu miałem nadzieję, że wszystko dzisiejszego dnia będzie układało się perfekcyjnie. Chciałem, by mój gość czuł się dobrze, a moje tłumaczenie matematyki dało jakieś efekty. Tylko o to mi chodziło.
Wciąż zadziwiało mnie, jak wiele chciałem dla niego zrobić, choć znaliśmy się dopiero kilka tygodni. Jeszcze nigdy nie czułem czegoś takiego. Pragnąłem go chronić przed całym światem i sprawić, że uśmiech nie będzie schodził mu z twarzy. Jego towarzystwo zawsze było dla mnie przyjemne i nigdy nie miewałem go dosyć, co chwilami zaczynało mnie przerażać. Powoli uzależniałem się od czerwonowłosego i nie wiedziałem, co powinienem zrobić z tym fantem. Czułem się przez to zagubiony, ale w moim sercu gościła dziwna radość, która nie pozwalała mi nic zrobić ze swoimi uczuciami. Nie chciałem izolować się od chłopca, a to było jedynym racjonalnym pomysłem, który mój mózg mi podpowiadał. Było to według niego logiczne wyjście, ale nie zamierzałem go słuchać. Tae był mi potrzebny, a ja nie chciałem zostawiać go samego.
Kiedy po domu rozniósł się dźwięk dzwonka do drzwi, niemalże podskoczyłem w miejscu. Zupełnie zgubiłem rachubę czasu, ale na całe szczęście zdążyłem już zrobić wszystko, co planowałem. Poprawiłem w lustrze swoje ciemne włosy i zmierzyłem krytycznym wzrokiem swoją sylwetkę. Miałem na sobie zwykłe, czarne rurki i luźną, bordową koszulkę, więc nie wyglądałem źle, ale wciąż coś mi nie pasowało. Nigdy nie lubiłem tego, jak wyglądałem, choć Tae często nie do końca świadomie mówił coś, co zaczynało powoli sprawiać, że inaczej na siebie patrzyłem. Oczywiście nie doszukiwałem się w jego słowach niczego większego, ale... Było to zwyczajnie miłe.
Praktycznie zbiegłem ze schodów, by mój gość nie musiał długo czekać. W moim sercu pojawiło się coś na kształt radości, którą zaraz w sobie stłumiłem. Przecież jeszcze nie wydarzyło się nic wielkiego, więc zupełnie nie rozumiałem reakcji mojego ciała. Ostatnio wymykało mi się spod kontroli i nie wiedziałem, jak znowu przywrócić je do dawnego porządku.
Zatrzymałem się dopiero przy drzwiach, by poprawić ubrania i wziąć większy oddech. W końcu Tae nie musiał wiedzieć, że tak się śpieszyłem. To było zupełnie do mnie niepodobne, więc wolałem nie pokazywać nikomu mojego chwilowego niezrównoważenia. Sam również nie chciałem tego oglądać.
Powoli otworzyłem drzwi, a moim oczom ukazał się drobny chłopiec o zarumienionych policzkach. Tae miał na sobie obcisłe jeansy, luźną, białą koszulkę i ciepłą kurtkę, a jego włosy już nie były czerwone, a brązowe. Jakiś czas temu zrezygnował z tego szalonego koloru na rzecz bardziej naturalnego wyglądu.
Kiedy mnie zobaczył od razu się uśmiechnął i, zanim zdążyłem to odwzajemnić czy po prostu się przywitać, rzucił mi się na szyję. Nie widzieliśmy się już tydzień, ale jak dla mnie nie był to wystarczający powód do takiej bliskości. Odzwyczaiłam się od tego rodzaju czułości, więc zupełnie nie wiedziałem, jak powinienem zachować się w takiej sytuacji. Przytulenie go do siebie mogłoby być nieodpowiednie, a odepchnięcie raniące, dlatego też bałem się wykonać jakikolwiek ruch. Nawet oddychanie w takiej sytuacji wydawało się niezwykle ciężkie, bo zdradzało, że wciąż żyję i jestem obecny, a w tej chwili wolałbym zwyczajnie zniknąć, zamiast czuć się jak skończony idiota.
— Tae — zacząłem, chcąc jakoś przerwać tę dziwną sytuację, ale szatyn od razu mi przerwał.
— Po prostu mnie przytul — mruknął prosto w moją szyję, przez co po kręgosłupie przeszedł mi przyjemny dreszcz. Automatycznie zrobiłem to, co kazał mi chłopak, ciasno obejmując go dłońmi w pasie. Było to tak nowe i dziwne, że czułem się odrobinę skrępowany, co było do mnie bardzo niepodobne. Nie lubiłem nowych sytuacji, ale ten moment był całkiem... przyjemny. Byłem wdzięczny Tae, że idealnie wyczuł moje zmieszanie i przejął kontrolę nad sytuacją. W innym wypadku dalej stałbym jak nieporadne dziecko, które po raz pierwszy zostało przytulone, a tak przecież nie było.
Chwila ta jednak nie trwała długo. Zaraz Tae się ode mnie odsunął, by ściągnąć kurtkę i buty, a ja mogłem zamknąć drzwi, by do domu nie wdzierało się nieprzyjemne zimno, którego wcześniej nawet nie poczułem przez ciepło drugiego ciała. Kiedy już zrobiłem, co do mnie należało, mogłem w spokoju obserwować, jak chłopak męczy się ze sznurówkami, które nieźle mu się poplątały.
— Czy to nowy sposób wiązania butów? — Nie mogłem się powstrzymać od tej uwagi. Nie była ona oczywiście złośliwa, a w moim głosie bez problemu można było usłyszeć rozbawienie.
— Przynajmniej się nie odwiązują — mruknął, a ja już nie mogłem powstrzymać swojego śmiechu. Wyglądał w tym momencie naprawdę rozczulająco i najchętniej bym mu pomógł z jego problemem, ale obserwowanie jego starań było dużo zabawniejsze.
— Dalej sądzę, że rzepy byłyby lepszym rozwiązaniem.
— Po co niepotrzebnie ułatwiać sobie życie? — Skupienie malujące się na jego twarzy było naprawdę interesującym widokiem. Wyglądał jak inny człowiek, bo mój Tae rzadko bywał tak poważny, ale wciąż przypominał małego szczeniaka, którym trzeba się zajmować. Nie miałem pojęcia, jak można mieć tak wiele twarzy, które wciąż jeszcze poznawałem, lecz zdecydowanie było to zaletą. W końcu dzięki temu był jeszcze bardziej interesującą osobą, niż początkowo przypuszczałem.
— Pomóc? — zaproponowałem, kiedy czas leciał, a jego starania nie przynosiły żadnych efektów. Oglądanie tej scenki było naprawdę interesującym zajęciem, ale nie zamierzałem stać bezczynnie, kiedy chłopak już wyraźnie zaczynał się irytować, co bez problemu mogłem poznać po jego agresywniejszych ruchach rąk.
— Chyba będą nam potrzebne nożyczki — jęknął zrezygnowany, siadając na ziemi i wyciągając przed siebie wyprostowane nogi. Nie chciałem mu uwierzyć na słowo, więc podszedłem do niego i przykucnąłem przy jego butach, by rozeznać się w sytuacji, ale widząc, co chłopak zrobił ze sznurówkami, nie mogłem nie wybuchnąć śmiechem. — No i z czego się śmiejesz? — burknął, ale w jego głosie nie było złości, a jedynie rezygnacja.
— Poczekaj chwilę. — Wstałem i ruszyłem w kierunku wnętrza domu, po drodze roztrzepując włosy szatyna na wszystkie możliwe strony. Uwielbiałem wplatać dłonie w miękkie kosmyki chłopaka, a jemu to nigdy nie przeszkadzało, więc to był nasz prywatny sposób na wyrażanie emocji. W końcu nie zamierzałem mu mówić, jak uroczy czasami bywa, a ten gest idealnie dawał mu o tym znać, choć wcale nie byłem pewien, czy powinienem w ten sposób go traktować.
Już po chwili wróciłem do niego z czarnymi nożyczkami, którymi odciąłem część sznurówek – nie za dużo, by wciąż mógł ich używać – i rozplątałem resztę, następnie ściągając buty z jego nóg i kładąc w kącie pomieszczenia. Dopiero wtedy spojrzałem na jego zarumienioną twarz, z której bez problemu dało się odczytać zmieszanie.
— Chyba jestem przegrywem życiowym, wiesz? — Delikatnie się uśmiechnął, ale zawstydzenie nie pozwalało mu na szczerość w tym geście. Wydawało mi się, że wręcz słyszę, jak nazywa się idiotą w myślach, a moje serce nie mogło tego znieść.
— Chyba jesteś księżniczką, która potrzebuje swoich niewolników, wiesz? — Pomogłem powoli mu wstać, próbując przy tym nawiązać z nim kontakt wzrokowy, co udało mi się dopiero po chwili. Początkowo bowiem chłopak uparcie wpatrywał się w podłogę, ale kiedy w końcu na mnie spojrzał, w jego oczach dało się zobaczyć iskierki radości.
— Jesteś moim niewolnikiem? — zaśmiał się, unosząc brwi do góry.
W odpowiedzi jedynie zacisnąłem usta w wąską linię i pokiwałem głową, starając się wyglądać na bardzo zasmuconego tym faktem, co zdecydowanie bawiło szatyna. Uwielbiałem obserwować jego prostokątny uśmiech i ten wesoły błysk w ciemnych oczach. Wyglądał wtedy na tak szczęśliwego, że byłem w stanie zrobić wiele, by ten stan utrzymał się u niego jak najdłużej.
— Chodź. — Skinąłem głową w kierunku wnętrza domu i ruszyłem przed siebie, doskonale wiedząc, że chłopak ruszy za mną. Wyszliśmy powoli po schodach, przeszliśmy mały korytarzyk i weszliśmy do mojego pokoju. Oczywiście puściłem mojego gościa przodem, by móc obserwować jego reakcję. To nie tak, że pomieszczenie to było jakieś szczególnie piękne, ale sam wszystko zaprojektowałem, więc byłem cholernie z niego dumny.
Trzy ściany były białe, nie licząc tej, przy której stało duże, jasne łóżko – na niej można było zobaczyć czarną, błyszczącą cegłówkę. Na przeciwko niej znajdowała się duża, ciemna szafa, którą obecnie mieliśmy po naszej prawej stronie, a przed nami – pod oknem – stało biurko, do którego kazałem mu podejść. Normalnie można było zobaczyć przy nim tylko jedno krzesło, ale tym razem znalazło się tam również drugie, drewniane i zupełnie nie pasujące do wnętrza. Warto również było wspomnieć o komodzie i półkach na książki, znajdujących się na ostatniej ze ścian. Całość prezentowała się bardzo estetycznie, a efekt ten dopełniały różnego rodzaju kwiaty – głównie kaktusy, które jako jedyne potrafiły ze mną wytrzymać – w białych doniczkach. To dzięki nim pokój ten nie wydawał się być aż tak zimny, a ja nawet ośmieliłbym się określić go mianem przytulnego.
— Jak tutaj ślicznie — zawołał chłopiec, a moje ego zostało przyjemnie połechtane.
— Jeśli nie uda mi się zostać architektem, to spróbuje swoich sił w dekorowaniu wnętrz.
— Chcesz zostać architektem, hyung? — W jego spojrzeniu mogłem zobaczyć podziw.
— Taki jest plan — przyznałem kiwając głową.
Zamknąłem za nami drzwi do pokoju i również ruszyłem w stronę biurka. W domu – oprócz śpiącego gdzieś psa, który zdecydowanie nie miał duszy obrońcy reagującego na dzwonek do drzwi – nie było nikogo, ale nie przepadałem za zostawianiem ich otwartych. Dawały mi poczucie bezpieczeństwa i jeszcze większej prywatności, a naprawdę to sobie ceniłem.
Tae zajął miejsce na drewnianym krześle, więc ja usiadłem na tym drugim. Na blacie czekały już na nas podręczniki do matematyki, zeszyty, kartki, pyszne ciasteczka i sok różany, który szatyn wlewał w siebie litrami. Widziałem, jak na jego widok delikatnie się uśmiechnął, więc i ja zrobiłem dokładnie to samo.
— Super by było, gdybyś został architektem. To całkiem fajny zawód — kontynuował chłopiec, wyraźnie chcąc przedłużyć moment, który dzielił nas od nauki.
— Skąd ta pewność?
— Oglądam dramy — pochwalił się, na co obaj wesoło się zaśmialiśmy. Nie przepadałem za wszelkiego rodzaju serialami, w przeciwieństwie do mojego gościa, który najchętniej spędziłby przed nimi resztę życia. Uważałem je za odrobinę głupie, ale zupełnie mi nie przeszkadzało, że chłopiec ma takie upodobania. Jeśli to dawało mu szczęście, mógł to robić jak najczęściej, a ja starałem się mu nie wypominać, że traci czas, który powinien przeznaczyć na naukę.
— Dobrze, dobrze. Nie przedłużaj. — Pstryknąłem go palcem wskazującym w nos. — Od czego chciałbyś zacząć?
— Od ciasteczka? — zasugerował z niewinną minką, wyciągając dłoń ku talerzyka z łakociami.
— Funkcje kwadratowe, tak?
Nie zamierzałem już czekać na jakąkolwiek odpowiedź. Po prostu otworzyłem podręcznik we właściwym miejscu, położyłem przed nami dużą kartkę i powoli zacząłem tłumaczyć, cały czas sprawdzając, czy chłopiec aby na pewno mnie wciąż słuchał. Chciałem, by wyniósł z mojej lekcji jak najwięcej, żeby nie musiał się już niepotrzebnie martwić groźbami niezaliczenia semestru. Był zdolny, więc bardzo szybko wszystko łapał, ale musiał tego chcieć. Tym razem, nawet ku mojemu zdziwieniu, naprawdę się starał. Byłem z niego dumny.
Czas powoli leciał, ale zupełnie nie zwracałem na niego uwagi. Liczyło się dla mnie zadanie, które obecnie miałem do wykonania. Byłem perfekcjonistą, więc wszystko musiało pójść idealnie. Skoro Tae chciał się nauczyć funkcji, to zamierzałem ze wszystkich sił mu w tym pomóc. Niezmiernie cieszyło mnie więc każde kolejne dobrze wykonane przez niego zadanie.
— No... Muszę przyznać, że idzie ci bardzo dobrze — przyznałem z niemałym podziwem. Byłem bowiem przekonany, że szatyn będzie potrzebował trochę więcej czasu, by załapać chociaż podstawy. Tyle razy narzekał na swoje zdolności matematyczne – a raczej ich brak – że naprawdę byłem przygotowany na cięższy przypadek.
— Bo świetnie tłumaczysz, hyung. — Posłał mi swój zadowolony uśmiech. W sumie to zawsze taki był – wesoły i przepełniony ciepłem. Byłem przekonany, że przy nim mój uśmiech prezentował się bezbarwnie i brzydko. — Ale czas na przerwę — zawołał niespodziewanie, po czym osunął się prosto na szarą wykładzinę.
— Co to za przerwa bez mojego pozwolenia?
— Za dużo cyferek — wytłumaczył. — Zaraz umrę. Dobij mnie!
— Skoro chcesz. — Mój głos był cichy, ale doskonale wiedziałem, że mnie usłyszał. Bez zastanowienia wstałem z krzesła i tak po prostu na nim usiadłem. Zupełnie w tym momencie nie myślałem o tym, co robię. Po prostu wydało mi się to... właściwe. — Zawsze służę pomocą.
Doskonale wiedziałem, jak wielkie łaskotki miał Taehyung. Nigdy jednak wcześniej nie zamierzałem tego nijak wykorzystywać, ale tym razem nie mogłem się powstrzymać. Widok roześmianego chłopca, wijącego się ze śmiechu pode mną, był naprawdę uroczy. Wyglądał tak słodko, że aż w mojej głowie narodziła się myśl, że mógłbym się nawet w nim zakochać. Kto by pomyślał, że zimny Min Yoongi kiedykolwiek wpadnie na coś takiego. Patrząc jednak na jego roześmianą twarz i zbierające się w kącikach oczu łzy, moje serce naprawdę dziwnie się zachowywało, choć miałem problem, by przyznać się do tego nawet przed samym sobą.
— Litości — zawołał w końcu chłopiec, a ja momentalnie przestałem go łaskotać. Zamiast tego chwyciłem go za nadgarstki i przycisnąłem je do podłogi, by nie miał szans na ucieczkę. Wciąż częściowo na nim siedziałem, ale naprawdę w tamtej chwili nie było to dla mnie ani trochę dziwne.
— Dopiero prosiłeś o dobicie — przypomniałem mu.
— Przecież nie mógłbym cię zostawić, hyung.
Dziwnie poczułem się na te słowa. Zrobiło mi się tak miło i ciepło, a przecież to było tylko jedno, nic nieznaczące zdanie. Nie doszukiwałem się w nim niczego większego. Nie chciałem tego robić. Mimo tego trudno było mi zapanować nad swoimi emocjami i myślami, kiedy Tae patrzył na mnie w ten sposób. Nigdy wcześniej nie widziałem takiego spojrzenia, więc nie miałem pomysłu, jak je zinterpretować, ale było zdecydowanie miłe. W tamtym momencie naprawdę byłem gotów zrobić wiele, by częściej widzieć te dziwne ogniki w jego oczach.
— Koniec przerwy — zarządziłem, tym samym niszcząc tę dziwną atmosferę. Powoli podniosłem się do góry, pomagając zrobić to samo chłopakowi. — Jak dobrze Ci pójdzie, to dostaniesz Kinder Niespodziankę.
— Dwie!

 

 

 

POWÓD CZWARTY

 

Naprawdę rzadko chorowałem. Miałem świetną odporność, co było niezwykle wygodne, ale kiedy już łapałem jakieś przeziębienie, to od razu lądowałem w łóżku z gorączką. Czułem się wtedy jak osoba, która za kilka godzin ma umrzeć i to w samotności, bo rodziców nie było w domu tak często, że niemożliwe było, by którekolwiek z nich zrobiło mi chociaż herbatę. Rozumiałem, że pracując jako pilot i stewardesa, większość czasu spędzali w powietrzu, ale osoby tak nieodpowiedzialne nigdy nie powinny mieć dzieci. Nie miałem już tego im oczywiście za złe. Przyzwyczaiłem się do obojętności z ich strony, a nawet dostrzegałem plusy tej sytuacji, ale w chwilach jak ta naprawdę brakowało mi drugiej osoby.
Moja głowa była stanowczo zbyt ciężka. Tego, co w niej się działo, nie można było już nazwać bólem. Po prostu panował w niej wielki chaos, którego w żaden sposób nie mogłem uspokoić i uporządkować. Miałem ochotę przestać istnieć tylko po to, by ten dziwny stan się skończył. Wiedziałem, że to sprawka gorączki, ale chciałem, by to jak najszybciej dobiegło końca. Naprawdę nie radziłem sobie z chorowaniem.
Najgorsze w tym wszystkim było jednak to, że moje myśli wręcz zderzały się o siebie i nie mogłem podążyć śladem żadnej z nich. Po prostu w jednym momencie widziałem siedmioletniego siebie, płaczącego za rodzicami, a w następnej cudowny uśmiech Tae, który znikał równie szybko jak poprzedni obraz, by po chwili zastąpił go kolejny. Powinienem się uspokoić i najlepiej nie myśleć o niczym, ale nie byłem w stanie tego zrobić. Moja podświadomość wręcz bombardowała mnie najróżniejszymi wydarzeniami z mojego życia.
Kiedy telefon dał znać o nowej wiadomości, niemalże jęknąłem z bólu. Tak głośny i niespodziewany dźwięk zdecydowanie nie był pożądany, gdy głowa próbowała eksplodować. Była to oczywiście moja wina, bo mogłem przecież go wyciszyć, ale w tym momencie miałem ochotę obwiniać za to cały świat – nawet Psa, który leżał spokojnie w moich nogach.
TaeTae: Hyung, gdzie jesteś? :c
Po przeczytaniu wiadomości na mojej twarzy pojawiło się coś na kształt uśmiechu – niezwykle leniwego i odrobinę wypranego z emocji. Byłem zbyt zmęczony, by skupić się na uczuciach, które mną targały i dać im jakieś ujście, ale w takich chwilach już działałem automatycznie. Przez Tae ciągle się uśmiechałem, nawet gdy wręcz umierałem ze zmęczenia, a to oznaczało jedno. Oszalałem.
Natychmiast zacząłem odpisywać, nie do końca będąc pewnym, czy aby na pewno moje palce wystukiwały na klawiaturze to, co chciałem. Nie byłem w aż tak kiepskim stanie, ale czułem, jakbym był odrobinę pijany – a raczej sądziłem, że to takie uczucie, bo w ustach nigdy nie miałem żadnego mocniejszego trunku.
Zanim jednak zdążyłem wysłać swoją koślawą wiadomość, mój telefon ponownie zasygnalizował przyjście smsa. Jego dźwięk uderzył we mnie tym razem ze zdwojoną siłą. Nie lubiłem przeklinać, ale z moich ust wydobyło się kilka niecenzuralnych słów, kiedy nareszcie ustawiłem same wibracje. Moje ruchy zdecydowanie były zbyt wolne, ale na więcej nie było mnie stać.
TaeTae: Czuję się samotny :c
Tym razem na mojej twarzy pojawił się szczery uśmiech, a oczy zamieniły się w dwie wąskie kreseczki. Tae czasami tak cholernie mnie rozczulał, że miałem ochotę go przytulić. Nigdy jednak nie zrobiłem tego z własnej inicjatywy. Szatyn był słodką kluską, więc jemu było wolno domagać się czułości, ale ja zdecydowanie nie powinienem sobie na coś takiego pozwalać. Przecież byliśmy zwykłymi kolegami, a taka bliskość mogłaby zostać mylnie zinterpretowana.
Hyung: Prepraszm. Jestm chory c;
Minęło zaledwie kilka sekund, kiedy mój telefon postanowił zawibrować. Zawsze byłem pełen podziwu dla Tae i jego szybkiego odpowiadania na moje wiadomości.
TaeTae: Jak bardzo chory?
Hyung: [rawie wcale!!1!
TaeTae: Będę za pół godzinki, dobrze?
Automatycznie zmarszczyłem brwi, przyglądając się przez dłuższą chwilę wiadomości. Nie byłem pewien, czy wciąż potrafię czytać, bo ni jak nie mogłem w tamtej chwili pojąć, dlaczego szatyn chciał do mnie przyjść o tej godzinie. Przecież powinien mieć jeszcze przynajmniej dwie lekcje, a poza tym fantastycznie radziłem sobie bez jego pomocy! W końcu miałem przy sobie chusteczki i wodę, a więcej do szczęścia nie było mi potrzebne.
No... Może jeszcze rzeczywiście przydałby się Tae do kompletu, ale o to akurat nie zamierzałem nawet prosić. Przecież nie byłem desperatem, który nie potrafi przeżyć dnia bez jego obecności.
Hyung: Po co
TaeTae: Nie chcesz, żebym przeszedł?
Nie lubiłem takich momentów. Moje myśli wtedy naprawdę szalały, co w tym momencie było niewskazane. Już miałem wystarczający bałagan w głowie. Oczywiste było, że chciałem zobaczyć Tae. Temu nie mogłem zaprzeczać. Nie zamierzałem być jednak dla niego ciężarem. Chłopiec pewnie planował uciec z ostatnich lekcji, a tego zdecydowanie nie pochwalałem. W końcu nie powinien tego robić dla kogoś takiego jak ja.
TaeTae: Jest ktoś z Tobą w domu, hyung?
Hyung: Pies
TaeTae: *Pier
TaeTae: Przyjdę.
Westchnąłem zrezygnowany, nawet nie mając siły na sprzeczki z chłopcem. Nie chciałem, by zrywał się dla mnie z lekcji, ale jednocześnie pragnąłem mieć go przy sobie. Już naprawdę przywykłem do samodzielnego mierzenia się z rzeczywistością, ale odkąd w moim życiu pojawił się Tae, wszystko ulegało gwałtownym zmianom. Jego uśmiech, dotyk i sama obecność wywracały mój świat do góry nogami, a ja nawet nie zamierzałem na to narzekać. Od dawna już nie czułem się w czyimś towarzystwie tak dobrze. Gdzieś w tyle mojej głowy pojawiła się myśl, że kiedyś to wszystko może się skończyć, a wtedy ponownie zostanę sam, ale nie zamierzałem się tym na zapas martwić. Chciałem po prostu mieć przy sobie Tae. Tylko tyle oczekiwałem obecnie od życia.
Czasami bałem się swoich uczuć. Moje serce oszalało na punkcie szatyna zdecydowanie zbyt szybko i nie wiedziałem, jak mam sobie z tym poradzić. Czułem, że za bardzo się do niego przywiązywałem, co niezmiernie mnie martwiło. W końcu wierzyłem, że nasza znajomość nie potrwa zbyt długo. Wciąż czekałem aż zrozumie, że na tym świecie jest wielu ciekawszych ludzi ode mnie i to z nimi powinien się trzymać. Chciałem dla niego jak najlepiej.
Wspomnienie jego zarumienionych policzków i rozbieganych oczu skutecznie uspokajało chaos w mojej głowie, a choć gorączka nie mijała, czułem się dzięki temu lepiej. W chorobie mogłem pozwolić moim myślom na więcej i nie zamierzałem ich powstrzymywać przed krążeniem wokół pewnego ślicznego chłopca. Normalnie starałem się nie dopuszczać do siebie możliwości poczucia do przyjaciela czegoś więcej, ale teraz było mi wszystko jedno. Byłem nawet skłonny przyznać, że moje przywiązanie w każdej chwili mogło zmienić się w coś więcej. Po prostu chłopak był dla mnie ważny i nie zamierzałem tego ukrywać przed samym sobą.
Kiedy usłyszałem dźwięk otwieranych, a następnie zamykanych drzwi wejściowych, mimowolnie się spiąłem. Dopiero po krótkiej chwili zorientowałem się, ile czasu musiało minąć od ostatniego smsa od Tae. Myśli o nim były tak przyjemne, że nawet nie odczułem upływających minut. Mój zmęczony umysł nie zamierzał zastanawiać się nad tym, jakim sposobem szatyn od tak wszedł do mojego domu. Chciałem już po prostu go zobaczyć i usłyszeć jego głos. Dlatego też uważnie nasłuchiwałem każdego ruchu młodszego. Nawet Pies podniósł do góry uszy i zaczął leniwie merdać ogonem, doskonale wiedząc, kto nas odwiedził.
Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo napięte było moje ciało aż do momentu, gdy w drzwiach pokoju pokazał się nareszcie przyjaciel. Dopiero wtedy moje mięśnie mogły odetchnąć, a na twarzy automatycznie pojawił się radosny uśmiech. Co prawda musiałem wyglądać niezbyt korzystnie w obecnym stanie, ale naprawdę mnie to nie interesowało.
— Mogę wiedzieć, dlaczego byłeś nie zamknięty? — zapytał już w progu, patrząc na mnie z wyrzutem. — Przecież ktoś mógł od tak sobie tutaj wejść!
Nie wyglądał na złego, a raczej na zmartwionego, czym mnie naprawdę rozczulał. Nie przywykłem do troski, ale było to miłe uczucie. Świadomość, że komuś choć odrobinę na mnie zależy, była przyjemną odmianą.
— Oops. — Okazało się, że to jedyna sensowna odpowiedź, na jaką było mnie stać. Nie zamierzałem usprawiedliwiać się swoim kiepskim stanem zdrowia ani niczym innym. W końcu faktycznie było to nieodpowiedzialne, ale nawet tym nie planowałem się tym przejmować.
Tae w odpowiedzi jedynie pokręcił głową i podszedł do Psa, leżącego w moich nogach. Zwierzak był zbyt leniwy, by podnieść się i należycie przywitać, więc jedynie merdał wesoło ogonem, patrząc zakochanymi oczami na szatyna, kiedy ten schylił się do niego, by pocałować psa w czubek głowy i wyszeptać mu coś na uszko.
— A gdzie buziak dla mnie? — Postanowiłem upomnieć się o swoje, choć było to tak do mnie niepodobne. Gorączka robiła swoje, ale dopóki nie mówiłem niczego nieodpowiedniego, nie było czym się martwić. Choć Tae najwyraźniej był innego zdania, bo zmarszczył brwi i podszedł do mnie, by dotknąć prawą ręką mojego czoła, a lewą swojego.
— Hyung, masz gorączkę!
— Tu chcę. — Postukałem się palcem w policzek, zupełnie ignorując jego słowa.
Chłopiec postanowił iść w moje ślady i zignorował mnie, by następnie wyjść z pomieszczenia, a ja niemalże jęknąłem z zawodu. W tym momencie byłem żywo poruszony tym, że Pies zasłużył na buziaka, a ja, jako jego przyjaciel, już nie. Przez krótki moment wystraszyłem się nawet, że uraziłem go tą prośbą i po prostu zamierzał ode mnie odejść, ale szum wody z łazienki mnie uspokoił. Chwilę później Tae już stał przede mną, kładąc mokry ręcznik na moje czoło. Był tak zimny, że w zetknięciu z moją gorącą skórą niemalże parzył.
— Jak mogłeś doprowadzić się do takiego stanu? — westchnął, a następnie usiadł przy mnie.
Natychmiast zaczął głaskać mnie po głowie, a ja miałem ochotę zacząć mruczeć niczym kot. Nikt, od śmierci mojej babci, nie dotykał mnie w ten sposób, więc dopiero w tym momencie zrozumiałem, jak wiele straciłem.
— Przecież nic mi nie jest.
— Gorączkę nazywasz niczym?
— Będę żył.
Czułem się jak małe dziecko, które uparcie broni swojej racji, choć to ta druga osoba ją ma. Byłem wykończony, ale moja gorączka nie wydawała mi się być niczym poważnym. W końcu każde moje przeziębienie kończyło się właśnie w ten sposób. Wbrew pozorom naprawdę potrafiłem o siebie zadbać i nie chciałem niepotrzebnie martwić szatyna. Wolałem, gdy się uśmiecha, a nie zaciska usta w geście poirytowania.
— Hyung — jęknął żałośnie, wyraźnie tracąc cierpliwość. — Powinieneś bardziej dbać o siebie!
— Tae — zacząłem, chcąc ponownie wytłumaczyć mu, że nic poważnego mi się nie dzieje, ale chłopak postanowił mi przerwać:
— Martwię się o ciebie.
Na te słowa nie miałem już żadnego argumentu. Widząc jego smętne spojrzenie, przepełnione prawdziwą troską, naprawdę nie miałem ochoty się z nim spierać. Może i w tym momencie nie czułem się najlepiej, przez co byłem jeszcze bardziej uparty niż zazwyczaj, ale nie był to wystarczający powód, by widzieć Tae w takim stanie.
— Połóż się ze mną, a od razu będzie mi lepiej.
Przesunąłem się w bok, by zrobić mu trochę miejsca na łóżku. Widziałem, jak się waha. Propozycja ta zupełnie nie była do mnie podobna i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę.
— Masz jakieś leki na zbicie gorączki? Powinienem iść do apteki? — zapytał niepewnie, ale ja już wiedziałem, co będzie dla mnie najlepszym lekarstwem.
— Po prostu się przy mnie połóż.
— To nie sprawi — zaczął, ale w tym momencie pociągnąłem go za rękę tak, że upadł obok mnie. Był wyraźnie zaskoczony moim zachowaniem i nie dziwiłem mu się. Gdybym nie czuł się tak oszołomiony przez gorączkę, na pewno nie odważyłbym się na coś takiego. Za bardzo ceniłem sobie jego przyjaźń, by stawiać go w tak niezręcznej sytuacji.
— Od razu lepiej — wyszeptałem, przytulając się do niego.
Chłopiec przez moment nawet się nie poruszył, ale kiedy już poważnie zacząłem się martwić, że zrobiłem jednak coś nie tak, usłyszałem jego ciche westchnięcie. Zapewne było to oznaką jego kapitulacji, bo zaraz przytulił mnie do siebie i ponownie zanurzył swoją dłoń w moich włosach. Może to głupie i naiwne, ale w tamtym momencie poczułem się lepiej. Tak jakby Tae był moim lekarstwem na zło całego świata. Przy nim nie musiałem się niczym martwić. Mogłem w spokoju słuchać bicia jego serca, które idealnie zsynchronizowało się z tym moim. Wydawało mi się, że oba pędzą odrobinę zbyt szybko, ale nie wydawało się to niczym wartym troski. Było idealnie.
— Poproszę jutro kogoś z twojej klasy o lekcje dla ciebie z całego tygodnia — wyszeptał szatyn po dłuższej chwili milczenia. Początkowo chciałem zapewnić go, że już następnego dnia dam radę iść do szkoły, ale w porę zrozumiałem jak głupim pomysłem to było. Tydzień bezczynnego siedzenia w domu nie brzmiał dla mnie przyjemnie, ale jeśli miało to uspokoić Tae... Czemu nie?
— Później napiszę do Hoseoka.
— To twój kolega? — Był zaskoczony, a w odpowiedzi dostał ode mnie jedynie ciche mruknięcie. Nie było w tym nic dziwnego, w końcu nigdy nie wspominałem mu o swoich znajomych. — Nigdy nie mówiłeś, że się z kimś przyjaźnisz.
— Bo nie przyjaźnię. Po prostu z nim rozmawiam.
— To jednak trochę...
— Nie — przerwałem mu. — Mam go gdzieś. Wszystkich mam gdzieś.
Wolałem cieszyć się chwilą obecną, niż rozwodzić się nad zupełnie mi obojętnym chłopakiem, z którym łączyła mnie jedynie wspólna klasa. Hoseok nie był złą osobą. Właściwie to wręcz przeciwnie. Zawsze się uśmiechał i wręcz tryskał energią, ale nie miałem ochoty wdawać się z nim w jakieś głębsze relacje. Miło było od czasu do czasu z nim porozmawiać, ale na nic więcej nie mógł u mnie liczyć, choć czasami miałem wrażenie, że zdecydowanie nie chodziło mu jedynie o zaprzyjaźnienie się.
Między nami zapanowała cisza. Nie widziałem w niej nic krępującego czy niepokojącego. Zresztą przy Tae nigdy nie czułem się źle. Chłopiec czasami peszył się przeze mnie, ale nigdy nie było między nami tej niezręcznej atmosfery, która sprawiłaby, że choć przez moment mielibyśmy ochotę zrezygnować z naszego towarzystwa. Nawet w momentach, gdy Tae był cały czerwony na twarzy, nie wyglądał, jakby miał ochotę uciec. Dlatego cisza między nami w ogóle mnie nie martwiła. Po prostu leżeliśmy wtuleni w siebie i wsłuchiwaliśmy się w swoje oddechy, a każdy był zajęty swoimi myślami. Dopiero po chwili Tae zdecydował się przerwać tę piękną chwilę.
— Mnie też masz gdzieś? — zapytał niepewnie, a ja natychmiast odsunąłem się od niego, by móc spojrzeć mu w oczy. Możliwe, że zrobiłem to zbyt gwałtowanie, bo świat nieprzyjemnie mi zawirował, ale zwyczajnie to zignorowałem. Nie chciałem, by Taehyung mnie w ten sposób zrozumiał i nie podobało mi się, że choć przez chwilę mógł w ten sposób myśleć.
— Ty nie jesteś wszyscy — zaakcentowałem ostatnie słowo.
— Więc kim jestem?
Popatrzył się gdzieś w bok, by uciec przed spojrzeniem moich ciemnych oczu. Wyglądał w tym momencie tak niepewnie i krucho, że jedyne, na co miałem ochotę, to ukrycie go w swoich objęciach i nie wypuszczenie już nigdy, a gorączka podpowiedziała mi, że to nadzwyczaj dobry pomysł.
— Moim chłopcem — palnąłem bez zastanowienia, ponownie przytulając się do niego. Nie widziałem jego reakcji, ale czułem jak na moment się spiął, by po chwili przytulić mnie do siebie mocniej, przez co na mojej twarzy pojawił się szeroki uśmiech.
Tak, to zdecydowanie była idealna pozycja na spędzenie reszty życia.

 

 

 

POWÓD PIĄTY

 

W tym roku śnieg postanowił spaść wcześniej. Białe śnieżynki tańczyły w powietrzu, wyglądając przy tym tak pięknie, że miałem ochotę zrobić sobie wagary tylko po to, by po prostu stać pośród nich i chociaż spróbować napatrzeć się na ich leniwe ruchy. Zima nie była moją ulubioną porą roku, ale płatki śniegu spadające z nieba zdecydowanie należały do jednych z najpiękniejszych obrazów, jakie dane było mi zobaczyć. To dzięki nim momentalnie cały świat stawał się niezwykle urokliwy i niemalże magiczny.
Był wczesny ranek, kiedy dzielnie maszerowałem w kierunku szkoły, starając się choć trochę uważać na to, gdzie idę, a nie jedynie wpatrywać się w otaczający mnie krajobraz. Jeszcze kilka miesięcy temu uległbym pokusie i usiadł na najbliższym murku, by nacieszyć oczy pierwszym śniegiem w tym roku, ale od pewnego czasu moja frekwencja była naprawdę godna pochwały. Oczywiście była to zasługa Tae, którego to nie chciałem zostawiać samego, bojąc się, że nie będzie mnie przy nim, gdy zrobi coś głupiego. Wolałem wmawiać sobie, że chłopcu beze mnie może się coś stać, niż przyznać nawet przed samym sobą, że dzień bez jego uśmiechu stawał się dla mnie zbyt ciężki. Czułem, jak powoli moje uczucia wymykały się spod kontroli i sam już powoli się w nich gubiłem, nie będąc pewnym, czego tak naprawdę chcę. Doskonale zdawałem sobie sprawę, że szatyn był dla mnie cholernie ważny, ale wciąż nie miałem pomysłu, co powinienem z tym fantem zrobić i co tak naprawdę do niego czułem. Miałem nadzieję, że jeśli trochę poczekam, wszystko samo się ułoży, ale zamiast tego z dnia na dzień było coraz gorzej, a ja żyłem w ciągłym lęku, że Tae odgadnie, co siedzi w mojej głowie wcześniej, niż zrobię to nawet ja.
Nie bałem się poczuć czegoś więcej do osoby tej samej płci. Nie zależało mi na szacunku społeczeństwa czy akceptacji z jego strony. Nigdy nie myślałem nad swoją orientacją zbyt długo, ale doskonale zdawałem sobie sprawę, że coś takiego jak miłość istnieje i nie przejmuje się czymś takim jak płeć. Tak przynajmniej mawiała babcia, kiedy w przedszkolu miałem swojego pierwszego przyjaciela. Byliśmy tylko dziećmi, których nie interesowały romantyczne dyrdymały, ale kobieta już wtedy musiała coś przeczuwać, a ja każde jej słowo traktowałem z największym szacunkiem i w stu procentach się z nią zgadzałem w wielu kwestiach.
Bałem się jednak poczuć coś więcej do Tae. Było to cholernie głupie, ale już nie wyobrażałem sobie mojego życia bez niego, a gdyby nie odwzajemnił moich uczuć – co w mojej głowie było bardzo prawdopodobne – nasza relacja na pewno uległaby zmianom. Zmianom, na które nie chciałem pozwolić. Wolałem móc widzieć jego uśmiech, obserwować ekscytację malującą się na twarzy i po prostu być blisko niego, nie bojąc się o niezręczną atmosferę. Czułem się z nim na tyle dobrze, by nie chcieć nic zmieniać między nami. Od dawna nie było przy mnie człowieka, któremu byłbym w stanie tak bardzo zaufać, więc nie chciałem go tracić. Byłem tchórzem i doskonale zdawałem sobie z tego sprawę, ale nie czułem się na siłach, by cokolwiek z tym zrobić. Wierzyłem, że to jedynie chwilowe i szybko minie, a wtedy wszystko wróci do normy.
Moje szybko bijące serce było jednak innego zdania.
Kiedy rozpoznałem w blondwłosym chłopcu – z którym niemalże zderzyłem się w bramie prowadzącej na teren szkoły – Tae, na moment zapomniałem nawet o czymś tak ważnym jak oddychanie. Po prostu patrzyłem na niego z szeroko otwartymi oczami, zastygając w miejscu. Na głowie miał kolorową czapkę z wielkim, niebieskim pomponem, a spod niej wystawały jasne kosmyki, przyozdobione płatkami śniegu. Dla mojego serca było to stanowczo za wiele.
— Hyung — zawołał na mój widok, posyłając mi swój prostokątny uśmiech, który tak uwielbiałem.
Nie odpowiedziałem mu jednak od razu. Byłem zbyt zaabsorbowany podziwianiem jego twarzy, która dzięki nowemu kolorowi włosów prezentowała się jeszcze piękniej. W tym momencie przypominał mi jasny płatek śniegu, który był poza moim zasięgiem, bo dotknięcie go oznaczało jego zniszczenie. Tak właśnie się czułem. Jakby rodzące się we mnie uczucia były czymś złym i niszczycielskim, a za nic w świecie nie chciałem, by tak cudownemu człowiekowi stało się cokolwiek złego.
— Hyung? — Tae postanowił spróbować przywołać moje myśli z powrotem do rzeczywistości. — Źle wyglądam? O to chodzi? — Zaczął, odruchowo dotykając dłonią swoich włosów i nerwowo się nimi bawiąc. — Jeszcze nigdy nie miałem tak jasnych, więc chciałem spróbować, ale pewnie przesadziłem i wyglądam dziwnie, choć w sumie to nic, bo mogę...
— Wyglądasz pięknie — przerwałem mu. — Naprawdę pięknie.
I to mu wystarczyło, by przestał martwić się o swój wygląd, wierząc moim słowom, a na jego policzkach wykwitły urocze rumieńce, które zdecydowanie nie były efektem zimna.


***


Jeszcze nigdy nie siedziało mi się tak ciężko na lekcjach. Dzielnie próbowałem skupiać się na słowach nauczycieli, ale krajobraz za oknem za bardzo mnie rozpraszał. Ciągłe odliczanie minut do przerwy, podczas której spotykałem się z Tae, też nie pomagało. Dlatego ostatni tego dnia dzwonek przywitałem niczym wybawienie. Byłem jedną z pierwszych osób, które opuściły salę i popędziły w kierunku szafek, by przebrać buty i ubrać ciepłą kurtkę. Nie zamierzałem tkwić w tym budynku dłużej niż było to konieczne, więc, kiedy tylko sam byłem gotowy do wyjścia, natychmiast ruszyłem w kierunku szafki Taehyunga, żeby choć trochę go pośpieszyć. Od jakiegoś czasu kończyliśmy zajęcia o tych samych godzinach, bo zdecydowałem się na większą ilość zajęć dodatkowym – już sam nie wiedziałem, czy chciałem jak najlepiej przygotować się do egzaminu końcowego, czy móc praktycznie dzień w dzień odprowadzać mojego chłopca na pociąg. Zawsze czekałem na niego przy wyjściu z budynku, ale w tamtym momencie czułem się jak małe dziecko, które musi pobiec po swojego przyjaciela i razem z nim wybiec w sam środek występu tańczących śnieżnych baletnic.
Blondyn stał przy swojej szafce i rozmawiał z jakąś rozchichotaną dziewczyną. Wyglądała na uczennicę pierwszej klasy, ale nie widziałem plakietki na jej mundurku, więc nie mogłem mieć pewności. Ich rozmowa wyglądała na zupełnie niewinną, a jednak coś w moim środku zaczęło nieprzyjemnie mnie uciskać. Dlatego, zanim pomyślałem, natychmiast do nich podszedłem. Może chciałem im przerwać? A może jedynie pragnąłem jak najszybciej znaleźć się na zewnątrz? Zdecydowanie wolałem to drugie wytłumaczenie.
— Przeszkadzam? — zapytałem od razu, nie chcąc wychodzić na skończonego gbura. Nie zależało mi na opinii dziewczyny, ale skoro Taehyung ją lubił... Mogłem się postarać.
— Hyung? — zapytał chłopiec, zdziwiony moim widokiem. W końcu to nie było normalne miejsce naszych codziennych spotkań. W jego głosie nie było jednak niechęci ani niczego negatywnego. Ta mała zmiana zdecydowanie mu się podobała.
— Pośpiesz się.
— Och. — Zerknął na duży zegar, wiszący na ścianie. Zapewne pomyślał, że się guzdrze i dlatego po niego przyszedłem, ale widząc, że to nic z tych rzeczy, posłał mi krótkie, zdziwione spojrzenie. Nie skomentował tego jednak ni jak. — W sumie to jestem już gotowy — oznajmił, zakładając na głowę czapkę z tym śmiesznym pomponem. Odwrócił się jeszcze w stronę dziewczyny, by rzucić: — Do jutra — i mogliśmy nareszcie wyjść z budynku.
Żaden z nas nie odezwał się, dopóki nie znaleźliśmy się wśród wirujących płatków. Zimne powietrze nieprzyjemnie w nas uderzyło, ale ani trochę mi to nie przeszkadzało, bo widok, jaki zastaliśmy, w pełni mi to wynagradzał. Było już ciemno, a na ziemi znajdowała się gruba warstwa śniegu. Inni uczniowie zrobili na nim wiele odcisków stóp, ale nie odbierało mu to uroku.
— Wooooo — zawołał Tae na ten widok. — Jak magicznie!
Dokładnie to samo pomyślałem. A wrażenie to spotęgowało zerknięcie w jego stronę. W tych jasnych włosach wyglądał jak postać z baśni – jedna z tych, które kuszą swoim pięknem i nie pozwalają o sobie zapomnieć. Pasował do tego krajobrazu jak nikt inny.
— To co? — zapytałem. — Lepimy bałwana?
Ta propozycje zdecydowanie nie była w moim stylu. Znajdowaliśmy się przed budynkiem szkoły. Było już późno. Powinniśmy udać się do domów i przygotować na jutro. Zamiast tego wyskoczyłem jednak z czymś takim. Co się ze mną działo?
Blondyn nie zobaczył w tym nic dziwnego. Natychmiast pokiwał głową, zbiegając po schodkach i kierując się w stronę drzew, gdzie śnieg nie był wydeptany. Mi nie zostało z kolei nic innego, jak ruszyć za nim. W końcu tego chciałem. Prawda?
Ugh, już sam nie byłem pewien.
Wiedziałem jednak, że padający śnieg sprawiał, że miałem ochotę zachowywać się jak dzieciak, a Tae wyglądał tak radośnie, że automatycznie czułem się jeszcze lepiej i nic więcej się nie liczyło.

 

***


Było już naprawdę późno. Telefon, na który chwilę temu zerknąłem, pokazał dziewiętnastą, a ja wciąż tkwiłem przed budynkiem szkoły, bawiąc się z Tae w najlepsze. Na prawo od nas znajdowały się pokraczne aniołki, które zrobiliśmy kilka godzin temu, a przed nami cała rodzina bałwanków. Początkowo mieliśmy zrobić tylko jednego, ale z każdym kolejnym szło nam coraz lepiej, więc koniec końców powstało ich aż pięć. Nie były duże czy szczególnie piękne, ale obaj właśnie spoglądaliśmy na nie z prawdziwą dumą wymalowaną na twarzach. W końcu włożyliśmy w nie naprawdę wiele wysiłku, a mokre rękawiczki i zarumienione policzki mogły być tego dowodem. Na mojej twarzy nawet pojawił się szeroki uśmiech, bo sam już nie wiedziałem, kiedy ostatni raz czułem się tak lekko i beztrosko.
— Do czego ty mnie zmuszasz, dzieciaku? — westchnąłem, udając zmęczonego i zrezygnowanego, ale ani trochę mi to nie wyszło, co młodszy od razu wyłapał.
— Halo, to nawet nie był mój pomysł — żachnął się, na moment odwracając wzrok od naszego dzieła, by spojrzeć prosto na mnie.
— Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. — Na mojej twarzy gościła mina prawdziwego niewiniątka, choć w oczach na pewno krył się fałsz, połączony z rozbawieniem. — Wiem tylko, że powinniśmy już wracać do domów. — Założyłem ręce za plecami i zrobiłem kilka kroków do tyłu, w stronę naszych plecaków, które porzucone leżały na jednej z ławeczek. Chciałem tym uciąć temat, ale Taehyung mi na to nie pozwolił, co ani trochę mnie nie zaskoczyło.
— Hyung. — Słowo to zabrzmiało jak ostrzeżenie, ale zupełnie to zignorowałem, co okazało się być moim błędem. Ułamek sekundy wystarczyło, by blondyn schylił się, wziął garść śniegu, uformował z niego okrągłą śnieżkę i rzucił nią we mnie.
Powiedzenie, że się tego spodziewałem, to za dużo, ale po części właśnie tak było. Mimo tego zrobiłem pełną zaskoczenia minę. Ba. Ta mina miała mówić, że jestem zszokowany i zdegustowany!
— Czyli tak się bawimy — mruknąłem do siebie, ale miałem pewność, że chłopak doskonale mnie usłyszał. W innym wypadku nie uciekłby z piskiem, by schować się za najbliższym drzewem. Na ratunek było dla niego jednak za późno, ale – nawet gdy biegłem za nim, a następnie powaliłem go na ziemię – jego głośny śmiech rozbrzmiewał echem w moich uszach, sprawiając, że sam uśmiechałem się tak szeroko jak nigdy. Zamilkliśmy tylko na moment, gdy nasze twarze znalazły się zbyt blisko siebie. Moje serce zaczęło bić stanowczo za szybko, kiedy patrzyłem prosto w jego oczy i to była świetna okazja, by choć na kilka sekund dotknąć jego ust lub obsypać jego twarz zimnym śniegiem, a ja byłem zbyt wielkim tchórzem, by zrobić to, co nakazywało mi moje serce. Dlatego już po chwili powietrze znowu wypełnił nasz śmiech.

 

 

 

POWÓD SZÓSTY

 

W pociągu było nieprzyjemnie zimno. Możliwe, że to tylko nasz przedział postanowił zamienić pasażerów w kostki lodu, ale nie próbowaliśmy się przesiadać. Siedzenia były przyjemnie miękkie, a podróż nie miała trwać długo, więc nie zamierzałem skarżyć się na coraz zimniejsze dłonie. Tae był owinięty grubym, bordowym szalikiem, który dostał ode mnie jako prezent świąteczny, na głowie miał swoją śmieszną czapkę, a dłonie schował do kieszeni. Ja natomiast byłem zbyt zestresowany tym, co miało mnie dzisiaj czekać, by pomyśleć chociaż o wzięciu ze sobą głupich rękawiczek. W końcu niecodziennie ma spędzić się święta w domu swojego przyjaciela.
Kiedy tylko Taehyung usłyszał, że moi rodzice utknęli na lotnisku w Oslo i nie uda im się dotrzeć na Wigilię, natychmiast zadzwonił do swojej mamy, żeby powiadomić ją o dodatkowym gościu na święta. Zupełnie zignorował moje protesty i zapewnienia, że to przecież nic takiego. Moja rodzina od zawsze podchodziła do takich uroczystości z dystansem. Jasne, mama uwielbiała dekorować dom, a i ja odnajdywałem w tym sporo radości, ale na tym tak naprawdę cała sprawa się kończyła. Dla blondyna jednak święta były czymś naprawdę ważnym, więc kiedy zobaczyłem jego determinację i proszące oczy, które wlepiał we mnie – uległem mu. W końcu to nic takiego, prawda? Wspólne święta z rodziną, której się nie zna. Nocowanie u swojego przyjaciela, do którego czuje się stanowczo za dużo. Poznanie od innej strony dyrektora szkoły, do której się chodzi, który to okazał się być ojcem twojego obiektu westchnień.
Stres zgniatał moje narządy i sprawiał, że miałem ochotę wyskoczyć z pędzącego pociągu i uciec jak najdalej, ale godność nie pozwalała mi na tak desperackie kroki. Zamierzałem zmierzyć się z czekającą mnie kolacją z dumnie uniesioną głową. Dla Taehyunga.
— Hyung? — Z moich rozmyśleń wyrwał mnie niepewny głos chłopca. Natychmiast skupiłem na nim swój wzrok, ale on wolał obserwować krajobraz za oknem.
— Tak?
— Jesteś na mnie zły?
Zamrugałem zaskoczony oczami.
— Zły? Dlaczego miałbym być na ciebie zły?
— Zmusiłem cię do przyjazdu do mnie na święta, choć przecież nie chciałeś. Przepraszam.
Chwilę trwałem w stanie otępienia, ale smutny wyraz twarzy Tae zmusił mnie do szybkiej reakcji. Podniosłem się z wcześniej zajmowanego przeze mnie miejsca i przeniosłem na to bliżej chłopca, czym skupiłem jego wzrok na sobie. Kiedy odwracał głowę w moją stronę, jego nos wychylił się spod ciepłego materiału szalika, więc wykorzystałem to i delikatnie go pstryknąłem.
— Nie przesadzaj z tym zmusiłem — zacząłem. — Przecież nie wpakowałeś mnie do pociągu siłą, a ja nie wyrywałem się z krzykiem. Sam w końcu zgodziłem się z tobą pojechać, prawda?
Zrobiłem to jednak tylko po to, by sprawić mu przyjemność i zupełnie wtedy nie przemyślałem sprawy, czego żałowałem do teraz, ale o tym nie musiał wiedzieć.
— Więc dlaczego jesteś taki milczący, hyung?
Czyli o to mu chodziło.
Westchnąłem cicho, szybko analizując, jak powinna brzmieć moja odpowiedź. Bo jasne, mogłem być z nim absolutnie szczery i przyznać, że po prostu się stresuję, ale czy moja godność by to zniosła? Tae widział już kilka moich słabych momentów i nie bałem się przed nim otwierać kolejnych furtek w grubych murach, które to oddzielały mnie od reszty świata. Mimo tego wciąż miałem świadomość, że nie powinienem przesadzać. Że nie ze wszystkiego muszę i chcę mu się tłumaczyć. Poza tym pragnąłem w jego oczach uchodzić za osobę silną i pewną siebie, więc musiałem stawiać przed sobą jakieś granice. W końcu każdy ich potrzebował.
— Nie jest to nic, czym powinieneś się martwić — zgrabnie wybrnąłem z tematu, naciągając jego czapkę na oczy, by nie mógł mnie widzieć. Zdecydowanie lubiłem się z nim droczyć.
— Hyung — mruknął oburzony, zaraz poprawiając nakrycie głowy, ale na jego twarzy znajdował się delikatny uśmiech, który ogrzewał moje serce. Był to jeden z moich ulubionych widoków. Wesołe ogniki tańczyły mu w oczach, przez co jego twarz wyglądała jeszcze piękniej i jeszcze młodziej. Prawdopodobnie był najpiękniejszą istotą, jaką dane było mi poznać. Nic więc dziwnego, że nie mogłem odwrócić wzroku od tego widoku, na czym oczywiście zostałem przyłapany. — Czemu się tak na mnie patrzysz?
Policzki blondyna momentalnie nabrały kolorów, więc spróbował ukryć się w szaliku. Miałem ochotę powiedzieć mu, by tego nie robił, bo z rumieńcami zdecydowanie było mu do twarzy, ale uznałem, że to nie byłoby odpowiednie. Ostatnio już wystarczająco się zapominałem, przez co stawałem się zbyt oczywisty, a tego nie chciałem. Wciąż wierzyłem, że w końcu mi przejdzie, a moje serce uzna, że Taehyung jest dla mnie jedynie przyjacielem. Byłem tchórzem, ale uważałem, że tak będzie lepiej. Tyle że nic nie wskazywało na to, by moje uczucia względem niego choć trochę się uspokoiły.
— Lubię patrzeć na mojego rozmówcę.
— Hyuuung — przeciągnął głosem człowieka, który nie ma już siły bawić się w grę, której zasad nie może zrozumieć. — Ostatnio ciągle unikasz odpowiedzi na moje pytania!
— Prawda? — mruknąłem sam do siebie, przenosząc spojrzenia na fotele naprzeciwko nas. Nie sądziłem, że Tae zauważy zmianę w moim zachowaniu, ale najwyraźniej byłem zbyt oczywisty i nie bardzo wiedziałem, jak wybrnąć z tej sytuacji. Miałem ochotę powiedzieć mu o wszystkim, co w ostatnim czasie spędzało sen z moich powiek, ale przecież mogło to tak wiele zmienić... Zbyt wiele.
— Czy — zawahał się — zrobiłem coś nie tak?
— Spokojnie, to nic takiego. Po prostu... Muszę kilka rzeczy poukładać w swojej głowie. Jak już to zrobię, to wszystko będzie jak wcześniej.
Chłopiec poruszył się niespokojnie, tocząc ze sobą wewnętrzną walkę, ale koniec końców postanowił na razie zrezygnować z kontynuowania tematu. Westchnął ciężko i oplótł dłońmi moją rękę, wtulając w miękką kurtkę twarz. Automatycznie uśmiechnąłem się na ten gest. Nie chciałem go martwić, ale jeśli za każdym razem uciekanie od problemów, oznaczałoby jego tulenie się do mnie... Sprawa była do przemyślenia.


***


Podróż pociągiem trwała około czterdziestu minut, które spędziliśmy głównie pogrążeni we własnych myślach, tylko od czasu do czasu wymieniając ze sobą kilka zdań. Bałem się, że przez tą krótką rozmowę udało mi się całkowicie zepsuć cały dzień, ale kiedy tylko wysiedliśmy na mroźne powietrze, szeroki uśmiech powrócił na twarz Taehyunga. Chłopiec początkowo chciał zadzwonić po swojego ojca, żeby po nas przyjechał, ale zapewniłem go, że wcale nie jest mi tak zimno. Nie chciałem wyciągać niepotrzebnie pana Kim z domu, kiedy na pewno miał wystarczająco spraw na głowie, a ze stacji mieliśmy do przejścia zaledwie kilometr. Nikt jednak nie ostrzegał mnie, że będzie do kilometr pod górę, co jednak komplikowało sprawę.
— I ty tutaj codziennie się tak wspinasz? — Specjalnie zaakcentowałem ostatnie słowo, czym wywołałem śmiech u blondyna.
— Hyung, przecież to malutka góreczka!
— Dobrze, że jutro będę miał z tej malutkiej góreczki — mruknąłem pod nosem, starając się głęboko oddychać. Moja kondycja nie była zła, ale zdecydowanie przywykłem do chodzenia po równych terenach.
— Jeszcze nawet nie dotarliśmy do mojego domu, a ty już myślisz o powrocie.
— To tylko troska o moje płuca. Nie chcę wyzionąć ducha.
Przynajmniej Taehyung dobrze się bawił. Jego śmiech rozbrzmiewał po okolicy i na pewno nie jedna osoba go usłyszała, pomimo przesiadywania we wnętrzu ciepłego domu. Od wyjścia z pociągu humor mu dopisywał, co oczywiście bardzo mnie cieszyło, ale dlaczego odbywało się to moim kosztem? Gdy jednak widziałem łzy śmiechu, zbierające się w kącikach jego oczu, nie mogłem na to narzekać. Najważniejsze było to, że blondyn był szczęśliwy. Nic innego nie miało dla mnie znaczenia.
— Okej, mam dobrą wiadomość, hyung. To tutaj. — Wskazał na dom znajdujący się kilka metrów od nas. Był całkiem sporych rozmiarów, obłożony szarym kamieniem, z małym ogrodem pełnym niewielkich drzewek, które obecnie straszyły swoimi łysymi gałęziami. Budynek ten nie wyróżniał się z zewnątrz niczym szczególnym od tych znajdujących się w jego sąsiedztwie, ale i tak przywołał na moją twarz uśmiech. W końcu to był dom mojego przyjaciela. To było wystarczające, by podobał mi się najbardziej.
— Nareszcie dobra nowina.
Przeszliśmy wspólnie przez furtkę i skierowaliśmy się do dużych drzwi z ciemnego drewna, a kiedy znaleźliśmy się przed nimi, Tae zaczął napastować dzwonek. Dźwięk ten był naprawdę nieprzyjemny, więc postanowiłem zakończyć jego zabawę. Chwyciłem jego dłoń i przysunąłem sobie na wysokość klatki piersiowej. Zamierzałem jakoś skomentować jego zachowanie, ale w tym momencie drzwi szeroko się otwarły i stanęła w nich niska dziewczyna z krótkimi, czarnymi włosami. Miała chudą, pociągłą twarz, którą przyozdabiał szeroki uśmiech. Jej spojrzenie spoczęło na wciąż trzymanej przeze mnie dłoni Tae, więc natychmiast ją puściłem, czując dziwne zawstydzenie.
— Nie przeszkadzajcie sobie, gołąbeczki — zaśmiała się i chciała coś dodać, ale Tae jej przerwał:
— Moonri!
Kiedy spojrzałem na jego twarz, była ona cała czerwona. Wzrok natomiast miał utkwiony w dziewczynie i malował się w nim szok.
— Oj no, nie musisz się wstydzić, Tae Tae. Też kiedyś byłam młoda, piękna i szczęśliwie zakochana — westchnęła rozmarzona. — A potem twój brat zrobił mi dziecko i zamieniłam się w kopciuszka. — Otarła niewidzialną łzę.
Zamrugałem zaskoczony oczami, stojąc w miejscu jak wrośnięty w ziemię. Moonri uciekła szybko do wnętrza domu, goniona przez podenerwowanego i zawstydzonego Taehyunga, a ja nawet nie byłem pewien, kiedy się to stało, bo nagle zaczęło szumieć mi w uszach przez głośno bijące serce.


***


Najbardziej stresującą częścią było poznanie domowników. Chciałem wypaść jak najlepiej, przez co niemalże bałem się odezwać, ale całe to napięcie było naprawdę niepotrzebne. Rodzina Kimów okazała się być bowiem zbiorem naprawdę ciepłych osób, które od razu polubiłem. Wystarczyła mi z nimi dłuższa chwila przy jednym stole, bym poczuł się wśród nich dobrze. Tak, jakbym znał ich dużo dłużej niż zaledwie kilkadziesiąt minut. Odważyłem się nawet przekomarzać przy nich z Taehyungiem, co zdawało się naprawdę go cieszyć. W końcu było to jako tako wyznacznikiem mojego samopoczucia, a młodszy z Kimów naprawdę chciał, bym czuł się wśród jego rodziny dobrze. Pozostali domownicy zresztą też zdawali się o to dbać. Nie lubiłem być w centrum uwagi, ale ten jeden raz nie było to tak niewygodne jak zazwyczaj.
Ojca Taehyunga już teoretycznie znałem, ale po godzinach był dużo bardziej wyluzowaną osobą. Jego młodszą kopią zdawał się być Namjoon – najstarszy brat blondyna, który zrobił z Moonri kopciuszka i był szczęśliwym ojcem sześcioletniego Seyeola. Razem z panią Kim stanowili głos rozsądku w rodzinie i jako tako starali się zapanować nad resztą domowników, co wcale nie było łatwym zadaniem. Seokjin, Tae i żona Joona ciągłe sobie przygryzali, co powodowało śmiech wszystkich przy stole. Niektórych ich żartów nie mogłem jednak zrozumieć, przez przerywającego im natychmiast Tae, który w sekundzie stawał się cały purpurowy na twarzy i uciekał od mojego spojrzenia, gdzie tylko mógł. Dopiero po którymś razie pani Kim postanowiła stanąć w obronie swojego najmłodszego syna i zaczęła kierować rozmowę na spokojniejsze rejony, które nie działały aż tak na blondyna.
Byłem okropnie ciekaw, o co chodzi. Miałem przeczucie, że kluczem do tego wszystkiego była sytuacja, która rozegrała się w drzwiach, gdy nareszcie dotarliśmy pod nie z Taehyungiem, ale nie chciałem o to pytać przy wszystkich. Nie chciałem też robić sobie jakiejkolwiek nadziei, a musiałem przyznać, że na nowo narodziła się ona w moim sercu. A to nie było dobre.


***


Po wigilijnej kolacji każdy zajął się swoimi sprawami. Seyeol pociągnął Tae do swojego pokoju, koniecznie chcąc mu coś pokazać, Namjoon z panem Kim gdzieś zniknęli, a Seokjin i Moonri zajęli się oglądaniem Kevina, głośno się przy tym śmiejąc. Ja natomiast postanowiłem napić się herbaty z mamą blondyna. Jej obecność była na swój sposób kojąca, więc, gdy poprosiła mnie o dotrzymanie sobie towarzystwa, natychmiast się zgodziłem. Delikatny stres znowu nawiedził moje ciało, gdy zostaliśmy we dwójkę, ale nie dałem tego po sobie poznać. Po nadmiarze wrażeń z dzisiejszego dnia byłem nieco przytłoczony, a w mojej głowie wciąż panował bałagan, ale zdecydowanie mogłem te święta uznać za jedne z najlepszych, jakie miałem. Dlatego też postanowiłem wszystkie analizy zostawić sobie na później, a teraz po prostu trzymać się chwili obecnej.
— Bardzo cieszę się, że mogłam cię nareszcie poznać. Tae tak dużo nam o tobie mówił — zaczęła niespodziewanie kobieta, kładąc na kuchenny stół dwa kubki herbaty. Jej słowa zabrzmiały w moich uszach jak zwykła grzeczność, ale coś w wyrazie jej twarzy sprawiło, że w nie uwierzyłem. Przypominała Taehyunga, więc pewnie dlatego miałem ochotę uwierzyć we wszystko, co mówiła.
— O was też nie szczędził słów. — Automatycznie uśmiechnąłem się pod nosem na wspomnienie wyrazu twarzy Tae, gdy tylko zaczynał opowiadać o swoich bliskich. — Teraz już rozumiem, dlaczego mówił o was z takim ciepłem.
— Czyli ci dzikusi cię nie wystraszyli? — Głową wskazała w stronę salonu, skąd dochodziły dźwięki filmu.
— Wręcz przeciwnie. Naprawdę dobrze się bawiłem.
— Bardzo mnie to cieszy! Trochę bałam się, że święta u nas jednak nie będą zbyt przyjemne. W końcu na pewno lepsze są te rodzinne niż z obcymi ludźmi.
Zagryzłem policzek od środka, przez kilka sekund zastanawiając się nad odpowiedzią, aż w końcu zdecydowałem się na szczerość.
— To są moje najbardziej rodzinne święta od lat — wyznałem, upijając kilka łyków herbaty. — W moim domu ubieramy choinkę i tak naprawdę na tym kończy się świętowanie.
Kobieta wyglądała na zaskoczoną, ale zaraz posłała mi swój ciepły uśmiech.
— Wobec tego jeszcze bardziej cieszę się, że możemy cię gościć.
Rozmowa ta nie była szczególnie długa. Po prostu nasze spokojne głosy wymawiały zdania o wszystkim i o niczym. Nawet gdy herbaty już się skończyły wciąż siedzieliśmy przy kuchennym stole pogrążeni w rozmowie, dopóki nie poczułem drobnych rąk oplatających mnie za szyję, i ciała, wtulającego się w moje plecy.
— Hyung, idziesz już spać?
Pani Kim posłała nam rozczulony uśmiech i wstała z krzesła, żeby włożyć brudne kubki do zmywarki.
— Uciekajcie, bo pewnie Seyeol będzie chciał zrobić wam rano pobudkę i nikt ani nic go przed tym nie powstrzyma.
Byłem już naprawdę zmęczony, więc nawet nie zamierzałem protestować. Podniosłem się ze swojego miejsca i dałem pociągnąć za rękaw swetra do pokoju przyjaciela.
— Dobranoc — rzuciłem grzecznie, ale moje oczy były już skupione tylko na Taehyungu. Wyglądał na naprawdę śpiącego i był już ubrany w piżamę, ale najwyraźniej nie chciał mnie zostawiać samego. Mieliśmy spać w jednym pokoju, więc położenie się spać o jednej porze, wydawało się być wygodniejsze niż późniejsze chodzenie na paluszkach, by nie obudzić tego pierwszego.
— Wyglądasz na naprawdę zmęczonego, hyung.
— To samo mogę powiedzieć o tobie. Czemu nie zawołałeś mnie wcześniej?
— Wolałem na ciebie poczekać, ale ty postanowiłeś mnie zdradzać z moją własną matką — spróbował zażartować, ale efekt zniszczyło głośne ziewnięcie.
Gdy weszliśmy do jego pokoju, zmusiłem go do przysiądnięcia na łóżku, a sam uklęknąłem przy plecaczku, z którym tutaj przyjechałem, żeby wydobyć z niego piżamę i szczoteczkę do zębów. Kiedy już znalazłem wszystko, odwróciłem się ponownie w jego stronę, a moje usta rozciągnęły się w delikatnym uśmiechu. Taehyung w takiej odsłonie prezentował się naprawdę słodko. Aż miałem ochotę go po prostu przytulić i już nie puścić, ale nawet mój zmęczony umysł potrafił jeszcze się opanować. A przynajmniej częściowo, bo podszedłem powoli do niego i złożyłem krótki pocałunek na jego czole.
— Idź już spać, a ja wrócę za kilka minut. — Pogłaskałem go po głowie i szybko udałem się w stronę łazienki. Nawet nie popatrzyłem na jego twarz, odrobinę obawiając się reakcji na moje zachowanie, ale nie miałem jednak wrażenia, że zrobiłem coś nieodpowiedniego. Przecież przyjaciele też mogli dawać sobie słodkie buziaki, prawda?
Gdy ponownie wszedłem do pokoju, Tae leżał już w swoim łóżku, więc najciszej jak potrafiłem, odłożyłem swoje rzeczy i wspiąłem się na rozłożoną specjalnie dla mnie kanapę. Ułożyłem się wygodnie i już miałem zamknąć oczy, gdy drugie łóżko zaskrzypiało, bose stopy przeszły po panelach i gorące ciało przylgnęło do moich pleców, zmuszając moje serce do sporego wysiłku.
— Hyung?
— Tak?
— Czy możesz przede mną już nie uciekać? Nie ignorować pytań? Nie kręcić?
Westchnąłem ciężko i obróciłem się przodem do niego, by móc przytulić jego chude ciało do mojej klatki piersiowej, co chłopak wykorzystał. Pod osłoną nocy obaj czuliśmy się pewniej.
— Nawet jeśli to może wiele zniszczyć?
— Nawet wtedy. Zniszczenie jest początkiem odbudowy, pamiętaj, hyung, Dlatego nie trzeba się go bać.
— Będę pamiętać. — Zakończyłem temat, dając mu kolejnego całusa w czoło i nie przejmując się tym, co miało dziać się poza tu i teraz.

 

 

 

POWÓD SIÓDMY

 

 

Sen był cudowną chwilą wytchnienia, ucieczką od problemów dnia codziennego i odpoczynkiem dla zmęczonego serca. W snach mogliśmy być, kim tylko zapragniemy. Nie musieliśmy bać się swoich uczuć ani przejmować każdym najdrobniejszym gestem. Tkwienie w wykreowanym przez nas świecie mogło przynieść wolność (lub zniewolenie), dlatego naprawdę lubiłem śnić. Moja sympatia do tej czynności była ogromna, jednak dopiero tej nocy poczułem, że nareszcie jestem na swoim miejscu. Że właśnie tak powinna wyglądać każda inna noc mojego życia, że otaczało mnie bezpieczeństwo, że wszystko było nareszcie na swoim miejscu... A wszystko za sprawą gorącego ciała, które mogłem przez kilka godzin przytulać do siebie i które samo do mnie lgnęło, nie pozwalając nam nawet na chwilę oderwania. Spałem głęboko, snem niczym niezmąconym, ale pomimo tego zdawałem sobie sprawę z bliskości Taehyunga i czułem się z tym niesamowicie. Pragnąłem, by chwila ta trwała wiecznie, by nikt nam jej nie zakłócił. Rzeczywistość zlewała mi się z jawą, ale w obu tych światach chłopiec był przy mnie i czułem, że naprawdę nic innego nie jest mi już potrzebne.
Nie wiedziałem, ile godzin udało nam się przespać. Jeśli miałem być szczery, to nawet mnie to w tamtym momencie nie interesowało, choć przecież nie byłem u siebie i po południu planowałem wrócić do własnego domu. Nic z tego jednak nie było ważne, kiedy mogłem po prostu leżeć obok osoby, która tak wiele dla mnie znaczyła. Czułem się wspaniale. Tak wspaniale, jak już naprawdę dawno nie dane było mi się czuć.
Świat jednak uwielbiał niszczyć piękne chwile.
Drzwi do pokoju Taehyunga otworzyły się z hukiem, który sprawił, że nasze oczy natychmiast się otwarły. Odruchowo popatrzyliśmy się na siebie, a w naszych spojrzeniach malowało się zaskoczenie pomieszane z niepokojem. Dopiero po chwili zdaliśmy sobie sprawę, że mamy intruza, co odkryliśmy, gdy ciało niewielkiego chłopca znalazło się nad nami.
— Hyung i hyung, wstajemy i pędzimy na saneczki! — zawołał sześciolatek, posyłając nam jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów. Brakowało mu górnej jedynki, przez co wyglądał w takim wydaniu naprawdę uroczo, a zmierzwione, ciemne włoski, które odstawały we wszystkie strony świata, tylko dopełniały ten efekt.
— Seyeol — jęknął zrezygnowany Tae i spróbował ukryć się przed całym światem w moich ramionach. Byliśmy wciąż zbyt zaspani, by chociaż pomyśleć o tym, co dzieciak mógł pomyśleć na nasz widok, ale szybko mieliśmy się tego dowiedzieć.
— Nie wiedziałem, że jesteście małżeństwem.
Zmarszczyłem brwi w geście niezrozumienia.
— Małżeństwem?
— No taaaak — zaczął tłumaczyć sześciolatek, jakbyśmy to my byli młodsi. — Mamusia i tatuś też tak ze sobą śpią, bo są małżeństwem, więc wy też musicie być małżeństwem, bo tak śpią tylko małżeństwa.
Popatrzyliśmy na siebie z Taehyungiem zaskoczeni, kompletnie nie spodziewając się takich słów. Twarz blondyna natychmiast zrobiła się cała czerwona, a moje serce zaczęło bić tak mocno, jakby chciało, by każdy w pomieszczeniu je usłyszał. Zaraz jednak wybuchnęliśmy śmiechem, bo logika sześciolatka rozłożyła nas na łopatki. (Poza tym wydawało się to być najwygodniejszą ucieczką od naszych uczuć, dla których teraz nie mieliśmy zwyczajnie czasu.)
— Coo? Dlaczego się śmiejecie? Powinno być wam przykro, że odkryłem, że nie byłem na waszym weselisku! — Słowa te jedynie wzmocniły nasze rozbawienie. — Agh, małżeństwa są takie dziwne! Jesteście dziwniejsi niż mamusia i tatuś, gdy bawią się w wampirki! Ja nigdy nie zostanę małżeństwem.
Chłopczyk ponownie stanął na podłodze i ruszył w kierunku drzwi.
— Ale nie jestem na was zły, więc chodźcie szybko, szybko na saneczki!
I wyszedł, zostawiając nas samych, a my wciąż nie mogliśmy się uspokoić.

 

***

 

O wyjściu z domu bez śniadania mogliśmy zapomnieć – ku ogromnemu niezadowoleniu Seyeola, który jak najszybciej chciał udać się na górkę za domem i choć przez chwilę się z nami pobawić. Chłopiec nawet próbował nas poganiać, ale wystarczyło jedno karcące spojrzenie od Namjoona, a dzieciak momentalnie się uspokoił, choć było to dla niego nie lada wysiłkiem. Cały czas przebierał niespokojnie nogami, ale z jego ust nie wydobyło się już żadne marudzenie. Polubiłem sześciolatka, ale głosik w mojej głowie i tak kusił mnie, by jeść jak najwolniej, żeby zrobić mu na złość. Najpewniej bym go posłuchał, gdyby nie Taehyung, który zdawał się połykać kęsy kanapki w całości, dopóki pani Kim nie poprosiła go o gryzienie.
Znałem tych ludzi zaledwie jeden dzień, ale widząc obrazek, który miałem przed oczami, ogarniało mnie dziwne ciepło. Czułem się wśród nich dobrze i z niechęcią myślałem o powrocie do zimnego domu, choć przecież uwielbiałem spędzać czas wśród własnych czterech ścian. Po porostu tutaj wszystko wydawało się łatwiejsze i odrobinę lepsze, a ja miałem ochotę cały czas się uśmiechać do ludzi, którzy przyjęli mnie do siebie i zaakceptowali. Nie byłem częścią ich rodziny, a jednak tak właśnie się czułem, co było niepokojące, ale kurczowo starałem się trzymać tu i teraz, by nie dać negatywnym myślom opanować mojego serca. Choć jeszcze tego jednego dnia. Później rzeczywistość mogła mnie przygnieść, zmiażdżyć, przeżuć... Zrobić ze mną cokolwiek chciała, ale obecną chwilę zamierzałem wykorzystać do maksimum.
— Zjadłem! — zawołał zadowolony Taehyung, a oczy Seyeola natychmiast zabłyszczały od szczęścia. W tym momencie zdawali się być do siebie całkiem podobni, co przywołało uśmiech na moją twarz.
— Wygląda na to, że ja też.
— Została ci jeszcze jedna kanapeczka — natychmiast zareagowała pani Kim, ale ja pokręciłem głową.
— To był już mój limit, ale bardzo dziękuję za tak dobre śniadanie.
— Ach, to tylko kanapki. — Machnęła w moją stronę lekceważąco ręką, ale widziałem, że spodobały jej się moje słowa. Miałem ochotę wspomnieć, że dla mnie to dużo więcej niż tylko kanapki, ale w porę ugryzłem się w język. W końcu wolałem nie poruszać tematu tego, że jedzenie zrobione przez kogoś zawsze smakuje lepiej, a od czasu śmierci babci praktycznie nigdy nikt nie robił posiłku z myślą o mnie. Jasne, moja rodzicielka czasami coś ugotowała, ale było to jeszcze rzadszym zjawiskiem niż jej wizyty w domu. — Zmykajcie w takim razie na te sanki, ale pamiętajcie, żeby nie spóźnić się na obiad!
Seyeolowi tyle wystarczyło, by czym prędzej pobiec w kierunku drzwi, a zaraz za nim ruszył Tae, by przypilnować, czy chłopiec aby na pewno ubierze na siebie wszystkie warstwy ciepłych ubrań. Ja natomiast udałem się za nimi, cicho śmiejąc się pod nosem.

 

***

 

— Ej, hyungowie, a wy też robicie wampirki, kiedy myślicie, że nikt nie patrzy?
Spojrzeliśmy na siebie z Tae zaskoczeni i odezwaliśmy się w tym samym czasie:
— Wampirki?
— Co?
Chłopiec już wcześniej o tym wspominał, ale wtedy zupełnie nie zwróciłem na to uwagi. Teraz jednak temat ten zaczął mnie naprawdę ciekawić, zwłaszcza gdy twarz blondyna zaczęła wyrażać coraz większe zawstydzenie. Jego policzki już wcześniej były zarumienione od zimnego powietrza i wysiłku, ale teraz nabrały intensywniejszych kolorów.
— Nooo, bo mamusia i tatuś, kiedy myślą, że nie patrzę, robią tak — w tym momencie pokazał coś, co imitowało pocałunek — więc myślałem, że małżeństwa tak robią. Specjalnie nawet nie patrzyłem!
— Nie patrzyłeś czy udawałeś, że nie patrzysz?
— Seyeol!
Znowu odezwaliśmy się w tym samym momencie, choć nasze emocje były zupełnie inne. Mnie sytuacja ta okropnie bawiła, Taehyung natomiast płonął ze wstydu. Przez myśl przemknęło mi pytanie, czy całowanie kogoś tej samej płci było dla niego aż tak krępujące, ale szybko uciekłem od tego tematu, wybuchając śmiechem.
— Nooo, może troszeczkę podglądałem, ale to naprawdę ciekawe!
— Seyeool — jęknął mój przyjaciel. — Nie powinieneś poruszać takich tematów. Ja i Yoongi hyung nie jesteśmy małżeństwem, więc–
— Nie jesteście? — przerwał mu z szokiem malującym się na twarzy. — To dlaczego spaliście w jednym łóżku, hyung?
— Bo twój wujek bał się ciemności, więc musiałem obronić go przed potworami spod łóżka — wtrąciłem się.
— Jaakie kłaaamstwo — zawołał sześciolatek. — Tae hyung niczego się nie boi. Ściemniasz, Yoongi hyung, a ja już nie jestem dzieckiem, żeby wierzyć w bajeczki. Baju baju, ale coś tam! — Chwycił za swoje saneczki i zaczął ponownie wspinać się na górkę, by móc z niej zjechać. — Oficjalnie się na was obrażam.

 

***

 

Koniec końców Seyeol postanowił jednak mi wybaczyć, kiedy przyszedł się ze mną pożegnać, co wzbudziło zaciekawienie Moonri, ale Tae natychmiast uciął temat, chcąc zapewne zapaść się pod ziemię. Widać było po nim, że jest podenerwowany i zbyt często tonie we własnych myślach, ale nie miałem jeszcze okazji go o to zapytać. Nie porozmawiałem z nim również na temat wczorajszego powitania ze strony radosnej kobiety ani naszej nocnej rozmowy, ale zamierzałem wszystko to nadrobić, gdy znajdziemy się sami u mnie w domu. Namjoon miał coś do załatwienia na mieście, więc wsiedliśmy z nim do samochodu. Miał odwieźć nas do mnie, żeby blondyn pomógł mi ubierać choinkę, a po dwóch godzinach planował zabrać brata z powrotem. Byłem pewien, że tyle czasu w zupełności wystarczy mi na wyciągnięcie z młodszego wszystkich interesujących mnie informacji.
Kiedy odjeżdżaliśmy czułem się dziwnie. Każdy domownik na pożegnanie postanowił mnie przytulić – nawet pan Kim, po którym jednak spodziewałem się większego dystansu – i niemalże wymuszono na mnie obietnicę ponownych odwiedzin – co akurat brzmiało fantastycznie, choć starałem się podejść do tego w opanowany sposób. Jak jednak miałem to zrobić, kiedy Tae wyglądał na tak szczęśliwego?
— Aż tak cieszysz się, że nareszcie się mnie pozbędziesz? — postanowiłem zażartować, by przerwać panującą między nami ciszę. Nigdy nie była ona niezręczna, ale możliwość rozmowy z blondynem zawsze brzmiała kusząco.
Obaj siedzieliśmy na tylnym siedzeniu czarnej Toyoty Namjoona, który był zbyt zajęty śpiewaniem piosenek, lecących w radiu, by zawracać sobie nami głowę. Zdecydowanie nie miał głosu anioła, ale ani trochę mi to nie przeszkadzało. Było to nawet na swój sposób przyjemne.
— Hyung — oburzył się natychmiast Taehyung. — Nigdy nie mam dość twojego towarzystwa — zapewnił mnie od razu, a jego policzki momentalnie nabrały kolorów, podczas gdy moje serce zaczęło bić mocniej. — Po prostu było taaaaaaak miło.
Zaśmiałem się i wyciągnąłem dłoń w stronę jego głowy, by zmierzwić jego starannie ułożoną fryzurę. Chłopiec jednak nie miał mi tego za złe. W nagrodę posłał mi nawet jeden ze swoich najpiękniejszych uśmiechów, które tak uwielbiałem.
— Masz rację. Było taaaaaaak miło.
— Wobec tego musisz szybko odwiedzić nas znowu, hyung!
Dawny ja – ten sprzed poznaniem Tae – najpewniej prychnąłby na coś takiego i zupełnie zignorował słowa jakiegoś podejrzanie radosnego dzieciaka. Wiele jednak zmieniło się przez ostatnie miesiące. Dlatego też w odpowiedzi pokiwałem głową, posyłając przyjacielowi szczery uśmiech. Moje życie dzięki niemu nabrało kolorów i może wciąż daleko było mu do ideału, ale tyle w zupełności mi wystarczyło, by przypomnieć sobie, czym tak właściwie jest szczęście.
— Dziękuję — wyleciało z moich ust, zanim zdążyłem się powstrzymać.
— Za co takiego?
— Za wszystko.
Tae zrozumiał.
Może nie całkowicie, bo przecież nie mógł zdawać sobie sprawy z uczucia, jakim go darzyłem, ale rozumiał. Zobaczyłem to w jego oczach. W oczach, w którym mogłem utonąć. Jeszcze nigdy nie widziałem w nich bowiem tak silnych uczuć. Poczułem się ważny, doceniony, a przede wszystkim kochany i nawet nie zwróciłem uwagi na moment, w którym nasze dłonie odnalazły do siebie drogę, by mocno się siebie uczepić. Jakbyśmy chcieli w ten sposób przekazać wszystko, co nas dręczyło, co między nami było i co...
— No gołąbeczki, wysiadać.
Tamten moment był dla nas intymny, ale został przerwany przez Namjoona, przez co nieoczekiwanie poczułem na niego ogromną złość. Wyparowała ona jednak, gdy zobaczyłem rozbawienie pomieszane ze szczerą radością na jego twarzy. Powoli zacząłem znowu wracać do rzeczywistości. Silnik samochodu był wyłączony, a my staliśmy na podjeździe do mojego domu. Nie wiem, ile starszy brat Tae czekał, aż sami zrozumiemy, że dotarliśmy na miejsce, ale, sądząc po jego minie, chwilę to trwało, a kiedy tylko to odkryłem, policzki zaczęły mnie okropnie piec. Kto by się spodziewał, że ktoś taki jak ja może się rumienić.
— Tae Tae, wpadnę po ciebie za maks dwie godzinki i błagam, nie każ mi czekać. Obiecałem Moonri, że obejrzę z nią film i nie da mi żyć, jeśli nie zdążę przed pojawieniem się na telewizorze tytułu.
Żaden z nas nie protestował.

 

***

 

— Hyung, no! Co tutaj robi ta mała bombeczka?
Lubiłem dekorować dom na święta, ale dopiero przy Tae dowiedziałem się, że całe życie robiłem wszystko źle, a żadne co za różnica czy ale przecież tak wygląda ciekawiej, do niego nie docierało. Nie robił jednak nic w sposób nachalny, więc byłem w stanie wszystko mu wybaczyć, a nawet śmiać się z jego zachowania. Był cholernie uroczy, kiedy z tak wielkim skupieniem starał się pomóc mi ubierać choinkę, ciągle upominając mnie, że duże bombki powinny znaleźć się na dole, a dla małych miejsce było u góry. Na ogół wszystko wokół mnie było idealnie uporządkowane, ale choinka jednak zwykle wyłamywała się na tle porządku panującego w domu. Przez moment bałem się, że takie ułożenie ozdób sprawi, że drzewko straci swój urok, ale było wręcz na odwrót. Sztuczny iglak wyglądał lepiej niż kiedykolwiek, a świadomość, że mogłem ubrać go z tak ważną dla mnie osobą, zdecydowanie działała na jego korzyść. Wpadki jednak wciąż mi się zdarzały, jako że cały czas zerkałem w stronę roześmianej twarzy przyjaciela.
— Już poprawiam — zaśmiałem się pod nosem i jak powiedziałem, tak zrobiłem. Schyliłem się do jednej z niższych gałęzi i przewiesiłem brokatową kulkę na jej prawowite – zdaniem Taehyunga – miejsce.
— No! Tak trzymaj!
Chłopiec poklepał mnie po głowie, jakbym był małym dzieckiem, które nareszcie nauczyło się czegoś nowego. Ewentualnie psem, który poprawnie wykonał komendę... Mimo tego poczułem się dzięki temu gestowi jeszcze lepiej – o ile było to w ogóle możliwe.
W tle leciały świąteczne piosenki, które puszczał młodszy, a Pier spokojnie merdał ogonem, uważnie nas obserwując. Jego legowisko przy kominku zostało zamienione na wielką, czerwoną poduszkę, która miała być świąteczną wersją typowego posłania, na którym normalnie pies spędzał niemalże całe dnie. Nad jego łbem wisiały kolorowe skarpety, które wyglądały na wypchane po brzegi, choć tak naprawdę znajdował się w nich jedynie styropian, jako że nikt nie miał głowy do ich zapełnienia. W przerwie w ubieraniu choinki udało nam się również przyozdobić schody i okap w kuchni, a w moim pokoju stanęła niewielka, świecąca choineczka, którą Tae był oczarowany. Wszystko wyglądało idealnie.
— Nareszcie wrócił normalny ty — zauważyłem, postanawiając nareszcie poruszyć dręczące mnie tematy.
— Co to znaczy, hyung? — Chłopiec natychmiast zaprzestał strojenia drzewka, skupiając całą swoją uwagę na mnie.
— Od wczoraj ciągle chodziłeś zawstydzony, momentami uciekałeś myślami bardzo daleko, ucinałeś pewne rozmowy — zacząłem wyliczać, ale nie dane było mi skończyć.
— Wydaje mi się, że całkiem często zachowuję się tak w twojej obecności, hyung.
Odwrócił ode mnie wzrok, skupiając się na praktycznie pustych już pudłach, które zaraz po naszym wejściu do domu zniosłem ze strychu. Były odrobinę zakurzone, przez co ubrudziły dywan, na którym je położyłem, ale tym zamierzałem zająć się później.
— Sporadycznie. Takie natężenie jest niepokojące. — Bardziej niż niepokojące było to interesujące, ale nie zamierzałem tego zdradzać, by nie onieśmielić chłopca jeszcze bardziej. Sam też czułem się zestresowany, mając świadomość, że tematy, które poruszałem, mogły wiele znaczyć. Nie chciałem podejmować żadnego ryzyka, cholernie się tego bałem, ale w końcu obiecałem, że nie będę uciekać. — Teraz to ty kręcisz i unikasz odpowiedzi.
Blondyn westchnął ciężko.
— Po prostu nie jestem pewien, co powinienem ci powiedzieć. Sam nie do końca rozumiem moje zachowanie. Czuję się przy tobie, hyung, dobrze i bezpiecznie, ale niektóre myśli chciałbym zachować dla siebie, kiedy ty zdajesz się wszystko widzieć! To takie krępujące!
Niewiele mi to tłumaczyło, ale uznałem to już za jakiś progres.
Blondyn wyciągnął z kartonu sztuczną jemiołę i ruszył w kierunku drzwi, by przywiesić ją na niewielkim haczyku. Nie wiem, kiedy udało mu się go zauważyć i jak domyślił się, że właśnie to było jego przeznaczeniem, ale ucieszyło mnie to. To prawie tak, jakby czuł się u mnie jak u siebie, a to było przyjemną świadomością.
— Ja natomiast widzę w tobie ogromną zagadkę. — Ruszyłem powoli w jego stronę.
— To tak jak ja w tobie — odbił piłeczkę, a na jego twarzy malowało się pełne skupienie, kiedy zawieszał sztuczną roślinę na jej miejscu. Widziałem po nim, że próbuje zebrać myśli. Że chce powiedzieć mi dużo więcej, ale nie jest pewien jak to zrobić i czy w ogóle to zrobić. Dostrzegałem to wszystko, bo sam czułem dokładnie to samo.
Z tą różnicą, że w mojej głowie wciąż dźwięczały słowa o zniszczeniu, którego nie należy się bać. I pierwszy raz w życiu naprawdę nie zamierzałem dać się lękowi i paskudnym myślom, które próbowały zmieszać mnie z błotem.
Podszedłem więc do chłopca naprawdę blisko, a on popatrzył na mnie zaskoczony. Na pewno nie spodziewał się tego z mojej strony. W końcu w naszych interakcjach to zwykle Tae czuł się dużo pewniej i on niemalże wszystko inicjował. Teraz jednak miało być inaczej. Chciałem, żeby tak było.
Wskazałem mu palcem, by popatrzył się do góry, a on natychmiast to zrobił, z opóźnieniem łapiąc, o co tak właściwie mi chodziło. Centralnie nad naszymi głowami znajdowała się bowiem jemioła.
Chłopiec natychmiast wrócił wzrokiem do moich oczu, a ja nie zamierzałem czekać ani chwili dłużej, bojąc się, że mogę jednak się rozmyślić, stchórzyć, uciec... Dlatego też niemalże natychmiast delikatnie przycisnąłem swoje usta do tych jego, delikatnie je muskając. W tym momencie nareszcie zrozumiałem, czym było sławne trzepotanie motyli, o którym ciągle była mowa w romansidłach – których oczywiście nie czytywałem, nie. Po całym moim ciele rozlało się przyjemne ciepło, a serce zaczęło bić tak szybko i tak głośno, że miałem wrażenie, iż słychać je w całym salonie. Myślałem, że już cudowniej nie mogę się czuć, ale kiedy tylko blondyn niezdarnie zaczął oddawać tą niewinną pieszczotę, miałem ochotę roztopić się ze szczęścia.
Namjoon jednak miał fatalne wyczucie czasu i tym razem nie zamierzałem mu już wybaczyć przerwania tak cudownej chwili.

 

 

 

POWÓD ÓSMY

 

Może nie miałem dobrego kontaktu z rodzicami, nie widywaliśmy się często i nie wtrącaliśmy sobie nawzajem do naszych żyć, ale jednak nie byliśmy sobie obcy ani obojętni. Nic więc dziwnego, że ruszyło ich sumienie przez zostawienie swojego jedynego syna samego w święta. Wiedzieli, gdzie spędziłem Wigilię i wiedzieli, że nie mam im tego za złe, ale widać było po nich, że próbują mi to jakoś wynagrodzić, a ja naprawdę doceniałem ich starania. Rozmawialiśmy więcej niż zazwyczaj, mama starała się robić jadalne obiady, a ojciec wyprowadzał Piera na spacer, próbując zmusić go do odrobiny wysiłku, którego potrzebował. Starali się bardziej niż normalnie, a ja czułem się przez to naprawdę dobrze.
Lubiłem ich. Byli interesującymi osobami, które uwielbiały opowiadać o swoich zagranicznych przygodach czy ciekawszych wydarzeniach na pokładzie samolotu. Nie widziałem dla siebie takiej przyszłości, ale słuchanie tego sprawiało mi przyjemność. Może i nie byli ludźmi, którzy kiedykolwiek powinni mieć dziecko, ale nie byli źli i dało się z nimi dogadać. Traktowałem ich raczej jak opiekunów prawnych, którzy zajęli się mną po śmierci babci.
Nie byłem tak wielkim fanem podróży jak oni, ale architektura europejskich krajów zawsze zbyt mi się podobała, bym mógł odmówić rodzicom udziału w niespodziewanym wypadzie do Wiednia. Wiedziałem, że wyskoczyli z tym, żeby wynagrodzić mi ich nieobecność, co było okropnie niewychowawcze, ale całkiem spodobał mi ten pomysł. Poza tym widziałem w nim kilka dni odpoczynku i niewinnej ucieczki, której potrzebowałem, by zebrać myśli.
Minęły cztery dni od mojego pocałunku z Tae, a ja czułem się zagubiony jak jeszcze nigdy. Przez nagłe pojawienie się Namjoona nic nie udało nam się już z siebie wydusić, bo byliśmy zbyt zażenowani przyłapaniem, by być w stanie się odezwać, a co dopiero porozmawiać na temat nas. Co prawda blondyn już następnego dnia chciał się ze mną spotkać, ale rodzicom tak zależało na miłym spędzeniu dnia, że nie chciałem im tego niszczyć. Później natomiast nastąpiło szybkie pakowanie, załatwianie opieki dla Piera, wylot i... Cóż.
Uciekłem. Zrobiłem wiele kroków do tyłu. Wycofałem się, otulony kocem utkanym ze strachu. Bałem się tego, co miało nadejść. Cholernie się tego bałem.
Doskonale pamiętałem, że Taehyung odwzajemnił mój pocałunek, ale może było to jedynie skutkiem szoku? Może teraz tego żałował? Może nie chciał mnie już znać?
W środku trzęsłem się jak przerażony dzieciak, który zgubił się w mrocznym lesie, ale starałem się tego nie okazywać. Posiłki jadałem z rodzicami w najróżniejszych restauracjach, a potem brałem się za przechadzki wiedeńskimi ulicami i podziwianie dzieł w licznych galeriach sztuki, które spotykałem na swojej drodze. Czułem się niemalże idealnie!
Niemalże.
Brakowało mi Tae. Każda komórka mojego ciała zdawała się żałośnie płakać z tęsknoty do niego. Nie było mnie zaledwie kilka dni, a przed sylwestrem znowu miałem znaleźć się w Korei, ale kilometry, które nas dzieliły, były okropne. Pisaliśmy ze sobą, a wieczorami do niego dzwoniłem, ale to było dla mnie stanowczo za mało. Chciałem go przytulić, pocałować w czoło, zepsuć jego fryzurę, ponownie skosztować tych pełnych ust... Musiał mi jednak wystarczyć jego głos i ta niepisana zasada, mówiąca o nieporuszaniu dręczących nas tematów przez telefon. Potrzebowaliśmy szczerej rozmowy, potrzebowaliśmy swojej obecności, potrzebowaliśmy siebie i nawet mój głupi strach nie mógł tego powstrzymać.
Byłem gburowaty, upierdliwy, zamknięty w sobie, niewystarczający... Byłem nikim szczególnym i boleśnie zdawałem sobie z tego sprawę, ale przy blondynie czułem się po prostu szczęśliwy. Jakbym nareszcie odnalazł swoje miejsce. Jakby cała moja samotność czy cierpienie magicznie znikały, a w moim sercu był tylko on. Uszczęśliwiał mnie i napawał lękiem. Wszystko we mnie pragnęło błagać, byśmy żyli długo i szczęśliwie, ale przecież życie nie było bajką. Wszystko mogło się niespodziewanie rozsypać, a ja już nigdy bym się z tego nie podniósł.
Zdałem sobie jednak sprawę, że było już za późno, by naprawdę się wycofać.
Byłem kompletnie zauroczony Tae. Moje serce rwało się do niego i umierało z tęsknoty. Nie mogłem uciekać od niego przez irracjonalne lęki, które mieszkały w mojej głowie. Nie mogłem już zrobić ani jednego kroku do tyłu.
Myśl ta uderzyła we mnie.
Byłem idiotą.
Odruchowo chwyciłem w dłoń telefon, by do niego zadzwonić, ale zaraz go odłożyłem, bo przecież nie mogłem mu tego wszystkiego powiedzieć, będąc tak daleko od niego i nie mogąc obserwować jego twarzy. Już tylko kilka dni dzieliło mnie od naszego spotkania, więc musiałem się dzielnie trzymać. Nie powinienem zachowywać się jak rozchwiany emocjonalnie nastolatek, który właśnie przeżywał swoje pierwsze zakochanie i był absolutnie bezradny w starciu ze swoimi uczuciami. Nawet jeśli to właśnie kimś takim obecnie byłem.
Po chwili zastanowienia wyciągnąłem jednak ponownie telefon, by zrobić zdjęcie pałacu Schonbrunn, który obecnie miałem świetny widok, i wysłać je do Tae. Było zimno i niezbyt przyjemnie, ale śnieg oświetlony przez zachodzące słońce, tylko dodawał uroku temu miejscu, więc blondyn MUSIAŁ to zobaczyć. Zresztą wysyłałem mu zdjęcie z każdego odwiedzanego przeze mnie miejsca i nawet nie chciałem myśleć o rachunku za telefon, który pod koniec miesiąca przyjdzie. Tae był tego wart, a dzięki temu mogłem niemalże poczuć, jakby zwiedzał to miasto ze mną.
Na odpowiedź nie musiałem długo czekać.
TaeTae: JAK PIĘKNIE! TO MOJE PRAWIE ULUBIONE MIEJSCE!
Hyung: Co z nim wygrywa?
TaeTae: Jeśli chodzi o Wiedeń to moim faworytem jest ta piękna opera, której zdjęcie wczoraj mi wysłałeś. Jest magiczna...
Na mojej twarzy natychmiast pojawił się uśmiech.
Hyung: A jeśli nie chodzi tylko o Wiedeń?
Tym razem na odpowiedź musiałem czekać trochę dłużej. Postanowiłem więc udać się w kierunku wyjścia z terenu pałacu, wiedząc, że zobaczyłem tutaj już wszystko, co chciałem. Zimno natomiast dzisiaj wyjątkowo mi doskwierało, więc zdecydowanie musiałem przenieść się w inne miejsce. Za pół godziny byłem umówiony z rodzicami, by zjeść słynne kanapki u Trzewińskiego, a do przejechania miałem jeszcze trochę kilometrów. O tej godzinie na szczęście nie przewidywałem korków, więc miałem nadzieję zdążyć na czas i nie kazać rodzicom zbyt długo czekać. Nienawidziłem się spóźniać.
TaeTae: Jest takie miejsce niedaleko mojego domu... Nie jest tak piękne, nie wzbudza takiego zachwytu, ale... Lubię je. Bardzo.
Hyung: Pokażesz mi je kiedyś?
TaeTae: Oczywiście, hyung! Możemy tam iść w sylwestra, żeby widzieć dobrze fajerwerki!
Hyung: Brzmi bardzo dobrze.
Bardzo, bardzo dobrze.
Nic nie mogłem poradzić na szeroki uśmiech, który nie chciał zejść z mojej twarzy. Wizja wspólnego sylwestra, który to zbliżał się wielkimi krokami, brzmiała wspaniale i była to świetna okazja do wyjaśnienia wszystkich niedomówień między nami. Może i było to nieco straszne, ale ciągłe uciekanie od tego było niezdrowe. Byliśmy jedynie głupimi dzieciakami, które nieporadnie próbowały uporządkować sprawy między sobą. Przyciągaliśmy i odpychaliśmy siebie, kierowani wieloma sprzecznymi uczuciami, ale było to na swój sposób piękne.

 

***

 

Kanapki wydawały się być idealnym śniadaniem lub kolacją, ale moi rodzice uznali, że mogą również stać się obiadem, a ja nie miałem nic przeciwko temu, choć ta ułożona część mnie krzyczała, że tak się nie robi. Lubiłem porządek, spokój, schematy... Wszystko, co sprawiało, że miałem wrażenie, jakbym panował nad swoim życiem nawet w najdrobniejszych detalach. Od kilku miesięcy jednak wszystko zaczęło się zmieniać za sprawą pewnego słodkiego chłopca i naprawdę nie byłem pewien, jak się w tym odnaleźć, ale starałem się. Z całych sił starałem się po prostu kierować sercem, które przez kilka lat żyło w zniewoleniu, a teraz od nadmiaru wolności zdawało się szaleć aż za bardzo. Ale chodziło tutaj o Tae, a Tae zasługiwał na jego pełne zainteresowanie.
Lubiłem kanapki z pomidorem, lubiłem dźwięki wiedeńskich ulic, lubiłem spokojne głosy rodziców zajętych rozmową... Lubiłem to wszystko, a jednak teraz tkwiłem z oczami utkwionymi w telefonie, komentując z przyjacielem dziwne zwyczaje żywieniowe innych ludzi – okazało się między innymi, że pan Kim był największym fanem kanapek z serem żółtym i dżemem, a Moonri wszystko, co słone, musiała też posłodzić. Tae ze swoim moczeniem każdego ciastka w herbacie – jeśli tylko miał ją pod ręką – był nie lepszy, ale on jednak upierał się, że dziwniejsze jest moje umiłowanie do ciastek ryżowych maczanych w sosie chilli. I okej, przyznaję, połączenie to było dziwne, ale przynajmniej nie rozmaczałem ciastek niczym staruszek, który niestety został już pozbawiony własnych zębów!
Niezbyt zwracałem uwagę na otaczający mnie świat, zbyt skupiony na wymienianiu sms-ów z Tae, ale po pewnym czasie palące spojrzenia nie dawały mi spokoju, więc postanowiłem unieść głowę znad telefonu. Okazało się, że to rodzice wlepiali we mnie swój zaciekawiony wzrok, a na ustach mojego ojca błądził cwaniacki uśmieszek. Wtedy też zdałem sobie sprawę, że uśmiechałem się szeroko do ekranu i naprawdę zrobiło mi się głupio. Miałem nadzieję, że nie poruszą tego tematu i mi odpuszczą, ale kto by tak zrobił? Na pewno nie oni.
— Czyżbyś znalazł sobie nareszcie dziewczynę? — zaczął mężczyzna, a mi momentalnie zrobiło się gorąco.
— Tylko błagam, nie zrób z nas za wcześnie dziadków, dobrze, Yoongi?
Fantastycznie.
O niczym tak nie marzyłem jak o rozmowie z rodzicami na temat mojej orientacji czy Taehyunga. Zdecydowanie nie zamierzałem dać się w to wplątać. Tyle że nie zamierzałem również kłamać, a to jednak komplikowało sytuację.
— Spokojnie, o wnukach możecie zapomnieć i nie mam dziewczyny.
Byłem całkiem zadowolony z mojej odpowiedzi, a żeby podkreślić, iż nadszedł koniec tej krótkiej rozmowy, wróciłem do powolnego przeżuwania ostatnich kęsów kanapki.
— Jasne — prychnął ojciec, posyłając mi znaczący uśmiech, przez co mama uderzyła go łokciem w żebra.
— Nie musisz nam nic mówić, ale twoje spojrzenie mówi wszystko.
Zamrugałem powoli oczami, powoli analizując słowa kobiety.
Moje spojrzenie?
Policzki nabrały mi kolorów, a para przede mną głośno zaśmiała się na ten widok. Postanowili jednak dać mi spokój – w końcu nie zwykliśmy bawić się w zwierzenia – i wrócili do swojej wcześniejszej rozmowy.
Czy z moich oczu naprawdę można było wyczytać, jak ważny był dla mnie Tae? A co ważniejsze – czy w jego oczach też udało mi się coś takiego zobaczyć względem mnie, ale jakimś magicznym sposobem nie zauważyłem tego?
Przypomniały mi się rumieńce na policzkach blondyna, gdy tylko wracał do rzeczywistości, po każdej chwili absolutnego zawieszenia, gdy po prostu na siebie patrzyliśmy. Ciepło w oczach, gdy widział, że dzięki niemu jestem szczęśliwy. Ukradkowe spojrzenia, które mi posyłał...
Cholera.
Byłem idiotą. Wielkim idiotą.
Panikowałem przez możliwość dostania kosza i złamania mojego serca, kiedy...
Ugh.
Serce zabiło mi mocniej, a mięśnie nieprzyjemnie się napięły.
Nie powinienem być w Wiedniu. Nie powinienem być tak daleko od niego. Nie powinienem nigdy się wycofywać czy uciekać. Kiedy tylko oczami wyobraźni widziałem, ile nas ominęło przez moją niepewność, to chciało mi się śmiać z samego siebie a jednocześnie płakać nad swoją głupotą.
Najwyraźniej bowiem nie tylko ja byłem zakochany.

 

 

 

POWÓD DZIEWIĄTY

 

Ku mojemu wielkiemu zadowoleniu w sylwestrowy wieczór wszyscy próbowali dostać się do miasta, a nie na obrzeża, więc pociąg, którym jechałem do domu Tae, był praktycznie pusty. Na zewnątrz robiło się już ciemno, a śnieg od rana delikatnie padał z nieba, więc cały świat wydawał się być podejrzanie piękny. Winę za to mogło też ponosić moje lekkie serce, które biło okropnie szybko, ale szczęście je rozpierało. Chciałem już zobaczyć Tae. Chciałem móc go przytulić, a nawet – jeśli mi na to pozwoli – pocałować. Chciałem czuć go obok siebie, widzieć jego piękną twarz i słuchać kojącego głosu. Wiedziałem, że cholernie za nim tęskniłem, ale aż do dzisiejszego poranka nie wiedziałem, że tak bardzo.
Z uwagą śledziłem nazwy kolejnych stacji, by nie przegapić tej, na której powinienem wysiąść, a kiedy dzielił mnie od niej już tylko jeden przystanek, natychmiast poderwałem się z miejsca, niemalże pędząc do drzwi, bo gdzieś zaginęła cała moja cierpliwość. Chciałem, by drzwi się otwarły. Teraz. Już.
Każda sekunda czekania wydawała się być stanowczo zbyt długa, bym mógł ją znieść, ale oczekiwanie to zostało mi wynagrodzone, bo gdy tylko pociąg się zatrzymał, a ja stanąłem na trzeszczącym przez mróz śniegu, blondyn znalazł się w moich ramionach. Nie zarejestrowałem momentu, kiedy do mnie podbiegł, ale nie było to ważne. Natychmiast mocno przytuliłem go do siebie, bo tydzień bez niego był zdecydowanie zbyt ciężki, a mając go nareszcie przy sobie, naprawdę nie wiedziałem, jak udało mi się znieść tyle dni bez możliwości przebywania przy jego boku. Jasne – cały czas mieliśmy ze sobą kontakt, ale to nie było to samo. Zdecydowanie to nie było to samo.
— Hyung, jak mogłeś tak po prostu wyjechać? — Jego głos był cichy, ale doskonale usłyszałem każde wypowiedziane przez niego słowo. Po raz pierwszy brzmiał w ten sposób i miałem problem z rozpoznaniem, co dokładnie chodziło mu po głowie. Nie był zły, nie brzmiał też na smutnego, ale nie znalazłem w tym również nic wesołego. Odsunąłem go od siebie tak, by spojrzeć na jego twarz, ale nawet to niewiele mi dało. Chłopak jednak wyraźnie czekał na odpowiedź, więc nie mogłem tego dłużej ignorować.
— Przepraszam. — Było pierwszym, co wyleciało z moich słów. Zabrzmiało to w moich uszach banalne, ale czułem, że właśnie to jestem mu winien. A raczej przede wszystkim to, bo zasługiwał na dużo, dużo więcej. Tyle że nie był to odpowiedni czas na tego typu rozmowy. Jasne, mogłem z nim wyjaśnić wszystko już teraz, ale to nie było dobre miejsce na takie wyznania. Zwłaszcza, że widziałem za jego plecami samochód Namjoona, który już wystarczająco naszych intymnych chwil przerwał. — Porozmawiajmy o tym później, dobrze?
Z ust Tae uleciało głośne westchnięcie pełne rezygnacji, ale widziałem po nim, że też nie uważa tej chwili za najlepszą, by przeprowadzać tak ważne rozmowy na temat nas. Nie kiedy wręcz czuliśmy na sobie palące spojrzenie brata chłopaka, choć z tej odległości nie mogłem zobaczyć go przez szybę pojazdu. Byłem jednak pewien, że dobrze się bawi, mogąc obserwować nas z bezpiecznej odległości. Wciąż byłem na niego zły za przerwanie nam w pierwszy dzień świąt i zamierzałem o tym pamiętać przez długie, długie lata, ale nie zrobił też nic wielkiego, więc nie mogłem być na niego naprawdę zły. Nawet trochę cieszyłem się, że mogę go znowu zobaczyć. Tak jak i resztę rodziny Kimów.
— Okej, hyung. Chodźmy do samochodu, bo zaraz będziemy cali mokrzy od tego śniegu.
Nie zamierzałem protestować. Czułem jak moje włosy z każdą chwilą robiły się coraz bardziej wilgotne, gdy zimne śnieżynki niszczyły ich staranne ułożenie, a tego dnia zależało mi na tym, by prezentować się chociaż przyzwoicie. Chociaż, bo przy Tae nie mogłem liczyć na nic więcej. Nie, kiedy bił od niego tak ciepły blask i kiedy wyglądał tak pięknie w swojej śmiesznej czapce z pomponem.

 

***

 

— Yoongi Hyuuung — zawołał Seyeol, gdy tylko mnie zobaczył. Właśnie kończyłem ściągać z siebie puchową kurtkę, ale jego małe rączki mi w tym przeszkodziły, kiedy chłopiec rzucił się w moją stronę, by mnie przytulić. Odwzajemniłem ten gest całkowicie bezwiednie i dopiero po chwili zorientowałem się, że przytulam malucha do siebie. Delikatnie, jakbym chciał się upewnić, czy aby na pewno stoi o własnych siłach i nie potrzebuje mojej pomocy, co było zupełnie dla mnie niezrozumiałe. Przecież smarkaczowi nic nie było. Zmierzwiłem mu więc włosy, spodziewając się jakiegoś protestu, ale chłopiec jedynie przytulił się do mnie mocniej.
— Seyeol, co ty do cholery robisz? Ubieraj się, bo zaraz musimy jechać. — Zza ściany wyszła Moonri z niezadowoloną miną, ale kiedy tylko mnie zobaczyła jej twarz rozjaśnił uśmiech. — Yoongi, dobrze cię znowu zobaczyć!
— Hyung, ratuj — szepnął dzieciak, podnosząc swoją małą główkę, by spojrzeć mi w oczy.
— Przed czym?
— Oj, nie przesadzaj! — zawołała natychmiast Moonri, odciągając go ode mnie i ubierając w zieloną kurteczkę. — Babcia jest zachwycona, że spędzi z tobą trochę czasu, więc skończ marudzić, bo będzie jej przykro, a – zaufaj mi – nie chcemy tego.
Seyeol nie zamierzał jednak poddać się bez walki.
— Ale ona każe mi ciągle jeść i nie pozwoli siedzieć do późna, a ja muszę zobaczyć fajerwereczki!
— Tae Tae, zrób coś z nim, bo ja zaraz zwariuję! — Kobieta wyraźnie traciła już cierpliwość.
Odsunęła się od syna, robiąc miejsce dla blondyna, który cichym, spokojnym głosem zaczął mu coś tłumaczyć, ale nie dane było mi usłyszeć co dokładnie, bo szatynka natychmiast podeszła do mnie, by zarzucić ramiona na moje barki i mocno mnie do siebie przytulić.
— Przepraszam za to zamieszanie, ale trochę nam się spieszy. Miło cię jednak widzieć! — Zrobiła krok tyłu i opuściła dłonie. — Tylko bawcie się grzecznie, kiedy nas nie będzie!
— Wychodzicie?
Faktycznie, miała na sobie czarną, połyskującą sukienkę, która idealnie pasowała na sylwestrową imprezę. Wcześniej nie miałem czasu tego zauważyć, bo wszystko działo się zbyt szybko.
— Tak! — W jej głosie pobrzmiewała radość. — Jedziemy na przyjęcie i wrócimy dopiero rano. Seokjin jest na jakiejś dziwnej imprezie, a starsi poszli do znajomych. Wy natomiast–
Przerwał jej dźwięk klaksonu.
Namjoon wyraźnie się niecierpliwił, na co Moonri zareagowała głośnym jękiem człowieka, który ma ochotę rozwalić kilka talerzy i zacząć po prostu krzyczeć z frustracji.
— No już idziemy do cholery — mruknęła, zakładając szybko biały płaszczyk. — Seo, przodem proszę. — Wskazała chłopcu na drzwi, a ten posłusznie przez nie wyszedł. Widocznie słowa Tae podziałały, bo jego twarz była dużo weselsza.
— Pa, pa, hyungowie! — Pomachał nam swoją małą rączką na pożegnanie, co odwzajemniłem.
— Paa, dzieciaki! — Moonri powtórzyła gest synka, a drzwi zamknęły się za nimi z głośnym hukiem.
Przez chwilę po prostu staliśmy z Taehyungiem i patrzyliśmy przed siebie, a gdy dźwięk silnika pojazdu oddalił się i stał dla nas niesłyszalny, postanowiłem przerwać ciszę:
— To było — zacząłem, ale brakło mi odpowiedniego słowa.
— Głośne, szybkie, chaotyczne, dziwne — zaczął wymieniać blondyn, a ja zaśmiałem się na to, bo wszystkie te określenia pasowały idealnie. — Ich wyjścia z domu są jeszcze głośniejsze niż ich codzienne w nim przebywanie, a to naprawdę coś. Chcesz herbatki, hyung?
I nie czekając na moją reakcję ruszył w kierunku kuchni, a ja jeszcze chwilę stałem w miejscu, idiotycznie chichotając, bo wszystko to zaczęło okropnie mnie bawić.

 

***

 

Czas przyjemnie nam mijał na rozmowie, podczas której żaden z nas nie wspomniał o wydarzeniach, które miały miejsce przed moim wyjazdem do Wiednia. Nie mówiliśmy też nic na temat naszych uczuć ani nic, co było z tym związane. Skupiliśmy się raczej na zabawnych historyjkach, których świadkami były ściany domu Kimów, a były one na tyle ciekawe, że wszystko inne straciło znaczenie. Odważyłem się nawet przytoczyć kilka ciekawszych opowieści usłyszanych od moich rodziców, co było niespodziewanym zjawiskiem, bo nie lubiłem na ich temat rozmawiać z ludźmi – nawet, gdy rozmowa ta dotyczyła przyjemnych tematów. Z Tae wszystko jednak było łatwiejsze.
Kolejna ucieczka od kłopotliwej rozmowy nie wchodziła jednak w grę, więc postanowiłem nareszcie nawiązać do tego, co obu nas dręczyło:
— Moi rodzice są dziwni, ale mają też swoje typowo rodzicielskie momenty.
— Na przykład? — Od razu zaciekawił się Tae, a ja przełknąłem głośno ślinę, ale nie zamierzałem stchórzyć.
— Kiedy zobaczyli, jak uśmiecham się do telefonu, zaczęli wypytywał o to, czy jestem w związku i robili głupie aluzje, co–
— Nie, hyung — przerwał mi natychmiast blondyn, a ja natychmiast zamilkłem, patrząc na niego z szokiem wymalowanym na twarzy. Czy to był kosz? Czy to ten moment, w którym zamykam się w łazience i zaczynam płakać, puszczając wodę, by nikt tego nie usłyszał? — Nie teraz i nie tutaj — poprosił szybko, jakby słusznie odczytując, że mogę opacznie zrozumieć jego reakcję. — Jest już po jedenastej, więc dokończmy tę rozmowę w miejscu, do którego obiecałem cię zabrać, dobrze hyung?
Jego oczy patrzyły wprost w te moje z krzyczącą w nich prośbą i poczuciem winy, a ja – kompletnie nimi oczarowany – musiałem zgodzić się na wszystko, czego ode mnie oczekiwał.

 

***

 

— Czy wy tutaj macie wszędzie pod górkę? — jęknąłem zirytowany, choć tak naprawdę nie byłem zły. Po prostu moja kondycja przy Tae wypadała wyjątkowo żałośnie i ani trochę mi się to nie podobało.
— Hyung, zamiast narzekać, powinieneś docenić metaforę życia w tym zawartą!
Zmarszczyłem brwi ze wzrokiem utkwionym w trzeszczącym śniegu pod moimi stopami.
— Jaką znowu metaforę?
— Żeby zobaczyć coś pięknego, trzeba się trochę wysilić.
— Trochę — mruknąłem, w duchu jednak uśmiechając się na te słowa. Blondyn był jedyną znaną mi osobą, która mogła wyskoczyć z czymś takim i czyniło go to w moich oczach jeszcze bardziej wyjątkowym – o ile było to w ogóle możliwe. Prawdopodobnie nie byłem zbyt obiektywny, patrząc na niego przez pryzmat moich uczuć, ale czy było w tym coś złego? Taehyung był niesamowity, piękny, zabawny, inteligentny, dobry i... Byłem zupełnie stracony. Nie widziałem już dla siebie ratunku i nie zamierzałem go szukać. Z tyłu mojej głowy wciąż odczuwałem strach, ale jak mogłem się mu poddać, gdy chłopak był tak blisko mnie? Może kiedyś miał mnie zranić, może to ja miałem zranić jego, ale... Czułem, że warto podjąć ryzyko.
Podniosłem głowę, by zobaczyć, ile jeszcze będę musiał się męczyć i ze zdziwieniem odkryłem, że kilka metrów przed nami rozciąga się ogrodzenie z siatki, które skutecznie oddzielało nas od betonowego zbiornika, na który to planowaliśmy wyjść, by lepiej widzieć fajerwerki z okolicznych domów. Było ciemno, więc niewiele widziałem, ale w ciągu dnia musiały być stąd naprawdę ładne widoki.
— Tae, nie chcę cię martwić, ale to jest ogrodzone.
Chłopak wybuchnął śmiechem, a ja nie mogłem się powstrzymać, by nie spojrzeć w jego stronę. Naprawdę lubiłem go oglądać, gdy wyglądał na tak szczęśliwego.
— Tylko teoretycznie — odparł, gdy udało mu się już uspokoić.
— Teoretycznie?
Blondyn w odpowiedzi pokiwał energicznie głową i pewnie ruszył w stronę siatki. Chwycił za jej dolną część i pociągnął ją do siebie, tworząc w ten sposób spore przejście od ziemi. Najwidoczniej niższa część ogrodzenia nie była przymocowana, przez co bez najmniejszego problemu dało się dostać na teren zbiornika. Ktokolwiek dbał o bezpieczeństwo tego miejsca, nie spisał się zbyt dobrze, ale nam akurat było to na rękę.
Chwilę później znaleźliśmy się już po drugiej stronie, powoli wspinając się po metalowej drabince. Tae szedł przodem, bo czułem się bezpieczniej mogąc myśleć, że gdyby jednak miał spaść, to udałoby mi się go złapać. Ewentualnie spadlibyśmy obaj i to ja wyszedłbym z tego w dużo gorszym stanie, ale to wydawało się być po prostu w porządku. Nie zamierzałem jednak dzielić się z nikim moimi przemyśleniami.
Powierzchnia zbiornika była pokryta miękkim materiałem, który delikatnie uginał się pod moimi stopami, co było nieco podejrzane, ale Taehyung nie wyglądał na zaniepokojonego, więc i ja nie zamierzałem panikować. Zamiast tego usiedliśmy ramię w ramię na skraju zbiornika, z nogami zwisającymi ku ziemi. W oddali już ktoś zaczął strzelać pierwsze fajerwerki, choć do północy zostało wciąż trochę czasu. Szczerze współczułem zwierzakom, które wkrótce miały zostać ogłuszone wybuchami, ale nie mogłem już się doczekać, by widzieć niebo nagle nabierające tak wielu kolorów.
— Pier nie boi się sylwestra? — Tae jakby czytał mi w myślach.
— Pier nie boi się niczego. Jest już zbyt stary, więc pewnie prześpi spokojnie całą noc.
— To dobrze — podsumował, a cisza zapanowała między nami. Wokół nas dało się słyszeć wiele cichych odgłosów typowych dla tej konkretnej nocy w roku, ale żaden z nas przez moment nie był w stanie się odezwać. Zbieraliśmy myśli, nie wiedząc, od czego powinniśmy zacząć.
Miałem mu tyle do powiedzenia, ale żadne słowa nie wydawały się być odpowiednie. Bo od czego miałem zacząć?
Znajdowaliśmy się w idealnym miejscu na takie rozmowy.
Atmosfera wokół była do tego idealna.
Wszystko było jak należy.
Z mojego gardła nie był w stanie wydobyć się jednak żaden dźwięk, więc przeniosłem swój wzrok na Tae, licząc na to, że blondyn będzie w lepszym stanie, ale jego oczy, które utkwione miał we mnie, mówiły mi, że jest tak samo zagubiony i bezradny jak ja. W jego ciemnych tęczówkach zobaczyłem jednak bardzo wiele. W otaczającym nas mroku błyszczały, a uczucia zdawały się w nich tańczyć, tworząc niezwykle chaotyczne układy. Nie byłem w stanie nazwać tego, co widziałem w jego wzroku, ale miałem świadomość, że sam musiałem patrzeć na niego w identyczny sposób.
Pewnie dlatego właśnie nasze usta się spotkały.
Nie wiedziałem, z czyjej inicjatywy to się wydarzyło, ale czy było to ważne?
Jego wargi były ciepłe i przyjemnie miękkie, a ja nie mogłem myśleć o niczym innym poza nimi. Serce próbowało wyskoczyć mi z piersi, a oddychanie stało się wyjątkowo trudne, ale zamiast się odsunąć od chłopca, by zaczerpnąć trochę więcej powietrza, przysunąłem go jeszcze bliżej siebie, żeby móc poczuć go jeszcze intensywniej. Z jego gardła wydobyło się niezbyt głośne westchnięcie, które miałem zapamiętać już na zawsze, bo było jednym z najpiękniejszych dźwięków, jakie dane było mi usłyszeć. Czułem się niesamowicie.
Oderwaliśmy się od siebie dopiero, gdy o prawidłowym oddychaniu nie było już mowy. Zaczerpnęliśmy głośno powietrze, a w mojej głowie przez moment nieprzyjemnie się kręciło, ale uczucie to zniknęło tak szybko, jak się pojawiło. Oparłem swoje czoło o to należące do Tae, uśmiechając się przy tym jak skończony idiota. Nigdy nie byłem szczęśliwszy niż w tym momencie.
— Hyung, lubię cię bardziej niż powinno się lubić przyjaciela.
— To dobrze się składa, bo ja już od dawna widzę w tobie kogoś więcej.
I może nie były to pełne wyjaśnienia, na które obaj zasługiwaliśmy, ale tyle nam naprawdę wystarczyło. Bo czy liczyło się coś poza uczuciem, którym się darzyliśmy? Czy coś poza tym miało jakiekolwiek znaczenie?
Szczęśliwe okrzyki ludzi i wybuchy fajerwerków wokół nas były jedynie nieistotnym dodatkiem.
Dla nas liczyliśmy się tylko my i uczucie, które zaczęło w nas kiełkować, choć wszystko jeszcze było przed nami.

 

 

 

koniec części pierwszej