Actions

Work Header

Jak ryba bez wody

Summary:

Włóczykija zawsze otaczała aura tajemnicy. Nikt nie wiedział o nim wszystkiego. nawet Muminek, jego najlepszy przyjaciel.
To nie tak, że nikt nie chciał go bliżej poznać - to sam Włóczykij wolał pewne rzeczy trzymać w ukryciu. Jednak niektórych sekretów nie można chować w nieskończoność, zwłaszcza, jeśli mogą okazać się niebezpieczne.

Notes:

Fanfik można także przeczytać na Wattpadzie:
https://www.wattpad.com/story/178157966-jak-ryba-bez-wody

Chapter 1: Nad Doliną Muminków

Chapter Text

Mniej więcej w połowie drogi na szczyt góry Włóczykij przystanął, żeby złapać oddech. Poluzował żółty szalik wokół szyi, bo choć poranek był chłodny, było mu gorąco jak w letnie południe, poza tym postrzępiony materiał uciskał krtań. Sapanie przeszło w krótki, urywany kaszel, a i gdy ten ustał, Włóczykij pokręcił głową niezadowolony, bo doskonale znał siebie i wiedział, że mógł wejść tak wysoko bez przystawania, tylko akurat dziś nie miał do tego najlepszej formy. Fakt ten zaniepokoił go bardziej niż chciał sam przed sobą przyznać. Włoski na karku stanęły mu dęba, jak zawsze kiedy czuł się obserwowany. Impulsywne instynkty zadziałały szybciej niż logiczny umysł. Obrócił się, ale nikogo nie zobaczył za sobą, usłyszał jedynie głośniejszy szelest w przydrożnych krzakach.

Zrozumiawszy, co miało przed chwilą miejsce, Włóczykij zaśmiał się sucho. Zareagował, jakby czyhało na niego niebezpieczeństwo, a to pewnie tylko jakieś stworzonko zatrzymało się na moment na drodze, aby na niego popatrzeć. W tych okolicach był całkiem dobrze znany oraz podziwiany przez nieśmiałe istotki.

Ruszył w dalszą drogę.

Najpewniej szło mu się po dużych kamieniach wystających z błotnistej ścieżki. W leśnym podszyciu zalegały jeszcze niewielkie zaspy śniegu, a w koronach drzew pobrzmiewała krzątanina mnóstwa małych istotek, której do wtóru świstał wiatr.

Włóczykij znów zwolnił, ale tym razem po to, by lepiej wsłuchać się w muzykę wiosennych porządków. Byłaby idealna do nowej piosenki, uznał, gdyby nie ten pośpiech. Komuś takiemu jak on trudno przychodziło zrozumienie konieczności przygotowywania wszystkiego na czas bez wyraźnej przyczyny. Chyba że za takową uznać przybycie wiosny, ale to z kolei nie miało sensu. W ciągu całego swego życia Włóczykij nie słyszał o tym, aby wiosna miała ciało, czy choćby konkretny kształt. Skoro jednak bardzo zależało jej na tym, aby w każdym domu panował porządek, to zapewne przypominała Ciotkę Paszczaka wodzącą palcem w białej rękawiczce po meblach, by sprawdzić, czy nie są zakurzone.

Powyższy obrazek rozbawił Włóczykija, przez co wędrówka na krótką chwilę stała się o wiele znośniejsza.

Ścieżka wiodła pod górę, bez ani jednego płaskiego odcinka, a im bliżej szczytu, tym bardziej stromo. Włóczykij zacisnął zęby i szedł dalej. Nie zamierzał już więcej przystawać, dopóki nie wejdzie na samą górę. Czasem musiał przeskakiwać z kamienia na kamień, niczym kozica górska z wielkim plecakiem, lecz ani razu nie stracił równowagi, nawet kiedy jedna ze skał, z której właśnie dał susa do przodu, osunęła się głębiej w błoto.

Kto by pomyślał, że to tak niebezpieczna okolica? – zapytał sam siebie w myślach. Gdyby podobne pytanie zadałby na głos, to istniała spora szansa, że ktoś postanowiłby mu odpowiedzieć. Włóczykij nie przepadał za uczestnictwem w bezsensownych dyskusjach, a dziś wyjątkowo nie chciał marnować czasu na nic równie uciążliwego.

Prawa łapka zawisła nieruchomo w powietrzu na sekundę, może dwie, ale szybko ją opuścił na ziemię, by nie stracić równowagi. Stało się tak, bo uświadomił sobie, że jemu też śpieszno, choć w przeciwieństwie do mieszkańców lasu, nie musiał niczego robić na czas. Owszem, miał cel, do którego zmierzał – przyznał sam przed sobą – ale czy konieczny był pośpiech? Do Doliny Muminków mógł przybyć zawsze, ba!, wcale nie musiał iść w jej kierunku. Nikt i nic nie zabroni mu zmienić w tym momencie zdania i skręcić w prawo, aby obadać wąziutki szlaczek wydeptany przez małe zwierzątka, czy wręcz obrócić się na pięcie i zejść na dół.

Jednak Włóczykij nie skręcił na odkrytą przed chwilą ścieżkę ani nie zaczął schodzić z powrotem do lasu, tylko spokojniejszym krokiem ruszył pod górę. Nikt przecież nie mógł zabronić mu również wrócić do Doliny Muminków, jeśli tego chciał.

 

***

 

Kiedyś – możliwe nawet, że jeszcze kiedy Włóczykija nie było na świecie – ktoś ułożył na szczycie góry trzy kłody wokół starego paleniska. Sczerniałe pnie porósł gęsty mech. Nieco dalej leżał duży głaz o spłaszczonym grzbiecie. Przy odrobinie dobrej woli jakieś ekscentryczne Paszczaki mogłyby urządzić sobie na nim wystawną kolację na skraju urwiska.

Włóczykij zrzucił z ramion plecak i wszedł na skałę. Musiał obiema łapkami przytrzymywać kapelusz na głowie, bo wiatr gnał, jakby chciał zdążyć na bardzo ważne spotkanie.

Daleko poniżej Dolina Muminków, podobnie jak las, budziła się z zimowego letargu. Nawet tak nisko zalegały jeszcze połacie śniegu, ale za to rzeka oraz morze migotały wesoło w słońcu, nareszcie uwolnione z oków lodu.

Włóczykij uśmiechnął się, rozpoznawszy znajomy krajobraz, a zwłaszcza niebieski dom z czerwonym dachem, stojący w samym środku doliny. Choć mocno kontrastował z otaczającą go zielenią i bielą, to bez niego nie byłaby to ta sama dolina.

Włóczykij westchnął cicho. Dolina Muminków bez Muminków – to była straszna myśl, więc odrzucił ją szybko i pozwolił, aby uleciała razem z wiatrem.

Zeskoczył z kamienia na trawę. Stąd droga w dół nie powinna być długa, więc nic nie straci, jeśli trochę tu odpocznie. Po długiej wędrówce kolana zaczęły go boleć. Przycupnął na omszałej kłodzie, rozprostował nogi i ręce, po czym szybko wytarł pot z twarzy razem ze zmęczeniem. Powoli zjechał po mchu na ziemię. Dla większej wygody wydobył spod siebie swój długi ogon i starannie rozłożył na brzuchu. Wiatr bezskutecznie próbował wygładzić zmierzwiony chwościk.

Łapką kopnął kamień z paleniska. Ci, którzy kiedyś urządzili sobie tu miejsce na biwak, musieli mieć nie lada trudności z rozpaleniem ognia przy takim wietrze. Nie chcąc przysporzyć sobie podobnych problemów, Włóczykij postanowił, że ciepły posiłek przygotuje sobie niżej, możliwe nawet, że dopiero, gdy dotrze do Doliny Muminków. Na razie jednak nie był głodny, dlatego postanowił zaczerpnąć tylko odrobinę wody z manierki.

Niestety, już przy pierwszym łyku zakrztusił się. Drobne kropelki prysnęły na płaszcz i trawę zanim Włóczykij zdążył zasłonić usta. Jakby tego było mało, wiatr skorzystał z okazji, kiedy miał zajęte obie ręce, by porwać mu z głowy kapelusz. Nie bacząc na kaszel. Włóczykij popędził jak najszybciej za nakryciem głowy. Zdążył je złapać zanim odfrunęłoby zbyt wysoko, aby mógł po nie sięgnąć.

Odzyskawszy panowanie nad sobą, energicznym krokiem zawrócił do paleniska. Paroma kamieniami przytwierdził kapelusz do ziemi. Że też wcześniej o tym nie pomyślał!

Ponownie usiadł na kłodzie. Kolana i łokcie nadal mu się trzęsły ze zdenerwowania. Na ukojenie zszarganych nerwów Włóczykij postanowił zapalić. Obrócił się plecami do wiatru i wyciągnął z kieszeni fajkę. Nie miał problemów z jej zapaleniem, lecz gdy tylko zaciągnął się, znów poczuł to okropne mrowienie w gardle.

Naprawdę, przysięgał potem przed samym sobą, próbował to powstrzymać, nie dał jednak rady. Powietrze uciekało z płuc niczym mieszkańcy z płonącego domu i za nic nie chciało wrócić do środka. Włóczykij mimo to walczył dalej. Łzy zamgliły mu wzrok, całe jego ciało zaczęło dygotać, czoło zaś pokryły nowe kropelki potu, zanim i ten atak ustał. W wyczerpanym Włóczykiju wciąż jeszcze tlił się gniew. Kiedy spojrzał na trzymaną w łapce fajkę, odrzucił ją z całej siły za siebie, w myślach obwiniając ją o wszystkie swoje nieszczęścia.

Głowa go bolała, a ponieważ przygotowanie prostego lekarstwa byłoby obecnie kłopotliwe, zrezygnował z niego i tylko ułożył się jak najwygodniej na kłodzie. Mech był miękki i pachniał całkiem przyjemnie.

Spokój powoli wracał do Włóczykija, kiedy słuchał szumu wiatru, szelestu trawy i liści. To była piękna piosenka, szybka, ale nie tak chaotyczna jak wiosenne porządki w lesie.

Jak by tu ją zakląć w harmonijce... Nie, nie zakląć, oddać wspaniałość żywiołu? – zastanawiał się i to tak intensywnie, że nie zauważył, kiedy zasnął. Nie wiedział też, co go w końcu obudziło ze snu pełnego niesamowitej muzyki. Słońce wisiało tylko nieco wyżej nad Doliną Muminków, więc spał raczej niewiele.

Wstał. Przetarł oczy i rozejrzał się wokół, w końcu uznał, że nic tu już po nim i czas na niego. Wiatr nie ustawał, więc wcisnął najgłębiej na głowę kapelusz. Kiedy zakładał plecak, przypomniał sobie o fajce. Po krótkich poszukiwaniach znalazł ją w trawie. Podniósł ją ostrożnie i obejrzał, czy jej nie uszkodził, była jednak cała, tylko trochę tytoniu poleciało na trawę.

Włóczykij westchnął. Nadal nie czuł się najlepiej, ale był przekonany, że jak tylko zejdzie niżej, od razu mu się polepszy. Z tą optymistyczną myślą wdeptał rozsypany tytoń głębiej w ziemię. Potem nie próbował już więcej myśleć o kaszlu i fatalnym samopoczuciu. Zamiast tego skupił się na tworzeniu nowej, wiosennej piosenki. Jak postanowił, będzie ona szybka, wesoła, ale przede wszystkim niczym niezmącone tchnienie wiatru.