Chapter Text
Stali niespokojnie przed windą. Tony zerknął na Steve'a, który wyglądał tak jakby miał zemdleć. Złapał go za dłoń i uśmiechnął się.
- Spokojnie, wielkoludzie. Przecież na to czekaliśmy.
Jego mąż przytaknął głową i nabrał duży haust powietrza, a potem powoli je wypuścił.
- Wiem, - mruknął - ale myślałem... Nie wiem, że będziemy mieć więcej czasu na oswojenie się z tą myślą.
"Ja też." - pomyślał Tony.
Sam także był cały zdenerwowany, ale nie chciał dać tego po sobie znać. Ostatnie pół roku było szalone. Po tym, jak w końcu zdecydowali, że chcą mieć dziecko i tworzyć razem rodzinę, zaczęły się przygotowania. Najpierw Stark proponował, żeby "kupili" dziecko, a dokładniej mówiąc myślał o zatrudnieniu surogatki. Rzec jasna, to on musiałby być dawcą nasienia, bo niewiadomo było, jaki wpływ miało serum na plemniki Steve'a. Na tym etapie już pojawiło się wiele problemów. Po pierwsze Tony zdawał sobie sprawę, że nie należy do najmłodszych, a to może mieć wpływ na kondycje jego nasienia. Po drugie Steve krzywił się na ten pomysł i oczywiście nie dlatego, że nie byłby biologicznym ojcem dziecka. Po prostu wiedział, że jest to nielegalne w Ameryce, więc zabieg należałoby przeprowadzić w innym kraju. Poza tym stwierdził, że po co tyle kombinować jeśli "...jest tyle osieroconych dzieci na świecie. Dlaczego jakiemuś z nich nie możemy dać rodziny?" .
Tony w końcu poległ i przytaknął na ten pomysł. Nie małą rolę odegrało w tym "szczenięce" spojrzenie Steve'a.
Stark chciał oczywiście wykorzystać swoje wpływy, jednak wtedy usłyszał: "Ale zrobimy to, jak każda inna para w tym kraju. Nie chcę, żeby nasze dziecko było "kupione".".
I znowu się na to zgodził, choć bardzo niechętnie, a jeszcze bardziej niechętny był, gdy zgłosili się do ośrodka adopcyjnego złożyć papiery. Oczywiście wszyscy ich rozpoznali, jako bohaterów, a mimo to i tak niektórzy patrzyli na nich spode łba. Mimo, że od dawna związki homoseksualne w ich kraju były prawnie dozwolone i nie byli pierwszą taką parą starającą się o adopcje.
O nie, nie byli pierwsi. Tony oczywiście kazał zrobić Friday badania i wyniki go nieco uspokoiło. Ponad 70% parą jednopłciowym udawało się uzyskać prawo do wychowywania jakiejś sierotki.
Mimo to wizyta naprawdę nie należała do przyjemnych.
"Dzieciaka im się zachciało" - usłyszał, jak jakaś kobiet szepcze za ich plecami.
Miał ochotę się odwrócić w jej stronę i posłać sarkastyczną odpowiedź, ale Steve złapał go uspokajająco za dłoń. Wtedy Tony przypomniał sobie o jego wyostrzonym słuchu i zdał sobie sprawę, że jego ukochany słyszy zapewne inne komentarze. Niestety nie zgodził się ich potem przekazać.
Byli naprawdę mało wymagający, właściwie w ogóle, gdy wypełniali formularz.
Wiek dziecka, od 0 miesięcy do 17 lat. Płeć, nieistotna. Kolor skóry, wyznanie, zdrowie, wszystko to było nieważne. Nawet przeszłość biologicznych rodziców. Nic ich nie obchodziło. Jedyne czego chcieli, to dać jakiemuś dziecku (albo nastolatkowi) dom i miłość.
Czekali kilka miesięcy, aż w końcu zadzwonili. Kobieta, która rozmawiała z Tony'm miała szorstki głos i mówiła zwięzłymi zdaniami.
Dziewczynka, skończyła 5 lat, po przejściach, w rodzinie zaznała przemocy, była już w trzech rodzinach zastępczych, jutro ją przywiozą.
- Co?! Jak to jutro? Nie wiem czy zdążymy przygotować pokój. Znaczy mamy już pokój, ale nie wiedzieliśmy ile dziecko będzie miało lat, więc jest dość neutralny.
- To wystarczy.
- Wystarczy? Nie sądzę. Wolelibyśmy najpierw się z nią spotkać, żeby się oswoiła, a...
- Panie Stark, chyba nie wyraziłam się jasno. Albo jutro przyjmiecie to dziecko, albo szukam innego domu. Nie mamy dla niej miejsca u nas w ośrodku, więc...
- Ok, ok. Będziemy jutro gotowi.
To co działo się potem, można było spokojnie nazwać szaleństwem. Wezwał do pomocy całą drużynę. Pracowali kilkanaście godzin nad pokojem, robili zakupy, a Steve wciąż zarzucał go pytaniami:
Jak ma na imię? Co znaczy, że zaznała przemocy? Jakiej przemocy? Wiesz, jakie lubi kolory, zwierzątka...
Nie wiem.
Tony wykorzystał cały pokład swojej cierpliwości i miłości do męża, żeby nie warknąć, ani nie krzyknąć. Za każdym razem jego "nie wiem" brzmiało z coraz większym zrezygnowaniem. W końcu Steve zrozumiał. Jego ekscytacja opadła i szepnął:
- Przepraszam.
Stark natychmiast objął jego twarz dłońmi i uśmiechnął się.
- Ej, ej, spokojnie. Jestem pewny, że będzie wspaniała i z czasem wszystkiego się o niej dowiemy. Co lubi, czego nie lubi... Będziemy cierpliwi i będziemy ją kochać. Tak, Kapitanie?
- Tak jest - odparł pewnym głosem i wyprostował się, jak żołnierz, który właśnie dostał zadanie.
Mimo to noc minęła im niespokojnie, a także ranek i popołudnie.
Dochodziła szesnasta, a Tony miał wrażenie, że zaraz wybuchną i wtedy drzwi windy się rozsunęły.
Na początku zobaczyli wysoką, chudą kobietę o pociągłej twarzy i surowym spojrzeniu. Obok niej stał niższy, lekko pucołowaty, łysy mężczyzna i wyglądał na zirytowanego. Dopiero po chwili zauważyli, że za nimi stoi mała dziewczynka. Miała długie, gęste, lekko falowane, brązowe włosy i oczy koloru mlecznej czekolady. Steve myślał, że umrze z zachwytu, była podobna do Tony'go.
- To Alice Royer - mruknęła kobieta i lekko popchnęła dziewczynkę w ich stronę.
Ta zrobiła dwa kroki do przodu i wbiła wzrok w podłogę.
- Dzień dobry - wymamrotała prawie nie otwierając ust.
- Chyba stać cię na coś lepszego - syknął mężczyzna z opieki, a Stark posłał w jego stronę nienawistne spojrzenie.
Steve nie mógł już dłużej się powstrzymać. Przyklęknął przed dziewczynką i zaczął do niej gruchać.
- Cześć kochanie, słoneczko, księżniczko...
Poczuł, jak Tony kładzie mu dłoń na ramieniu. Blondyn zerknął na męża i jego rozbawioną minę.
- Cześć cukiereczku - powiedział miliarder i dodał spoglądając na partnera: - Tak to się robi. Jedno słodkie przezwisko na raz.
Kapitan przytaknął i wrócił wzrokiem do dziewczynki. Nie wyglądała na zachwyconą, raczej przestraszoną, wycofaną i... Zaspaną?
- Jesteś zmęczona skarbie? - zapytał, pamiętając rade męża, by używać tylko jednego określenia na raz.
Malutka potaknęła głową i jakby na potwierdzenie swoich słów ziewnęła.
- Niefortunnie zasnęła nam w samochodzie - wtrąciła kobieta, a Steve na chwilę skupił wzrok na niej. - Trudno było ją dobudzić.
- Nie musieliście. Gdybyście do nas zadzwonili, któryś z nas zjechałby do garażu i ją przyniósł. Nie budząc - odparł Kapitan, szorstko podkreślając ostatnią część zdania.
- Procedura przekazania wymaga, by dziecko było w pełni świadome - burknęła kobieta, która miała na imię Eva, tak bynajmniej Steve przeczytał z jej plakietki.
Tony postąpił naprzód stając bokiem, próbując zasłonić swojego męża i dziewczynkę.
- Przekazania? A co to jest, paczka kurierska?
Robert, mężczyzna z opieki, rzucił ostro:
- Panie Stark...
- Wiem, jak mam na nazwisko. I wbrew ogólnikowej opinii nie jestem jakimś megalomanem, który musi je słyszeć co dwie minuty. Co pół godziny wystarczy. Prawda kochanie?
Obrócił się przez ramię zerkając z uśmiechem na partnera.
- Czasem wytrzymujesz nawet godzinę. - Potem zwrócił się do dziewczynki. - Chcesz iść spać? Mamy dla ciebie miły pokój i miękkie łóżko.
Alice ponownie przytaknęła. Wyglądała trochę tak, jakby wszystko było jej obojętne. To zmartwiło mężów. Steve wyprostował się i wyciągnął w jej stronę ramiona, a wtedy ona ze strachem w oczach odskoczyła do tyłu.
- Spokojnie, chcę cię tylko wziąć na ręce.
- Ona tego nie lubi - burknął Robert. - Niczego nie lubi.
Tony zaczął się zastanawiać, czy oni byli aż tak zgorzknieli, że nie potrafili nic powiedzieć milszym tonem.
Kapitan spojrzał na niego wyzywająco, a po chwili wrócił do dziewczynki. Uśmiechnął się do niej słodko i ponownie wyciągnął ramiona.
- Chodź księżniczko. Nic ci się nie stanie.
Dziewczynka zamrugała zdziwiona. Jego głos był taki spokojny, bez irytacji czy ponaglania. Cała postawa blondyna przyciągała ją, a ona była taka zmęczona. Chwiejnie ruszyła do przodu, a już po chwili została uniesiona do góry, by za moment znaleźć się w jego silnych ramionach.
Tony widział, że Steve wręcz promienieje szczęściem. Dziewczynka nie wyglądała na aż tak zachwyconą, ale wydawała się trochę mniej przestraszona.
Dopiero po chwili obaj zauważyli, że trzymała małego, białego króliczka pod swoją bluzą. Zabawka wyglądała już na porządnie zużytą, ale sposób w jaki Alice go tuliła wskazywał, że była ważna.
- A jak ma na imię twój kolega? - zapytał Steve.
W odpowiedzi dziewczynka ukryła pluszaka w ramionach.
- Nikt ci go nie zabierze - odparł szybko Tony. - Będzie naszym honorowym gościem.
Mała zakręciła się niespokojnie w ramionach Kapitana, a po chwili wydukała:
- Zegarek.
- Ma na imię Zegarek? - zapytał Steve, a ona przytaknęła. - To świetne imię.
Eva znacząco chrząknęła.
- Musicie jeszcze podpisać papiery, a my nie mamy...
- Oczywiście - przerwał jej Tony. - Kochanie, zabierz ją do jej pokoju.
- Lepiej nie - powiedział Robert. - Musimy obejrzeć pokój i specjalnie dla niej nie będziemy tego robić na paluszkach.
- A pokój gościnny też musicie obejrzeć? - zapytał Steve starając się by jego głos mimo wszystko nie brzmiał zbyt surowo i nie przestraszył malutkiej.
- Nie.
- Świetnie - mruknął i odwrócił się na pięcie.
Wchodząc do pokoju dziękował za małą obsesję Tony'go, że łóżko zawsze musi być przygotowane na gości. Minimum raz w tygodniu zmieniana była pościel. Dzięki temu Steve spokojnie mógł ułożyć Alice w łóżku.
Pomógł jej zdjąć bluzę, buty i łagodnie namówił do położenia się.
- Potrzebujesz czegoś, skarbie?
- Nie - szepnęła.
- A może opowiedzieć ci bajkę?
- Nie.
- W porządku - odparł.
Mimo wszystko zaczął głaskać małą po głowie, spokojnym, rytmicznym ruchem. Po chwili dziewczynka zamknęła oczy i zasnęła.
Wrócił do salonu, gdzie Tony kończył podpisywać stos dokumentów. Brunet zachęcająco poklepał miejsce obok siebie.
- I jak? - zapytał.
- Zasnęła prawie momentalnie. Musiała być wykończona.
- Powodzenia w nocy - powiedział z nutą złośliwości Robert.
- Słucham?
- Skoro teraz twardo usnęła, to będziecie mieć z nią problemy w nocy. Da wam popalić. Nie zdziwię się, jak oddacie ją jutro rano.
Steve zwęził oczy i zanim przechylił się do przodu, chcąc złapać mężczyznę i przeciągnąć go przez stolik do kawy, Tony powstrzymał go, kładąc dłoń na jego piersi.
- Zarówno ja, jak i mój mąż jesteśmy przyzwyczajeni do bezsennych nocy. Myślę, że sobie poradzimy, a odpoczynek tego dziecka jest dla nas najważniejszy.
- Proszę dokończyć podpisywanie - wtrąciła się Eva. - Naprawdę i tak już spędziliśmy tu za dużo czasu.
Steve kiwnął głową i czym prędzej złapał długopis.
Tony widział, że pokój dziecięcy ich zachwycił. Próbowali to ukryć, ale on był zbyt dobry w odczytywaniu emocji. W końcu włożył w pomieszczenie niemałą ilość pieniędzy, ale nie tylko to się liczyło. Na ścianach były wymalowane bajkowe sceny. Zamek w chmurach, jednorożce na łące, wróżki latające wokół drzewa... Wszystko było dziełem Kapitana, a Stark był pewny, że gdyby nie serum, to po kilkunastu godzinach ciągłego stania i wymachiwania pędzlem, każdy inny człowiek by zemdlał.
- Jest... Odpowiedni - mruknął Robert.
- Świetnie - odparł szybko Tony. - Odprowadzimy was do windy.
Kiedy w końcu mężowie zostali sami, odetchnęli. Stark uśmiechnął się do partnera i mruknął:
- Idziemy do niej zajrzeć?
- Pewnie!
Kilka minut później stali, jak zauroczeni w progu pokoju gościnnego i wpatrywali się w małą istotkę, która została im powierzona. Ponieważ łóżko było ogromne, to Alice wyglądała na jeszcze mniejszą niż w rzeczywistości.
- Nie mogę w to uwierzyć - szepnął Steve.
- Nasza mała dziewczynka.
- Myślisz, że damy sobie radę?
Tony złapał go za dłoń i nie odrywając wzroku od śpiącego dziecka powiedział:
- Może chwilami nie będzie łatwo, ale nie poddamy się. Cokolwiek myślą o nas te dupki z ośrodka, to mylą się. Pokażemy im, że jesteśmy najlepszym, co spotkało to maleństwo.
***
