Actions

Work Header

Rozdzielił nas Los, złączyło Przeznaczenie

Summary:

Wszyscy piszą o gorączce Thorina... A co, gdyby Bilbo zaczął dokuczać Jedyny Pierścień?
Wszyscy opłakują krasnoludzkich braci... A co, gdyby jeden z nich przeżył?
Thorin zdaje się dusić wszystko w sobie... A co, jeśli inni się dowiedzą?

Notes:

Pierwotnie opublikowane 31 stycznia 2015 roku na ulf-stories.blogspot.com.
Będzie kontynuacja.

Chapter Text

Musi go stąd zabrać. Musi.
Nie wiedział już co robi. Po prostu czuł, że nie może go tutaj zostawić.
Bilbo, szeptał głos w jego głowie. Ale on już prawie nie żyje, uciekaj stąd, ratuj się.
Nie, nie. Nie. Nie mogę ratować siebie, muszę ratować jego.
To na nic, uporczywe słowa przeradzają się we wstrętny śmiech rozlegający się w jego umyśle. On Umrze. Thorin umrze już niedługo, a ty doskonale o tym wiesz.
Nie, nie, nie...
Podniósł się obmyślając co zrobić, aby ściągnąć go z pola walki nie przysparzając przy tym bólu. Wtem usłyszał za sobą ni to świst powietrza, ni łopot skrzydeł.
Orły...
No przecież...
Już raz go uratowały. Czemu nie mogą zrobić tego drugi raz.
Może dlatego, znowu ten obrzydliwy głos. Och, nienawidzi go, jak on go nienawidzi! Może dlatego, że wtedy była nadzieja, a teraz on umrze.
Nie umrze, nie pozwoli mu na to.
A co ty możesz zrobić...
Minęła chwila zanim Bilbo zdał sobie sprawę z tego, że ten wstrętny, ohydny głos wydobył się z jego własnych ust. Przecież... przecież to niemożliwe. 
Nie, nie myśl teraz o tym, masz do zrobienia coś ważnego.
Spojrzał na leżącego obok Thorina. Był tak bardzo ranny, tak bardzo słaby. Musi, musi mu pomóc, musi go uratować. Nie da mu umrzeć, nie tutaj.
- Orły... - wyszeptał patrząc w niebo przed sobą i czując, że łzy już płyną po jego policzkach. - Ratunku! Pomóżcie! Tutaj jest ranny! Na pomoc!
Nie wiedział, ile z tego wyjdzie. Orły kierowały się na występy skalne, skąd zrzucały żyjących wciąż orków. Bitwa dobiegała końca i wyglądało na to, że tym razem znów zwyciężyła strona dobra. Ale to nie może się skończyć w ten sposób. Nie w ten sposób.
W końcu poczuł smagnięcie powietrza i odwrócił się. Obok nich wylądował Wódz Orłów i dobrodusznie patrzył na hobbita. Wtem odezwał się we Wspólnej Mowie:
- Co mogę dla ciebie zrobić?
Bilbo przetarł mokry policzek dłonią i wskazał na Thorina. Jego głos drżał.
- Zabierz go stąd...błagam. Najlepiej nad rzekę. Gdzieś, gdzie jest dużo miejsca, słońca, powietrza. Trzeba go ratować.
Dostojny ptak spojrzał na ciężko oddychającego krasnoluda i skinął łebkiem.
- Poczynania orków są potworne. Aż nie chce się wierzyć, że takie zło może istnieć. Przeniosę go, a potem wrócę po ciebie, mój mały. Czekaj tu.
- Nie nie nie, proszę. Zamiast mnie znajdź Gandalfa. Ja i tak nic nie potrafię. On mu pomoże. Ja muszę znaleźć...moich przyjaciół.
Orzeł jakby przez chwilę ważył jego słowa i zastanawiał się nad tym, czy jest to wystarczająco mądra decyzja.
- Poszukam Czarodzieja. A ty uważaj na siebie.
- Dziękuję. Zajmij się nim...proszę - szepnął Bilbo zanim ptak delikatnie pochwycił w swoje szpony prawie bezwładne ciało Thorina i uniósł się w powietrze.

Bilbo ciężko opadł na kolana czując bezbrzeżną ulgę rozlewającą się po jego drobnym ciele. Zrobił to, pomógł mu. Thorin będzie żył. Serce waliło mu jak oszalałe, a łzy ulgi strumieniami spływały po jego brudnych policzkach.
Tak dobrze, już dobrze...
- Naprawdę sądzisz, że mu pomogłeś?
Hobbit rozejrzał się. Nikogo. Dałby przysiąc, że słyszał obok siebie głos podobny do tego, który wcześniej zdawał się istnieć w jego głowie. Ale ten był inny, nie tak mroczny, nie tak tajemniczy. Brzmiał jakby...ktoś stał obok niego. Jednak był tutaj sam.
- Co się ze mną dzieje? - przeczesał palcami włosy i westchnął próbując się uspokoić. Wstał. I nagle sobie przypomniał.
Boże...Fili, Kili...jeśli oni...to Thorin go zabije...
- Nie zabije cię, bo on...
- Zamknij się! - wrzasnął Bilbo mając już serdecznie dość tego, że ktoś sobie z nim igra. - Lepiej się pokaż, jak jesteś taki cwany, no, chodź tu.
Myśląc, że to głupi ork, wyciągnął swój mieczyk z pochwy. Klinga nie lśniła na niebiesko.
Co to ma być? Czyżby jakiś elf bądź człowiek był aż tak bezduszny? No bo chyba nie krasnolud...
Hobbit machnął ręką i schował miecz. Teraz musiał sobie przypomnieć, gdzie byli siostrzeńcy Thorina.

Fila znalazł szybko, gdyż był przy tej strasznej śmierci, kiedy blady ork bezlitośnie go przebił. W nadziei, że cokolwiek na świecie będzie go jeszcze w stanie uratować, podszedł do jego ciała. Pamiętał jedno: Azog nie przebił go na wylot. To zawsze była jakaś nadzieja.
Przykucnął i położył dłoń na czole krasnoluda. Ciepłe...
Serce zabiło mu mocniej gdy zbliżał swe ucho do jego nosa.
Nieregularnie i słabo, ale oddycha! Jaka, ulga, jaka ulga!
Postanowił sprawdzić, jak głęboka była rana, którą Azog mu zadał. I wtedy to zauważył.
Pod krasnoludzką zbroją znajdowała się kamizelka bardzo podobna do tej, którą on nosił.
Mithril. Twardsza niż smocza łuska, wytrzymalsza niż stal tkanina, która uratowała życie przyszłego króla krasnoludów. Bilbo zdążył zauważyć, że upadając Fili uderzył głową w jeden z większych odłamków skalnych. Zapewne to spowodowało utratę przytomności. Natomiast wcale nie ostudziło zapału hobbita, wręcz przeciwnie, czuł się niczym cudotwórca, bo oto kolejne życie mogło zostać ocalone. Pomachał do orła, który przelatywał najbliżej niosąc na swym grzbiecie jakiegoś rannego elfa i poprosił o zabranie Fila. Zanim ptak zdążył wzbić się w górę, Bilbo już pędził po schodkach szukając młodszego brata ocalałego krasnoluda.
Niestety, w tym samym momencie usłyszał jak coś pęka nad nim. Ciężki odłam skalny spadł na jego głowę, a on sam osunął się w ciemność.

*


Obudził się czując straszny ból w okolicy brzucha, jednak kiedy chciał się podnieść czyjeś ręce stanowczo go od tego odciągnęły. Opadł więc na powrót na legowisko i uchylił powieki.
- Nie wstawaj - szepnął Dwalin zamaczając jakąś tkaninę w zimnej wodzie i robiąc mu okład na czole. Kiedy zimna woda dotknęła jego rozpalonej skóry, poczuł nieopisaną ulgę.
- Gdzie..? -  chciał zapytać, ale wciąż brakowało mu tchu.
- Cśś... nic nie mów tylko proszę cię, leż spokojnie. Tak się wierciłeś, że musieli cię zszywać dwa razy.
Do Thorina jakby dopiero teraz dotarło, co właściwie się działo. Była bitwa, o boże, czy to była jego wina? Tak... to przez złoto, przez to cholerne złoto. Jego dziadek przez nie zdziwaczał, a on omal nie poprowadził wszystkich do grobu. Przez ten cholerny Arcyklejnot...zaraz... Bilbo go zabrał, oddał go elfom. Czy on naprawdę chciał go zrzucić z tej ściany za to, że starał się ratować życia ich wszystkich? Król poczuł wstręt do samego siebie. Na szczęście tego nie zrobił...
Potem przybył Dain...na pewno gdzieś tu jest i wszystko z nim w porządku. A potem Azog... walczył z nim, z bestią, która pozbawiła głowy jego dziadka i doprowadziła Thraina do szaleństwa. Thorin zabił go, zabił tego okrutnego potwora, który wcześniej tak po prostu pozbawił życia Fila. Jego kochanego siostrzeńca, następcę tronu... Jak on o tym powie Dis, jak on spojrzy jej w oczy... Najpierw jej mąż w bitwie pod Azanulbizar, a teraz starszy syn... Thorin poczuł, że jego oczy zaczynają piec i kiedy tylko Dwalin oddalił się, zapłakał gorzko nad swoim dziedzicem. Gdyby tylko mógł cokolwiek zrobić, gdyby miał czas na reakcję. Ale to wszystko stało się tak szybko, za szybko. 

*


Bilbo miał wrażenie, że już dłużej nie wytrzyma. Kiedy biegł, musiał zawalić się wyszczerbiony strop. Jeden z kamieni uderzył go w głowę, a on upadając wpadł w jakiś ciemny zaułek. Wejście do niego całkowicie zawaliły spadające gruzy. Hobbit był uwięziony. Nie wiedział ile dni i nocy tutaj spędził i nie wiedział, jak długo jeszcze przeżyje. Nie miał nic do picia ani jedzenia, więc kiszki marsza mu grały, nie widział stąd ani światła słońca ani blasku gwiazd. Jego głos odbijał się widmowym echem od ścian niewielkiej komnaty, w której się znalazł. Bilbo przycupnął w kącie pogrążając się w jakimś chorym szaleństwie. Zastanawiał się co z Kilim, którego poszukiwań musiał zaniechać przez swoją nieuwagę. Miał też nadzieję, że Thorina udało się uratować i naprawdę się cieszył. Pomógł w końcu przyjaciołom, a dobrze wiedział, że gdyby tylko miał świadomość tego, że któryś z nich mógłby się znaleźć na jego miejscu, a on tym czasem beztrosko wracałby sobie do Bag End - chyba by tego nie zniósł. Dlatego z pokorą przyjął to co dał mu los i już od bardzo dawna przestał krzyczeć oraz nawoływać. Bitwa się skończyła, wszyscy się rozeszli. Zapewne uważali, że hobbit już dawno wrócił do domu albo jego ciało leży gdzieś pod gruzami i nie mogą go znaleźć. Ale on tu był, żył. Chociaż wolałby już umrzeć.
Początkowo myślał, że ten ktoś stoi za stertą kamieni, potem, że jest tu wraz z nim. Dopiero po dłuższej chwili siedzenia w ciemności i samotności zrozumiał, że to on sam jest tym kimś i toczy walki na słowa z samym sobą. To było tak niedorzeczne, że początkowo miał ochotę się zaśmiać z analiz swojego zamroczonego najwyraźniej umysłu, ale wtedy z jego gardła wydobyły się słowa, o których na pewno nie pomyślał.
- No i z czego się cieszysz, idioto?
Uśmiech zamarł mu na ustach, bo to na pewno był jego głos. Tylko jakiś taki zły, przepełniony agresją i rozżaleniem. Wzdrygnął się starając nie reagować, ale to znowu się zaczęło. Co jakiś czas mówił różne nieprzyjemne rzeczy o śmierci jego druhów, o tym jak wszyscy w Shire go nienawidzą, że lepiej by było, aby umarł. Fakt, że sam wypowiadał te słowa doprowadzał go do obłędu. 
Może to z powodu ciemności, ale po jakimś czasie w jego głowie pojawiło się więcej różnorodnych głosów, które szeptały straszne rzeczy o śmierci i katuszach. Ten, który przeklinał go najobrzydliwiej i obiecywał najgorsze piekło był niezwykle podobny do tego, od którego tylko raz w życiu usłyszał cokolwiek okropnego. Wtedy, kiedy wykradł Arcyklejnot i się do tego przyznał. Thorin. Nie, nie wytrzyma tego. Nie wytrzyma.
Wtedy zaczął wrzeszczeć. Krzyczał tak głośno, że omal nie zdarł sobie całego gardła, ale czuł że już dłużej tego nie zniesie. Krzyczał, aby zagłuszyć te wszystkie szepty, aby ktoś wreszcie go usłyszał i przyszedł z pomocą. Zamiast tego w uszach dźwięczał mu przytłumiony śmiech. Śmiech Thorina.
Nie, to nie jest jego głos. To szaleństwo musi się skończyć.
Brak odpowiedzi. Tylko znów ten śmiech.
Gardło tego nie wytrzyma. Jeszcze chwila i... Zaczął się krztusić. Po tak długim krzyku wszystko paliło go i błagało wręcz o kilka kropli wody. Upadł na ziemię dokładnie w momencie, kiedy skalna ściana rozerwała się, a pośrodku stanął Gandalf. Dwie osoby, z którymi tu przyszedł od razu wkroczyły do środka i znalazły przy jednej ze ścian leżącego hobbita. Mężczyzna podniósł go bez żadnych trudności, a kobieta rzuciła okiem na jego niezdrowo bladą twarz. Zacisnęła palce na drobnym nadgarstku Bilba.
- Brak pulsu, Gandalfie! Obawiam się, że on... nie żyje.