Actions

Work Header

The Only Truth (Everything Comes Back To You)

Summary:

Po dziewięciu latach Harry wraca do rodzinnego Holmes Chapel i wszystko wydaje się być takie samo. Domek na drzewie wciąż ma zepsutą drabinę, Barbara wciąż prowadzi piekarnię, a jego dawna szkoła nadal jest wypełniona rozgadanymi uczniami. Holmes Chapel nic się nie zmieniło. A jednak jest inaczej, bo Louis jest w związku i to nie Harry jest jego chłopakiem.

Lub AU, gdzie Harry rezygnuje z kariery muzycznej i wraca do rodzinnego miasta z siedmioletnią córką i bagażem, który może wszystko zmienić.

Notes:

Więc tak, może nie po dziewięciu latach, ale wciąż. Po długiej przerwie wracam do Was z nowym opowiadaniem. Mam nadzieję, że nie wyszłam z wprawy. ;) Here goes nothing. Enjoy!x

Chapter Text

       Deszcz stuka rytmicznie o blaszany daszek, rozciągający się nad jedynym peronem w Holmes Chapel. Stacja jest niemalże pusta, ale nawet gdyby była zatłoczona, Harry nie widziałby nic i nikogo, poza Louisem, stojącym obok niego. 
- Proszę, Lou... - zaczyna raz jeszcze łamiącym się głosem, ale Louis przerywa mu, potrząsając gwałtownie głową.
      Jego niebieskie oczy lśnią, ale żadne łzy nie spływają po twarzy. W przeciwieństwie do Harry'ego, który pozwala, by stróżki słonych łez znaczyły jego blade policzki. Starszy chłopak ściska mocniej jego dłoń, pociąga nosem i zagryza wargi, by chwilę później uśmiechnąć się. Jest to wymuszony uśmiech, Harry widzi to w jego smutnych oczach, a mimo wszystko uśmiech ten roztrzaskuje na kawałki jego serce, bo już wie, co Louis powie. 
- Nie, Harry - odpowiada i jego głos jest stanowczy. 

      Nie drży tak, jak kilka sekund wcześniej. Nie zdradza zawahania czy żalu. Louis uśmiecha się łagodnie i unosi dłoń, by otrzeć wierzchem dłoni mokre policzki Harry'ego. Pociąg ma odjechać za kilkanaście minut. Ktoś woła w oddali, jakaś pani z dwójką dzieci przebiega obok nich, ciągnąc za sobą walizkę i wchodzi po schodkach do pojazdu. 
      Przez ułamek sekundy Harry słyszy w głowie słowa swojej babci: "Lotniska widziały więcej szczerych pocałunków, niż kościelne ołtarze. Ściany szpitali słyszały więcej modlitw, niż ściany kościołów." i myśli, że warto dodać do tego perony dworców. 
- Wyjedź ze mną, proszę! - Słyszy w swoim głosie błagalną nutę i nawet się tego nie wstydzi.
      Kocha Louisa. Louis jest dla niego wszystkim. Nie wyobraża sobie spędzenia choćby jednego dnia bez niego. Dlaczego Louis tego nie rozumie? Dlaczego tak uparcie odpycha go od siebie, każąc mu odejść, każąc mu wyjechać? Każąc mu zostawić za sobą swoje serce?
- Nie mogę, Harry. - Louis mówi łagodnie i ponownie ściska jego dłoń. - Tu jest moje miejsce. Moja rodzina. Chcę tu skończyć studia... 
- A co ze mną? - Harry przerywa mu, cofając się o krok. - Co ze mną, Lou? Co z nami? 
- Harry... - Tym razem to głos Louisa jest miękki i wypełniony błaganiem o zrozumienie. - Ty musisz iść swoją drogą, a ja...
- Myślałem, że to nasza droga - mówi cicho, odwracając głowę.
      Czuje się zraniony i zdradzony, a głos Louisa i jego słowa ranią go jeszcze bardziej. I choć gdzieś tam w środku rozumie, a przynajmniej próbuje zrozumieć, to... To nie zmienia tego, jak bardzo to wszystko boli. To nie tak miało wyglądać. Mieli wyjechać razem, we dwoje. Wynająć małe mieszkanko w Londynie, spróbować swoich sił w wielkim świecie. 
Przynajmniej, Harry myśli gorzko, tak sądziłem.
- Nasza droga się tutaj nie kończy, Harry. To tylko krótki zakręt. Ja na nim zostaję, ty idziesz dalej, ale ostatecznie i tak przemierzymy tę drogę razem.
      Harry nie może powstrzymać słabego uśmiechu przez łzy; zostawcie to Louisowi, by w takich chwilach wymyślał najróżniejsze metafory. Drżącymi od łkania ustami wypuszcza ciche westchnienie i przesuwa dłońmi po twarzy. Nie zostało im wiele czasu, pociąg zaraz odjedzie. Rękawem szarej bluzy przeciera mokrą twarz i pociąga nosem; zdaje sobie sprawę, że musi wyglądać jak nieszczęście, ale zupełnie się tym nie przejmuje. Louis, z załzawionymi oczami i czerwonym nosem oraz włosami mokrymi od deszczu wygląda równie beznadziejnie jak on. I, równocześnie, niesamowicie pięknie. Spojrzenie tych niebieskich oczu, wypełnione bólem i miłością sprawiają, że Harry próbuje jeszcze raz, ostatni raz. 
- Louis, wyjdź za mnie - mówi szybko, nim mężczyzna mógłby mu przerwać. - Wyjdź za mnie, a wszystko się jakoś ułoży. Wyjdź za mnie i...
- Harry... - To jedyne słowo, które pada z ust Louisa, nim chłopak robi krok do przodu i staje na palcach, by ucałować czoło Harry'ego. Młodszy chłopak przymyka powieki na ten delikatny, czuły dotyk, który jest niczym ogień na jego zimnej od deszczu i wiatru skórze. Czuje przyjemny zapach Louisa, otaczający go zewsząd, czuje jego szczupłe, małe dłonie, przesuwające się przez splątane, mokre loki i gładzące policzki, zostawiając po sobie palący ślad. A potem, to wszystko znika. 
      Louis odsuwa się i Harry otwiera oczy, by zobaczyć, jak miłość jego życia oddala się bez słowa pożegnania.

~*~

      Wysokie, oszklone budynki zostają zastąpione przez niskie domki z ogródkami, te zaś ustępują miejsca zielono-żółtym polom i łąkom. Niezliczona ilość drzew pojawia się i znika za oknem samochodu, gdy pędzą w miarę pustą drogą, zostawiając daleko za sobą gwarny Londyn. Radio gra w tle, a on stuka rytmicznie palcami w kierownicę, nawet nie zdając sobie z tego sprawy. 
- Daleko jeszcze?
- Pytałaś o to pięć minut temu, skarbie - odpowiada Harry, zerkając we wsteczne lusterko, by spojrzeć na siedmioletnią dziewczynkę, która siedzi na tylnym siedzeniu, przypięta pasami.
      Ma znudzoną minę, ale jej zielone oczy są wypełnione ekscytacją, gdy wystawienia język i poprawia kosmyk brązowych włosów, zakładając go za ucho.
- Zapomniało mi się - burczy i odwraca głowę, przyglądając się widokom za oknem. Znów przejeżdżają przez jakieś niewielkie miasteczko i Rosalie wzdycha ciężko, niemal dramatycznie. - No to daleko?
      Harry chichocze i kręci głową, rozbawiony. 
- Jeszcze jakieś dwie godzinki, kochanie. Jesteś dziś strasznie niecierpliwa - dodaje, unosząc brwi, gdy ponownie spogląda w lusterko. 
- Bo nareszcie będę mogła spędzać caaaaałe dnie z babcią Anne i ciocią Gemmą, duh! - Rosie przewraca oczami, jakby to była najbardziej oczywista rzecz pod słońcem.
      I, w zasadzie, jest. Przez siedem lat swojego życia, Rosalie niezbyt często widywała jego matkę czy siostrę; krótkie spotkania w czasie świąt i sporadyczne wizyty w wakacje nie były tym, czego chciała siedmiolatka, która kochała swoją babcię i ciocię. Jednak zabiegane życie Harry'ego, ciągłe wyjazdy, długie podróże... to wszystko tylko utrudniało wyczekiwane spotkania z rodziną. Więc nie dziwi się, że Rosalie nie może doczekać się chwili, gdy dojadą do Holmes Chapel. 
      Co nie oznacza, że on podchodzi do tego równie entuzjastycznie. 
Wzdycha, potrząsając głową, chcąc odrzucić od siebie te myśli. Zmusza się do uśmiechu, nim odpowiada.
- No oczywiście, że tak. Ale to nie będą całe dnie. Od września zaczynasz szkołę, młoda damo. 
      Przez chwilę obserwuje ją w lusterku; Rosie wydyma pełne usteczka, mruży zielone oczy, które nagle tracą cały blask i krzyżuje ręce na piersi, wyraźnie urażona. Wygląda jednocześnie słodko i zabawnie, i Harry uśmiecha się, rozbawiony.
- Nie musiałeś mi o tym przypominać - odpowiada w końcu wyniośle i z powrotem przenosi wzrok na widoki za oknem.

~*~

- But sometimes, I just want somebody to hold, someone to give me their jacket when its cold, got that young love even when we're old. Yeah sometimes, I want someone to grab my hand. Pick me up, pull me close, be my man, I will love you till the end.
- Jak to jest, że zapamiętałaś na pamięć tekst piosenki, a nie potrafisz przypomnieć sobie co jadłaś wczoraj na obiad? - pyta Harry, włączając kierunkowskaz i zjeżdżając na pobocze.
      Czuje się zmęczony jazdą i potrzebuje chwili odpoczynku. Rosie wygląda na równie zmęczoną, chociaż mruczy coś pod nosem, wyraźnie zirytowana faktem, że czeka ich chwilowy postój, który to przedłuży czas dojazdu do domu rodzinnego Stylesów. 
- Są rzeczy ważne i ważniejsze - odpowiada jednak, odpinając pas bezpieczeństwa. - Poza tym - dodaje, gdy wysiada z auta - to kwestia dziewictwa. 
- Dziewictwa? - Harry unosi brew, przeciągając się mocno. 
- Ty piszesz piosenki - odpowiada Rosie, unosząc jedną dłoń - ja zapamiętuję piosenki - unosi drugą dłoń. - Dziewictwo. 
- Masz na myśli dziedziczenie. - Harry poprawia ją, śmiejąc się, a kiedy Rosie robi minę numer pięć, pod tytułem "Nie poprawiaj mnie", pochyla się i pstryka ją w nos.
- Cokolwiek. - Dziewczynka wzrusza ramionami i odgarnia długie włosy z ramion. Potem ziewa uroczo, nie zaprzątając sobie głowy, by zakryć buzię. 
Jest niska i drobna jak na swój wiek, ale zapałem i energią nadrabia swój wzrost. Proste, jasnobrązowe włosy sięgają jej do łopatek, a króciutka grzywka, na którą uparła się kilka miesięcy temu, teraz jest zbyt długa i wpada do jej zielonych oczu, ale Rosie woli zdmuchiwać niesforne włosy, niż dać ją obciąć i nic, ani nikt nie jest w stanie jej do tego przekonać. Harry przygląda się jej lekko zadartemu nosowi, wąskiej brodzie i kilku piegach tuż pod oczami. Wygląda całkiem uroczo, choć wie już, że ten wygląd potrafi zwieść. Ma na sobie marynarską sukienkę w granatowo-białe pasy i bladoniebieskie, cienkie rajstopy. Po raz kolejny odgarnia swoje długie włosy i wzdycha z rozdrażnieniem, gdy palce zaplątują się w brązowych pasmach.
- Chodź tutaj. - Oferuje Harry, ściągając z nadgarstka gumkę, którą zawsze ma przy sobie.
      Rosalie robi niezadowoloną minę, ale z ociąganiem podchodzi do niego i odwraca się tyłem.
- Tylko nie ciągnij za bardzo. - Ostrzega go, gdy Harry dotyka jej włosów.
- Nigdy nie ciągnę.
- Uh-huh. Auć! - woła, gdy Harry zbiera jej długie włosy do góry i związuje brązową gumką.
      Kitka jest przekrzywiona i dość luźna; już po kilku sekundach parę kosmyków wydobywa się spod ozdoby, by żyć własnym życiem i Harry się poddaje. Nigdy nie był dobry w te klocki. 
      Przerwa w trasie trwa kilkanaście minut. W tym czasie Harry kręci się wokół samochodu, by rozprostować nogi i wypija butelkę wody, a Rosalie z zapamiętaniem kopie drobne kamyki rozsypane na poboczu. 
- Wskakuj do auta - mówi Harry, gdy po raz kolejny dostrzega zniecierpliwiony wzrok Rosalie.
      Szeroki uśmiech na jej twarzy całkowicie go rozbraja. Nim sam wsiada do samochodu, przegląda się w odbiciu szyby i poprawia długie ciemne włosy, odgarniając je do tyłu i wygładza białą koszulkę, już słysząc w głowie narzekania swojej matki na to, że nie potrafi używać żelazka. 
- Dalej, tato! - woła Rosalie, niecierpliwie kręcąc się na siedzeniu, już przypięta pasami.

      Reszta podróży mija szybko, w towarzystwie muzyki z radia, śpiewu Rosalie (która nie zawsze zna tekst i melodię) oraz jej wesołej paplaniny, gdy opowiada mu o tym, co zamierza robić. Jej plany są bardzo bogate i szczegółowe, a wszystko wiąże się z jego mamą i siostrą, i przez chwilę Harry czuje się odrobinę urażony, że jego własna córka nie uwzględniła go w swoich planach, ale ostatecznie to uczucie mija. Zdaje sobie sprawę, ile dla siedmiolatki znaczy obecność kobiet w życiu; czasami zastanawia się, czy nie popełnił błędu, nie próbując zatrzymać przy sobie Margaret, jej matki. Ale, jak mówi Anne, nie da się nikogo zatrzymać na siłę. 
- Daleko jeszcze? Daleko?
- Za chwilkę będziemy, Rosie. Nie odpinaj pasów! - Karci ją, gdy we wstecznym lusterku widzi, jak podekscytowana dziewczynka niemal podskakuje na swoim miejscu. 
      Jej mina wyraźnie świadczy o tym, że ma zamiar parsknąć, westchnąć, prychnąć czy coś w tym rodzaju, by okazać swoje niezadowolenie, ale w tym czasie Harry skręca w boczną uliczkę i zielone oczy dziewczynki rozbłyskują blaskiem i przylepia ona twarz do okna. Harry chichocze, widząc, jak nos Rosie rozpłaszcza się na szybie, która szybko zaczyna parować pod wpływem oddechu siedmiolatki.
      Rosalie zaczyna niemalże piszczeć, gdy dojeżdżają do bladożółtego, dużego domu, który dziewczynka w większości kojarzy tylko ze zdjęć. Harry włącza kierunkowskaz i wjeżdża na podjazd, uśmiechając się, kiedy dostrzega postać swojej mamy na niewielkim ganku. Ledwo zaciąga hamulec ręczny i jeszcze nie gasi silnika, gdy Rosalie rozpina pas i niemalże wypada z samochodu, biegnąc z zaskakującą prędkością w stronę Anne, z radosnym okrzykiem na ustach. Harry wzdycha ciężko i sam wychodzi z auta, potrząsając głową i odgarniając włosy z czoła. Zostawia ich torby w bagażniku i także kieruje się w stronę domu, gdzie jego mama już ma ramionach jego córkę; Rosie objęła ją rękoma za szyję, a nogami oplotła talię, wtulając się w kobietę i już paplając coś z takim zapamiętaniem, że jej twarz robi się widocznie czerwona, gdy brakuje tchu.
- Cześć, mamo - mówi Harry, podchodząc bliżej.
      Kiedy całuje Anne w policzek widzi, że czarne włosy są przetkane kilkoma siwymi pasmami, a wokół oczu przybyło więcej zmarszczek, ale uśmiech jego mamy jest tak samo pogodny, jakim go zapamiętał, a kwiatowe perfumy wciąż pachną tak samo. To sprawia, że ciepło rozlewa się w jego sercu.
- Harry. - Kobieta mówi łagodnie, uśmiechając się, a jej oczy lśnią radością.
- Rosie, małpko, puść babcię, jesteś już ciężka.
- Och, daj spokój! - Anne beszta go ze śmiechem. - Jest leciutka, zupełnie jak byś jej nie karmił! A skoro mowa o jedzeniu, obiad jest już na stole, no dalej... - I mówiąc to, znika w środku domu, niosąc na rękach swoją wnuczkę. 
      Harry jedynie kręci głową i obraca się, by zamknąć samochód, a potem podąża za swoją mamą.

      W salonie niewiele się zmieniło. Beżowy kolor ścian zastąpiono jasnobrązowym, ale wciąż wiszą tam zdjęcia Harry'ego i Gemmy, a teraz także i Rosalie. Duży, polerowany stół niezmiennie stoi na środku pomieszczenia, a purpurowy komplet kanapowy ustawiony jest pod ścianą, naprzeciw wysokich okien i wyjścia na taras. Cały dom wypełnia przyjemny zapach pieczeni i Harry uśmiecha się błogo, zasiadając do stołu razem z mamą i córką.
- Och, zrobiłaś pieczarkową! - Zachwyca się, gdy Anne podaje mu talerz zupy.
- Twoja ulubiona, pamiętam - mówi z uśmiechem. - I Rosie także smakowała, gdy ostatnio tu była. 
      Jakby na potwierdzenie jej słów, Rosalie z zapałem pochyla się nad parującym naczyniem i, mlaszcząc, pochłania swoją porcję. Harry nawet jej nie upomina; wie, że moment jedzenia jest jedyną chwilą, kiedy będą mogli spokojnie porozmawiać, bez ciągłej paplaniny dziewczynki.
- Pomyślałam - mówi Anne, podając Rosie kromkę chleba - że Rosie pomoże mi posprzątać po obiedzie, a potem będziecie mogli sobie odpocząć po podróży, nim zajmiecie się swoimi rzeczami. Macie coś w planach?
- Niespecjalnie - odpowiada Harry, przełykając łyżkę gorącej zupy. - Wydaje mi się, że Rosie jest niezmiernie ciekawa swojego nowego pokoju... - Jak na zawołanie, Rosalie przytakuje energicznie głową, a jej policzki są wypchane jedzeniem jak u chomika. - A ja z kolei chętnie bym rozprostował nogi po tej drodze, może przeszedłbym się po okolicy, zobaczył, co się tutaj zmieniło.
- Harry, skarbie. To jest Holmes Chapel. Tutaj nic się nie zmienia. - Anne śmieje się pogodnie. - Ale, oczywiście. My z Rosie świetnie sobie razem poradzimy. Dostanie sypialnię Gemmy - dodaje. - Będziemy pewnie musiały tam trochę pozmieniać, jestem pewna, że Rosalie ma swoje upodobania. Co mi przypomina... Ty pewnie też niekoniecznie będziesz chciał spać w pokoju oblepionym plakatami The Script, co? 
      Harry parska śmiechem i wypluwa resztki zupy. Rosalie również wybucha śmiechem na ten widok i rzuca w niego serwetką, dodając do tego oburzone "Tato!". Harry wyciera twarz i stół, a Anne w tym czasie przynosi z kuchni talerz z tłuczonymi ziemniakami i brytfankę z pieczenią. 
- Tak, myślę, że też co nie co tam zmienię. - Harry mówi z uśmiechem. - Ojejku, mamo, zapasiesz nas! 
- Tak, jakby miało to wam zaszkodzić. - Anne mierzy go wzrokiem i marszczy groźnie brwi, opierając dłonie na biodrach. - I ty, i Rosalie wyglądacie jak dwa szkielety. A ta bluzka wisi na tobie tak bardzo, że nie wiem czy bardziej przeszkadzają mi te twoje wystające obojczyki czy fakt, że ta koszulka wygląda, jakby wyjęto ją z gardła psa. 
      Harry nie może się powstrzymać od przewrócenia oczami, za co jego matka trzepie go ręką przez tył głowy. Rosalie ponownie wybucha śmiechem i Harry uśmiecha się, rozbawiony. 
- Normalnie czuję, że wróciłem do domu.
      Resztę obiadu spędzają, rozmawiając cicho nad pieczenią i żartując. Harry pyta o Gemmę, bo sądził, że i ona go powita, ale Anne mówi mu, że jego siostra jest w swojej kwiaciarni i teraz, gdy wynajęła i wyremontowała małe mieszkanko nad własnym biznesem, rzadko kiedy wpada do domu na coś więcej, niż wieczorne plotkowanie. Rozmawiają o sąsiadach i o planach na resztę wakacji, a potem Anne pyta go o jego pracę i mieszkanie w Londynie, i Harry wie, że będzie musiał jej wiele wyjaśnić, gdy Rosalie pójdzie już spać. 
      Jego mama wykazała się - jak zwykle - wielkim zrozumieniem i cierpliwością, gdy parę dni temu zadzwonił do niej niemalże w środku nocy, nieco roztrzęsiony, informując ją, że rzuca w cholerę cały ten Londyn i wraca do domu, już na stałe. Tak samo zrozumiała i wspierała jego decyzję o porzuceniu swojej kariery. 
      Harry zerka na nią nad talerzem i uśmiecha się, zadowolony. Cokolwiek by się działo, jego mama zawsze go zrozumie. 
      Jest świadomy, że jest jeden temat, który jego mama skrzętnie i dyskretnie omija, i jest jej za to niezmiernie wdzięczny, bo nie ma sił ani ochoty na to, by teraz o tym rozmawiać. O nim rozmawiać. 
      Słońce wciąż stoi wysoko na niebie, kiedy wychodzi z rodzinnego domu. Rosalie pomaga babci w zmywaniu naczyń, a on ma okazję, by chwilę odetchnąć. Wsuwa dłonie do kieszeni spodni i powolnym krokiem sunie po zalanym słońcem chodniku. Powietrze jest gorące i parne, i nawet najmniejszy wiaterek nie porusza liśćmi drzew. Okolica wydaje mu się boleśnie znajoma; te same domy, te same płoty, gdzieniegdzie nawet te same samochody, co dziewięć lat temu, gdy wyjeżdżał. W pobliskim parku dostrzega wysokie, stare drzewo z domkiem zbudowanym wysoko pomiędzy gałęziami. Drabinka wciąż jest zepsuta i Harry uśmiecha się ponuro.
      Idzie tymi samymi uliczkami, co zawsze, mijając kościół i piekarnię Barbary. Uśmiecha się, gdy dostrzega starszą kobietę za ladą, ale nie wchodzi do środka, bo sklep wypełniony jest klientami. Idzie dalej i dochodzi do swojej szkoły, i z rozrzewnieniem odkrywa, że i tutaj nic się nie zmieniło. 
      Holmes Chapel wciąż jest takie samo, jakim było, gdy stąd wyjeżdżał. Oddycha ciężko i odwraca się, by wrócić do domu, ale wtedy dostrzega coś, co sprawia, że zamiera.
      W jego stronę idzie ktoś, kogo Harry poznałby zawsze i wszędzie. Ktoś, kto nie zmienił się zupełnie nic przez ostatnie dziewięć lat, a jednocześnie ktoś wyglądający zupełnie inaczej. 
      Louis Tomlinson śmieje się głośno z czegoś, co powiedział jego towarzysz. Towarzysz, którego trzyma za rękę. Świadomość ta uderza go tak mocno, że Harry zamiera, nie wiedząc, co ma zrobić. Nie wiedząc, co powiedzieć. Ale nie musi robić nic, bo Louis, wraz z mężczyzną, przechodzą na drugą stronę ulicy, zupełnie nieświadomi jego obecności i odchodzą, zostawiając za sobą jedynie długie cienie. 
      Dopiero gdy znikają na rogu ulicy, do Harry'ego dociera, że jednak nie wszystko pozostało takie samo.