Chapter Text
21 listopada, 1900 r.
Stanisław nie wyspał się po weselu w Bronowicach. Pamiętał tylko, jak po tej jakże dziwacznej uroczystości, zasnął w kąciku, w którym ją przesiadywał. Z notesem w ręku oraz piórem, które się całkowicie popsuło i rozlało resztki atramentu na jego koszulę. Odkrył, jednak, że w bronowickiej chacie został zupełnie sam. Mężczyzna poczuł pewien dysonans, bowiem poprzedniego wieczoru sala jeszcze tętniła życiem. Spodziewał się jakichś poprawin lub chociażby obecności gospodarzy. Jednak jedynym, co zastał była cisza. W pewien sposób mrożąca krew w żyłach, zwiastująca, że stało się coś, co stać się nie powinno. Coś złego.
Wstał z ziemi, opatulił się płaszczem i wyszedł na pole, by spotkać się twarzą w twarz z przeszywającym chłodem poranka. Tam też było pusto, jakby Bóg wymazał ludzi z krajobrazu, a do malowania nieba wybrał bure szarości. Jakby widmo burzy zbliżało się nieubłaganie, lecz nie przychodziło. Stanisław poczuł jeszcze większy niepokój. Zwykle na roli o tej porze pracowali chłopi. Nawet w taką pogodę. Tymczasem, na horyzoncie nie malowało się nic żywego. Żadnego zwierzęcia, człowieka, a nawet rośliny wydawały się już ułożone do zimowego snu.
Mężczyzna opuścił głowę i ujrzał na ziemi ślady wielu stóp. Mocno odbite, jakby zamiast kroków ludzie ci poruszali się w podskokach lub biegu. Stanisław podążył ich śladem, jednak zacisnął w dłoni ostre pióro, by w miarę możliwości obronić się przed ewentualnym atakiem. Z czyjej strony? Nie miał pojęcia, lecz wolał uważać. Stawiał kroki ostrożnie, a w miarę jak posuwał się do przodu, wiatr stawał się coraz silniejszy. Jakby nie chciał, by ten szedł w tamtą stronę. Jednak Stanisław parł dalej. Coś w jego głowie powtarzało mu „powinieneś uciekać”, jednak ciekawość przezwyciężała każdy lęk czy nawet głos rozsądku.
Pierwszym dźwiękiem, który usłyszał było brzęczenie much. Ten odgłos żywego stworzenia jednak go nie uspokoił. Wręcz przeciwnie, słyszał w tym swoiste „Zawróć. Wiesz przecież, co się tu stało. Wiesz, w jakich miejscach zwykły latać muchy”. Pokręcił głową. Wyobraźnia musiała płatać mu figle. Tak jak każdemu podczas tego okropnego wesela. Pewnie wszyscy siedli na zewnątrz, a być może tam usnęli? Muchy natomiast na wsi występowały od wieków.
Stanisław szedł powoli przez sad w stronę pola. Umoczył w błocie całe buty, miał nadzieję, że nie dopadnie go potem jakaś choroba. Poza tym, marzł coraz bardziej, a jego niepokój wzrastał. Mijał łyse drzewa, deptał po przegniłych jabłkach. Chłodne, rześkie powietrze mieszało się ze słodkawym zapachem zgnilizny, co sprawiało, że bolały go zarówno płuca, nozdrza, jak i żołądek. Jeszcze bardziej jednak rozbolały go, gdy dotarł do pola za sadem.
Ciała weselników leżały w dużym okręgu, jakby rytualnym lub zrodzonym z jakiegoś zbiorowego szaleństwa. Stanisław zatrzymał się. Nie chciał się do tego zbliżać. Nie tylko z powodu lęku. Gdyby to zrobił, zobaczyłby twarze ich wszystkich. Gospodarza i Gospodyni. Poety i Dziennikarza. Pana Młodego i Panny Młodej. Wszystkich tych, których opisywał zeszłej nocy w tak gorzkim świetle. Wszyscy tam leżeli bez życia. Każdy młodzieniec i dziewczyna, a nawet mała Isia… Stanisław stracił oddech w płucach przez tę makabrę. Wypuścił z dłoni pióro i notes z zapiskami, gdy ujrzał, co stało pośrodku koła.
Zakręciło mu się w głowie. Miał wrażenie, że to był jakiś sen. Koszmar. Potworne déjà vu z poprzedniej nocy. Nad ludźmi w zakrwawionych ubraniach stał chochoł. Słomiane przykrycie na róże.
Stanisław miał wrażenie, że figura spoglądała mu w oczy.
