Chapter Text
Uczyli się razem angielskiego.
Nie była pewna, jak doszło do tego, że każdego tygodnia spędzała czas w jego izbie. Stało się to ich tradycją, miłym spotkaniem. Podejrzewała, że dla niego również jedynym momentem, kiedy choć na chwilę zapominał o Izabeli.
Siedząc przy podręcznikach, doprowadzali Ignacego od zmysłów. Jednak i on z czasem się przyzwyczaił. Zrozumiał to samo, co Kazimiera - Wokulskim dalej władała Łęcka. Mimo tego, subiekt wciąż wierzył w swój plan. Nie raz próbował przekonać Wąsowską, by porozmawiała o niej ze Stachem. Zawsze surowo zaprzeczała, co nie wprawiało mężczyzny w zdumienie - słyszał jej burzliwe dyskusje z przyjacielem, wiedział z jakim temperamentem miał do czynienia.
Jednak nie widział poruszenia i mgły w oczach, które pojawiały się w kobiecie zaraz gdy odchodził. Pytania o Stawską zawsze wprowadzały ją w poruszenie, które maskowała przed przyjściem Stanisława. Myślała wtedy, że może wracać od Heleny, nie Łęckiej, co wprawiało ją w niewytłumaczalną melancholię.
Zauważył ją w tym stanie tylko raz. Sam wydawał się wyjątkowo podekscytowany tamtego dnia, jednak otwierając jej drzwi na jego twarzy pojawiła się konsternacja, nadająca jego twarzy taki sam wyraz twarzy, jak podczas ich pierwszego spotkania.
- A czemu zawdzięczam pańską minę? Zobaczył pan ducha, czy to jednak pan Ignacy za mną wciąż stoi?
- Myślałem…
- Za dużo pan myśli, mówiłam panu. Proszę przytrzymać książki. - Po chwili jednak uznała, że potraktowała mężczyznę za ostro. Wydawał się naprawdę zadowolony, gdy tu przyszedł... - Znalezione w Zasławku, pan Starski mi je przywiózł - dodała. - Jednak widzę, że wydarzyło się coś ważniejszego, taki był pan uśmiechnięty przed chwilą.
Wokulski znów się rozpromienił, podstawiając jej krzesło i wbijając wzrok w książki na biurku.
- Panna Izabela chce mojej obecności na balu…
- A pan znowu z tym! - zawołała, jednak poczuła się, jakby zrzuciła z siebie ciężar. - To przyjęcie u Ossolińskich. Może pan nie wie, ale ja… No, może uda się nam tam zobaczyć. Jeśli panna Izabela pozwoli panu na chwilę odstąpić od siebie - powiedziała ironicznie.
Wokulski krótko się zaśmiał i uśmiechnął się jeszcze szerzej niż wcześniej.
- To będzie przyjemność zobaczyć obie panie tam.
Przez chwilę miała wrażenie, że kupiec naprawdę oczekuje balu, by spotkać się z nią. Zanim zdążyła się upomnieć w myślach powiedziała:
- W takim razie będę oczekiwać tańca od pana.
- Proponuje mi pani taniec? - zapytał z udawanym zdumieniem.
Ależ on ma charakter! Zastanowiła się jakim cudem, cała siła, ironia i humor ginęły w tym człowieku zaraz, gdy znajdował się przy młodej Łęckiej.
- Zmuszać pana nie będę - powiedziała dobitnie, wzruszając ramionami. Odsuwając książki językowe na brzeg biurka zauważyła rozrzucone kartki. - Pan Ochocki zostawił u pana notatki? - zapytała, starając się wczytać w opis naszkicowanej sztabki.
Mężczyzna zamarł, patrząc prawie ze wstydem na bazgroły. Spuścił głowę i wymamrotał tylko:
- Zabrałem je z Paryża. Ale teraz to nieważne, nie kiedy Izabela…
Było jej dane długo zapamiętać wzrok, którym obdarzył notatki na stole. W ten sam sposób patrzył na pannę Izabelę, jakby od nich zależało całe jego życie.
***
Według Kazimiery, miłość nie powinna być czymś bolesnym i gwałtownym. Mogła być przyjemnym, lepkim uczuciem, jak wyjazdy latem na Zesławek. Lubiła je, zawsze jadąc konno po raz pierwszy każdego roku czuła w sercu poruszenie, ale myśląc o tym zawsze czuła… spokój.
Nie była pewna, czy czuła miłość do swojego już nieżyjącego męża. Przez chwilę i on zachowywał się jak Wokulski przy młodej arystokratce, ale nie minęło kilka chwil, a żar, który myślała wtedy, że sobie upodobała, opuścił jego spojrzenie. Wtedy utwierdziła się w swoim poglądzie - nikt nie powinien mieć w sobie tyle ognia ile miał Stanisław.
***
Pewnego wieczoru zdała sobie sprawę z tego, że Ignacy nie przychodził do niej z wścibskości. Tu nawet nie chodziło o opowieści o Stawskiej - mężczyzna po prostu chciał dotrzymywać jej towarzystwa, kiedy czekała na Wokulskiego.
Tak siedzieli w dwójkę, rozmyślając o Wokulskim, który często zajęty panną Łęcką, nie był w stanie poświęcić im uwagi.
- Tak mnie to zastanawia - zaczął raz Rzecki - czemu taka osoba jak pani uczy się ze Stachem angielskiego? Po co i na co? Nauczyciele by się znaleźli, chętni do rozmów również. A Stachu? Z nim ostatnio ciężko porozmawiać o czymkolwiek po polsku.
- A dlaczego pan Wokulski uczy się angielskiego? Dla kogo…? - Kazimiera wydęła wargi.
- Jak to dla kogo? Myślałem, że dla pani! Zamiast zajmować się sklepem przychodzi specjalnie dla pani i później… Znaczy, od początku wiedziałem, że Stach to porządny człowiek i chodziło tylko o naukę.
- Jednak na początku z panem nie było łatwo się zaprzyjaźnić - Kazimiera zauważyła z rozbawieniem.
- No, ja tam mam swoje przyzwyczajenia i plany, a-ale widzi pani, teraz siedzimy tutaj razem, ja zrobiłem zimną już herbatę…
- A pana Wokulskiego dalej brak - zauważyła, podpierając ręką brodę.
- Pewnie wciąż zajmuje się sprawą tej kamienicy.
- Czemu on to robi? - wycedziła. - Wiemy przez kogo to wszystko się dzieje. - Zakończyła spoglądając na niego surowo
Ignacy poruszył się niespokojnie na krześle, bijąc się z myślami, chcąc pozostać wiernym przyjacielowi. Ostatecznie odparł z zakłopotaniem:
- Gdyby go pani znała wcześniej…
- Ale znam teraz. I widzę przed sobą człowieka nawiedzonego wizją rzeczywistości, która nigdy się nie sprawdzi. - Zanim Rzecki zdążył się znów odezwać, dodała w przejęciu - Widział pan kiedyś jego spojrzenie?
- Musi pani wiedzieć, że nim zawsze kierowała jakaś wyższa ambicja. On chce dobrze. Tak samo, jak wtedy gdy przeprowadzał te swoje wszystkie niebezpieczne eksperymenty...
- Ekspe…? Słyszałam, że ciekawił się pracą Juliana, ale nie podejrzewałam… te wszystkie papiery na biurku, tak?
- Zawsze za czymś gonił. - Subiekt pokiwał głową. - Zna go pani za krótko, żeby wiedzieć, że zawsze przychodzi ten moment, kiedy Stachu chowa podręczniki i spuszcza głowę. Te notatki - Wskazał ręką na zamknięte drzwi do pokoju przyjaciela - to nic w porównaniu z tym, co działo się przed powstaniem - odparł z westchnieniem.
- Szkoda człowieka - powiedziała cicho. Mężczyzna przytaknął jej i oboje zapatrzyli się w szklanki. - Ale wie pan - dodała nagle po chwili - za dużo w tym wszystkim romantyzmu i tragizmu. Taki człowiek jak Wokulski i tak ma mnóstwo możliwości, czemu zawsze musi wszystko stawiać na jedną szalę? To tak jak z Bonapartystami, którym nie wyjaśnisz, że…
Ignacy mocniej ścisnął szklankę i przełknął ślinę, by nie zgodzić się z kobietą, kiedy do środka weszła znana im postać.
***
Ciężko było dogadać się z nim w tamtym czasie. Targały nim emocje związane z kupnem kamienicy i sprawami, o których sama Wąsowska nie miała pojęcia.
Spoglądając na niego oceniająco tego wieczoru, Kazimiera zastanawiała się, co stałoby się gdyby spotkali się lata wcześniej. Czy uwolniony od wszystkiego, co teraz mu ciążyło byłby szczęśliwszy? Czy byłby w stanie uczyć się z nią angielskiego bez rzucania smutnego spojrzenia, to w stronę notatek, to w stronę okna? Wcześniejsza rozmowa z Rzeckim zapadła jej w pamięci. Według przyjaciela od zawsze wydawał się nieść jakiś krzyż, beznadziejny romantyk. Mimo to wyobrażała sobie młodszego Wokulskiego, zafascynowanego nauką do granic możliwości. Może gdyby wtedy mu się udało... Czy coś się stało po powstaniu, co zaprzepaściło jego nadzieje?
Była po części zła na siebie, że tak zachodziła w głowę na temat mężczyzny. Była również wściekła na niego. Cała ta sprawa z kamienicą robiła z niego pośmiewisko w jej oczach.
- O czym pani myśli? - zapytał ją w pewnym momencie. Zagryzła zęby i spojrzała na niego unosząc jedną brew. Chyba wyczuł jej humor, ponieważ odwrócił wzrok i przepisał słowo z książki na chustę przed sobą. Pióro trzymał niepewnie, a na kartkę nawet nie patrzył, gdy to robił. - Jeśli chodzi o Ignacego - zaczął - to najmocniej przepraszam jeśli powiedział pani coś niestosownego.
Ten myśli, że chodzi o Rzeckiego! Miała ochotę zawołać, jednak tylko skrzyżowała ręce i odsunęła się od stołu.
- Pan Rzecki jak zawsze uraczył mnie miłą rozmową. W przeciwieństwie do pana.
Wokulski odstawił pióro i nagle odwrócił się w jej stronę, marszcząc brwi, Wyglądał inaczej niż wcześniej, poruszenie go opuściło i wydawał się gotowy do sprzeczki, która balansowała na granicy flirtu.
- Nigdy nie zabawiłem pani jakąś historią? Tyle co ja mam do powiedzenia w przeciwieństwie do… - Przerwał, przypominając sobie o przywiązaniu do przyjaciela. - Myślałem, że lubi pani ze mną rozmawiać.
- Czasami się pan stara i opowiada o ciekawych rzeczach. Ale dzisiaj wpadł pan tutaj spóźniony, od razu rusza do książek, nawet nie powie, co się dzieje!
Kupiec nie zauważył braku ironii w jej głosie.
- Przecież powinna pani wiedzieć, że to wszystko chodzi o biznes kupiecki i to erm… stresujący jest precedens.
- Jakoś nie chce mi się wierzyć, że biega pan po Warszawie tylko i wyłącznie z powodu biznesu. - Zaśmiała się.
- Ja w wiarę pani nie będę dociekał - odparł z lekkim uśmiechem i zamknął słownik. Chustkę zmiótł w palcach i włożył do kieszonki w surducie.
- W takim razie będę pana żegnać. - Wstała i odchodząc w stronę drzwi usłyszała głos Stanisława.
- Niech pani poczeka, odprowadzę panią.
- Słucham? - Odwróciła się z zaskoczeniem. Nigdy nie zaproponował jej czegokolwiek ponad zwykłą uprzejmość. - Ma pan na mieście do załatwienia jakiś biznes ?
- Można tak powiedzieć - uśmiechnął się z zadowoleniem i podał jej ramię.
***
- Gdzie musi pan dotrzeć? - dociekała.
- Niezbyt ładne miejsce, nie powinna pani tam ze mną iść. Obiecałem panią odprowadzić do domu i mogę to zrob...
- Ależ nalegam. Jeśli jest po drodze, mogę na pana zaczekać, a nawet porozmawiać z kupcami. Ostatnio rozmawiałam z Julianem o pańskim fachu i byłoby wyśmienicie zobaczyć na żywo czym się pan zajmuje.
Wokulski nie odezwał się, patrząc pod nogi. Ciekawe, czy miał zamiar iść do Łęckiej, pomyślała. Jednak zamiast kierować się w stronę pięknych budynków i zadbanych ulic, rzeczywiście udał się w kierunku gorszej dzielnicy. Nie żyli tu ludzie, z którymi ani on, ani ona powinni się zadawać.
Nie sprzeciwiał jej się, co pojęła jako wyraz uległości. Dopiero później zrozumiała, że Wokulski sam chciał, żeby zobaczyła miejsce, do którego szedł.
- Z kimże załatwia pan tutaj sprawy? - zapytała z nutą niepewności. Starając się nie zdradzać zaniepokojenia, puściła go, teraz idąc z nim ramię w ramię. Stanisław przez chwilę spojrzał na nią, jakby z rozczarowaniem, po czym zapukał do najbliższych drzwi.
- Z panem Wysockim - powiedział cicho, w tym samym momencie, kiedy nieznajomy otworzył mu drzwi.
Co ten człowiek mógł mieć wspólnego z Wokulskim? Czemu uśmiechnął się promiennie i trochę z dziecięcą łatwowiernością zaprosił ich do środka?
Mieszkanie było schludne, jednak biedne. Ściany świeciły pustkami, a na podłodze, choć wyczyszczonej, widać było plamy i ślady użytkowania.
- ... nie chciał tutaj przyjść. Próbowaliśmy go przekonać, że my od pana Wokulskiego, ale nie chciał… Tak, tak. Może pan pomóc?
Jakby z oddali słyszała rozmowę mężczyzny z kupcem. W tym samym momencie podeszła do niej gospodyni domu i przyglądając się rozmawiającym, odparła:
- Taka dzielnica, nikt nie chce tu przychodzić wiedząc, że nie mamy jak zapłacić. A nawet jak mamy to boją się, że kłamiemy. Mimo to - Westchnęła. - zawsze lepiej tutaj w ciepłym kącie niż w naszym starym miejscu. Pani mąż pomoże nam z naprawą okien prawda? Śnieg wpada do środka...
- Pan Wokulski moim mężem? - Wąsowska przeciągnęła każde słowo, jakby badając ich brzmienie w swoich ustach. Ironicznie się uśmiechnęła, jednocześnie zerkając od tyłu na mężczyznę i zwróciła się w stronę kobiety - Czemu pan Wokulski może państwu pomóc ze znalezieniem kogoś do naprawy okiennic?
- On nam jedyny pomaga. Mąż wstydzi się posyłać po niego, ale sama mu kazałam się ruszyć, kiedy zauważyłam, że dzieci trzęsą się z zimna. Niepoważne to - własną dumę nad dobro innych przekładać.
- Dobrze pani postąpiła. - Wąsowska obdarzyła ją skinieniem głowy. - Ale… Pan Wokulski naprawdę przychodzi tu do państwa? W międzyczasie od tych wszystkich balów, spotkań z Izabelą? Lekcji angielskiego? - zapytała niedowieżająco.
Kobieta patrzyła na nią z niezrozumieniem.
- To nie słyszała pani, co on dla nas zrobił?
***
Wokulski zastał ją, gdy rozmawiała na korytarzu z Marianną.
- I dla ciebie też to wszystko uczynił? - Wąsowska dopytywała. - Nie miał nic przeciwko temu, by kobieta zamieszkała sama?
Dziewczyna pokiwała głową.
- Gdyby nie on… - Zamilkła, a pauza w jej wypowiedzi dopowiedziała Kazimierze wszystko, czego potrzebowała. W niej wyraził się cały szacunek, który dało się odczuć w zachowaniu Wysockich. - J-ja panią pamiętam. Zawsze pani siedziała obok prezesową Zasławską i taką młodą kobietą… - dodała.
Kobieta tylko uśmiechnęła się, nie wspominając, że ona też pamiętała dziewczynę.
- Kazimiero - zdziwiony głos Wokulskiego odbił się od ścian korytarza. - Przepraszam. Nie powinienem pani tutaj przyprowadzać, to nie miejsce dla kobiety…
- Oczywiście, że to miejsce dla kobiety! - zawołała, kiedy wychodzili z budynku. - Marianna mieszka tutaj sama, kiedy mogła w tym momencie żenić się z mężczyzną.
- Rzeczywiście, nie wiem, czy nie byłby z tym problem dla biednej dziewczyny…
- Nie rozumie pan! - Zatrzymała się, ściskając jego rękę. - Pan dał jej prawdziwą szansę! Wysockim też oczywiście, ale panna Marianna… Kto inny mógł wysłać ją na wieś, kazać ożenić się jej z jakimś parobkiem, który jej nie znał, a pan pozwolił jej na prawdziwą zmianę.
- Ożenek nigdy nie wchodził pod uwagę - odparł, idąc do przodu. Wąsowska, by nadążyć za nim, wciąż trzymając jego rękę, musiała biec.
- Dla pana to coś naturalnego, ale dla nich - Wskazała ręką na otaczające ich ulice. - nie jest to coś akceptowalnego. Ja… - zmuszając mężczyznę do przystanku, zagrodziła mu drogę. - Po prostu nie spodziewałam się czegoś takiego po panu.
Wokulski uniósł jedną brew, jakby był przygotowany na zabawną odpowiedź, jednak z jego ust nie wydostał się żaden dźwięk.
- Tak powinno być wszędzie - kobieta dodała, uświadamiając sobie, że mężczyzna się w nią wpatrywał.
- Ma pani rację. - Na potwierdzenie wysunął w jej stronę rękę, którą z uśmiechem ścisnęła.
- Wie pan, chyba po raz pierwszy jestem z panem całym sercem zgodna. Nie doszuka się pan żadnej ironii w moim głosie.
- I vice versa - odpowiedział poufale, co w jakiś sposób sprawiło, że przebiegł ją dreszcz.
Zabierając dłoń, Wąsowska obróciła się wokół siebie.
- Będę pana żegnać. Goodbye - zażartowała z uśmieszkiem.
Wokulski oficjalnie wyjął chustkę z surduta i czytając ją powiedział:
- Farewell, misses Wąsowska, farewell!
