Work Text:
- Jaskier?
- Hmm.
- Zakochałeś się kiedyś?
Jaskier uśmiechnął się, nabrał powietrza...
- Tylko bez pierdoletów - wtrącił Geralt.
Bard wypuścił powietrze ze świstem przez usta, z pełną premedytacją, obserwował jak wzrok wiedźmina wędruje od jego oczu w dół. Przeciągnął językiem po ustach. Zdjął kapelusik. Zmarszczył brew. Opuścił brodę i zauważywszy, że niemiłosiernie miętoli nakrycie głowy, rozprostował palce, wygładził piórko. Nasadził z powrotem na łepetynę. Dłonie splótł na podołku jak speszona dziewica. Przeklął się w duchu. Przewrócił oczami. Tym razem położył obie ręce na blacie stołu.
Spojrzał na wiedźmina, który patrzył mu na ręce z marsową miną. Palce odruchowo spięły się. Po ruchu kącika ust Geralta zauważył, że drżenie nie umknęło jego uwadze.
Znów nabrał głęboko powietrza, uspokoił dygot rąk.
- A ty kochasz tę swoją wiedźmę? - zapytał cicho.
Geralt nieładnie wybałuszył oczy. Potem odchylił się na ławie, spojrzał w osmolony sufit przybytku i trwał tak przez dłuższą chwilę latając nieobecnymi oczami to na prawo, to na lewo. Pewnie myślał o Yen i o ich wynaturzonej zabawie w ciepło-zimno. W końcu wyprostował się. Spojrzał trubadurowi prosto w oczy i na jednym długim wydechu, wyszeptał - Jeśli tak, to miłość jest pojebana w chuj.
Jaskier nie wytrzymał, parsknął nerwowym śmiechem - W rzeczy samej, przyjacielu, w rzeczy samej.
