Actions

Work Header

Rudy atakuje Podniebną Twierdzę (i Pustkę)

Summary:

Gdy Koszmar usiłuje opętać Inkwizytora, Leliana postanawia zwrócić się o pomoc do swoich starych, sprawdzonych przyjaciół.

Chapter 1

Notes:

Przysięgam, że ten fic jest już cały skończony xD Przypomniałam sobie o tym fandomie, a na dysku kisiło mi się jakieś 7k słów, więc dopisałam resztę i, no. Jest.

Chapter Text

Zaczęło się miesiąc po ostatecznej walce z Koryfeuszem. Na początku nie było większych powodów do zmartwień – koszmary, dziwny niepokój, ciągłe uczucie zagrożenia. Najpierw myślał, że po prostu cały tłumiony stres zaczyna dawać mu się we znaki, że minie, że to tylko chwilowe. Jego podświadomość musiała zrozumieć, że już po wszystkim, był bezpieczny – na tyle, na ile w świecie, w jakim przyszło mu żyć, mógł być bezpieczny.

Powinien pamiętać, że już za czasów, gdy był jedynym magiem w kompanii Tal-Vashoth, nic nie było bezpieczne ani proste.

Potem zaczęło się lunatykowanie. Na początku dosyć niewinne – ot, w środku nocy wstawał z łóżka, siadał na kanapie, a Josephine ze śmiechem wciągała go z powrotem w swoje ciepłe i miękkie objęcia. Z nocy na noc wędrował jednak coraz dalej – balkon, biblioteka, w końcu dziedziniec.

- To minie – zwykła mówić mu Josie, gdy budził się w jakimś dziwnym miejscu. – Po prostu twój umysł odreagowuje, ukochany. Może w niezbyt inteligentny czy bezpieczny sposób, ale cóż, taki właśnie jesteś, mój drogi.

- Małpa – mówił jej wtedy, a potem z uśmiechem całował ją w usta.

Po dwóch tygodniach zaczęło robić się niebezpiecznie. Koszmary nasiliły się, przez sen podpalił zasłony w swojej komnacie. W dzień miał wrażenie, że w cieniach czyhają na niego demony. Zaczęły się szepty.

- Myślę, że nie powinniśmy ze sobą sypiać, dopóki to wszystko się nie uspokoi – mruknął pewnego ranka.

- Mój drogi – zaczęła Josephine. – Wydaje mi się, że twój… stan, nie jest chwilowy. A nawet jeśli, objawy, których doświadczasz, biorąc pod uwagę to, kim jesteś, są… niepokojące. Moim zdaniem, potrzebujesz pomocy. A przynajmniej musimy się dowiedzieć, co się dzieje. Co na to Cole? Wiem, że nie lubisz, kiedy cię czyta, ale może jednak w tym przypadku to dobry pomysł?

Po chwili zastanowienia Inkwizytor skinął głową. Rzeczywiście, nie lubił, gdy Duch naruszał ostatni bastion prywatności, jakim był jego umysł, w tym wypadku było to chyba jednak konieczne.

Z resztą, to nie tak, że Cole miał zamiar dzielić się z kimś jego myślami, prawda?

- Nie mam zamiaru z nikim dzielić się twoimi myślami – potwierdził Duch.

No tak.

- Cole, mam do ciebie prośbę – zaczął Adaar, niepewnie przestępując z nogi na nogę.

- Niepokój, dezorientacja. Co się dzieje, co się dzieje? Osmalone ściany, cienie w mroku, oczy, oczy na każdym kroku, wszędzie, w dzień czy w nocy. Sen nie przynosi ulgi, sen jest zły, we śnie nie można kontrolować swoich rąk, swojej magii.

- No tak, mniej więcej o to chodzi – mruknął Inkwizytor.

- Tam jest… cień. Cień, spowija, powoli pochłania, wynurza się z Pustki, by zająć miejsce w tym świecie. Głód, tak wielki głód… To on! To przez niego! On, on zabrał strach, on zabrał tego, który przerażał! Zapłaci za to, zapłaci! – Dzieciak zbliżył się do niego, zadzierając głowę i patrząc mu prosto w oczy. – To… chce cię posiąść, zabrać. Chce utopić cię w strachu, by potem przerażać jeszcze więcej, aż będzie syte. Ale nigdy nie będzie syte, bo to…

- Koszmar - szepnął Adaar. – Chce mnie opętać.

 


 

Narada odbyła się w tajemnicy. W pokoju byli tylko Leliana, Josephine, Cole, Cassandra i Cullen.

- Istnieją dwa rozwiązania – powiedział Adaar, gdy wraz z Duchem przedstawił sytuację. – Albo się zabiję…

- … co nie wchodzi w grę – wtrąciła Josephine. Jej oczy były zaczerwienione. Powiedział jej w nocy przed naradą.

Płakała do rana.

- Albo zostanę wyciszony – dokończył, niezrażony.

- Co jest chyba jeszcze gorszą możliwością – odparła Leliana.

- Przyjmujesz to nadzwyczaj spokojnie – stwierdził Cullen, przyglądając się Inkwizytorowi z uwagą.

- Co mam zrobić, jestem wiecznym optymistą. Zebrałem was tutaj, żebyście wymyślili coś lepszego. Jeśli wam się nie uda… wtedy wpadnę w panikę.

- Tak jak ostatnio? – Zapytał Cole.

- Nie, raczej nie – powiedział, a widząc pytające spojrzenia, westchnął. – Mój ostatni atak „paniki” obejmował nieprzytomnego krasnoluda, dwóch avvarów, kozę, trzy łokcie satyny i moje rogi. Nie pytajcie – poprosił.

Nie zapytali. Miła odmiana.

Cassandra przygryzła dolną wargę.

- A gdyby… zniszczyć Koszmar? – Zapytała, w jej głosie była jednak niepewność.

- Jeżeli istnieje ktoś zdolny zniszczyć to bydlę, chętnie bym go poznał – odparł Adaar. – Ale nie sądzę…

- Poczekaj – przerwała mu Leliana. – A gdyby zapytać kogoś, kto ma o tym jakiekolwiek pojęcie? Stoimy na niepewnym gruncie.

- Leliano, masz jakiś pomysł? – Zapytała Josephine, patrząc wyczekująco na rudowłosą.

- Skontaktujmy się z Morrigan – zaproponowała Leliana. – Wiem, gdzie ją znaleźć. Miałam na nią oko, w razie, gdyby sprawa z Koryfeuszem nie okazała się taka prosta.

- Przepraszam, w którym momencie ta sprawa była w jakikolwiek sposób „prosta”? – Parsknął Cullen.

Został zignorowany.

 


 

- No dobra – powiedział Gorn, patrząc na mapę. – Chyba teraz w lewo – powiedział niezdecydowanie.

- A co ty pierdolisz, młody, prosto przecież – odburknął Oghren.

- No jak prosto? – Zapytał zaskoczony. – Prosto to do wybrzeża dojdziemy? Chyba? – Dodał z wahaniem, przyglądając się po raz kolejny wysłużonej mapie.

- A gdzie my w ogóle idziemy? – Niepewność w głosie krasnoluda dała mu nieco do myślenia.

- Pojęcia nie mam, szczerze mówiąc. Tu, o, coś zaznaczone mam – wskazał palcem bliżej nieokreśloną plamę.

- A czy ty tu robala nie rozgniotłeś przypadkiem? Bo dla mnie to tak trochę wygląda – mruknął pod nosem Oghren, zabierając mu mapę i przyglądając się ciemniejszemu punktowi na mapie. – Robal. Zdecydowanie robal – stwierdził, oddając mu wygnieciony pergamin.

- A to możliwe. Ale to byśmy nic nie uzgodnili wczoraj? Pamiętasz coś w ogóle? – Zapytał, czochrając się po rudej czuprynie. Potrzebował kąpieli. Bardzo. Jeżeli jego włosy rzeczywiście były tak sztywne, jak mu się wydawało, to potrzebował jej wręcz desperacko. Kiedy to się ostatnio umył? Tydzień temu? Dwa?

No cóż, przynajmniej Oghren nie narzekał. Najlepszy wybór na towarzysza. Narzekał tylko wtedy, kiedy zabrakło gorzały.

Gorn zastanawiał się, jak ich wątroby. O ile jeszcze je mieli.

- Musimy się przestać naradzać po pijaku – zarządził krasnolud.

- Świetny pomysł. To improwizujmy może? Co masz ochotę zrobić? – Zapytał Cousland. - Ja bym smoka jakiegoś ubił – wyznał, czule gładząc swój topór.

- Smoka ubiliśmy przedwczoraj – odparł krasnolud.

- Ubijania smoków nigdy za wiele!

- No tak, z tym się zgodzę. Ale nie wiem, czy dwa gady by tak blisko siebie mieszkały. Wiesz, jedzenie i tak dalej. Takie bydlę musi sporo wpierdalać, a i kupę robi niemałą. Dwie takie bestie by wystarczyły, żeby cały krajobraz tonął w gównie – powiedział Oghren. Gorn musiał przyznać, miało to logikę.

W końcu poszli jednak w lewo.

- Tak mnie zawsze zastanawiało – mruknął w przestrzeń Komendant – te, no… chłopy smoków, jak im tam… smokory? Dużo mniejsze są od smoczyc. Tak chyba ciężko im się trochę do nich dobrać. To skąd się smoczęta biorą?

- Ech, ty głupi. A krasnolud ludzką babę to co? Kijem se musi pomagać? Dzieci z tego ni ma, no ale daje radę. Zadowolić ją, znaczy. Mały, ale wariat, he he – powiedział z uśmiechem.

- A może smoki to jak żaby niektóre robią? – Zastanawiał się dalej Cousland.

- Znaczy jak? – Nie zrozumiał krasnolud.

- No wiesz, żaba składa skrzek, a żab… żabol? No, chłop znaczy, ten skrzek zapładnia.

- Smutne trochę – stwierdził Oghren. – Tak bez żadnej przyjemności z kobitką. Chociaż zaraz, zaraz… znaczy, że on dzieciaczki… Tfu! Toż to pedofilia i obrzydliwość!

- Ja to nie wiem, czy to dziećmi można nazwać – odparł Gorn. – Generalnie jakby ich nie zapłodnił, to by się z tego kijanki nie zrobiły, no nie?

- No niby tak. Trzeba o to zapytać w następnej świątyni, ale siostrzyczki będą miały zagwozdkę! W ogóle, ta powierzchnia to dziwna jest, nawet po tylu latach – wyznał Oghren, potykając się przy tym o korzeń. – Szlag – zaklął.

- Czemu? – Zapytał Gorn, odchylając gałąź i puszczając krasnoluda przodem.

- No wiesz, u nas to wszystko jest proste. Jest pan bryłkowiec, pani bryłkowiec, trochę sobie pofolgują i są małe bryłkowce. Ewentualnie jakieś jajka, ale jajka już od razu wiadomo, że będą głębinowcami i dobrze je rozpieprzyć o pierwszą dostępną twardą rzecz. I tak jest ze wszystkim. No, pomiotów nie liczyć, ale ta plaga, to według tej waszej piosenki to od was do nas przylazła. A u was? Jakieś zapładnianie skrzeku, cholera wie co jeszcze. Toż to nienaturalne i paskudne jest – wyjaśnił swój tok rozumowania, staczając się niezgrabnie z górki.

- Różnorodnie przynajmniej.

- Rzyć, a nie róż…

Przerwał mu ciemny, pierzasty kształt, malowniczo rozpłaszczający się na jego twarzy.

- Kurwi synu! – Wrzasnął wściekły, próbując wyplątać intruza ze swojej brody. – Ja ci dam! Gniazdo w brodzie Oghrena?! Do gara idziesz, ot co!

- Czekaj, czekaj. Ptaszysko coś ma przy nodze. Liścik chyba jakiś.

Gdy już odczepił rulonik od nogi czarnego potwora (zostawiając walkę z nim swojemu wiernemu przyjacielowi), rozwinął wiadomość i zaczął ją czytać. Nie była długa. Tak, jak lubił.

Potrzebuję pomocy. Przybądź jak najszybciej. W Redcliffe czekają na was moi ludzie.

L.

- Oghren! Mamy co robić – poinformował swojego towarzysza.

- Gówno mnie to obchodzi! Najpierw ugotuję tego smętnego kutasa, potem możemy gadać, kto, co i gdzie od nas chce!

Kruk wydał z siebie pełen przerażenia skrzek.

 


 

- Czyli, jeżeli dobrze rozumiem, – powiedziała Josephine - rytuał pozwoli wejść komuś do Pustki. Nie fizycznie, tylko… tak zwyczajnie. O ile można powiedzieć, że wchodzenie do Pustki jest zwyczajne – dodała po chwili zastanowienia.

- Dokładnie – odparła Leliana, zanim Morrigan miała okazję odpowiedzieć w swój typowo złośliwy sposób.

- Dlaczego w zasadzie nie wejdziemy tam fizycznie? – Zapytała Josie.

- Samo to, że tam weszliśmy, było nienaturalne i niebezpieczne. Bardziej niebezpieczne niż zwykłe wejście do Pustki – wyjaśnił Adaar. – Poza tym, nie sądzę, żebym dał radę znowu rozerwać w taki sposób zasłonę. Wtedy… cóż, byłem nieco zdesperowany, no i nie do końca trzeźwo myślałem…

– Inkwizytor zostanie wprowadzony w magiczny sen – powiedziała Leliana. - Naszym zadaniem będzie powstrzymanie Koszmaru od wyrządzenia jakichkolwiek szkód w realnym świecie.

- Poprzez moje ciało – dodał Adaar. Josephine ścisnęła jego dłoń.

- Osoby, które wejdą do Pustki będą zaś musiały zniszczyć więź, a później, jeśli będzie to możliwe, demona – podjęła Morrigan.

- Kto powinien pójść? – Zapytała Josephine.

Przez ostatnie kilka dni Josie była kłębkiem nerwów. Leliana odsunęła ją na ten czas od ważniejszych obowiązków, kierując uwagę pani ambasador na bardziej trywialne sprawy – tak, by Josephine nie miała zbyt dużo czasu na zmartwienia, ale nie była jednak przytłoczona. Biorąc pod uwagę, że Cullen przechodził przez jeden ze swoich gorszych ataków, wszystko spadło na ich szpiega. Leliana znosiła to zaskakująco dobrze.

Adaar każdą noc spędzał zakuty w zaklęte kajdany, zamknięty w lochach i pilnowany przez dwóch lub trzech templariuszy. Podczas gdy Inkwizytor spał, Koszmarowi udawało się przejąć kontrolę nad jego ciałem.

- Na oddech Stwórcy, co to za zapach? – Zapytała Cassandra. Kiedy o tym wspomniała, Adaar również uświadomił sobie, że wokół nich unosiła się nieprzyjemna, kwaśna woń.

- Kto powinien wejść do Pustki? – Ponowił jednak wcześniejsze pytanie Josephine, ignorując smród.

Zapadła ciężka cisza.

Byk dostawał dreszczy na samą wzmiankę o Pustce. Sera prawdopodobnie w najgorszym momencie wpadłaby w panikę i zrobiła coś głupiego. Varric nie mógł się otrząsnąć po ostatniej wizycie. Cassandra, naturalnie, była najlepszą kandydatką na pilnowanie go w realnym świecie, jej zdolności dawały jej największe szanse na pokonanie go. Blackwall, czy raczej Thomas Rainier, udał się na szkolenie do Szarych Strażników. Vivienne oddała się sprawie magów. Solas wsiąkł. Pozostawali więc Cole i Dorian, którzy nie wiedzieli, z czym przyjdzie im się mierzyć, z racji tego, że do Adamantu Inkwizytor wyruszył z ich krasnoludem, Poszukiwaczką i fałszywym Szarym Strażnikiem.

Morrigan i Leliana wymieniły ze sobą porozumiewawcze spojrzenia.

- Pozwoliłyśmy sobie… podjąć pewne kroki – zaczęła Siostra Słowik.

- To ty pozwoliłaś sobie podjąć pewne kroki – wtrąciła Morrigan. – Ja nadal uważam to za zbyt okrutne.

- Ale konieczne – zaprotestowała Siostra Słowik.

Wrota otworzyły się z hukiem. Okazało się, że tylko one dzieliły ich od źródła przeraźliwego smrodu. Kwaśny odór potu, krwi i pyłu wymieszanych z dusząco słodką wonią zgnilizny sprawiał, że Adaar miał ochotę zwymiotować. Josephine zzieleniała. Szybko wyciągnęła z kieszeni perfumowaną chusteczkę i zakryła nią nos i usta. Cassandra zacisnęła mocno wargi, marszcząc brwi. Leliana i Morrigan nie wyglądały na wzruszone.

W progu stało dwóch rudych mężczyzn. Jeden duży, drugi mały. Człowiek i krasnolud.

- Napuścić ich na jakiegoś biednego demona? Myślałam, że wasz Stwórca jest miłosierny – oznajmiła czarnowłosa.

- No cześć – zaczął nieśmiało wielkolud. – Przepraszam, że tak długo. Jakaś elfka zemdlała przez Oghrena. Uderzyła głową o pieniek. Jak już ją dobudziliśmy, to dostała ataku paniki. Trochę to trwało.

- Ha! Widzisz, młody! Oghren jest jak dobre wino, im starszy, tym lepszy, wręcz ścina z nóg! A poza tym, to pod drzwiami stał jakiś debil. Podsłuchiwał i ciągle mówił, że jeszcze nie.

- Pozwólcie, że przedstawię – westchnęła Leliana. – Bohater Fereldenu, Pogromca Arcydemona, Komendant fereldeńskiej Szarej Straży, Arl Amarantu: Gorn Cousland. Towarzyszy mu jego prawa ręka, były członek kasty…

- Wystarczy Oghren – przerwał. – Młody też woli, jak się na niego po imieniu woła. No nie, Młody?

- No – potwierdził Cousland. – Cześć, dziewczyny – przywitał się olbrzym, obejmując najpierw Siostrę Słowik, za co obdarzony został całusem w policzek a później apostatkę, która jedynie nieznacznie zmarszczyła nos, kładąc mu jednak dłoń na plecach. Na jej ustach zagościł mimowolny, ledwie widoczny uśmiech.

Pierwsza ze stuporu otrząsnęła się Josephine.

- To zaszczyt, że możemy gościć tak znamienitych…

- Jaja mnie swędzą w tych spodniach – zaczął narzekać Oghren. – Mogłem je jednak wyprać. Kiedy one prane były? – Spróbował sobie przypomnieć.

- Od kiedy wyruszyliśmy to pewnie nie, znając ciebie – powiedział Gorn. – To, ile? Dwa miesiące jakoś?

- Ech… Pewnie jakoś tak. No nic, na lewą stronę przewrócę i dobre będą – stwierdził.

- Mówiłem: zróbmy przystanek przy rzece, ogarnijmy się trochę. To nie.

Morrigan odkaszlnęła znacząco.

- A! Dobra, dobra, już. Tylko nie drzyj ryja – mruknął Cousland, patrząc na nią. – Dostaliśmy wiadomość – pomachał w powietrzu wyświechtanym skrawkiem pergaminu. – Że, tego, potrzebni jesteśmy – wyjaśnił Josephine.

Ona się do niego odzywała, więc chyba ona dowodziła, no nie?

- Tyyy, młody, patrz jakie chłop ma fajne rogi! – Wrzasnął Oghren, pokazując palcem na Inkwizytora stojącego przy stole z nierozumiejącą miną. Wyglądało na to, że to go nieco otrząsnęło, bo podszedł do nich i wyciągnął rękę w stronę Couslanda. Nieznacznie tylko marszcząc przy tym nos. Jego skóra była jednak nieco bardziej popielata, niż zwykle, wkradły się na nią również niezbyt zdrowe odcienie zieleni.

- Inkwizytor Adaar – przedstawił się Tal-Vashoth, gdy Cousland uścisnął jego dłoń. Gorn był nadzwyczaj wysokim mężczyzną, jak na człowieka, zauważył Adaar. Jedynie tylko trochę niższy od samego Inkwizytora.

- Czemu nasz qunari nie miał takich fajnych rogów? Wyobraźcie sobie Stena z rogami! – Powiedział z fascynacją Cousland.

- Grube dzieci z ciasteczkami srałyby po gaciach – skinął głową krasnolud. – Ja to bym chciał usłyszeć, o co, do cholery, chodzi. Matka Lęgu gdzieś wam się pod posadzką zalęgła? Arcydemon owce zjada? Twierdzowy hurlok tresury potrzebuje?

- Spróbuj raczej „wasz szef walczy z demonem, który chce go opętać” – powiedział Adaar, mimowolnie zatrzymując się na momenct myślami przy fragmencie z hurlokiem. Josephine zgromiła go wzrokiem.

- Inkwizytor Adaar rzeczywiście ma… problemy natury magicznej. Leliana zdecydowała się – tu posłała rudowłosej znaczące spojrzenie typu: „policzymy się za to później” – poprosić was, Komendancie, o pomoc.

- Do kutwy! – Zaklął Oghren. – Nie po to zostawałem Strażnikiem, żeby się użerać z tym całym magicznym gównem! O tym nie było mowy! Pomioty, w porządku. Gadające pomioty – dobra, przeżyję! Jeszcze mnie pewnie do Pustki znowu chcecie wysłać! Młody, wychodzimy!

Gorn stał z dziwnie zamyśloną miną, obserwując uważnie Adaara. Gdy tak się przyglądał, zauważył cienie pod oczami Inkwizytora, nieco zgarbione ramiona. Nie mógł powiedzieć, czy qunari był blady, w końcu cholera go wiedziała, jaki w sumie on miał kolor skóry, ale nie wyglądał na zbyt szczęśliwego.

- Młody! – Warknął jego towarzysz, ciągnąc go za rękaw i wyrywając go ze stuporu.

- Oghren, ale co my mamy do roboty? Do Twierdzy mamy zakaz powrotu przez jeszcze co najmniej miesiąc, więcej może – spróbował. – Na pewno więcej, seneszal ostatnio darła ryja głośniej, niż zwykle…

- Mieliśmy się do Orzammaru przebić – przypomniał mu jego przyjaciel. – Głębokimi Ścieżkami. Kardolla odwiedzić, walnąć dobrej, krasnoludzkiej gorzałki…

- Co zrobiliście tym razem? – Zapytała zaintrygowana Morrigan. Leliana jedynie się uśmiechnęła.

- Śmieszna sprawa – zaczął Gorn. – Znaczy, no nie bardzo śmieszna. Widzisz, przyjechał do nas diuk jak-mu-tam z Orlais. No i narzekał, znaczy wiesz, nie wprost, oni to tak na około robią… że na jakimś tam balu czy co tam było, to mieli wywernę czy inną cholerę, no i to było takie fascynujące stworzenie… No to wiesz, wziąłem Oghrena na stronę i mówię: chodź mu coś złapiemy.

- A że my jesteśmy Szarzy Strażnicy, to oczywiście padło na to, że idziemy Pomiotów szukać – wtrącił krasnolud.

- No to mówię do seneszal: weź czymś jak-mu-tam-było zajmij. My z Oghrenem zaraz wrócimy. Chciałem zwykłego hurloka czy genloka złapać, w tym już żeśmy wprawy nawet nabrali, ale, cholera, ogr się napatoczył. Stwierdziliśmy: no ten to bardziej fascynujący chyba będzie. To go w łańcuchy i dawaj do Twierdzy.

- Ogra. Na łańcuchu – upewniła się Josie.

- No łatwo nie było – powiedział Oghren. – On to bardzo upraszcza.

- Co ty gadasz? Przecież to taka duża krowa, tylko wierzga trochę bardziej. Także na zmianę albo go ciągniesz, albo spieprzasz, a on za tobą – odparł Gorn ze zdziwieniem wymalowanym na szczerym obliczu.

Przez chwilę wszyscy po prostu patrzyli na Komendanta, nie mówiąc ani słowa.

- Udało wam się to zrobić we dwóch? – Zapytał Adaar, przerywając niezręczną ciszę.

- A ilu Szarych potrzeba do złapania jednego ogra? – Odparł Cousland.

- To brzmi jak początek bardzo kiepskiego żartu – ktoś szepnął.

- W każdym razie, dotargaliśmy go do Twierdzy, diuk był zachwycony. Dopóki mu ogr głowy nie odgryzł, bo podszedł za blisko. Wyszła z tego chryja na cały Ferelden, dlatego mi kazali zniknąć na jakiś czas, póki tego nie ogarną.

- To sobie pomyślałem, że w sumie to z Młodym dawno nie miałem okazji czasu spędzić, bez tego całego politycznego rynsztoku dookoła, no to zaproponowałem, że się z nim poszwendam – zakończył Oghren.

Adaar parsknął śmiechem.  

- Varric musi was poznać – stwierdził, gdy udało mu się opanować.

- Dobra – mruknął Gorn, odgarniając brudne, posklejane Stwórca wie czym włosy i drapiąc się po poszarpanych, podłużnych bliznach na swoim karku. – Oghren, ja jestem za tym, żeby mu pomóc.

- A ja nie – obstawał przy swoim drugi z wojowników. – Trzeci raz do Pustki bym miał wleźć? Ja, krasnolud? Przecież to nienaturalne jest. Ani razu tam nie powinienem być.

- Ale wiesz – zaczął Gorn z błyskiem w oku. – Te takie zielone dziury w powietrzu? Te, co do Pustki prowadzą?

- Te srające demonami? A weź mi o tym nie przypominaj! – Warknął rudy krasnolud ze zgrozą.

- No o tych mówię. Ten gość – Gorn wskazał ręką na Inkwizytora – to jedyna osoba, która może je zamykać.

- Mieliście do czynienia ze szczelinami? – Zapytał Adaar. Krasnolud skinął głową.

- No mieliśmy – potwierdził grobowym głosem. – Ile, z trzy tygodnie temu?

- Miesiąc ponad – podpowiedział Cousland.

- No, miesiąc ponad temu – przytaknął Oghren. – Żeśmy byli, gdzie? Tam gdzieś przy Koń-i-bat, chyba?

- Przy jeziorze Kalenhad – wyjaśnił reszcie Komendant. – Kilka kilometrów dalej, od Felsi dopiero co ruszyliśmy – przypomniał.

- W każdym razie, jakaś dziewuszka do nas przybiegła, że zielona mgła na polu i że demony z niej wyłażą. Ja tam demonów nie lubię, ale dziewuszka na tyle przerażona była, że poszliśmy się temu przyjrzeć. No i było, zielone, unosiło się nad ziemią i wyłaziły z tego, zaraza.

- Dwa dni tam siedzieliśmy – powiedział Gorn poważnie. – W końcu przestały wychodzić, dziura została, mniejsza w sumie, jakby rana zasklepiona… no ale trzeciego dnia jak nie było żadnego demona, to stwierdziliśmy, że pora się zwijać.

- Jeżeli dobrze rozumiem – powiedziała Morrigan – to zabiliście tyle demonów, że inne po prostu bały się wyjść. Szczelina, która nie była już używana jako brama do naszego świata, zaczęła niknąć. Dokładnie jak zasklepiona rana, przy której nikt nie grzebie – dodała, patrząc znacząco na Komendanta, który odchrząknął, umykając spojrzeniem w bok.

- Ano możliwe. I mówicie, że ten tu umie zamykać te dziury? Ech, cholera – mruknął krasnolud.

- Czyli co? – Zapytał go Cousland ze zwycięską miną.

- Co: co? Co się głupio pytasz? Wyjścia nie mamy – mruknął Oghren. – Ale wiedz, że mi się to bardzo nie podoba. I będę się potem musiał upić. Porządnie. Najchętniej to pijany bym tam polazł, ale wiem, że byście mi nie pozwoliły – dodał, patrząc spode łba na Lelianę i Morrigan.

- To co, zaczynamy? – Zapytał Gorn.

- Tak… po prostu? – Zapytała Cassandra z niedowierzaniem. – Bez żadnych pytań? W jaki sposób was tam przeniesiemy? Z czym przyjdzie wam się zmierzyć? Co macie zrobić?

Gorn wzruszył ramionami.

- Wleźć do Pustki, zabić demona. Po co wszystko komplikować? I tak zapomnę zaraz.

Cassandra pokręciła głową.

- Na Stwórcę – powiedziała do Adaara – myślałam, że to ty jesteś lekkomyślny. Cofam to. Wszystko to cofam.

- Jeżeli kiedykolwiek tak jeszcze stwierdzisz, to przypomnę ci o tych dwóch – stwierdził z uśmiechem Inkwizytor.

- Przede wszystkim musicie przerwać więź pomiędzy nim, a Inkwizytorem – powiedziała Morrigan.

Gorn i Oghren popatrzyli się po sobie.

- Ale… to jak to ma wyglądać? Jakiś taki… nie wiem, sznurek? Linka? Łańcuch może?... – Dopytywał Cousland, z każdym słowem brzmiąc coraz mniej pewnie.

- No cóż, właśnie dlatego do Pustki pójdzie z wami mag – usłyszeli od strony wejścia. – A mianowicie ja. Dorian Pavus, do twoich usług, Komendancie – powiedział Tevinterczyk, kłaniając się teatralnie z szelmowskim uśmiechem na twarzy. – Do usług krasnoluda wolałbym nie – dodał mag, prostując się i marszcząc nieznacznie nos.

- A ja to co, bronto?! – Oburzył się Oghren.

- Potrzebuję nieco czasu z Inkwizytorem i Tevinterczykiem – powiedziała Morrigan. – Wyjaśnię wam, na czym wszystko będzie polegało, a później opracujemy plan.

- Znaczy powie wam, co macie robić. Przy okazji na was nawrzeszczy. A później w nocy przed całą akcją spieprzy i zaszyje się w lesie - warknął Oghren. Apostatka puściła jego uwagę mimo uszu.

- Jutro rano zbierzemy się wszyscy, każdemu zostanie wytłumaczone, co ma robić, i jaka jest jego rola – podjęła Leliana.

- Wieczorem sobie pogadamy, magu – ostrzegł Doriana krasnolud. – Jak mam z tobą wleźć do Pustki, to chcę wiedzieć, na czym stoję.

- Och, wspaniale – powiedział Tevinterczyk. Jego ton nie pozostawiał złudzeń, co myślał o towarzystwie Strażnika.

- A w międzyczasie każę przygotować kąpiel – powiedziała Josephine. – I czyste ubrania.

Oghren ostentacyjnie powąchał swoją pachę.

- No chyba nie śmierdzę. Młody, śmierdzę? – Zapytał Couslanda.

- Oghren, spaliśmy przez prawie dwa miesiące w jednym cholernym namiocie. O ile płachtę rozpiętą na pniaku namiotem można nazwać. Jeżeli śmierdzisz, to do tej pory zdążyłem się do tego przyzwyczaić. I pewnie śmierdzę tak samo.

- A śmierdzisz na pewno. Zawsze śmierdzisz, odrażający pokurczu – stwierdziła Morrigan. – Dziwne jest jedynie to, że nasz drogi Strażnik wydziela zapach równie odpychający, jak twój.

 


 

Wieczór w karczmie był taki, jak zwykle. Głośny, gwarny, wesoły i mocno zakrapiany. Nic więc dziwnego, że właśnie tam znaleźć można było dwójkę Szarych Strażników. Umyci, przebrani w doskonałej jakości drogie szaty, wyglądali bardzo… dziwnie. Jak bronto w jedwabnych pantalonach. Szczególnie Oghren czuł się bardzo niezręcznie – według niego ubrania były zbyt miękkie, delikatne, przewiewne i zbyt kolorowe. Jak w tych ciuchach, co go w nie wcisnęli, kiedy razem z Zevranem wyciągał Gorna z Fortu Drakon.

Mówiąc krótko, czuł się jak pajac. Gorn wcale nie lepiej.

- O kutwa! Komendancie! – Zawołał krasnolud, patrząc z uwielbieniem na Żelaznego Byka, pokazując go palcem – ten to ma, cholera, fajne rogi! Fajniejsze niż tamten!

- Inkwizytor znaczy? – Upewnił się Cousland. – Mi tam się jego, Inkwizytora znaczy, bardziej podobają. Takie… fajne. Kręcone. I czarne. Z tymi to przez drzwi chyba ciężko przejść – ocenił. Oghren spojrzał na niego podejrzliwie.

- Młody, ja tak w sumie dawno już z tobą chciałem pogadać – powiedział poważnie krasnolud.

- No? O czym? – Zapytał olbrzym.

- Masz trzydzieści jeden lat, jesteś w sumie młody, postawny, przystojny, jurny, i tak dalej… - zaczął, a Cousland spojrzał na niego z przerażeniem. – Nie o tym mówię, do kutwy! Na Przodków, jak w ogóle mogłeś tak pomyśleć! – Zawołał krasnolud oskarżycielsko, z obrzydzeniem w głosie.

Gorn odetchnął z ulgą.

- Dziwisz się? Nigdy tak nie zaczynasz żadnej pogadanki! Jeszcze wyjechałeś mi z tą jurnością…

- Dobra, zostawmy to, nie o tym mowa. Ale… na Kamień, naprawdę, jak mogłeś tak pomyśleć! Nie dość, żeś chłop, to jesteś dla mnie jak brat. A do tego przełożony!

- A myślisz, że czemu przez chwilę chciałem skakać przez okno? – Wskazał najbliższą im drogę ewakuacji z karczmy.

- Dobra, dobra, mniejsza z tym. Ale jak mogłeś… mniejsza z tym. Chodzi mi o to, Młody, że od całej chryi z Alistairem… No, minęło już sporo czasu.

- Dziewięć lat, żeby być dokładnym – odparł Cousland. – Chcesz walnąć piwko? To chyba nie jest rozmowa, którą mogę prowadzić na sucho – mruknął olbrzym, idąc w stronę szynkwasu.

- Jutro mamy wleźć do cholernej Pustki i utłuc cholernego demona – przypomniał Oghren. – Naturalnie, że chcę walnąć piwko. Albo z piętnaście.

Kiedy siedzieli już przy ławie na piętrze, a przed nimi stały kufle, krasnolud odchrząknął.

- Tak jak mówiłem: młodyś, przystojnyś, a i swoje potrzeby masz – rozpoczął. – Przechodząc do sedna: weź se jakąś babę znajdź. Czy chłopa, to już od ciebie zależy – powiedział krasnolud karcąco.

- Nie wierzę, że prowadzimy tę rozmowę – powiedział Gorn słabo.

- Co nie wierzysz? Jesteś moim najlepszym kumplem. No i przełożonym. Mój syn cię uwielbia, rzyci sobie tyle razy ratowaliśmy nawzajem, że nie zliczę. Jesteś dla mnie, no, jak brat. To i się martwię. Z Alistairem nie wypaliło, ale to nie znaczy, że i z kim innym nie wypali – skarcił go Oghren.

- Wiesz – zaczął Gorn – ja to myślę, że Alistair do mnie miał żal ciągle o tego Loghaina. Że mu, wiesz, łba nie uciąłem, tylko dałem Arcydemona zabić. Tylko że, no wiesz, na cały Ferelden było nas dwóch. Riordana nie liczę, bo umarł. A zrobienie z tego fiuta Loghaina Strażnika to była najlepsza decyzja w moim życiu, bo inaczej to by któryś z nas musiał kopyrtnąć razem z gadem. A tak to się jego śmierć na coś przydała, nie?  Ja to i tak fart z tym listem miałem – stwierdził.

- Tym co to tak się pożarliście jak go przeczytaliście? – Zapytał krasnolud.

- Ano tak. Anonim jakiś, że Strażnik tylko może zabić Arcydemona, ale razem ze sobą. Z tydzień się nie odzywaliśmy wtedy. Alistair oczywiście, że on jest starszy, wcześniej został Strażnikiem, to on umrze, a ja, że go chyba pojebało, królem ma zostać. Pokłóciliśmy się, że hej! No, a później wpadłem na pomysł, żeby Loghain utłukł gada, ale wpadłem na to jak już mu spuściłem wpierdol, to nie było czasu na konsultacje… Sytuacji nie poprawiło to, że Alistaira z Anorą spiknąłem, za bardzo to oni się nie dogadują. Później się trochę polubili, to może mu się głupio zrobiło, że mnie ma na boku…

- No ja to rozumiem – powiedział Oghren. – Ale tego, jak cię potraktował, to już nie. Tyle czasu było dobrze, a później mu się odwidziało, a słowa nawet nie powiedział, tylko zaczął niedostępnego zgrywać. No i się nawet nie raczył pofatygować, żeby…

Widząc, jak spojrzenie Komendanta staje się coraz bardziej odległe, Oghren zamilkł.

- No, nie o twoich byłych mamy gadać, tylko o przyszłych – skwitował. – Byś się wziął i…

- Tyle blizn… tak dużo blizn – powiedział jakiś dzieciak w dziwnym kapeluszu, który wyrósł spod ziemi przy ich stoliku.

- Kto? Ja? – Zapytał Oghren. – Nie, ty pewnie, Młody. Więcej u ciebie jest.

- Ale większość pod ubraniem przecież – zaprotestował Gorn. – Z kilka może widać.

- Twoja dusza nie jest skażona – powiedział chłopak, zdziwiony, patrząc na Komendanta. – To tylko twoja krew. Krew nie jest duszą – ciągnął gorączkowo. Gorn potarł blizny na karku.

- To wiem. Jak ci w ogóle na imię? – Chłopak spojrzał na niego zdziwiony.

- Cole – odparł powoli. – Możesz mi mówić Cole.

- Ja jestem Gorn – przedstawił się Strażnik. – A to Oghren – wskazał krasnoluda, łypiącego podejrzliwie na chłopaka. – Chcesz się może przysiąść?

- Mogę? – Zapytał dzieciak, z mieszaniną zachwytu, niepewności i niezrozumienia.

- Inaczej bym nie proponował – uspokoił go Cousland.

Dzieciak przycupnął na brzegu ławki, po stronie Gorna.

- Młody, on jakiś dziwny jest – stwierdził krasnolud, dalej przyglądając się Colemu z nieufnością. Olbrzym wzruszył ramionami.

- To pasuje do towarzystwa – odparł, biorąc potężny haust piwa. Zapobiegliwie, przytargał im od razu po dwa kufle. Później i tak zapewne przeniosą się na parter, bliżej baru, na razie chcieli jednak chwilę odsapnąć, z dala od zgiełku.

- Ale ty nie myśl, że cię pogadanka ominie tylko dlatego, że świadka mamy – zastrzegł Oghren. – Na pewno znajdziemy tutaj kogoś, kto…

- Boli, prawda? – Zapytał chłopak, patrząc na Gorna. – Ciepłe dłonie, ciepłe słowa, ciepłe uczucia. Ufałeś, a on cię zostawił. Zimno, ból, cierpienie. Trzeba znieść, trzeba znieść, wytrzymać. Nie dać się złamać. Nie jak palce, nie jak nogi. Krew, tyle krwi, kropla po kropli, coraz mniej w środku, coraz więcej na zewnątrz…

Gorn słuchał go z wysoko uniesionymi brwiami. Nic dziwnego więc, że na furię Oghrena zareagował w ostatniej chwili, spychając chłopaka z ławki, zanim krasnolud miał okazję rozbić mu kufel na głowie. Ryk, który wydobył się z gardła Oghrena, wstrząsnął karczmą. Cousland ledwo go utrzymywał, krasnolud chciał najprawdopodobniej ukręcić Colemu głowę. Chłopak leżał na podłodze, patrząc na nich nierozumiejącym wzrokiem.

- Co tu się dzieje?! – Krzyknął qunari, którego zobaczyli, kiedy weszli. Oghren wierzgnął, kopiąc Komendanta w kolano. Gorn zaklął, czując, jak niegdyś złamany staw zaczyna palić go żywym ogniem.

- Spokój! – Krzyknął Bohater. – Strażniku, masz natychmiast spocząć!

- Zapierdolę cię, mały bryłkojebie! – Wrzasnął Oghren. Dobrze. Był już na tyle opanowany, by używać słów.

- Oghren, do kurwy! Uspokój się! – Cousland w duchu przyznał qunari kilka punktów; zamiast rzucić się na krasnoluda, osłonił chłopaka swoim ciałem.

Po kilku minutach szamotaniny, Oghren w końcu się uspokoił.

- Możesz mnie puścić, Młody – wydyszał. – Ale chcę się natychmiast, kurwa, dowiedzieć, o co tutaj chodzi.

- Krem poleciał już po Inkwizytora – powiedział rogaty, łypiąc nieufnie na Oghrena. – Ani drgnij, krasnoludzie.

- Boli go – powiedział chłopak, który pozbierał się z podłogi. – Próbowałem pomóc, ale jego boli jeszcze bardziej. Naprawię. Zapo…

- Wystarczy, Cole! – Przerwał mu ostro Adaar, wbiegając po schodach na górę. – Panowie, wybaczcie. Nie przyszło mi do głowy, że może dojść do czegoś takiego – westchnął, przecierając zmęczoną twarz. – Chociaż powinienem był to przewidzieć. Chodźmy do mnie, wszystko wyjaśnię. Cole, pozwól z nami – powiedział Adaar. Gorn i Oghren wymienili się spojrzeniami.

- Mam nadzieję, że to będzie dobre, rogaczu – warknął krasnolud. – Inaczej będziesz miał o jednego gówniarza w Twierdzy mniej.

Drugi qunari, ten bez oka, chciał chyba coś powiedzieć, ale jedno spojrzenie Adaara wystarczyło, aby go uciszyć.

- Chodźmy – powiedział Gorn, puszczając w końcu swojego kompana. Stłumił chęć, by zgiąć się wpół i rozmasować protestujące kolano; nie chciał, aby Oghren po swoim napadzie furii czuł wyrzuty sumienia. Nie kopnął go przecież specjalnie, a przynajmniej Bohater tak myślał. Berserkowie nie słynęli w końcu ze zmysłu taktycznego, szczególnie, kiedy ogarniał ich gniew. Krasnolud wiedział oczywiście, w jaki sposób, gdzie dokładnie i z jaką siłą przywalić w nogę Komendanta tak, żeby najbardziej zabolało (a nie było to proste, gdyż Wynne była w końcu najlepszą uzdrowicielką w Thedas i postarała się, aby obrażenia Couslanda jak najmniej przeszkadzały mu w życiu), ale Gorn wiedział, że rwący ból promieniujący z kolana do całego ciała był jedynie wynikiem ślepego trafu.

 


 

Cole usiadł na łóżku, patrząc się między swoje stopy. Adaar wskazał Gornowi i Oghrenowi miejsce na kanapie, ci jednak popatrzyli na niego tylko ponuro.

- Od czego by tu… Cole jest Duchem Współczucia – powiedział po prostu. Wyraz twarzy dwóch rudowłosych wojowników ani trochę się nie zmienił. Nadal patrzyli się na Inkwizytora spode łba, jakby rozważali, czy powinni wyrwać mu rogi przed tym, jak powyrywają Colemu nogi z dupy, czy dopiero po tym. – Zapewne doszło przez to do wielkiego nieporozumienia… - westchnął.

- Próbowałem pomóc – powiedział Duch, patrząc na Inkwizytora zagubionym spojrzeniem. – Ale tylko zdenerwowałem krasnoluda. Nie chciałem zdenerwować krasnoluda – ciągnął.

- Wiem, Cole – odparł Adaar.

Gorn przyjrzał się chłopakowi.

- Co dokładnie próbowałeś zrobić? – Zapytał łagodnie.

- Widzę ból – powiedział chłopak. – On mnie wzywa, pozwala mi pomagać. Czasami wystarczą słowa, więc mówię, ale czasami słowa to za mało, więc pomagam… zapomnieć.

Gorn patrzył na niego szeroko otwartymi oczami.

- Masz wiele ran – powiedział Duch – otwartych, krwawiących, jątrzących się, ropiejących. Jeszcze więcej blizn. Nie na zewnątrz; w środku. Chciałem pomóc – wyjaśnił Cole. – Ale teraz widzę, że ran jest za dużo. Jest za mało miejsc bez ran, żeby wyleczyć rany.

Gorn podszedł do chłopaka i przygarnął go do swojej szerokiej piersi. Cole zamilkł.

- Dziękuję – powiedział olbrzym, wzruszony.

Przez chwilę wszyscy milczeli. W końcu Cole podniósł na Strażnika swoje pełne zdziwienia, nierozumiejące spojrzenie.

- Jak? – Zapytał w zdumieniu. – Przecież pamiętasz. Pamiętasz łańcuch, klatki, cele, zdrady, przecięte żyły, śmierć, ilu umarło… jak wielu zginęło. Jak leżał na ziemi i wykrwawiał się na śmierć, a ona nie chciała odejść… Rany dalej są, takie same, jak były. Czemu bolą mniej?

Gorn poklepał go po kapeluszu.

- Bo ktoś rozumie. To pomaga – powiedział. Nie wyglądało na to, by Duch chciał się od niego odsunąć, więc nadal trzymając jedną rękę na jego ramieniu, zwrócił się do Inkwizytora.

- Chłopak czyta w myślach? – Zapytał. Adaar westchnął.

- Nie do końca. Dosyć ciężko to wytłumaczyć…

- Ale może zobaczyć czyjeś wspomnienia, tak? – Wtrącił się Oghren.

- Powiedzmy – odparł Inkwizytor.

Obydwaj wojownicy natychmiast się rozluźnili.

- Widzisz, Oghren? Niepotrzebnie ci odpaliło.

- Co niepotrzebnie – burknął krasnolud. – Skąd miałem wiedzieć, że to jakieś czary? Poza tym, już ci, do kutwy, mówiłem, że ta cała magia to mi tylko na nerwy działa!

- Wybacz, Inkwizytorze. Doszło do… nieporozumienia – wyjaśnił Gorn. – A szczególnie przepraszam ciebie, Cole – zwrócił się do Ducha.

- W porządku – odparł chłopak.

- Jeśli mogę wiedzieć… - zaczął Inkwizytor, jednak przerwał mu Oghren.

- Młodego parę lat temu capnęli kultyści – wyjaśnił krasnolud. – Dzieciak nie dość, że dużo o tym wiedział, to jeszcze brzmiał, jak potłuczony. To żem się trochę, no, wkurwił.

- No tak, kultyści – westchnął Adaar. – O ile łatwiejszy i piękniejszy byłby nasz świat bez fanatyków. No cóż, mogę jedynie jeszcze raz was przeprosić.

- Duchy, demony, elfie magiczki co im paru klepek brakuje… Młody, mówiłem Ci ja kiedyś, że się czuję, jakbym do jakiegoś Kręgu Magów dołączył? – Zagadnął krasnolud człowieka.

- Dagna bardzo sobie jeden z nich chwali – powiedział Inkwizytor z uśmiechem.

- A to ta ruda mała tu jest?! – Zdziwił się krasnolud. Adaar skinął głową.

- Widzisz? I dobrze zrobiliśmy, że jej pomogliśmy – powiedział Komendant. – Mówiłem, że dobrze robimy.

- Nienaturalne to trochę – mruknął Oghren – ale ja to chyba lata temu straciłem prawo się wypowiadać na temat krasnoludów i magii i co jest w tym naturalne. No dobra, niech będzie – stwierdził, siadając na kanapie. Cousland spoczął obok niego, pociągając ze sobą Cole’go. Uwaga obydwu rudowłosych skierowała się na Inkwizytora. Dzięki temu, że Duch był bardzo szczupły, w jakiś sposób wpasował się pomiędzy wojowników. – To, Inkwizytorze, powiedz nam trochę o tym demonie, co to mu mamy zrobić kuku.

- Koszmar jest demonem strachu – zaczął Adaar. – Jest… olbrzymi. Karmił się, między innymi, strachem przed Plagą, już od czasów Andrasty.

- Ale to musi być bydlę – powiedział Gorn do krasnoluda.

- Młody, żeśmy zajebali Arcydemona, gadającą Matkę Lęgu, z dwadzieścia, jak nie lepiej, smoków, no i moją żonę – powiedział Oghren grobowym głosem. – Ja myślę, że se damy radę.

- Koszmar jest w stanie obrócić wasze najgorsze lęki przeciwko wam – przestrzegł Inkwizytor.

Oghren parsknął śmiechem.

- To będzie dobre – powiedział. – Słyszysz, Młody? Twój najgorszy lęk ci ten kutas będzie chciał pokazać, się zdziwi – ciągnął krasnolud ze złośliwą satysfakcją w głosie.

- Nikt nie jest nieustraszony – skarcił go Inkwizytor. Gorn potarł nerwowo blizny na karku, widocznie chcąc coś powiedzieć.

- Strach, mówiła tyle razy, że strach jest naturalny, że strach jest życiem, ale… - zaczął mamrotać gorączkowo Cole.

- Ja nigdy nie mówiłem, że Młody się nie boi – oburzył się krasnolud, przerywając litanię Ducha. – Po prostu jaja będą.

Gorn westchnął.

 


 

Niedługo później Oghren i Gorn ponownie siedzieli przy swoim stoliku. Ku ich wdzięczności, qunari, który wcześniej pomógł im opanować sytuację, przypilnował zarówno ich miejsca, jak i napitków.

- Żelazny Byk – przedstawił się.

- Gorn – powiedział Gorn.

- Oghren – powiedział Oghren.

- Z tego, co rozumiem, macie uratować Szefa – zagaił qunari. – Mogę się przysiąść?

- Mamy z Młodym do poga…

- Tak! Pewnie! – Przerwał krasnoludowi Cousland. Oghren zaklął.

- Ty myślisz, że odwleczesz pogadankę? O nie, Młody, nie ma tak łatwo. Ty myślisz, że ja nie widzę, jak się na nas patrzysz, jak Felsi przyjeżdża z małym? Nie mówię od razu, że dzieciaka masz robić, Strażnikom za bardzo podobno nie wolno… ale byś se kogoś znalazł. Trzeba zapomnieć i zostawić niektóre rzeczy za sobą.

- Oghren, porozmawiamy o tym kiedy indziej – powiedział z naciskiem. – Poza tym, nie patrzę ani na ciebie, ani na Felsi, tylko na małego. Mam wrażenie, że za każdym razem, kiedy przyjeżdżają, jest ze dwa razy większy! – Powiedział, kręcąc głową ze zdziwieniem.

- Ja tak kiedyś się zastanawiałem, czy mu źle nie wybraliśmy imiennika – przyznał Oghren, a Gorn posłał mu zranione spojrzenie. – Nie, że zły jesteś, Młody, no nie pierdol, najlepszym moim kumplem jesteś! Bratem moim! Ale czy on nie będzie jakiś taki… no. Niewymiarowy. Jak na krasnoluda, znaczy. Nie dość, że się urodził na powierzchni, a tu sufit wyżej, to jeszcze imię ma po chłopie, co jest, no… jak to, no, drzewo. Wielki taki – uściślił. – Bo on rzeczywiście z wizytę na wizytę coraz większy, jak tak dalej pójdzie, to zaraz staruszka przerośnie – westchnął z rozrzewnieniem.

- Ile ma lat? – Zainteresował się Byk, popijając duży łyk z trzymanego przez siebie kufla.

- Ano na jesień dziesięć skończy – oświadczył Oghren z dumą. – Zaczął się już uczyć żelazem wywijać. Jak tatuś, toporem. Jak byliśmy przy Koń-i-bat…

- Kalenhad – poprawił automatycznie Komendant.

- To razem z Młodym go pouczyliśmy trochę. Dwa tygodnie z małym spędziłem – wspomniał z uśmiechem na twarzy. – A i Felsi się, hehe, stęskniła.

- Dziwi mnie, że jesteś Strażnikiem i masz syna – powiedział Byk, opierając się przedramionami o stolik. – Jak sam mówiłeś, to niezbyt mile widziane.

- A bo ja, tego, zmajstrowałem małego Gorna zanim się zaciągnąłem – wyjaśnił krasnolud. – Kobitka moja mówiła, że Szarzy to są tacy… nie pamiętam jacy, no, coś, że fajni. To poszedłem się zgłosiłem – wzruszył ramionami.

- To było takie trochę… nieporozumienie – wtrącił Cousland. – Wyszło, jak wyszło, w ostatecznym rozrachunku nikt nawet bardzo nie narzeka. Proponowałem, żeby się wprowadzili, ale koniec końców Felsi stwierdziła, że nie chce wychowywać dziecka w warowni, może teraz, jak podrósł, to się zgodzi… Razem z Gornem wpadają do Twierdzy raz na jakiś czas, a my ich odwiedzamy, kiedy obowiązki pozwalają albo nas, no, zaprowadzą w pobliże.

- Albo wywalą nas z Amarantu – uzupełnił Oghren.

- Wtedy też – zgodził się Komendant.

- Czyli, z tego, co słyszałem, dość często – powiedział Byk z uśmiechem. Rudzi mężczyźni popatrzyli po sobie, zaraz jednak wzruszyli ramionami; to nie tak, że to, co działo się w Twierdzy Czuwania było jakimś wielkim sekretem. Dziwiło ich po prostu, że dotarło to nawet do kogoś takiego, jak Żelazny Byk; z drugiej strony, był najemnikiem, a do ich uszu bardzo często docierały opowieści różnorakich awanturników. A po wizycie w Twierdzy Czuwania każdy miał co opowiadać.

- Ej, zaraz, zaraz – powiedział nagle Oghren. – Bo tak myślę i w sumie nikt nam nie powiedział tak w zasadzie, czego się spodziewać.

- No demona – przypomniał Cousland, marszcząc brwi.

- No tak, ale to będzie… wiesz, ten taki, co się pali? Może ten, co wygląda jakby go z Kamienia wykuli? A może ta taka fioletowa dziewuszka z… hehe… cycem na wierzchu? – Zapytał z lubieżnym błyskiem w oku. – Te, rogacz, widziałeś tego bydlaka? – Zwrócił się do qunari.

- Nie. I cholernie się z tego cieszę, bo Varric mi trochę o tym mówił – wzdrygnął się. – Pieprzone demony…

- A ten Varric, to kto? – Zainteresował się Gorn, ocierając pianę z wąsów.

- Można powiedzieć, że biznesmenem – odparł Byk. – Zajmuje się w zasadzie wszystkim po trochu. Varric Tethras, nie wiem, czy…

- Ha! – Zakrzyknął Oghren, klaszcząc z uciechą w dłonie. – Tethras, a to dobre! Nie myślałem, że jeszcze kiedyś o nich usłyszę, a tu proszę. – Gorn i Byk popatrzyli na niego z oczekiwaniem. – Jego… Pewnie stary, tyle lat temu to było, że pewnie tak… Andvar mu chyba było? No, mniejsza. Ustawiał Próby. Młody wie, ale ty, rogaczu, może nie, więc powiem, że to… no, gruba sprawa – pokiwał poważnie głową. – Bardzo gruba. Cała najbliższa rodzina musiała spieprzać z Orzammaru, a jego żonka to miała o taaaaki brzuch! – Zademonstrował, zataczając przesadny łuk od swojego żołądka po podbrzusze.

- Nie wydaje mi się – stwierdził Byk sceptycznie. – Varric wspominał, że urodził się w Kirkwall, a to jednak dość daleka droga. Gdyby była w zaawansowanej ciąży, to urodziłaby raczej po drodze – wytknął qunari.

- A czy ja mówiłem, że ona tego, no, dzieciaczka się spodziewała? Po prostu bęben miała taki, że ho! – Oburzył się krasnolud. Dopił swój trunek i wstał. – No, Młody, kończ i idziemy – zarządził. Cousland bez słowa przechylił kufel, opróżniając jego zawartość kilkoma haustami, Byk zaś uniósł brew.

- A gdzie się wybieracie? – Zapytał.

- Ano, rozpytać trochę o to bydlę, co to się z nim mamy bić jutro – oznajmił krasnolud. – Niby za każdym razem wchodziliśmy do tej Pustki na ślepo i nie wychodziło jakoś źle, pomijając to, że w ogóle tam wleźliśmy było złe…

- A tym razem mamy okazję zapytać tego, no, nie-maga, jak to wyglądało – wyjaśnił Cousland, odstawiając kufel na stół. – Tak jeszcze nie było.

- W ogóle tak nie było – zgodził się Oghren. – Nigdy żeśmy nie mogli zapytać co i jak, zanim ktoś naw w tę Pustkę nie wpieprzył. Maga czy nie-maga. Także, tego… napijemy się później, rogaty – zwrócił się do Byka.

- Wiesz, Oghren – zagadnął Komendant, wstając – od dawna chciałem ci powiedzieć, że od kiedy zszedłeś się z Felsi jakiś taki bardziej… odpowiedzialny jesteś. A od kiedy małego Gorna masz, to już w ogóle. Nawet trzeźwy jesteś trochę częściej, niż pijany. I to nie tak, że to chwilowe było, a ja naprawdę myślałem, że przejdzie… ale to się jakby z roku na rok, ten, no, nasila.

- Widzisz, Młody – powiedział poważnie krasnolud. – Takie są uroki bycia mężem. I ojcem. I tobie też, do kutwy, by się to przydało!

- A wiecie w ogóle, gdzie znaleźć Varrica? – Zapytał qunari. Rudzi spojrzeli na niego z brakiem zrozumienia malującym się na szczerych obliczach.

- A po co mamy wiedzieć? Wystarczająco głośno krzykniemy, to sam się znajdzie… - Oznajmił krasnolud.

 

 

 

Dwójka mężczyzn, wydzierających się na całe gardła (na trzeźwo), ganiających po Podniebnej Twierdzy w poszukiwaniu Varrica i zaczepiająca każdego mijanego krasnoluda płci męskiej miała być zapewne tematem plotek przez następne tygodnie. Byk i jego Szarżownicy, wyraźnie rozbawieni, krążyli za Szarymi, szturchając się łokciami i wybuchając co chwila śmiechem. Nawet Mruk wydawał się jakiś taki mniej… mrukowaty.

W końcu ktoś uczynny (i prawdopodobnie mający dosyć zamieszania) powiadomił krasnoluda o całej sytuacji. Varric niezwłocznie przybył do tawerny, gdzie Cousland i Oghren po raz kolejny rozsiedli się przy stoliku z dwoma piwami, postawionymi im przez Byka.

- Nie mogłeś im po prostu powiedzieć, gdzie mnie znaleźć? – Zapytał Varric, mierząc jednookiego qunari zirytowanym spojrzeniem.

- A gdzie w tym zabawa? – Zapytał najemnik, mrugając i popijając z własnego kufla. Być może puścił krasnoludowi oko, ale ciężko było to stwierdzić, gdyż… no, drugiego nie miał. Varric westchnął ciężko, zwracając się ku dwójce nieznajomych mu mężczyzn.

- Jak to mawiają: szukajcie, a znajdziecie – mruknął. – Ale muszę przyznać, że macie nade mną przewagę, panowie. Może wyrównalibyśmy szanse? – Zaproponował.

- Hę? – Zdziwił się rudy krasnolud. – A o czym on, kutwa, gada?

- Nie wiem – przyznał człowiek.

- O waszych imionach – podsunął Żelazny Byk, a w jego oku gościły złośliwe ogniki.

- A to ty nie wiesz jeszcze? – Zapytał mniejszy ze Strażników, wyraźnie zaskoczony. – Ja to myślałem, że do tej pory cała Twierdza będzie huczeć. Tak by w naszej było.

- Mhm – przyznał większy z Szarych. – Oni już nawet nie próbują sobie szeptem plotek przekazywać, drą się bezczelnie z jednego końca dziedzińca na drugi. Nawet, jak o mnie plotkują. I jestem na tym dziedzińcu.

- Powiedzmy, że macie wspólnych przyjaciół – podpowiedział Byk Varricowi, przez co zarówno Strażnicy, jak i strzelec zmarszczyli brwi.

- Przyjaciół wspólnych? – Zdziwił się człowiek. – No Lelianę chyba, no tak. I Morrigan. Nie wiedziałem, że się lubicie, nic nie wspominały w listach – dodał, patrząc na krasnoluda, którego brwi z każdym jego słowem wędrowały coraz wyżej. – Zwykle mówią o nowych przyjaciołach, przynajmniej Leliana, ale…

- No, ty może byłeś bardziej jego przełożonym – poprawił się Byk.

- Zaraz – zrozumiał nagle Varric. – Czy ty mi właśnie próbujesz powiedzieć, że to… - Przyjrzał się uważnie wyższemu z mężczyzn.

Rude włosy, broda, wielki, jak dąb, zielone oczy… Paskudne blizny na karku. Wszystko pasowało.

- O patrz, Młody, skapnął się chyba – oznajmił Oghren.

- Na święty tyłek Andrasty! Meserre, to prawdziwy zaszczyt cię poznać! – Wymknęło się Varricowi, który nawet nie myśląc, zerwał się na równe nogi.

- Ciszej! - Syknął qunari, ale było już za późno. Oczy wszystkich klientów zwróciły się ku nim. Na szczęście strzelec okazał się, jak zwykle, bystrzejszy i szybszy niż otaczający go ludzie.

- Mój kuzyn Elmand wiele mi o tobie opowiadał. Byłeś nieocenioną, powtarzam, nieocenioną pomocą dla całej mojej rodziny. Jestem ci niezmiernie wdzięczny – powiedział, potrząsając gorączkowo dłonią Couslanda.

- Elmand? Kto to Elmand? – Zdziwił się Komendant. – Nie pamiętam żadnego Elmanda… Oghren, coś ci to mówi? – Zwrócił się do swojego przyjaciela.

- Młody, mało to ludzi żeśmy poratowali? – Zapytał krasnoludzki berserk. – Spamiętać nie idzie. Może i był jakiś Elmand po drodze – wzruszył ramionami.

W końcu Varric puścił rękę Strażnika, a klientela wróciła do swoich kart, podłych trunków i szemranych interesów, ignorując ich dalszą rozmowę. Blondwłosy krasnolud zajął miejsce przy stoliku i skinął dłonią na kelnerkę, która niezwłocznie przyniosła im pełen dzban piwa i kufel dla ich nowego towarzysza. Gorn rzucił jej kilka srebrników, a dziewczyna obdarzyła go nieśmiałym uśmiechem. Oghren szturchnął Komendanta w żebra, Cousland zaś udał, że tego nie zauważył.

- Jakim cudem nie gada jeszcze o was cała Twierdza? – Zapytał Varric.

- Obstawiam, że Leliana nie chciała, żeby ktoś o nich gadał – skwitował Byk.

- O kim? – Usłyszeli, co sprawiło, że wszyscy podskoczyli. – O kim gadał? Macie nowych kolegów? Łał, duży jest… Zaraz… Na święte portki Andrasty! – Krzyknęła, a cała karczma po raz kolejny zamilkła i zaczęła im się przyglądać. – Znam cię! – Oskarżyła, wyciągając w jego stronę drżącą rękę, wystawiając palec wskazujący. Krew odpłynęła z jej twarzy, lekko się zatoczyła. – To ty! To naprawdę ty! – Ciągnęła. Zorientowawszy się, że wokół nich panuje martwa cisza, powiodła wzrokiem po klientach. – To wy nie wiecie? – Zdziwiła się. – Przecież to Bo…

Byk nadepnął jej na stopę. Ciężkim, metalowym butem. Sera pisnęła i wyskoczyła do góry, jak z procy, po czym złapała się za obolałą nogę i posłała qunari zabójcze spojrzenie.

- Lepiej stąd chodźmy. Do wieży, tu nad karczmą; Cole może pilnować, żeby nikt nie podsłuchiwał – zaproponował najemnik, wstając i łapiąc zarówno swój kufel, jak i dzban. Pozostała czwórka ruszyła zaraz za nim; Strażnicy prawdopodobnie szli za piwem, Varric za dobrą historią, a Sera…

Sera miała pewnie swoje powody. Prawdopodobnie czystą ciekawość.

Cole zgodził się pilnować ich rozmowy przed niechcianymi uszami ze swoim zwyczajowym, niepokojącym entuzjazmem. Byk odstawił swój kufel i dzban na skrzynię, po czym oparł się o ścianę i skrzyżował ręce na szerokiej piersi, przyglądając się całej reszcie z zaciekawieniem.

- Kwiatuszku – zaczął uroczystym tonem Varrik, kłaniając się teatralnie i wskazując dłonią na Strażnika, siedzącego z nierozumiejącą miną – pozwól, że przedstawię ci Bohatera Fereldenu.

- Wiedziałam! Wiedziałam, że to ty… Wyglądasz jak wtedy, w Denerim! – Powiedziała elfka gorliwie.

- Spotkaliśmy się? – Zapytał niepewnie Cousland.

- Nie to, że spotkaliśmy… ale cię widziałam. Ludzie mówili, że w mieście są Szarzy, którzy zdradzili króla i tak dalej, i tak dalej. Mówili, że to wy, ale wyglądaliście, no, normalnie, więc pomyślałam, że chędożą głupoty i to na pewno nie wy. Ale okazuje się, że jednak wy. I cię pamiętam – dokończyła, wyraźnie z siebie zadowolona. – Co tu robisz?

- Kwiatuszku, pozwól, że ja będę rozmawiał – ostudził ją nieco Varric. Elfka wystawiła mu język i spróbowała zabrać jego kufel z piwem; bezskutecznie. Podwędziła więc trunek Bykowi, który wzruszył ramionami i napił się prosto z dzbana. – Panowie, naprawdę miło mi was poznać. Przyznam, że nie miałem pojęcia o waszej wizycie w Podniebnej Twierdzy, więc jestem nieco… zbity z tropu – powiedział, uśmiechając się przepraszająco. – Ciekawi mnie, co jest powodem waszych niespodziewanych odwiedzin – ciągnął.

- Elficzkę wolałem – burknął Oghren. – Nie owija w bawełnę przynajmniej i wprost mówi. Ale powiem ci, Młody, że swojego starego to on w ogóle nie przypomina. Andvar brodę miał, jak prawdziwy krasnolud, a ten tu chyba zgolił i przylepił se do klaty – ocenił krytycznym wzrokiem.

Sera roześmiała się, a Varric wyglądał na jeszcze bardziej zdezorientowanego. Gorn westchnął.

- Pomóc przyszliśmy. Lelianie – wyjaśnił. – Znaczy okazuje się, że Inkwizytorowi waszemu, a nie Lelianie, ale na Leliany prośbę, więc tak jakby jej pomagamy…

- A co… - Zaczął Varric, ale Sera zasłoniła mu usta dłonią.

- Słyszałeś kransoluda! Woli, jak ja gadam, ja będę gadać! – Oświadczyła triumfalnie. Varric posłał jej rozbawione spojrzenie. – Jak na imię w ogóle macie? – Zainteresowała się.

- Gorn – powiedział Gorn.

- Oghren – powiedział Oghren.

- Sera – przedstawiła się, puszczając w końcu twarz Varrica. – Dobra. To co was tu przywiało?

- No, pomóc mamy – przypomniał Cousland, drapiąc się po bliznach na szyi.

- Ale w czym? – Drążyła elfka.

- W tym, w czym żaden szanujący się krasnolud, ani Strażnik, pomagać nie powinien – powiedział grobowym tonem Oghren. – Pustka, demony, magia… tego typu rzeczy.

Trójka towarzyszy Inkwizytora popatrzyła po sobie; wszyscy byli świadomi, z czym przyszło mierzyć się Adaarowi. Tal-Vashoth powiedział im o wszystkim zaraz po naradzie z Lelianą, Cullenem, Josephine i Cole’m.

- Oghren, Strażnikami jesteśmy wcale niezgorszymi – skarcił krasnoluda Cousland. – A parę razy się zdarzało pomagać już z… Pustką, demonami, magią i tego typu rzeczami. Pamiętasz tego małego, z Redcliffe? A jakby to był mały Gorn? – Zapytał potępiająco.

- Mój synek nigdy by się z demonem nie układał! – Oburzył się mniejszy Szary. – Poza tym, to krasnolud, z krwi i kości! Mimo, że na powierzchni poczęty i powity.

- Obydwaj jesteśmy dowodem na to, że to nie ma żadnego znaczenia – wtrącił ponuro Varric. – Nie ważne, czy urodzony na powierzchni, czy w Orzammarze, cały ten magiczny syf zawsze jakoś nas dopadnie, jeśli tak nam pisane. I wierz mi na słowo, sukinsyny potrafią tak namieszać we łbie, że nawet najlepszy z nas pokroiłby swoich bliskich – dodał, a w jego oczach czaił się niezmierzony wręcz smutek. Sera położyła mu dłoń na ramieniu.

- Ano – zgodził się równie chmurnie Oghren. – Stwórcy, Dawni Bogowie czy Kamień, nie ważne. Jak to coś się uweźmie, to nic się nie poradzi, kutwa – westchnął.

- No dobrze, macie pomóc Inkwizytorowi. Lelianie – poprawił Varric, widząc, że wyższy z Szarych otwiera usta.

- Inkwizytorowi, bo nas Leliana prosiła – wtrącił mimo wszystko Cousland, a Oghren pokiwał głową i napił się piwa. Najwidoczniej przypomniało to Komendantowi o jego własnym trunku, gdyż poszedł w ślady swojego przyjaciela.

- Mniejsza o to. Nie wyjaśnia to jednak, dlaczego biegaliście po całej Twierdzy i wrzeszczeliście moje imię – zauważył Varric.

- O patrz, umie normalnie gadać – mruknął rudy krasnolud.

- Mnie dziwi, że nie posłali po magów – wtrąciła Sera. – Czy tylko mnie to dziwi? Na magiczne rzeczy chyba… magowie by byli lepsi? – Zapytała z wyraźnym wahaniem. – A nie Strażnicy. Strażnicy i demony… nie za dobrze ze sobą działają – dodała i wzdrygnęła się.

- Mamy w Podniebnej Twierdzy wielu magów – zauważył Byk. – Gdyby to wystarczyło, Inkwizytor już dawno miałby spokój od tego demona. Widocznie… potrzebne są niekonwencjonalne metody – powiedział i przyssał się znowu do dzbana.

- Poza tym, Strażnicy z Amarantu, z tego, co wiem, nie mieli nic wspólnego z tym, co robiła Clarel – zauważył Varric. – Trochę mnie to ciekawiło – przyznał, patrząc na Gorna. Olbrzym wzruszył ramionami.

- Słyszeliśmy coś podobnego do Powołania – przyznał Cousland. – Mnie i Oghrena wtedy w Twierdzy nie było, a że zaczęło się u nas równocześnie, to podejrzane nam się to wydało. I, tego, jak dla mnie, inaczej było, niż jak słyszałem Arcydemona. No to napisaliśmy do domu, co i jak, okazało się, że u nich to samo… Także Velanna kazała wszystkim siedzieć na rzyciach, póki się nie dowie, co to jest. A z Velanną się w takich rzeczach nie dyskutuje – wzdrygnął się. 

- Oj nie – zadrżał Oghren.

- No to dalej się zajmowaliśmy tym, co przed snami i tak dalej, a zanim Velanna się dowiedziała, o co chodzi, to wy zrobiliście porządek z Adamantem – ciągnął Komendant. – Także już się nie musieliśmy martwić o Powołanie, bo było fałszywe. A potem zabiliście… jak mu tam było? – Zapytał Oghrena.

- Koryto-niuch – podpowiedział rudy krasnolud, a Sera parsknęła śmiechem.

- No, tego właśnie. I już całkiem spokój był – podsumował.

- Dlaczego wszyscy Strażnicy nie wpadli na ten pomysł? – Zapytał Byk z niedowierzaniem. – Przecież to by oszczędziło… No, wiecie, czego – zwrócił się do Varrica i Sery.

- Całego tego gówna – dokończyła za niego elfka. – Nie wiem. Ale fereldeńscy Strażnicy wydają się… inni, niż tamci – powiedziała, mierząc dwóch Szarych nieprzeniknionym spojrzeniem. Gorn podrapał się po bliźnie na szyi.

- Bo my doświadczenie z Plagą mamy – wyjaśnił. – Z Arcydemonem nawet, takim prawdziwym. Dwóch nas jest, tych, co pamiętają, jak to było. Dwóch, bo Oghren Strażnikiem jeszcze nie był, więc on nie wie… Ale Alistair potwierdził, że podczas Plagi to inaczej to wszystko było – wzruszył ramionami Cousland.

- Listownie potwierdził – warknął Oghren, widocznie wzburzony. – Się z nami, kurzalcami, nie zadaje, kręci-pika chędożona – burknął.

- Wiesz, że Alistair nie ma czasu – powiedział Gorn, ale nie brzmiał na przekonanego.

- Mhm. Jak cię capnęli to też był zajęty – wściekł się berserk. – Się założę, że musieli Velannę trzymać, żeby mu znowu nie pojechała nawtykać. Ha! Byś przy tym był – uśmiechnął się paskudnie. – Zapiski w Skulptorium? Chędożyć je, to, co ona mu wtedy wywrzeszczała, ooo, to powinni w lyrium wykuć!

- Zostawmy Alistaira – powiedział Gorn. Było widać, że czuł się nieco niezręcznie.

- Nigdy! – Nie zgodził się krasnolud, a w jego oczach widać było szalejącą furię. – To, że on zostawił…

- Oghren! – Uciął Komendant. – To nie jest miejsce. Ani czas. Mieliśmy o tego demona pytać – przypomniał, co podziałało na jego przyjaciela jak kubeł zimnej wody.

- Ano, mieliśmy – zgodził się z westchnieniem. – Ten tu rogacz – zwrócił się do Varrica, wskazując ruchem głowy na Byka – nam powiedział, żeś tam był. W tej Pustce, znaczy. I nam możesz powiedzieć, jak nie-mag nie-magom, czego się spodziewać – zakończył.

Krasnolud patrzył na niego przez chwilę, widocznie zaskoczony. W końcu westchnął i poszedł w stronę łóżka, by usiąść ciężko na materacu. Zwiesił ponuro głowę, wpatrując się w podłogę.

- Nie to, że mi nie schlebiacie – powiedział powoli – ale to akurat historia, której nie lubię opowiadać – wyjaśnił. Sera wdrapała się na łóżko i usiadła tuż za nim, krzyżując nogi i kładąc podbródek na czubku jego głowy. Siląc się na smętny uśmiech, poklepał jedno z jej przedramion, którymi oplotła go za szyję. Elfka przytknęła mu do ust zdobyczny kufel; krasnolud pociągnął długi łyk. – I, szczerze mówiąc, Poszukiwaczka też mogłaby wam co-nieco opowiedzieć. Też tam była – wytknął. – Tak samo Inkwizytor.

- Poszukiwaczka? – Zapytał Gorn, marszcząc brwi. – Hmm… Skwaszona taka? – Zainteresował się.

- Z kijem w rzyci? – Upewnił się Oghren. Trójka z Wewnętrznego Kręgu Inkwizytora popatrzyła po sobie znacząco.

- To… zaskakująco trafny opis – przyznał Varric.

- Mhm – zgodziła się Sera.

- Nie jest taka zła – nie zgodził się Byk – ale może lepiej nie sprawdzać tego na naszych gościach. Tak czy inaczej, dalej nie wiemy, dlaczego posłali akurat po…

- To bardzo proste – usłyszeli od strony wejścia. Z muru. Wszyscy, jak jeden mąż, odwrócili się w stronę głosu. W progu stała Siostra Słowik; zapewne nie powinno ich dziwić, że w jakiś sposób umknęła uwadze Cole’go. A może duch specjalnie ją przepuścił? Któż to wiedział.

- Leliana, zawału przez ciebie dostanę – skarcił Gorn, kładąc rękę na piersi. – Kiedyś taka cicha nie byłaś – oznajmił oskarżycielsko.

- Nie tylko ty nauczyłeś się czegoś przez te lata – wytknęła kobieta z rozbawieniem. – Podczas dyskusji z Morrigan doszłyśmy do wniosku, że fakt, iż Strażnicy nie są magami działa na naszą korzyść – wyjaśniła, wchodząc do pomieszczenia i zamykając za sobą drzwi, aby się o nie oprzeć, splatając ręce na piersi. – Co prawda nie uniemożliwi to Koszmarowi opętania Komendanta, ale znacząco to utrudni – ciągnęła. – Oghren jest trudniejszym celem, z racji bycia krasnoludem. Na dodatek, jak na osoby niemagiczne, obydwaj mają niesamowite wręcz doświadczenie z Pustką. A ich umiejętności w walce nie mają sobie równych – dodała.

- Ano, toporem to żeśmy się w tej Pustce musieli co niemiara namachać – zgodził się krasnolud poważnie.

- Nie przesadzaj, ja to bym powiedział, że dzień, jak co dzień – zaprotestował Cousland.

- Cóż… spotkałem kiedyś kogoś, kto powiedział, że Bohater Fereldenu to typ człowieka, którego jak wyślesz w Otchłań, to ci jeszcze pamiątki przyniesie – przyznał Varric.

- To pasuje do tego, co o nim słyszałem – poparł Byk.

- Czyli nie mamy co się martwić, że nam menda ciała pozabiera, Młody! – Ucieszył się z kolei Oghren, który najwidoczniej przetrawił to, co powiedziała im Siostra Słowik. – Ubić sukinsyna tylko trza i możemy ruszać do Orzammaru.

- Komendant nie wygląda mi na krasnoluda – wtrącił Varric. – I z tego, co zrozumiałem, demon nadal może go opętać.

- Ha! – Prychnął berserk. – Że jego? Demon opętać? Toż to on prędzej demona…

- To chyba tak nie działa – mruknęła Sera.

- No, twoja wiara w twojego Komendanta jest bardzo budująca – powiedział Byk – ale mówimy o magii. Wiesz, Pustka, demony, te sprawy?

- Do kutwy, byłem tam przecież – zirytował się Oghren. – Dwa razy, i to jak dla mnie o dwa razy za dużo! Ale pójdę, zaraza i taki wpierdol spuszczę temu waszemu demonowi, że z wrażenia rogi ci opadną! Po same jaja! – Oznajmił rudy krasnolud. – A Młody może niepozorny…

- Tak bym tego nie ujął – stwierdził Varric pod nosem.

- … ale za nim wszędzie! Na Głębokie Ścieżki, do Wieży Magów, co w niej Plugawce grasują, w bój z Arcydemonem czy nawet do skutwiałej Pustki! Tak mi dopomóż Kamień!

Gorn, do tej pory przysłuchujący się im w milczeniu i sączący piwo z kufla, położył swoją dużą, pobliźnioną i pokrzywioną dłoń na ramieniu Oghrena. Rudy krasnolud uniósł głowę, by spojrzeć Couslandowi w twarz, a jego oczy płonęły.

- A później z powrotem do domu, tak jak zawsze – zakończył nieco spokojniej.

- Zostawiając za sobą Kamień zbroczony krwią naszych wrogów – zgodził się poważnie Komendant. Przebiegł wzrokiem po czwórce z Wewnętrznego Kręgu Inkwizytora. Na jego twarzy malowała się determinacja, jego gęste brwi były zmarszczone. Wszyscy – oprócz Leliany – poczuli się niepewnie, czując na sobie jego spojrzenie; mieli wrażenie, że nagle stanął przed nimi ktoś inny. Zniknął łagodny, mało rozgarnięty olbrzym, a na jego miejscu pojawił się Bohater Fereldenu; Komendant Szarej Straży, Pogromca Arcydemona. – Ufam Morrigan i Lelianie – oznajmił. – Stwierdziły, że mamy największe szanse. Z wszystkich ludzi, których znają, a znają ich bardzo dużo – ciągnął. – Nie wiem, z czym nam przyjdzie walczyć. Nie wiem, czy z tego wyjdziemy. Ale wiem jedno: jeśli to Strach, to stawimy mu czoła. A jeśli nie zwyciężymy, to nikt nie będzie nam mógł zarzucić, że nie próbowaliśmy.

- Ani, że stchórzyliśmy – poparł go Oghren.