Actions

Work Header

Rudy w Tevinter - co może pójść nie tak?

Summary:

Kiedy Dorian poprosił swojego najlepszego przyjaciela o pomoc, nie pomyślał, że zostanie mu ona udzielona w taki sposób. O zgrozo. Wojna o lepsze Tevinter wymaga jednak poświęceń...
Nikt nie mówi, że te poświęcenia nie mogą być przyjemne. I nie można się nimi cieszyć, póki trwają.

Chapter 1

Notes:

(See the end of the chapter for notes.)

Chapter Text

Pogoda w Minratusie była tego dnia wybitnie paskudna. Lało niczym z cebra, wiało, było zimno. Przypominała mu fereldeńską jesień. Jeżeli było coś, za czym nie tęsknił, gdy jego przygoda z Inkwizycją dobiegła końca, z pewnością była to pogoda. Patrząc przez okno na ulice tevinterskiej stolicy widział jedynie uciekających przed deszczem ludzi, kulących się pod daszkami lub biegnących w stronę schronienia.

- Magistrze – usłyszał głos Aegis – drobnej, młodej elfki o wielkich orzechowych oczach, ciemnej karnacji i czarnych włosach, ślicznej, niczym z obrazka. Od kiedy osiem miesięcy temu uratował ją – łutem szczęścia, akurat wracał od Mae – przed łowcami niewolników, dziewczyna służyła mu wiernie i z zapałem. Dorian, oczywiście, płacił jej hojnie i bez opóźnień.

- O co chodzi? – zapytał, odwracając wzrok od okna.

- Przybył posłaniec – poinformowała. – Proszę, oto list.

Dorian spojrzał na pieczęć na kopercie. Skinąwszy głową, usiadł za ciężkim, dębowym biurkiem i przełamawszy zaschnięty lak, zaczął czytać.

Dorian, przyjacielu,

Mam nadzieję, że moja wiadomość zastanie Cię w dobrym zdrowiu. Oczywiście zastanawiasz się, dlaczego zdecydowałem się odpowiedzieć na Twoją prośbę listownie, zamiast przy pomocy Kryształu – nie martw się, wszystko się wyjaśni.

Wraz z Josie (która przesyła pozdrowienia i dziękuje za przesłane jej tevinterskie wino – na Stwórcę, co Wy w nim widzicie, wino, jak wino) przedyskutowaliśmy, w jaki sposób możemy udzielić Ci pomocy (dyskusja była bardzo ożywiona, do tego stopnia, że jeden z moich rogów został ukruszony). Zdecydowaliśmy, że zebranie oddziału ludzi wiernych Inkwizycji i zakłócenie całego wydarzenia nie jest jednak zbyt mądrym posunięciem, miałeś rację. Stwierdziliśmy też, że moja obecność w żaden sposób nie przysporzy Ci korzyści. Jestem zbyt charakterystyczny, mój związek z Josie nie jest żadną tajemnicą, ponad to Inkwizycja nie jest kochana w Tevinter, qunari tym bardziej, a ciężko byłoby mi zakryć rogi (próbowałem, uwierz mi – żadna peruka nie dała rady). Dodatkowo, jeśli wywiązałaby się walka, jednoręki mag jest raczej kiepskim sojusznikiem.

Nie przesyłam jednak listu po to, by dać Ci znać, że nie mogę Ci pomóc – dołączam do niego, jestem pewien, rozwiązanie wszelkich Twoich problemów.

Adaar

Dorian zmarszczył brwi. Był pewien, że gdyby Aegis dostała cokolwiek wraz z listem, przekazałaby mu to. Czyżby nieuczciwy posłaniec? Adaar bardzo dbał o to, by jego ludzie byli sprawdzeni i pewni, ale wszystko było możliwe.

- Kim był posłaniec? – zapytał Aegis, która odkładała na miejsce księgi. Dorian miał zwyczaj tworzenia dwóch „wieżyczek” z opasłych tomów – po prawej te, których miał zamiar jeszcze używać, po lewej te, które okazywały się w danym momencie zbędne.

- Mężczyzna. Człowiek. Koniecznie chciał poczekać, aż przeczytasz list, magistrze. Mam go zawołać? – zapytała ze zmarszczonymi brwiami. Dorian skinął głową. Być może posłaniec uznał, że to, co wysłał mu Adaar nie powinno trafiać w niepowołane ręce? W takim razie dlaczego nie nalegał, by dać mu wiadomość wraz z przesyłką osobiście, zamiast przez elfią służkę?

Do jego gabinetu wszedł barczysty mężczyzna, spokojnie o głowę wyższy od samego Doriana. Na plecach miał wielki topór, a jego ciało chronione było płytową zbroją. Miał rude, długie włosy i gęstą brodę zaplecioną w trzy równe i staranne warkocze. Ociekał wodą.

- No cześć – przywitał się nieśmiało olbrzym. -  Przepraszam, że tak długo. Bez Oghrena zawsze się gubię, dojechałem tu już wczoraj, ale wylądowałem w ogóle w innej części miasta… Chociaż z Oghrenem też się gubię. No, przepraszam, w każdym razie.

Dorian, zanim się zorientował, zerwał się z krzesła i przemierzył gabinet. Jego umysł dogonił jego nogi dopiero, gdy stał tuż przed Bohaterem Fereldenu, nagle niepewny, co zrobić.

Niedźwiedzi uścisk Couslanda wycisnął z niego całe powietrze. Zanim Gorn miał okazję go udusić, Dorian energicznie poklepał go po ramieniu.

- Tak, tak, też się cieszę, że cię widzę – powiedział, gdy Komendant puścił go i mógł nabrać powietrza w płuca. – Ale co tutaj robisz?

- No, Adaar powiedział, że się w coś wpakowałeś – wyjaśnił Gorn. – A że ja mam zakaz wstępu do Amarantu jeszcze przez jakieś dwa miesiące, to stwierdziłem, że mogę pomóc, no nie?

- Co tym razem zrobiłeś? – zapytał, siadając w fotelu i wskazując krzesło naprzeciw siebie, po drugiej stronie biurka.

Aegis zajrzała do gabinetu.

- Magistrze, czy coś podać?

- Tak – zarządził. – Napijesz się czegoś ciepłego? A może wina? Jesteś głodny?

- Wina nie odmówię – stwierdził Cousland.

- W takim razie, Aegis, przynieś wino i przekąski – nakazał służce. – I przygotuj pokój gościnny – dodał.

- Spokojnie, zatrzymam się w gospodzie, nie musisz… - zaczął Gorn, ale Dorian uciszył go gwałtownym machnięciem ręki.

- Nonsens. Nie będziesz mieszkał w jakiejś podrzędnej karczmie. To pewnie jakaś speluna w najgorszej dzielnicy? Nie, nie odpowiadaj, wolę nie wiedzieć – skinął głową na elfkę. – Mów więc, czemu tym razem wyrzucili cię z twojego własnego arlatu? Znowu coś brutalnie pozbawiło twojego gościa głowy i wywołałeś kryzys dyplomatyczny? Znalazłeś starożytny artefakt i prawie sprowadziłeś zagładę na Thedas? Wywołałeś plagę bryłkowców? A może po prostu wykryto spisek na twoje życie? Nie trzymaj mnie w niepewności!

- Z tą głową to przecież w dobrej wierze było – mruknął Cousland. – A skąd miałem wiedzieć, że ten posążek na Głębokich Ścieżkach był jakiś ważny? Ładny był, dla Sigrun wziąłem! A spisek już przerabiałem. Dawno. A plaga bryłkowców to by prędzej sprawka Leliany była – burknął. – To tak do końca moja wina tym razem nie była – zaczął.

- To nigdy nie jest do końca twoja wina – zakpił Dorian, ale stwierdził, że w zasadzie to ma rację. Jeżeli chodziło o pecha, Cousland bił na głowę wszystkich ludzi Thedas. Razem wziętych. – Mów. – Gorn westchnął.

- Zaprosili mnie do Orzammaru – zaczął. – No i cały dzień łaziliśmy i łaziliśmy, wszystko mi pokazywali i mnie oprowadzali, jakby zapomnieli, że ja tam, cholera, spędziłem prawie miesiąc. No w porządku, większość na Ścieżkach, ale jednak. Przecież nawet Kurzowisko widziałem, a tym razem to je ominęli, jakby go nie było.

- To zwyczajny zabieg – wzruszył ramionami Dorian. – Gościom nie pokazuje się tego, co nieładne. Mów dalej, proszę.

- Łaziliśmy i łaziliśmy, już parę godzin minęło, a typowi, który mnie oprowadzał w ogóle nie zamykała się morda – ciągnął Gorn. – No to logiczne i naturalne chyba, że lać mi się zachciało. No i wiesz, tam była taka rzeźba… Jak tam poprzednim razem byłem, to na własne oczy widziałem, jak tam się krasnoludy odlewają! A że, wiesz, sytuacja była kryzysowa to stwierdziłem, że dobra, może niezbyt elegancko, ale krasnoludy przecież z delikatności nie słyną, to też skorzystam. Lepiej, niż się zeszczać w spodnie. No to jak przewodnik stanął tyłem do tej rzeźby i zaczął gadać, nie wiem, w sumie, o czym, to ja cichaczem tam poszedłem załatwić swoje – powiedział.

- Gorn – westchnął Dorian, ukrywając twarz w dłoniach. Aegis przyniosła butelkę z winem, dwa kielichy, a także świeże, suszone oraz kandyzowane owoce. Postawiwszy tacę na biurku, skłoniła się i zapytała:

- Czy podać coś jeszcze, meserre, czy mam się zająć przygotowaniem pokoju?

- To wszystko, Aegis – powiedział Dorian, rozlewając wino do kielichów. Gorn obserwował ją uważnie, gdy wychodziła.

- Nie myślałem, że jesteś typem człowieka, który trzyma niewolników – powiedział Komendant, a w jego głosie czaiła się wściekłość.

- Bo nie trzymam – odparł spokojnie Dorian. – To służka. Płacę jej, może w każdym momencie odejść – Cousland widocznie się rozluźnił. Rudowłosy złapał za kielich i opróżnił go w połowie jednym haustem.  Dorian wzdrygnął się nieznacznie, obserwując barbarzyńskie nawyki swojego gościa – Kontynuuj. Chyba wiem, dokąd zmierza ta opowieść, ale z tobą nigdy nie można być do końca pewnym – mruknął.

- Ech… No więc przewodnik gada, ja wyciągam interes i robię swoje. Nie zdążyłem jeszcze nawet skończyć, a facet się odwraca. No i tak jakby go zatkało. Stał i patrzył, szczęka mu opadła, oczy wyszły z orbit, ja stoję i trzymam fiuta w ręce, no i myślę, w porządku, mały nie jest, ale bez przesady, nie trzeba się gapić… niegrzeczne to trochę – ciągnął.

- Co za skromność! – zaśmiał się Dorian, czując jednak gorąco na policzkach.

- No okazało się, że wcale nie o to chodzi -  mruknął rudowłosy.

- Nasikałeś, znając twoje szczęście, na rzeźbę Patrona Aeducana, przodka aktualnego króla Orzammaru?

- No tak – skinął głową Gorn. – Ale to to tam nic, przecież mówiłem, że wszyscy na ten posążek leją.

Dorian pokiwał ze zrozumieniem głową.

- Tak myś… zaraz, co?

- No wszyscy na ten posążek leją – powtórzył Gorn.

- W takim razie o co, cholera, chodziło?!

- Faceta, tego mojego przewodnika, zalazł od tyłu Bezkastowiec i wsadził mu nóż w plecy. Nie zauważyłem nawet skubańca, mignął mi, jak uciekał. No i wiesz, korytarz był pusty, żadnych świadków. Weź wyjaśnij, w jaki sposób jesteś sam na sam z cholernym trupem. Okazało się, że facet był kimś ważnym w tym ich Kongresie. Teraz jest śledztwo w Orzammarze, nie to, że mi nie wierzyli czy coś, jak im powiedziałem, że to nie ja, w zasadzie to po co miałbym to robić? Ale mój seneszal stwierdził, że najlepiej, żebym teraz krasnoludom nie lazł w oczy. W ogóle nikomu nie lazł w oczy. Spieprzył gdzieś najlepiej.

- Spodziewałem się… czegoś zupełnie innego – mruknął po chwili ciszy Dorian.

- No i mam zakaz powrotu do Amarantu, dopóki się to wszystko nie uspokoi – zakończył swoją opowieść Gorn.

Magister pokręcił głową.

- Jakim cudem, jeżeli coś może ci pójść nie tak, to na pewno tak będzie? – Gorn posłał mu promienny uśmiech.

- Jeszcze żyję! Więc chyba nie może być aż tak tragicznie.

Żyjesz jeszcze chyba tylko dlatego, pomyślał z dziwną rezygnacją Dorian, że Stwórca chce kogoś, z kogo może się pośmiać.

Cousland opróżnił do końca kielich i podstawił go gospodarzowi do napełnienia. Wpakował sobie przy okazji do ust garść rodzynek.

Jeżeli to ma wypalić, myślał z paniką Dorian, będę musiał go nauczyć, jak ma się zachowywać.

- Dobra – powiedział Gorn z, o zgrozo, pełnymi ustami. – To mi wyjaśnij teraz, o co chodzi z tym, że mam coś pomóc. Ubić coś potrzeba? W głowie ci siedzi jakiś demon czy coś? Bo w tym już wprawy, szczerze mówiąc, nabieram – przełknął i posłał magowi uśmiech. Między zębami utknął mu kawałek rodzynki.

Dorian kolistymi ruchami rozmasował skronie.

- Dostałem zaproszenie na bal – zaczął niepewnie. Cousland patrzył na niego wyczekująco.

Na litość Andrasty. Powinien udusić Adaara. Nie to, że były Inkwizytor mógł przypuszczać, że poproszenie BOHATERA FERELDENU o coś takiego może sprawić Dorianowi jakąkolwiek trudność. Mógł go chociaż uprzedzić, cholerny rogacz. Przygotowałby przemowę. I dostał kilkunastu ataków paniki. Stwórco, jak miał poprosić o to cholernego BOHATERA FERELDENU?!!

Przystojnego, na swój dziki sposób uroczego, o ciepłym uśmiechu i oczach w najpiękniejszym odcieniu zieleni, jaki widział, Bohatera Fereldenu. Z grzywą miedzianych włosów i imponującą, nadzwyczaj jak na fereldeńskiego barbarzyńcę zadbaną, brodą. Ze złotym sercem.

Na oddech Stwórcy. Dorian Pavus czuł się jak zauroczona swoim szlachetnie urodzonym pracodawcą praczka. Jego policzki były gorące, tak samo jak kark i uszy. Z pewnością wyglądał w tym momencie jak wyjątkowo nieatrakcyjny pomidor.

- Dorian? Dobrze się czujesz? – zaniepokoił się Cousland.

- Strasznie tu gorąco – powiedział, zrywając się z miejsca i podchodząc do okna.

- W Tevinter jest dużo cieplej, niż w Fereldenie – potwierdził. – Jest zima. A u was jest jak późną wiosną – mruknął. – Dobrze, że nie przypłynąłem latem – ciągnął – pewnie bym się roztopił. O co chodzi z tym balem?

Dorian odetchnął i policzył powoli do pięciu.

- Jestem pewien, że moi wrogowie coś planują – powiedział. – Coś dużego.

- Czyli co? – nie zrozumiał Cousland. – Mam tam wpaść i zrobić siekaninę? To nie ma problemu! Masz tę swoją fajną barierę, otoczysz mnie, ja wezmę topór i…

- Nie, nie, nie – przerwał mu mag, zanim Gorn miał okazję się rozkręcić. – Chodzi o to… Inkwizycja została rozwiązana. Owszem, Adaar jest dalej poważany, ale daleko mu do pozycji, jaką zajmował jako Inkwizytor. Dodatkowo, wszyscy wiedzą o jego ślubie z Lady Montilyet. Jego małżeństwo jest szczęśliwe, mieszka w Antivie… Oczywiście mam jego oficjalne poparcie – wyjaśniał gorączkowo Dorian. Jego ręce zaczęły drżeć. Nie miał prawa prosić Gorna o coś takiego, nie miał nawet odwagi, gdy rudowłosy olbrzym wpatrywał się w niego pełnymi niewinności pięknymi, zielonymi oczami.

- No.. Na pewno masz – przytaknął Cousland. – Przecież jest twoim przyjacielem. Przyjaciół się zawsze wspiera. Ale skoro nie mam zrobić jatki, to o co chodzi?

Dorian zanurzył dłoń w swoich włosach, nie przejmując się po raz pierwszy od bardzo, bardzo dawna, że burzy tym swoją idealną fryzurę.

- Mimo jego oficjalnego poparcia wszyscy są świadomi, że nie narazi się dla mnie. Oczywiście, jeżeli będzie trzeba, przyjdzie mi na ratunek – powiedział szybko, zanim Gorn miał okazję zaprotestować. – Ale jeśli zagrozi to w jakiś sposób Josephine, to będzie musiał wybrać. A ja nie mogę go o to prosić – ciągnął cicho.

- Jest jeszcze Varric – przypomniał Gorn.

- Oczywiście. Ale potrzebuję kogoś, kto rzuci wszystko i osobiście poprowadzi krucjatę na moich wrogów, jeśli będzie trzeba. Kogoś o niemożliwej do zachwiania pozycji. Szanowanego, słynnego na całe Thedas. Kogo imię szanują nawet qunari.

Czasami Gorn miewał przebłyski politycznego geniuszu. Niestety, nie był to jeden z tych momentów.

- Ale po co? – zapytał skołowany.

- Z poparciem kogoś takiego będzie mi łatwiej przeforsować pewne zmiany – wyjaśnił Dorian. – Z… bezwzględnym poparciem kogoś takiego będę w stanie zastraszyć ludzi, którzy sprzeciwiają się reformom, które próbujemy wprowadzić.

Gorn przez chwilę patrzył tępo w ścianę. Po chwili skinął głową.

- Jak w Orzammarze trochę. W sensie, jak się kłócą, kto ma królem zostać. Starczy, żeby Patron pokazał palcem, który, to już nie dyskutują.

Dorian odetchnął z ulgą.

- Podobnie. Rozumiesz więc, że potrzebuję takiego „Patrona”.

- Dobra, rozumiem. Ale co ma z tym wspólnego jakiś bal? I ja? Mam tam kogoś takiego znaleźć? Ale kogo?

- Gorn – powiedział błagalnym tonem Dorian. – Zastanów się chwilę.

Rudowłosy zmarszczył brwi, na jego twarzy pojawiło się skupienie graniczące z bólem.

- Posłuchaj – zaczął powoli i cierpliwie mag. – To wszystko, co robisz – świadomie, nieświadomie, specjalnie czy przypadkiem, mam na myśli wszelkie międzynarodowe awantury, kryzysy i małe apokalipsy… Myślisz, że komukolwiek innemu udałoby się z tego wywinąć? Za każdym razem po prostu wywalają cię z Amarantu, po jakimś czasie wszystko się uspokaja, a ty znowu jesteś kochanym przez wszystkie narody Bohaterem. Czempion Kirkwall jest przez jednych kochany, przez innych nienawidzony, Inkwizytor tak samo, ale ty? – ciągnął z fascynacją – Ty jesteś szanowany przez wszystkich. Nawet, jak wspomniałem, qunari. Udało ci się zakończyć Plagę tak szybko, że nawet Ferelden wykręcił się sianem. Rządzisz dobrze prosperującym arlatem, nie ważne, jakie wynikają z tego skandale. Twoje słowo jest traktowane na równi ze słowami najróżniejszych władców, każdy chce twojego poparcia.

- Ale to tak wcale nie wygląda! – zaprotestował Gorn. – Ja jestem tylko facetem, co macha toporem, za dużo chla i ciągle wywołuje jakieś burdy! To tak wyszło, że zostałem Szarym Strażnikiem, w sumie to przez przypadek przeżyłem Ostagar, a wszystko, co zrobiłem podczas Plagi, to tak zwykłym fartem!

- Mylisz się – uciął Dorian. – Jest w tobie o wiele więcej.

Gorn, jak zwykle, gdy był spłoszony, potarł dłonią blizny na karku.

- No dobrze. Nie sądzę, żebyś miał rację, ale w porządku, skoro moje bycie bohaterem z przypadku może ci się do czegoś przydać, to nie ma problemu. Czyli mam, co? Ogłosić moje pełne poparcie dla twoich planów? To nie ma najmniejszego kłopotu, to nawet prawda będzie. Jak cię znam, to dużo dobrego tu próbujesz zrobić. Fajnie. Czyli, generalnie, jak ma to wyglądać?

Dorian odkaszlnął, by oczyścić gardło.

- Potrzebuję… - zamilkł. Mięśnie na jego szyi zacisnęły się, nie mógł wykrztusić ani słowa, ciężko było mu nawet odetchnąć.

Gorn może tego popołudnia nie doznał politycznego olśnienia, ale zauważył przynajmniej, że Dorian ma problem z uzewnętrznieniem swojej prośby. Powoli podszedł do maga, odwrócił go w swoją stronę, położył mu dłonie na ramionach i spojrzał mu w oczy.

- Hej – mruknął cicho. – Wiesz, że możesz mi wszystko powiedzieć.

Mag odetchnął głęboko.

- Chcę, żebyś poszedł ze mną na ten bal – zaczął.

- No w porządku – powiedział, wzruszając ramionami. – Żaden problem. Nażreć się i nachlać za darmo? Żaden, naprawdę żaden, najmniejszy kłopot.

- To nie wszystko – powiedział Dorian, nagle wbijając spojrzenie w podłogę. Gorn wpatrywał się w niego w milczeniu. – Magistrowie są świadomi mojej… orientacji.

Gorn zmarszczył brwi,

- Nie rozumiem, dlaczego to czyjakolwiek sprawa. Co w związku z tym?

- Twoja obecność zostanie odebrana jako… Wszyscy pomyślą, że…

- Jestem twoim kochankiem? – dokończył Cousland. Dorian nadal na niego nie patrzył, skinął jednak głową. – Wiesz, można ich wyprowadzić z błędu. Nic trudnego. Trochę się pouśmiecham do ładnych pań i tak dalej. Może do jakichś panów. Może nawet zauważą, jak się z kimś wymykam – spróbował uspokoić maga.

- Chodzi o to – powiedział Dorian, zbierając się na odwagę i patrząc Couslandowi w oczy – że mają tak pomyśleć. Co więcej, mają nie mieć co do tego najmniejszych wątpliwości. Ma to być wiedza powszechna.

W końcu Gorn zrozumiał. Puszczając ramiona maga, złapał za jeden z warkoczy, w które zapleciona była jego broda i zamyślił się głęboko.

- To ma sens – przyznał w końcu. – Jeżeli, jak twierdzisz, a ja przypomnę, wcale się z tym nie zgadzam, jestem tak poważany i w ogóle, to jako twój kochanek otworzę ci sporo drzwi – ciągnął. – Skoro, jak mówisz, ludzie tak bardzo mnie szanują, a moje zdanie jest takie ważne i tak dalej, to jeśli stwierdzę, że „ten magister jest wspaniałą, godną mojej miłości osobą, oszalałem na jego punkcie przez jego dobroć, mądrość, ideały i te de” to ludzie stwierdzą, że coś w tym musi być.

Dorian obserwował oblrzyma, czekając na jakąś konkluzję.

- A ci, którzy się nie zgadzają, to są ble i na pewno nie mają racji. Dodatkowo będziesz miał poparcie byłego Inkwizytora i Wicehrabi Kirkwall. Siła polityczna nie do zmiecenia – stwierdził Gorn. – Jak się ładnie uśmiechnę, to nawet Bhelen coś mruknie, że w sumie jeśli niektóre rzeczy się zmienią, to Orzammar by przychylniejszym okiem spojrzał na Tevinter. Fereldenem to się tu chyba za mocno nikt nie przejmuje, ale mimo wszystko, Alistair pokrzyczy „Wolność dla elfów! Magia krwi jest be!”. Chociaż tyle jest mi winny. A w Weisshaupt to zrobią wszystko, żebym tam tylko wizyty nie złożył, nawet by chyba poparli bryłkowca na tronie Anderfells. Po ostatnich odwiedzinach dali mi do zrozumienia, że moja obecność sprawi im wielką przyjemność. Ale moja obecność jak najdalej od nich.

- Muszę usłyszeć tę historię – mruknął Dorian.

Gorn posłał mu uśmiech.

- To kiedy ten bal?

Notes:

Gorn był pierwszą postacią, którą grałam w uniwersum Dragon Age. Zawsze wyobrażałam go sobie jako nieporadnego olbrzyma, który ma więcej szczęścia, niż rozumu... Zanim się obejrzałam, w jakiś sposób się do niego przywiązałam. Grając w Awakening, DA2 i w końcu w DA:I zawsze zastanawiałam się, jak by sobie radził w Thedas, które obserwowałam i w jakiś sposób kształtowałam. Naturalnie w mojej głowie zaczęły się roić najróżniejsze pomysły, nowe przygody i kłopoty, w które mógłby się wpakować.
Jest tego dużo. Czemu by więc tego nie zapisać?
Dlatego postanowiłam zrobić serię. Historie Z PEWNOŚCIĄ nie będą uporządkowane chronologicznie, nawet ich tak nie piszę. Piszę kilka na raz (do tego nie tylko z uniwersum Dragon Age) każda jest oddzielna, ale powiązana właśnie postacią rudego debila, który w sumie to wszystko robi niechcący. Tak wyszło, no. Proszę na niego nie krzyczeć, nie jego wina, że jest przegrywem.
A znając mnie, tempo będzie ŻÓŁWIE. No ale postuję to, co napisałam.
Dzięki! :D
A tak co do Adaara - siedzi pod butem. Bardzo cicho i grzecznie.