Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Categories:
Fandom:
Relationships:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Series:
Part 4 of "To the world I close my eyes to see"
Stats:
Published:
2022-09-04
Updated:
2022-11-16
Words:
59,679
Chapters:
8/50
Comments:
1
Kudos:
5
Hits:
221

Nieprzewidywalne

Summary:

Nic nie może przecież wiecznie trwać, zwłaszcza pozorne szczęśliwe zakończenie pierwszej części serii.
Sequel do „Niewytłumaczalne”, dziejący się także po wydarzeniach z „If my armour breaks I’ll fuse it back together” (oraz po "This thing called love").
Opowieść o zmianach dobrych i złych, wojnie i pokoju, marzeniach i klątwach, miłości i rodzinie, okraszona standardowym angstem, tajemnicą, kłamstwami, odrobinami fluffu i obietnicą happy endu.

Chapter 1: Prolog

Chapter Text

 

Wbrew temu, czego można by się spodziewać, w lochach Vizygantonu nie było zbyt wiele ciemności i nie działo się to wcale z racji ich położenia, choć niektórzy tak właśnie sobie to tłumaczyli, posłyszawszy opowieści o niemożliwym do przebycia labiryncie korytarzy ciągnącym się pod budynkiem. Nikt, kto ujrzał je na własne oczy nie miał okazji podzielić się wrażeniami z opinią publiczną. Krążyły jednak legendy, utrwalone jeszcze w czasach surowej polityki wyłapywania przez Vizyganton Wiedźm.

Prześladowane przez Radę Magiczną kobiety, które miały nieszczęście odziedziczyć okruch Daru po jakimś swoim magicznym przodku, którego dziecko z nieprawego łoża nie otrzymało możliwości edukacji, zwożono bryczkami, które zamiast dachów i ścianek posiadały kratownicę. Zbiegły zewsząd tłum mógł do woli przyglądać się sprowadzonej do stolicy na sąd Wiedźmie, którą czekał odpowiednio loch lub szafot w zależności od tego, czy okazywała się być jedynie przejawiającą nieokiełznany talent magiczny, nieszkodliwą i często nieświadomą nawet jego pochodzenia, czy też przez lata swego życia zdołała w jakimkolwiek stopniu opanować sztukę magiczną i w takim wypadku najczęściej oskarżano ją o trucicielstwo, przeklinanie ciężarnych kobiet, by dzieci rodziły się w milczeniu lub zsyłanie plag szkodników na uprawy. Skazane na uwięzienie kobiety rzadko chowano od razu pod ziemię, zdarzało się, że okratowane bryczki stały przed murami Vizygantonu długie dni po zakończeniu procesu. Amatorów widowisk, jakie wówczas urządzała sobie tłuszcza, nierzadko zachęcana przez wartowników, nie brakowało.

To jednak działo się jeszcze przed wojną z ludem M’shenzi, w mroczniejszych, mniej cywilizowanych czasach. Zmiany w prawie karnym zezwalające Wiedźmom, Szeptaczkom i Zielarkom na życie w rodzinnych stronach pod warunkiem braku praktyk magicznych położyły kres takim procesom. Zielarki otrzymały swą nazwę dzięki przyjmowaniu ich w roli asystentek przez Mistrzów Zielarstwa, do Szeptaczek po porady zdrowotne zaczęły przychodzić całe wsie i w Erze Srebra, po wojnie z trollami, jedynie Wiedźmy zachowały całkowicie złą sławę, uważane za podstępne i bezwzględne w mieszaniu ułamków magii, która się w nich ostała i wiedzy medycznej, handlując informacjami i współpracując z kontrabandą.

Jednak nawet Wiedźm nie zwożono już do Vizygantonu okratowanymi bryczkami. Czasem jedynie Przewodniczący Rady Magicznej wysyłał któregoś z Widzących, by skontrolował poczynania lokalnych klanów Wiedźm, zwykle jednak kończyło się na ostrych słowach i ostrzeżeniu. Po zakończeniu wojen z ludem M’shenzi i trollami, lochy Vizygantonu świeciły pustkami.

Amnestii co prawda nie ogłoszono, jednak w aktualnej sytuacji Rada nie miała większego powodu, by kogokolwiek przetrzymywać pod swą siedzibą. Dla osób niemagicznych więzienie znajdowało się w pobliżu dworu księcia, zaś mimo wszelkiej niechęci do przyznania tego, nie dało się ukryć, że łamiący prawo magiczne i niemagiczne Widzący lub Magowie niezwykle rzadko zostawali postawieni przed sądem w dość poważny sposób, by dokończyć swoje życie za kratami.

Co wciąż nie znaczyło, że w lochach panowała ciemność. Nie było w nich okien. Nie było zabezpieczonych kratami przejść, dzięki którym można byłoby dojrzeć prowadzonych więźniów i cisnąć w nich zgniłym warzywem, kamieniem albo kulą błota. Podczas wojny cały kompleks więzienny został przeniesiony pod ziemię, a dawne jego budynki zamieniono na magazyny.

Do ciasnych, oddzielonymi wzmocnionymi zaklęciami kratami cel nie wpadał najmniejszy nawet promień słonecznego światła. Mimo to w lochach nawet w środku najbardziej burzliwej nocy było jaśniej niż w dzień.

Światło zaklęto w ścianach budowli, rozsmarowując je zaklęciem niby farbę, aż przesiąkło przez mury i utrwaliło się w nich. Osadzeni nie oglądali słońca, a mimo to w krótkim czasie niemal wszyscy tracili wzrok. Ci, którym udawało się z racji pochodzenia, umiejętności lub po prostu uporu zachować możliwość patrzenia na świat, najczęściej byli pierwszymi z tych, których umysł zaczynał okrywać mrok. Nie trzeba było wiele, by osadzony się przyznał. Wystarczało obiecać, że w zamian za odpowiedź na pytanie zgodnie z oczekiwaniem, wartownicy pozwolą mu zamknąć oczy lub na parę godzin przeprowadzą do ciemnicy, jedynej celi w więzieniu, której ściany pozostały nietknięte zaklęciem.

Męcząca oczy i umysł jasność często wystarczała za środek perswazji przy przesłuchaniach. Wszystko sprowadzało się już tylko do czasu, który kazano oskarżonemu spędzić w murach więzieniach. Rada Magiczna była cierpliwa i skłonna czekać aż okaże on skruchę i przyzna się do wszystkiego.

W tej jasności więźniowie nie rozpoznawali się nawzajem, bezustannie oślepieni, nie nawiązywali kontaktów, nawet gdy Vizyganton w kluczowych chwilach wojny z ludem M’shenzi zapełnił jego generałami niemal każdą celę.

Człowiek zamknięty w jednym z pomieszczeń pośrodku pustego ciągu okratowanych boksów widział jeszcze nie najgorzej, czego przyczyny doszukiwać by się można w potędze jego Daru, siedział bowiem pod ziemią już od bardzo wielu tygodni. Mglista poświata, jedna z pierwszych oznak utraty wzroku od zaklęcia, już zasnuła mu oczy, odbierając spojrzeniu ostrość. Nie próbował jednak walczyć o prawo do pozostawania z zamkniętymi oczami. Większość dni przesiadywał pośrodku celi, ze szklistym wzrokiem utkwionym w rozmazującej się stopniowo przed jego oczami kracie.

Jego szaty, czarne i wzmacniane żelazem, podszyte monogramem przy kołnierzu, mogły sprawiać wrażenie, że więzień wywodził się spośród wyżej postawionych Widzących. Magiem być nie mógł, wyzierający spod oficjalnego płaszcza, kaftan stanowił element podstawowego stroju codziennego Widzących, którym ranga pozwalała na samodzielne przemieszczanie się po krajach Przymierza.

Jego wiek pozostawał tajemnicą, zaropiałe i spuchnięte od stanów zapalnych rany na twarzy uniemożliwiały dokładną ocenę. Jasne, posiwiałe włosy sklejały zacieki krwi, jednak nikt, kto pozostawał zamknięty w lochach Vizygantonu nie mógłby wyglądać inaczej. Wymizerowana sylwetka zdradzała dawną świetność jedynie szerokimi, zaprawionymi w boju dłońmi poznaczonymi bliznami po ostrzach i oparzelinami po promieniach mocy. Trzymał je oparte na kolanach, siedząc w bezruchu. Czasem zaciskał je jakby bezwiednie, układając palce do zaklęć, lecz osłony wokół więzienia skutecznie odbierały mu możliwość czerpania magii z otoczenia. Był bezbronny i miał pełną tego świadomość. Sztylet został mu odebrany podstępem jeszcze nim wtrącono go do lochu. Kryształ rozbito.

Nie to jednak było największym zmartwieniem samotnego więźnia. Od pierwszych chwil, gdy tamtej nocy, nie sposób orzec której to już od czasu jego uwięzienia, przed celą pojawił się jedyny człowiek, który mógł go w tej chwili ocalić, Lucyen wiedział, że nie ma już dla niego ratunku.

Z początku nie rzekł ani słowa mimo wielu pytań, które mu zadano. Wsłuchał się w gniew, który wielu mogłoby całkowicie przegapić w tonie, brzmiącym z pozoru jednakowo lodowato, beznamiętnie i harmonijnie, nie wznosząc się do krzyku, nie zniżając do szeptu, spokojnie, twardo i dobitnie wypowiadając kolejne słowa. Wściekłość targała nim jednak dotkliwie, tego Lucyen był najzupełniej pewien. Słyszał takie przemowy już zbyt wiele razy, zbyt wiele jednostronnych rozmów odbył, by tego nie rozpoznawać. Kto wie, może była to jedna z nielicznych rzeczy, dzięki którym wciąż pozostawał w pełni władz umysłowych, skupiając uwagę na odwiedzającym go co jakiś czas człowieku.

Spodziewał się jego gniewu, znając pod postacią gróźb kolejne kroki jego planu. Nie wątpił, że przesłuchiwanie drugiego więźnia nie przyniesie Przewodniczącemu Rady Magicznej żadnej korzyści. Assasyn milczał odkąd wtrącono go do lochu i bez względu, do jakich tortur się uciekano, nie rzekł ani słowa. Wywlekli go z celi jakiś czas temu, Lucyen nie miał żadnego odniesienia, by ocenić upływające mu w niewoli godziny, mógł więc minąć dzień, a mogło jedynie parę godzin. Wiedział tylko, że w tej chwili trwała noc. Przewodniczący zawsze przychodził do niego w nocy, kiedyś wynikło to z jego słów, które Lucyen skrzętnie zachował w pamięci.

W przeciwieństwie do dumnego, przywykłego do cierpienia assasyna, Lucyen starał się współpracować z panem swego losu. Rozmawiał z nim początkowo, gdy go zamknięto. Starał się pomóc w sposób, w jaki od niego oczekiwano udziału w planie, który może i wydawał mu się szalonym, ale nie jemu było to oceniać. Przewodniczący Rady był gotów sięgnąć po szaleństwo, by dopiąć swego. Wiedzieli to wszyscy, którym zdarzyło się służyć pod jego rozkazami, wiedział i Lucyen, i dlatego łudził się początkowo, że zdoła ocalić sam siebie, jeśli okaże się przydatny. Nie okazał się, mimo najszczerszych chęci. Zabicie assasyna znaczyło także, że i poszukiwania wśród zakazanych arkanów magii nie doprowadziły Przewodniczącego donikąd.

Lucyen był zgubiony i wiedział to doskonale. Posłuchał wszystkiego, co Przewodniczący miał mu do powiedzenia, nie okazując po sobie ani strachu, ani zaskoczenia. Nawet gdy po raz niezliczony usłyszał pytanie, które zadawano mu ryjąc na jego ciele każdą z ran, rażąc każdym promieniem mocy, zmuszając do patrzenia w światło i odbierając mu kolejne skąpe racje żywnościowe. Za każdym razem odpowiadał to samo, także teraz.

- Nie da się – ochrypły, z trudem zrozumiały głos zabrzmiał w celi cicho i powoli, dla więźnia wypowiadanie każdego słowa wiązało się z bólem połamanych zębów i pękających warg – Jest niezłamywalne.

- To samo mówiono o scaleniach – Przewodniczący zbył jego odpowiedź, nie przyjmując jej do wiadomości i tym razem – Nie pytam o podręcznikowy sposób. Postaw sobie hipotetyczne zadanie, gdy nie ogranicza się żadne prawo ani…

- Nie da się – powtórzył, choć wiedział, że nie powinien mu przerywać – Mówiłem ci już. To zaklęcie zaprojektowano tak… by się nie dało. Właśnie z powodu takich jak ty – dodał bezmyślnie, kierowany zobojętnieniem, które zaczynało go dopadać.

Co jeszcze mogli mu zrobić? Co, czego dotąd by nie zrobili, zabić go?

- Nie znam nikogo takiego, jak ja – odparł mu Przewodniczący Rady z wyraźniejszym niż zwykle chłodem w głosie.

- Tacy jak ty są, byli… będą… - Lucyen wiedział, że każdym kolejnym słowem prosił się o dodatkowy cios, jednak gdy zaczął już mówić, czuł, że nie zdoła przestać.

Tak długo milczał. Nie ocaliło go to. Nie było już niczego, czym mógłby sobie pomóc. Nie było słów, których zmilczenie byłoby strategicznym zagraniem. Lucyen nie miał już żadnej strategii.

- Dlaczego nie pojmiesz tego, który został zaprzysiężony? On może odwrócić zaklęcie… na pewno jakoś byś go przekonał.

- Lucyen, jak ty możesz patrzeć sobie w oczy w lustrze? Proponujesz coś takiego? – Przewodniczący nie uśmiechnął się nawet szydząc z niego, najlżejszy grymas nie zmącił bezlitosnego spokoju na jego twarzy – Torturowanie zaprzysiężonego, by złamał zaklęcie?

Lucyen zawahał się tylko na moment.

- Nie możesz go znaleźć…

- Feralnie mu się zmarło.

Nieokreślone przeczucie, że wiedział, do czego zmierzał Przewodniczący, było zbyt słabe, by Lucyen zdołał ostatecznie mu zaufać. Trwało tylko chwilkę, mgnienie oka najwyżej, gdy coś w doborze słów, coś w tym tonie, podszytym gniewem, lodowatym, coś w tym jak dowódca zmarszczył brwi wydało mu się zdradzać, co nim kieruje. Umysł Lucyena był jednak zbyt potłuczony zaglądaniem w niego podczas tortur, jego myśli z trudem obejmowały skupieniem choć jeden element otoczenia i nie zdołał podążyć za owym przeczuciem. Zniknęło, a jemu pozostała już tylko klęska.

- Rada nie zgodzi się, by zdjąć zaklęcie.

- Nie jest to twoje zmartwienie…

- Oni się dowiedzą – wyszeptał już bardziej niż rzekł, przed oczami zawirował mu mglisty kształt, gdy Przewodniczący podszedł bliżej krat – Oni się w końcu zorientują… dowiedzą się, co robisz… odkryją to…

- Och, a skąd myśl, że o tym nie wiedzą? – choć jego ton się nie zmienił, Lucyen wiedział dobrze, że Przewodniczący był w tym momencie rozbawiony.

Znał go od tak wielu lat. I wiedział, doskonale wiedział, że nie usłyszał w tej chwili czczej przechwałki o tym, jak wiele osób obejmował ten plan.

- Obiecałeś mi… - spróbował właściwie jedynie dla własnego spokoju, dla poczucia, że zrobił wszystko, co mógł, podjął się nawet ostatniej, desperackiej próby – Powiedziałem ci wszystko… mówiłeś, że mnie puścisz.

- Mówiłem, że chcę poznać sposób. Nie poznałem. Lucyen, nic dla mnie nie zrobiłeś, czemu ja miałbym zrobić coś dla ciebie?

- Proszę… mam żonę… - wiedział, że Przewodniczący to wie, tak samo jak wiedział, że nie usłyszawszy zapewnień, że jeszcze sobie porozmawiają, mógł szykować się tylko na jedno.

- Żony są różne. Takie, co zdradzają i takie, które się zdradza. Takie, które milczą i którym gęba się nie zamyka. Są też takie, które dosypują mężom wilkczela do zupy i potem muszę wysyłać moich ludzi do jakiejś dziury, by zakuli ową żonę w dyby – Przewodniczący prychnął tak cicho, że Lucyen nie był pewien, czy rzeczywiście to słyszał – Którą z nich jest twoja żona?

- Mam dziecko – to też Przewodniczący wiedział i to także Lucyen czuł, że musi mu powiedzieć prosto w twarz, jeśli to miała być ostatnia ich rozmowa.

- To jeszcze głupsza rzecz do mówienia. Nie wybrałeś go sobie, ono nie wybrało ciebie. Nie masz nikogo, Lucyen, nikogo, kto by cię mógł ocalić – nie cieszył się z tego, nie drwił, nie cedził z lubością słów. Po prostu stwierdził fakt, o którego istnienie sam się postarał.

Przewodniczący Rady Magicznej nie musiał krzyczeć, by przerażać ludzi, którzy przed nim opowiadali. Nie musiał się śmiać, by jego słowa odbierały nadzieję ludziom, którym popielił świat.

- Znajdą mnie… w końcu mnie znajdą! – wydusił Lucyen do siebie już bardziej, zaciskając powieki kurczowo, co jednak nie przyniosło żadnego skutku. Wypalona zaklęciem jasność wżerała mu się w oczy, umysł mąciła rozpacz i poczucie absolutnej bezsilności.

- Znajdziemy – zapewnił go Przewodniczący Rady beznamiętnie – Jutro polegniesz w obronie uciemiężonych na zachodnim wybrzeżu. Nie martw się. Dostaniesz ładny pogrzeb i smutne mowy nad trumną.

- Nie dowiesz się… nie wiesz dalej, jak złamać…

- Nie pomożesz mi już – Przewodniczący Rady wzruszył ramionami nienaturalnie, jak zawsze wydawały się jego gesty, zupełnie jakby musiał je sam zaplanować i wymusić, gdy sytuacja tego wymagała – Znajdę sobie kogoś innego. Dobrej nocy, Lucyen – uniósł dłoń na pożegnanie i skierował się do wyjścia z tego poziomu lochów.

- Poczekaj…! Dziecko!

- Tak, wiem, mówiłeś, że masz dziecko, nie ty jeden, Lucyen, to żadne osiągnięcie.

- Nie. Dziecko… znajdź jego dziecko, tego zaprzysiężonego co umarł… albo rodzica, albo krewnego… zaklęcie zaprzysiężenia opiera się na krwi… to może być jedyna opcja odtworzenia go i zniszczenia – rzuciłby się do krat, by go powstrzymać, gdyby tylko starczyło mu na to sił.

Przewodniczący Rady Magicznej zawrócił i przez moment stał przed celą Lucyena, nie mówiąc nic dość długo, by ten zrozumiał, że nie ocalił tym sobie życia.

- Cztery miesiące ci to zajęło… naprawdę, Lucyen, oczekiwałem czegoś więcej – orzekł wreszcie tonem, który nie pozostawiał złudzeń.

- Nie… proszę… powiedziałem ci… powiedziałem, dałem ci trop…

- Nic mi nie dałeś. Zabrałeś tylko czas.

- Dariel… nie rób tego, proszę…

- Ja niczego nie robię poza tym, co do mnie należy. Dobrej nocy – tym razem kroki oddaliły się od niego cichym stukotem i nie zawróciły pomimo błagalnych krzyków, które ostatecznie uciął zgrzyt żelaznych drzwi zamykających korytarz.

Lochy obłożone były osłonami dość szczelnie i fachowo, by nie było możliwym usłyszeć choćby najgłośniejszych lamentów. Lucyen mógł krzyczeć do woli przez resztę nocy, jaka mu jeszcze została z życia.

 

* * *

 

- Nie musisz mi podsumowywać referatu o tym. Jestem świadom porażki. Nie prosiłem o komentarz, saār. Dopilnuj, by sprowadzono do stolicy najwybitniejszego z Szamanów. Mam do niego sprawę.

Szelest przesuwanych stronic przez moment zagłuszał cały szeptany monolog docierający z drugiego kąta gabinetu. Przewodniczący Rady Magicznej nie zdawał się jednak w najmniejszym stopniu poruszony tym, że reakcja drugiego Widzącego nie dotarła do jego uszu. Przesunął całkiem spory stosik kartek na bok biurka i jego wzrok znów zatrzymał się na pokreślonej wielokrotnie płachcie pergaminu pokrytej do połowy rozszyfrowanym kodem.

Czekała go jeszcze długa noc. Nie wydawał się jednak ani zmęczony, ani zirytowany, może jedynie się zamyślił, gdy rzucił podkomendnemu uważniejsze spojrzenie i wydał ostatni rozkaz przed wygnaniem go ze swojego miejsca pracy:

- I niech ktoś z łaski swojej zorientuje się, gdzie podziewa się mój syn.