Chapter Text
Dedykuję wszystkim,
którzy uciekali lub nadal uciekają
przed prawdą, samotnością
i samym sobą.
Harry nie do końca wiedział, jak czuje się podczas wsiadania do Hogwart Ekspres. Było w tym coś kojąco znajomego, a jednocześnie wyrwanego z kontekstu. Mógł w końcu stać tam na peronie, szukać znajomych twarzy, gratulować nowym uczniom pierwszego roku, a zamiast tego usadawiał się na przybrudzonej kanapie w wagonie dla studentów i bezmyślnie gapił się we własne odbicie w szybie. Pociąg nawet pachniał tak, jak pamiętał. Trochę stęchlizną, trochę kurzem, kocią sierścią i sowim pierzem. Ta sytuacja wydawała się taka… Nie na miejscu. Z tyłu głowy cały czas kotłowało mu się irracjonalne przeświadczenie bycia intruzem.
Odbudowa zamku trwała niecałe dwa lata. Przeznaczono na ten cel większość środków ze skarbca czarodziejów oraz mnóstwo darowizn zamożniejszych rodów. Mury stanęły znów w fasadach tak szybko, że uczniowie, których edukacja została opóźniona lub przerwana z powodu wojny, mogli stawić się na zajęcia wyrównawcze już w styczniu roku dwutysięcznego. Wrzesień był zatem miesiącem prawdziwego rozpoczęcia nauki dla kilku roczników, co sprawiało, że londyńskie powietrze od rana drgało od magii i skrajnych emocji społeczeństwa nadal przeżywającego pokonanie największego czarnoksiężnika od czasów Grindelwalda. Strach, ekscytacja i pragnienie powrotu do normalności były namacalne i momentami wręcz przytłaczające.
Ministerstwo przewidziało również kurs dla osób, które przerwały siódmy rok. Jedna szósta zamku została zmieniona w tymczasowy magiczny odpowiednik college’u, tak aby każdy, kto chciałby mieć papierek świadczący o ukończeniu Hogwartu, dostał taką możliwość. Mieli powtarzać większość materiału od początku i solidnie przygotować się do egzaminów, a następnie przestać być niewygodnym tematem grona pedagogicznego.
Wybraniec zgłosił się jako pierwszy z Pokrzywdzonego Rocznika . Był nawet taki miły, że pokazał się na konferencji i pozwolił się sfotografować „Prorokowi Codziennemu”. Skoro i tak miał pojawić się kolejnego dnia na pierwszej stronie, to wolał, żeby wkleili na okładkę aktualne zdjęcie, a nie wycinek listu gończego.
Potem dowiedział się, że jego przyjaciele nie dzielą z nim planów na najbliższy rok.
— Chyba żartujesz, Hermiona — parsknął podczas jednego ze spotkań. — Ty nie masz zamiaru wrócić do szkoły?
— Harry, nie zrozum mnie źle. Bardzo chętnie bym tam z tobą pojechała, sama przecież patronowałam całemu projektowi. Ale teraz mam ważniejsze sprawy na głowie, w ministerstwie robi się gorąco i… Muszę zostać, jeśli nie chcę, aby zabrano mi posadę sprzed nosa. Poza tym owutemy zdaję w sierpniu, nie mam po co tam wracać.
Harry nie odpowiedział na te wyjaśnienia, a Rona postanowił nawet nie pytać o jego wizję najbliższej przyszłości. Gdy dotarło do niego, że sam wpędził się w brak bezpośredniego kontaktu z przyjaciółmi przez dziewięć miesięcy, coś w jego wnętrzu poruszyło się niespokojnie z wyraźnym rozczarowaniem i goryczą.
Chciało mu się śmiać z tego, jak ironiczny los zgotowało mu przeznaczenie. Uratował świat przed pochłonięciem przez niecne plany jakiegoś pajaca z wybujałym ego, uniknął śmierci w sposób, jaki nie do końca rozumiał, pomścił prawie wszystkich ludzi, którzy przez niego umarli, a teraz siedział w pociągu i pociły mu się ręce, bo obawiał się tego, że nie zda egzaminów pod koniec roku.
Ostatnie dwa lata były dziwnym okresem w jego życiu. Był w ciągłym ruchu, źle sypiał, unikał długich, spokojnych momentów, w których miałby okazję do przemyślenia swojego życia. Właściwie do powrotu do Hogwartu przekonał go własny cichy głos z tyłu głowy, przypominający mu o tych lepszych momentach jego edukacji, kiedy szkoła kojarzyła mu się z ciepłem i bezpieczeństwem. Poza tym musiał zdać owutemy. Skupi się na zaliczeniu potrzebnych mu przedmiotów, zajmie myśli niekończącymi się regułkami. Znajdzie sobie jakiś cel, przynajmniej do czerwca, a potem zastanowi się co dalej. O ile będzie coś dalej.
Uchylił okno, bo w przedziale zrobiło się tak przeraźliwie duszno, że zaczął obawiać się, czy na pewno dotrwa do końca podróży. Już widział te nagłówki: „Chłopiec, Który Udusił Się w Hogwart Ekspress?” . Czytanie tych bzdur, które wypisywano o nim w mediach, trochę trzymały go w ryzach, więc może daliby mu chociaż jakiś ambitny nagłówek po śmierci. O kim czytaliby czarodzieje przy porannej kawie, gdyby nie on? Dzięki niekończącym się artykułom czuł nadal potrzebny. Właściwie to czasem jego znajomi też dostawali jedną czy dwie rubryki w bardziej znaczących pisemkach. Rozpisywano się o całkiem świeżym podejściu politycznym nowej kandydatki na posadę Ministra Hermionie Granger-Weasley, kolejnej znakomitej akcji ratowniczej jej męża Rona, genialnych rozegraniach Ginny podczas meczów quidditcha. No i oczywiście obowiązkowo raz na tydzień pierwszą stronę zajmowała twarz Dracona Malfoya.
„Draco Malfoy w separacji z Astorią Greengrass! Zdradzamy szczegóły byłego związku potomka jednego z najbliższych ludzi Tego-Którego-Imienia-Nie-Wolno-Wymawiać!”
„Tylko u nas sekrety Malfoyów! Co po odejściu Lucjusza dzieje się za zamkniętymi drzwiami?”
„Kolejny proces Lucjusza Malfoya! Draco nie pojawił się na rozprawie!”
Po jakimś czasie zaczął mu już współczuć. Może i był wrednym burżujem, ale ludzie wpychali się w jego życie, jakby co najmniej był kimś pokroju… No, Harry’ego.
Kiedy z braku zajęcia zaczął już dreptać kółka po pomieszczeniu, do jego przedziału zawitała pani z wózkiem.
— Co dla ciebie, kochaneczku? — Uśmiechnęła się rozkosznie. Dokładnie tak jak wtedy, kiedy był jedenastolatkiem, który dowiedział się o swoich magicznych umiejętnościach zaledwie miesiąc wcześniej. Siedział wtedy zachwycony perspektywą nowego przyjaciela, ucieczki od Dursleyów do magicznej rzeczywistości, o której nie śmiał marzyć w komórce pod schodami na Privet Drive 4.
Aktualnie miał dwadzieścia lat i cichą nadzieję, że ten rok upłynie na tyle wolno, że wszyscy zapomną o jego błędach. Albo on sam zapomni, na kogo patrzy codziennie rano w lustrze. I znajdzie kolejną wielką misję, ale tym razem całkiem swoją. Koniec ratowania świata, Potter .
Teraz ratuj siebie.
— Czekoladową żabę, jeśli można. — Wyciągnął z kieszeni kilka monet i podał staruszce.
Kiedy wyszła i ruszyła dalej korytarzem, Harry otworzył opakowanie. Chwycił od razu żabę, żeby nie zwiała mu przez otwarte okno, po czym podniósł kartę.
Wybraniec puścił mu oko, po czym uciekł z portretu.
***
— Na litość boską, Potter, dlaczego po prostu nie teleportowałeś się do Hogsmeade?
— Dlaczego w ogóle w takim razie jest wagon dla studentów? Myślałem, że wszyscy jadą pociągiem, pani profesor!
— Wagon jest dla studentów, którzy nie mają uprawnień do teleportacji albo kominka sieci Fiuu w domu!
— …
— Dlatego właśnie powtarzasz rok.
***
Harry myślał, że będzie więcej osób.
Ze zdziwieniem odkrył, że ma własny pokój, co oznaczało zero współlokatorów równoznaczne chociażby z brakiem potrzeby zrywania się rano, by zająć łazienkę. No i więcej niż trzy półki w szafie. Harry nienawidził konieczności chowania połowy ubrań w kufrze podczas roku szkolnego. Dzielenie sypialni miało mnóstwo wad, które często nie równoważyły się z zaletami. Mieszkanie z Ronem i innymi rówieśnikami (czyli bandą dojrzewających chłopaków z wahaniami hormonów) potrafiło być nie do zniesienia. Tym bardziej że tylko on i Seamus potrafili dostrzec korzyści płynące z używania dezodorantów.
Z pewnym wahaniem przysiadł na łóżku. Miał wrażenie cofnięcia się w czasie. Siedzenie w tym miejscu doprowadzało go do migreny. Czuł pewną dezorientację; jakby bez żadnego uprzedzenia został wrzucony w środek swojego dawnego życia. Przypominało to do złudzenia działanie zmieniacza czasu.
Przed wojną nie rozmyślał o tym, co stanie się po tym, jak wygrają. Ciągany z miejsca do miejsca, od bitwy do bitwy, był nabuzowany adrenaliną do tego stopnia, że walka była już odruchem, zapewnieniem przetrwania i codziennością. Nie widział problemu w tym wszystkim. Nie miał czasu.
Właściwie to był pewny, że do tego momentu będzie już martwy.
Jakimś cudem siedział na przyjemnie zapadającym się materacu wypchanym gęsim pierzem i z roztargnieniem próbował dostrzec wokół jakiś zwiastun nadchodzącego niebezpieczeństwa. Jego mięśnie były napięte, umysł gotowy do ucieczki. Nic się nie działo — żadnego przeszywającego bólu blizny, błysków za oknem, krzyków. Cisza go wcale nie uspokajała. Nadal nie potrafił zmusić się do wstania w obawie, że wszystko runie pod wpływem jego kroków. Przesunął palcami po jednym z hebanowych filarów podtrzymujących baldachim nad łóżkiem i wypuścił powietrze z płuc.
Zaczął wątpić w słuszność powrotu do szkoły.
***
Całe dnie podróżował, udzielał wywiadów i ścigał się z własną sławą, jakby sama Śmierć za nim ganiała. Jadł w biegu, pił w pośpiechu i żył szybciej, niż zdołałby choćby pomyśleć o zawaleniu się fasady, na której postawił pomnik idealnego i pożądanego Wybrańca.
Pierwsze pęknięcie na tej pozornie idealnej statui pojawiło się w lutym, w momencie udania się na urlop zdrowotny (nie wykorzystał ani jednego przysługującego mu dnia wolnego od dnia przyjęcia posady aurora), bo paskudnie rozchorował się podczas jednej z misji w Munrosach. Nie potrafił wstać z łóżka, więc pośpiesznie wysłał sowę i uznał, że zasługuje na chwilę wytchnienia. Chyba wszyscy w Departamencie Przestrzegania Praw Czarodziejów odetchneli z nieopisywalną ulgą na tę wiadomość. Zaczęli się poważnie zastanawiać, czy Harry Potter nie jest przypadkiem jakimś cyborgiem z zadatkami na pracoholika. Po dwóch godzinach w łóżku zaczął działać na niego w roztargnieniu zażyty eliksir pieprzowy, który odetkał mu zatoki. Buchając parą z uszu, przykrył się kołdrą i uznał, że właściwie takie leniwe niuanse mogłyby na stałe zagościć do jego życia. Dopóty miał takie zdanie na temat chorobowego, dopóki nie przebudził się z drzemki w absolutnie tragicznym samopoczuciu. Jego umysł produkował stanowczo za dużo myśli (to mieściło się w ramach dziennej normy), ale tym razem miał też zdecydowanie idealną ilość czasu, żeby mógł je dopuścić do głosu.
Trzy dni anginy wystarczyły, aby Chłopiec, Który Przeżył kompletnie się załamał. Zapewne gdyby kilka lat wcześniej Voldemort posiadał taką wiedzę to, zamiast doprowadzać do serii zawałów wśród konserwatorów zabytków w Wielkiej Brytanii, po prostu przykułby go do łóżka i wlewałby w niego hektolitry rosołu.
Ginny Weasley, która wpadła z siatką leków i jedzenia na wynos, zastała swojego byłego chłopaka wstrząsanego niekontrolowanym szlochem, skulonego w kącie łazienki. Pierwszy raz od dawna widziała w nim tego przerażonego chłopca z komórki pod schodami, którego poznała dziewięć lat wcześniej na peronie. Spóźniła się na trening Harpii, bo próbowała bezskutecznie zmusić osowiałego po wyjątkowo podłym koszmarze do wzięcia leków. Cholera, boleśnie było patrzeć na Harry’ego pusto wlepiającego spojrzenie w ścianę, mrucząc słowa przeprosin pod nosem jak zaklęcie. W niczym nie przypominał swojej idealnie uśmiechniętej wersji z okładek brukowców z obłędnie zielonymi oczyma i wyzywającym błyskiem sprytnie ukrywanym za okularami.
Czasem bywała skłonna myśleć, że zna Pottera bardziej niż samą siebie. Potrafiła dostrzec jego drżące ręce schowane za wyprostowanymi plecami przy rozmowach o wojnie, nerwowe strzelanie palcami podczas pogawędek o rodzicach znajomych i kręcenie młynków kciukami tuszujące zirytowanie ludźmi wokół.
Oni nie rozumieją, powiedział jej kiedyś łamiącym się głosem nad „Prorokiem Codziennym”. Nie pytała. Sama nie mogła zrozumieć. Przeżyła żałobę. Przetrwała wojnę. Poszła na terapię. Ale nigdy nawet nie próbowała zrozumieć tego, co przeżywać mógł Harry, który wbrew sobie musiał wyjść z szeregu i zadecydować o własnej śmierci. Ona miała wybór, którego przeznaczenie nigdy nie dało Wybrańcowi. Nikt nie spytał go, co o tym myśli. Nikt nie spytał go, czy jest gotowy. Na jego miejscu uciekłaby z tego lasu. Samo wyobrażenie pójścia na własną egzekucję doprowadzało ją do mdłości, a to nie na jej sumieniu był los tylu osób. Tymczasem on był tak spokojny, kiedy jej o tym opowiadał, że nie umiała powstrzymać dreszczy. Przerażało ją to, jak upadło ich społeczeństwo, pozwalając wierzyć siedemnastolatkowi, że taki właśnie był jego los. Umrzeć.
Ginny kochała Harry’ego, ale zbyt wiele lat zajęło jej uświadomienie sobie, że nie jest to ten rodzaj miłości. Nigdy nie był. Przeszła z fazy podziwiania przyjaciela swojego brata do podziwiania bohatera, który uratował ją z Komnaty Tajemnic przed dziennikiem. Była mu tak wdzięczna, że trudno było jej powstrzymać samą siebie przed pomyleniem tego uczucia — próby odpłacenia mu tego wszystkiego, co zrobił dla jej rodziny — z zauroczeniem. Potem poszło z górki i sama nie wiedziała, kiedy trzymała klucz do ich wspólnego mieszkania, gdzie mieli razem otrząsnąć się po wojnie. Dopiero kiedy zrozumiała, że patrzy na swojego chłopaka jak na przyjaciela, poczuła się mniej winna tego, co czuje podczas pocałunków. Właściwie tego, że nic podczas nich nie czuła. Kamień spadł jej z serca, gdy terapeutka powiedziała jej, że wcale nie jest dziwna. Po prostu pomyliła platoniczną chęć zaimponowania swojemu koledze, którego szanowała, z zakochaniem. To się zdarza . Podczas powrotu do domu z centrum pomocy psychologicznej zdała sobie sprawę z czegoś jeszcze bardziej istotnego.
Cholera, jej nawet nie podobali się mężczyźni. Gdy testowała sama przed sobą smak słowa „lesbijka” , poczuła się nagle zrozumiana jak nigdy, mimo że nie było wokół niej nikogo. Tylko ona i zlepek liter — kolejny rzeczownik, którym mogła się określić.
Harry odetchnął, gdy mu powiedziała. Nie pojawiła się w nim choćby kropla goryczy. Nie miał piętnastu lat. Potrafił obiektywnie stwierdzić, że i tak nie byli dla siebie pisani. Mógł jedynie pogratulować Ginny odkrywania siebie, życzyć jej wszystkiego dobrego i spytać, czy czuje się komfortowo z pozostaniem przyjaciółmi, na co przytaknęła, więc mieszkali ze sobą razem jeszcze długi okres czasu, bo była to po prostu ekonomicznie odpowiedzialna (wręcz dorosła) decyzja. Weasley przeniosła się na kanapę w salonie po stwierdzeniu ze śmiechem, że skoro może pozbyć się nocnego problemu żywego grzejnika u swojego boku, to bez wahania tę szansę wykorzysta. Poza tym nic się prawie nie zmienili. Czas na rozmowę nadal mieli tylko w weekendy, bo w trakcie tygodnia ich grafiki ze sobą kolidowały. Wciąż robili sobie noce filmowe w nieocenionym towarzystwie chińszczyzny na wynos i zatrważająco słodkich napojów. Pozbyli się pewnej bariery, wcześniej utrudniającej im spędzanie czasu. Zniknęła ta presja pałania do siebie wielkimi, podniosłymi uczuciami.
Byli tą jedną parą byłych, których życie po zerwaniu było spokojniejsze niż przed nim.
Dziesiątego marca Harry publicznie ogłosił podczas konferencji, że wraca do Hogwartu. Dwunastego marca Ginny powiedziała mu, że razem ze swoją dziewczyną znalazły mieszkanie i spytała, czy pomógłby jej z przeprowadzką. Zgodził się. Nie pytał o szczegóły. Gdyby chciała się z nim czymś podzielić, po prostu by to zrobiła. Ostrzegła go, że jeżeli palnie lub zrobi coś głupiego, to wsadzi mu miotłę w tyłek i tyle będzie miał z powrotu do szkoły.
Piętnastego marca wszedł do salonu i zastał w nim mnóstwo pudeł, taśmy klejącej oraz intruza. Odruchowo sięgnął po różdżkę, przyjął pozycję odpowiednią do ataku i już miał wylegitymować nieznajomą, kiedy ta odwróciła się i okazała się wcale nie być przypadkowym bandytą czekającym na zabicie Wybrańca. W odległości czterech metrów od niego stała uśmiechnięta Padma Patil, która na widok jego pozy wybuchnęła śmiechem tak mocno, że zgięła się wpół i oparła dłonie na kolanach.
— Ginny mówiła, że mam się ciebie nie przestraszyć, gdy wparujesz do środka i mnie rozbroisz, ale myślałam, że tylko żartowała — wydusiła przy próbie opanowania chichotu.
— Przepraszam — mruknął i zabrzmiał chyba nieco niemiło, bo Padmie uśmiech zszedł z twarzy. Wymierzył sobie mentalnego kopniaka. — Pomóc ci z czymś?
— Właściwie to już kończę.
Niepewnie pokiwał głową. Zmierzył dziewczynę swojej byłej wzrokiem. Wyładniała. Pamiętał, że Seamus uznał kiedyś bliźniaczki Patil za najładniejsze dziewczyny na roku, ale jakoś nigdy nie zwracał na nie uwagi, nawet gdy z jedną z nich wylądował na Balu Bożonarodzeniowym. Teraz umiał dostrzec, o co mogło mu chodzić. Padma była smukła, miała w swoich ruchach spokój i coś melancholijnego ( Jak Luna, przeszło mu przez myśl. Może to wspólna cecha Krukonów… ). Jej szerokie dżinsy z naszytymi motylkami kończyły się nad kostkami, wokół których obwiązane miała sznurówki czerwonych trampek. Kolorowy kardigan zsuwał jej się z ramion, kiedy owijała uważnie bibeloty Ginny w folię bąbelkową.
— Mam coś na twarzy? — spytała i zdał sobie sprawę, że bezczelnie się na nią gapił. Poczuł, jak czerwienią mu się uszy. — Ginny powiedziała ci, że…
— Ma dziewczynę, tak. Zamyśliłem się po prostu. — Posłał jej nieco wymuszony uśmiech. Niezręczność tej sytuacji była tak absurdalna, że nie pozostało mu nic innego niż pójście do kuchni w ramach rehabilitacji za postawienie Padmy w niekomfortowej sytuacji. — Chcesz herbatę? — zawołał z nadzieją, że jeszcze go nie znienawidziła.
Chciała.
Wrócił po dłuższej chwili i postawił kubki na jedynej wolnej przestrzeni płaskiej, jaką był parapet. Położył na spodku Padmy herbatnika. Był w końcu człowiekiem czynu.
Chyba ciągła praca pozbawiła go wszelkich umiejętności funkcjonowania w społeczeństwie, bo gdy tylko usiadł na zawalonej kocami sofie, w pokoju zapadła nieprzyjemna cisza. Zaczął bębnić palcami w kolano, próbując znaleźć za oknem jakiś ciekawy punkt, na którym mógł bezpiecznie zawiesić wzrok. Padma usiadła po drugiej stronie kanapy.
— Miała rację — mruknęła, a Harry uniósł brew.
— Kto?
— Ginny. Mówiła, że masz chyba jakiś zespół niespokojnych dłoni.
— Rozmawiałyście o mnie?
Szczerze go to zdziwiło. Był z nią blisko, ale myślał, że na początkach związku nie rozmawia się o swoich eks, przynajmniej sam miał z takimi pierwszymi randkami niezbyt dobre wspomnienia. Pytał nawet Ginny, czy jej dziewczynie nie przeszkadza to, że nadal jest jej współlokatorem, ale zaprzeczyła.
— Och, jasne. Jesteś jedną z najbliższych osób Ginny. Martwi się o ciebie.
— Nie przeszkadza ci to?
— Nie jestem szaloną laską, która będzie biegać i starać się zepsuć każdą relację swojej dziewczyny. Gdybym jej nie ufała, to po prostu bym z nią zerwała. Poza tym Ginny nie wchodziłaby dwa razy do tej samej rzeki. — Puściła mu oczko i upiła łyk herbaty.
Tego dnia między Harrym a Padmą zawiązała się nić porozumienia.
***
Powrót do hogwarckich standardów nie należał do najłatwiejszych. Wszystko w zamku przypominało mu o wojnie. Nie umiał pozbyć się zapachu krwi oraz pyłu w swoich nozdrzach, gdy wstawał i zasypiał. Miał wrażenie, że wszyscy się na niego gapią podczas posiłków w Wielkiej Sali, gdy siedząc na samym końcu stołu studenckiego, próbował w spokoju wypić sok dyniowy i zjeść paszteciki wypchane ciecierzycą. Pochylał się nad swoim talerzem i pilnował swojego nosa, próbując pozbyć się tej niechcianej uwagi. Lubił być w świetle reflektorów, ale nie kiedy większość patrzyła na niego jak na małpkę w cyrku. Kiedy szedł korytarzem i słyszał szepty, chciało mu się śmiać — nie po to uratował ten głupi świat, żeby znów skradać się między innymi uczniami jak na drugim roku, gdy wszyscy myśleli, że jest Dziedzicem.
Próbował sam usprawiedliwiać w duchu ich zachowanie. Stracili przez jego złe planowanie kolejnych ruchów mnóstwo ludzi, uczniowie w Hogwarcie przeżywali niemal rok piekła na lekcjach śmierciożerców, kiedy on biegał po lasach, szukając jakichś durnych świecidełek, a na dodatek przyczynił się (podobno) do śmierci Dumbledore’a. Może potrzebowali trochę czasu na zaakceptowanie faktu, że oprócz nadprogramowego heroizmu nie różni się od nich tak diametralnie. Chyba.
Nieoczekiwanym wsparciem okazała się być Romilda Vane. Usiadła raz obok niego podczas lunchu i od tamtego momentu zaczęli trzymać się razem. Była, co prawda, dwa lata młodsza i nie wiedział, czy wyleczyła się już z uczucia, jakim darzyła go wcześniej, ale nie wybrzydzał w towarzystwie, szczególnie, że praktycznie żaden z jego znajomych z Gryffindoru nie postanowił wrócić. Romilda podczas przerwy od nauki dokształciła się na własną rękę w eliksirach na poziomie ponadpodstawowym i przerobiła podręczniki, więc po testach, jakie zapewniło ministerstwo, McGonagall bezproblemowo przepisała ją na listę studentów.
Vane też się zmieniła. (Od kilku dni miał wrażenie, że tylko on stanął w miejscu). Nadal miała burzę czekoladowych loków na głowie i przyjemny dla ucha głos, ale widać było, że wojna mocno na nią wpłynęła. Nie uśmiechała się prawie wcale. Twarz miała poharataną i borykała się z problemami z lewą ręką, po tym jak oberwała jakimś zaklęciem. Musiał zajmować miejsce po jej prawej stronie, gdy siedzieli razem nad gazetami i obsmarowywali wspólnych znajomych. Vane namiętnie zamawiała wszelką prasę. Uważała, że wtedy nie ma wrażenia, że cały świat zamyka się w murach Hogwartu. Harry uważał natomiast, że Romilda po prostu była wścibska.
Romilda przypominała mu trochę Fleur, tylko bardziej ciętą i sarkastyczną. Poświęcał czasem popołudnia na rzecz pomocy dziewczynie w praktycznym OPCMie. Była przeciętna w pojedynkach, ale wiedzą teoretyczną przewyższała go dwukrotnie. Czasem brała dla Harry’ego tosty, żeby mogli je razem zjeść na błoniach w czasie przerwy obiadowej, kiedy widziała, że nie pojawiał się na śniadaniu. Nie chciała wiedzieć, dlaczego nie przychodzi na posiłki. Nie sprawiała wrażenia zainteresowanej, więc nie czuł przymusu zwierzania się jej. Nie nazwałby Vane przyjaciółką, ale na pewno była kimś, dzięki komu pierwszy tydzień szkoły był nieco bardziej znośny. Możliwe, że została ofiarą desperackich prób znalezienia kogoś, kogo mógłby bronić. Problem leżał w tym, że Romilda wcale nie potrzebowała bycia chronioną.
Drugie pęknięcie nastąpiło dużo bardziej gwałtownie i zatrzęsło posągiem w posadach.
Pierwszy tydzień był dla nich wolny. Mieli się rozpakować, zaadaptować, pozwolić na moment słabości w tak obcym i jednocześnie znajomym budynku. Trochę się rozejrzeć, ewentualnie zaplanować ucieczkę. Jednak kiedy nastał kolejny poniedziałek, nie było litości. Wymagano obecności na wszystkich lekcjach.
Profesor McGonagall zebrała studentów dzień po uczcie powitalnej, żeby objaśnić im ich plany lekcji, które większość podczas posiłku przyjęła z niemałą konsternacją. Harry nie zaopatrywał się w nowy podręcznik od historii magii, więc na planie ujrzał wytłuszczone “HiMa”, prawie zakrztusił się sokiem dyniowym. Wcześniej klasa zdająca owutemy musiała uczęszczać jedynie na zajęcia wybrane na podstawie wyników SUMów, jednak po wojnie zdecydowano, żeby klasy po piątym roku niezdolne do ukończenia edukacji powinny powtórzyć całość materiału. Deklaracje, które owutemy dany uczeń ma zamiar zdawać, mieli, zgodnie ze słowami dyrektorki, dostać po przerwie wiosennej. Harry dostał formularz z fakultetami w ułamku sekundy i widząc do wyboru runy, astronomię, zielarstwo, numerologię, wróżbiarstwo i opiekę nad magicznymi stworzeniami, poczuł opuszczające go siły. Musiał wybrać chociaż dwa z nich, a widok śmigającej po kartce dłoni Vane wcale go nie pocieszył. W końcu zaznaczył z westchnieniem astronomię i onms. Dopiero po zniknięciu papierów przypomniał sobie, że do zostania aurorem potrzebuje zielarstwa. Czy jeśli pracował już jako zastępca szefa grupy uderzeniowej, nadal będą patrzeć na jego oceny…?
Wyszedł na korytarz w paskudnym nastroju.
Najbardziej bał się eliksirów. Oczywiście, była to jego pierwsza lekcja w semestrze. Świadomość, że nie będzie tam Snape’a z miną, jakby ktoś trzymał go w szkole za karę, sprawiała, że czuł niewyobrażalną awersję do samej idei udania się na te zajęcia. W głowie tłukło mu się wspomnienie atakującej Nagini, trzeszczących desek Wrzeszczącej Chaty, wysokiego, czystego głosu Voldemorta. Powoli ulatującego życia profesora wraz z łzami płynącymi po ziemistych policzkach, wspomnieniami kipiących z niego jak wrzątek. Hermiona, podaj mi fiolkę . Desperacko zaciskanej na szyi dłoni i krwi nauczyciela spływającej pomiędzy palcami. Odoru spróchniałego drewna mącącego w głowie. Niewypowiedzianego Wybacz mi, Harry.
Powoli ruszył ku lochom. Nogi odmawiały mu posłuszeństwa i szczerze nie miał pojęcia, co się z nim dzieje. Przecież miał wcześniej lekcje ze Slughornem, Snape nawet nie był jego ostatnim profesorem od eliksirów. Obcy ciężar zalegał mu w okolicach klatki piersiowej, więc wziął kilka głębszych oddechów w nadziei, że jest to jedynie moment słabości. Znowu był tym samym dzieciakiem stresującym się przed wejściem do klasy. Teraz jednak zamiast bać się obecności nauczyciela, bał się jej braku.
Kierując się ku schodom, usłyszał szmer towarzyszący pojawieniu się osoby na obrazie. Zignorował to. W zamku było tyle obrazów (nawet jeśli duża część kolekcji przepadła w wyniku wojny), że gdyby zwracało się uwagę na każdy z nich, droga trwałaby wielokrotnie dłużej.
— Mój chłopcze! — Ten głos był tak znajomy, że Harry prawie upadł w wyniku zbyt gwałtownego zatrzymania się. Serce chyba starało się wyrwać mu się z klatki piersiowej takim biciem w takim szaleńczym tempie.
Zamknął oczy i przełknął ślinę. Torba zsunęła mu się z ramienia przez drżenie ciała i zwisała swobodnie ze zgiętej w łokciu ręce.
To nie mogła być prawda. Ten człowiek nie żył. Nie mógł dać mu kolejnego zadania. Nie mógł. Nie po to spędził tyle nieprzespanych nocy, próbując się pogodzić z tym, że on już umarł. Że ich spotkanie na białym King’s Cross było ostatnim. Że przepowiednia już była skończona. Odwrócił się tak powoli, jak tylko mógł.
Albus Dumbledore uśmiechał się do niego z portretu.
Sam nie wiedział, kiedy rzucił się biegiem przez korytarz, pozwalając swoim nogom kierować. Wpadł jak burza do najbliższej łazienki i zamknął się w kabinie. Próbował złapać oddech, ale miał wrażenie, że cząsteczki tlenu przed nim uciekają. Wdech, wydech, wdech. Osunął się na kafelki i ukrył twarz między kolanami. Myśli prześcigały się w jego głowie z taką szybkością, że pot zebrał mu się na karku. Wdech, wydech. Wsunął palce we włosy i czekał, aż panika opadnie. Oprawki okularów wbijały mi się w skórę. Wdech, wydech.
Może mu się zdawało. Może był to tylko starzec podobny do Dumbledore’a. Mnóstwo tutaj takich było. Po co miałby ruszać się z wygodnej ramy w pokoju dyrektorskim?
Harry nie poszedł na eliksiry, a potem na transmutację. Właściwie, wrócił do dormitorium i starał się nie zwariować.
Vane cały pierwszy tydzień dawała mu spisywać notatki z lekcji. Powiedziała mu, że uczniowie zaczęli szeptać, że jego cały powrót do szkoły był jedynie propagandowym zagraniem Ministerstwa, żeby czarodzieje posłali swoje dzieciaki do Hogwartu. W sobotę złapała go, gdy wyszedł na lunch, bo powiadomiła go dzień wcześniej, że nie ma zamiaru dłużej wynosić dla niego jedzenia. Spytała, czy ma zamiar zacząć w końcu uczestniczyć w lekcjach. Odparł, że nie wie. Przełożyła mu przez łeb jednym ze swoich kolorowych pisemek.
Trochę go to otrząsnęło.
Przyjechał tutaj, żeby się uczyć, a nie ukrywać przed portretem dyrektora. Był Gryfonem. Jednym z najpotężniejszych czarodziejów XX wieku. Radził sobie z gorszymi rzeczami niż z jakimś staruszkiem uwięzionym w ramie obrazu.
W poniedziałek rano znalazł Romildę w Pokoju Wspólnym. Stała przy ścianie ze skrzyżowanymi nogami i wpychała coś na siłę do skórzanej torby. Przewiązała tego dnia włosy bandaną o kilka odcieni jaśniejszą od gryfońskiego krawatu, ale i tak luźne loki opadały jej uparcie na czoło. Jej prawa dłoń non stop wędrowała ku brązowej twarzy naznaczonej jasnymi bliznami. Harry kilkoma susami zbiegł po szerokich kamiennych schodach i zeskoczył na podłogę przykrytą dywanem. Uśmiechnął się, a dziewczyna w odpowiedzi wywróciła oczami wyraźnie zirytowana wizją bycia spóźnioną na pierwszą lekcję.
Zeszli do dolnej części zamku. Mimo że nie był to teoretycznie ten sam budynek co przed wojną, to Harry nie zauważył różnic poza wydzielonym tymczasowo skrzydłem studenckim. Rozkład pomieszczeń był odwzorowany podczas rekonstrukcji niemal jeden do jednego. Hermiona o to zadbała. Zawsze zwracała uwagę na takie detale.
Jakaś gałka oczna spojrzała zza szklanej ścianki słoika w kierunku drzwi i Harry’ego przeszedł dreszcz obrzydzenia. Był przekonany, że nigdy w pełni nie przekona się do warzenia eliksirów. Romilda zauważyła jego zawahanie. Popchnęła go do przodu bez ostrzeżenia, żeby nie miał czasu na reakcje. Wpadł do środka i rozejrzał się pospiesznie po pomieszczeniu. Urządzono je bardziej na styl panujący przy nauczaniu Slughorna. Pozbyli się mroku, jaki za kadencji ubóstwiał Snape.
Napięcie towarzyszące mu od ostatniego tygodnia zniknęło, jak ręką odjął. Nigdzie nie widać było Severusa, który mógłby mu coś zarzucić. Tylko on otwarcie mówił mu o tym, jak bardzo nie nadaje się na Wybrańca. Kiedy był młodszy, jego wybujałe ego nie potrafiło zaakceptować słów nauczyciela. Z biegiem lat odkrył, że w ociekających jadem słowach Snape’a było jednak coś boleśnie prawdziwego. Chyba dlatego tak go nienawidził przez te wszystkie lata. Nadal trochę go nienawidził.
Vane pociągnęła go za łokieć i posadziła na taboret obok siebie. Zajęła im dosyć spory stolik na tyłach sali. Bezpieczne miejsce, gdzie nie rzucali się w oczy profesorowi, ale nadal byli w stanie dojrzeć tablicę. Na środku ławki stał cynowy kociołek w standardowym rozmiarze.
— Dobrze?
— Co? — zapytał mało przytomnie. Zawisnął z piórem nad kałamarzem, widząc jej skrzywiony wyraz twarzy. Wyglądała, jakby zjadła cytrynę. Harry zaczął przypuszczać, że była to jej standardowa mina zaraz po znużeniu.
— Potter, zachowujesz się jak zombie. Pytałam, czy wszystko okej.
— Tak. I nie zachowuję się jak zombie.
— Masz rację. Zachowujesz się jak wyjątkowo uciążliwy ghul. — Westchnęła. Położyła swoje podręczniki na blat. Chwyciła w palce jego podbródek i mało delikatnie obróciła jego głowę w swoim kierunku, zmuszając go do kontaktu wzrokowego. Odruchowo jego dłoń powędrowała do kieszeni, gdzie trzymał różdżkę. — Jeśli będziesz się źle czuł, kopnij mnie w kostkę. Poproszę nauczyciela, żeby puścił nas do Skrzydła, bo zrobiło ci się słabo od oparów. Okej? — Już miał odmówić, kiedy dostrzegł w jej oczach niemą prośbę, iskrę zmartwienia prześwitującą przez pozorną maskę zirytowania.
— Okej.
Cofnęła rękę i rozwinęła swój pergamin, jakby sytuacja przed momentem nie miała miejsca. Sam pochylił się nad skopiowanymi notatkami i zaczął próby rozczytywania pochyłego pisma koleżanki. Z tego co zdołał się dowiedzieć, ostatni tydzień głównie powtarzali materiał z poprzednich lat i przygotowywali mało zaawansowane eliksiry. Z tym sobie w miarę radził. Przez moment zatęsknił za podręcznikiem Księcia Półkrwi. Skarcił się w duchu.
Ich nowy nauczyciel, profesor Russo, miał ciemne włosy przyprószone siwizną, ekspresyjną mowę ciała i zapał w oczach. Tłumacząc, żywo gestykulował, co sprawiało, że siedemdziesiąt procent uczniów zamiast na jego słowach, skupiała się na dłoniach, a informacje o składnikach uciekały im z głów szybciej niż plany skrzywdzenia dyrekcji, która uznała, że dwie godziny eliksirów od rana w poniedziałek są dobrym pomysłem. Ostatecznie po kwadransie wstępu Harry zrezygnował z notowania na rzecz walczenia z sennością. Każdy kolejny punkt zapisany na tablicy zdawał mu się coraz dłuższy i bardziej bezsensowny. Romilda spała smacznie ukryta za książką. Jej samopiszące pióro poruszało się płynnie od jednej do drugiej strony linijki.
— Spryciula — mruknął bardziej do eteru niż samego siebie i skupił wzrok na mechanicznie stawianych literach.
Kiedy już myślał, że i on zaśnie bezwstydnie oparty o Vane, drzwi do klasy otworzyły się i usłyszał ciche przeprosiny za spóźnienie. Trudno było wysłyszeć pojedyncze słowa przez syczące dźwięki, jakie wydawały płomienie liżące dno naczynia, w którym Russo prezentował sposoby szybszego uzyskania składnika standardowego, ale odpowiedź profesora usłyszał aż zbyt wyraźnie.
— Nic się nie stało, panie Malfoy. Proszę zająć jakieś wolne miejsce.
Harry poderwał się do prostego siadu tak gwałtownie, że wybudził z drzemki Romildę, która burknęła do niego coś mało cenzuralnego.
Kopnął ją w kostkę zdecydowanie za mocno, bo syknęła urażona i zmierzyła go równie niezadowolonym spojrzeniem.
Statua Wybrańca zawaliła się, gdy zobaczył Dracona zmierzającego do pierwszej ławki.
***
Po tylu latach gapienia się na Malfoya w poszukiwaniach najmniejszej oznaki spisku Harry nie sądził, że może dostrzec na jego twarzy cokolwiek nowego czy wartego uwagi.
Okazało się, że się mylił.
Kiedy wychodził z Romildą na korytarz, rzucił na niego okiem. Przez kolejne dwadzieścia minut powtarzał w głowie ten ułamek sekundy, próbując wyłapać coś szokującego, świeżego. Draco jako jedyny w Hogwarcie wyglądał aż tak znajomo.
Harry ze wzburzeniem uznał, że odznaczające się na alabastrowej skórze wory pod oczami wcale nie odbierają Malfoyowi jakoś wiele z ogólnego wyglądu. Gdyby nie znał jego twarzy tak dobrze, pewnie uznałby, że były tam od zawsze, stanowiąc idealne dopełnienie prezentacji sztampowego antagonisty. Łączyły irytująco dobrze się z jasnymi włosami, wyrazistymi rysami i wiecznie znudzonym spojrzeniem.
Bardziej się garbił, nie chodził już wyprostowany, jakby połknął kij od własnej miotły. Ramiona podczas zajęć opadały mu nisko, głowę pochylał, wzrok nie miał już tyle śmiałości. Malfoy przestał czuć się lepszy albo coś go przygniatało tak mocno, że przestał się starać na takiego wyglądać.
Bezczelny uśmiech zszedł mu z ust. W końcu .
Wyglądał na zmęczonego.
Romilda pociągnęła Harry’ego za ramię. Obraz Dracona Malfoya rozpłynął się w zetknięciu z rzeczywistością.
Zamiast do skrzydła szpitalnego skierowali się do jednego z bocznych wyjść na zewnątrz. Chwilę później opierali się mur dzwonnicy, pozwalając, żeby wrześniowe powietrze owiewało im twarze. Vane wyciągnęła z torby paczkę i zerwała z niej folię, żeby chwilę później zaproponować koledze papierosa. Gdy odmówił, sama wsadziła sobie jednego między spierzchnięte wargi i odpaliła naznaczoną czasem zapalniczką. Wypuściła z ust obłok szarego dymu, który nieprzyjemnie podrażnił Harry’emu gardło podczas brania głębokiego oddechu. Uderzył w niego komfort, jaki odnajduje w ciszy między nimi. Ostatnio rzadko kiedy nie przygniatała go niezręczność własnego ciała w jakichkolwiek sytuacjach społecznych.
Zapatrzył się na odległe jezioro migoczące pomiędzy drzewami u dołu wzgórza. Wcześniej nie doceniał błoni — wolał spędzać czas w przytulnym pokoju wspólnym Gryffindoru, wśród nasączonych magią ścian. Lubił czuć, że przynależy do tego budynku, że ma dom, którego nie uświadczył u Dursleyów. Zamek mu pomagał. Przynajmniej tak lubił sobie mówić. Teraz kiedy Hogwart był rekonstrukcją dawnej budowli, to mimo wszystkich szczegółów wydawał się obcy. Nie powitał go tak ciepło, jak sobie wyobrażał. Myślał, że wraz z wejściem nagle wszystko znów wróci na swoje miejsce. Trochę na to liczył, kiedy podpisywał wszystkie papiery związane z powrotem. Zamiast tego w głowie miał jeszcze większy bałagan.
Słońce jeszcze dobrze nie oderwało się od linii horyzontu. Wolało bawić się z figlarnymi długimi cieniami drzew, popisywać się ekstrawaganckimi zmianami barw, szybkością przeskakiwania między falami.
— Po co wróciłaś? — Sam nie wiedział, jaki był powód padnięcia tego pytania. Nie zbliżyli się do siebie tak bardzo, żeby faktycznie wybitnie interesowały go pobudki działań Vane. — Nie musisz odpowiadać.
Kiedy już pogodził się z faktem, że został potraktowany milczeniem, Romilda strzepnęła popiół na bruk.
— Tęskniłam za puddingiem.
Jej posklejane mascarą rzęsy rzuciły cienie na policzki, kiedy pochyliła głowę, żeby ostatni raz zaciągnąć się dymem. Rzuciła pomarańczowy filtr na ziemię i zgniotła go podeszwą ciężkich butów. Była oddalona jedynie parę cali, praktycznie stykali się ramionami, więc materiał ich szat ocierał się przy sporadycznych ruchach.
— A ty, Harry? Nie wyglądasz, jakbyś chciał tu być. Właściwie, mam wrażenie, że się męczysz. — Zwróciła skąpaną w jasnej poświacie twarz w jego stronę.
— Myślałem, że… Będzie jak wcześniej.
— Nie masz już dwunastu lat. Twojego życia nie naprawi przyjaźń, magia i te wszystkie pierdoły.
— A twoje naprawi pudding?
— Nie, ale też nie zaszkodzi.
Zamilkł. Jego myśli odpłynęły gdzieś daleko — do Londynu, mieszkania, ruchliwych ulic. W szkole było ciszej, spokojniej. Może jeszcze się ułoży , pocieszył się w myślach.
— Zresztą, nikt nie powiedział, że przyjechałam tutaj naprawiać swoje życie. — Uniosła zadziornie kącik ust, a blizna napięła jej skórę, przez co wyglądało to bardziej na skrzywienie. — Może ty też powinieneś przestać oczekiwać, że Hogwart wyleczy twoje rany, które tak chętnie sypiesz solą. Zacznij używać maści, bo zostaną ci po tym blizny, Potter.
Odepchnęła się od ściany zdrową ręką i nie czekając na jego odpowiedź, zostawiła go samego z uciskiem w klatce piersiowej.
***
Harry obudził się zlany potem. Tym razem nie krzyczał, przynajmniej taką miał nadzieję. Mury między sypialniami nie były tak grube, jak mogłoby się wydawać, a sama myśl, że ktoś mógłby go usłyszeć, go przerażała.
Po omacku odszukał swoich okularów na szafce nocnej, zrzucając przy tym ręką pustą szklankę na podłogę. Upadła z głuchym trzaskiem na dywan i poturlała się pod łóżko. Wolną dłonią chwycił różdżkę spod poduszki, żeby wymruczeć ciche Lumos . Dormitorium napełniło się bladym światłem i uspokoiło jego serce na tyle, że wróciło na swoje miejsce w klatce piersiowej.
Pamiętał rozmazane twarze, szaleńczą ucieczkę i zielone światło. Reszta snu zatarła się wraz z gwałtownym otworzeniem oczu. Rozejrzał się po pokoju w poszukiwaniu jakiegokolwiek zagrożenia. Kiedy jeszcze był z Ginny, ta już nawet nie budziła się, kiedy co którąś noc chodził jak wariat po mieszkaniu, zaglądając w każdy zakamarek niezdolny do uspokojenia pobudzonego mózgu. Po pewnym czasie przestało to stanowić nawyk, ale widocznie zmiana otoczenia nie wpływała na niego korzystnie.
Przetarł czoło rękawem piżamy i kątem oka spojrzał na zegarek, który wskazywał wpół do trzeciej. Opadł na materac, ale źle ułożone pióra wbijały mu się w plecy. Przewrócił się na bok i zaczął liczyć do stu. Przy dwudziestce trójce zaburczało mu w brzuchu. Skrzywił się. Przestał czuć zmęczenie; był pewien, że głód to protest jego organizmu na plany dalszego snu. Podniósł się z powrotem do siadu i wygramolił się spod ciężkiej pierzyny.
Narzucił na siebie bluzę i wyszedł z pokoju, niespokojnie szepcząc Nox . Nogi same zaniosły go do hogwarckiej kuchni. Korytarze oświetlone pochodniami nawet wyglądem zachęcały do eskapad, więc wskaźnik poczucia winy Harry’ego opadł do normalnego poziomu. Nadal jednak wzdrygał się przy każdym najmniejszym trzasku i głośniejszym syku ognia w obawie, że tuż za nim nagle pojawi się McGonagall. Nie uśmiechało mu się odrabianie szlabanu już we wrześniu.
Wślizgnął się za obraz i uderzyła w niego fala gorącego powietrza i zapach świeżych bułek z mięsnym farszem. Skrzaty uwijały się pomiędzy blatami, piekarnikami i półkami, brzdękając garnkami. Śmiech jednego ze stworzeń roznosił się w powietrzu, mieszając się z zapachami, które zmuszały ślinianki do intensywniejszej pracy. Wspomnienie Zgredka ścisnęło mu serce, ale nagła fala tęsknoty szybko ucichła wśród hałasu i tępego bólu głowy. Kuchnia zawsze była żywa, głośna, pełna obezwładniającego poczucia bezpieczeństwa. Kojarzyła mu się z Norą, gdzie też zawsze było gwarno i tłoczno. Ogarnęło go nagła tęsknota za Molly Weasley i jej zupą cebulową zawsze wciskaną mu w akompaniamencie słów otuchy.
Od żaru unoszącego się nad kotłami zaparowały mu okulary. Mógł prosić w duchu, żeby jego włosy nie napuszyły się jeszcze bardziej. Przejechał wzrokiem po całym pomieszczeniu. Zamarł, kiedy na krześle dostrzegł zgarbioną sylwetkę. Mimo że dzieliło ich przynajmniej kilkanaście stóp, byłby w stanie założyć się choćby o własną głowę, że jego docelowe miejsce zajmuje nie kto inny jak Draco Malfoy.
Draco nawet z tej odległości wyglądał tak beznadziejnie, że Harry’emu niemal twarz wykrzywiła się w grymasie. Włosy opadały mu w nieładzie na policzki, jego ostry profil wisiał żałośnie nisko nad blatem, a ramiona miał tak spięte, że trudno było uwierzyć, że ten człowiek miał kiedykolwiek styczność z quidditchem. Gdy ich spojrzenie się skrzyżowało na moment, w Harrym odezwało się jego gryfońska brawura, szepcząc coś o tym, że nie może dać się zastraszyć jakiemuś Malfoyowi. Ruszył więc raźnym krokiem ku wnęce, gdzie przesiadywali zwykle uczniowie i opadł na wolne miejsce. Zmierzył wzrokiem niezdrowo bladą twarz chłopaka i kubek trzymany w jego dłoniach.
— Na co się gapisz, Potter? — warknął zachrypnięty. Zaczesał nerwowo luźne pukle włosów do tyłu, eksponując w ten sposób zmarszczone czoło.
— Na kawę — rzucił z niesmakiem.
Malfoy prychnął .
— Elokwentny jak zawsze.
— Zachowujesz się jak pierwszoroczniak.
— To ty gapisz się na mnie jak jakiś skrzat domowy.
— Trudno się nie gapić, kiedy wyglądasz, jakbyś dorabiał sobie wysysaniem dusz w Azkabanie.
Parsknął.
— I kto zachowuje się jak pierwszoroczniak, Potter?
— Nadal ty.
Bez większego namysłu wstał od stołu i ruszył zdecydowanym krokiem w stronę wyjścia z kuchni. Powstrzymał się ostatkiem silnej woli od odwrócenia się, żeby zobaczyć reakcję Malfoya. Tuż przed obrazem przypomniał sobie o powodzie swojej wizyty, zanim została ona zrujnowana. Duma nie pozwoliła mu jednak zawrócić.
Popchnął ramę i wrócił do swojego dormitorium. Zły, głodny i utwierdzony w przekonaniu, że Draco Malfoy nie będzie mniejszym problemem, niż był. Nie żeby miał zamiar próbować się z nim pogodzić.
***
Harry wygładził dłonią pogięty „Prorok Codzienny” z nadzieją, że znajdzie na pierwszej stronie coś ciekawszego niż zapowiedzi kolejnych reform Hermiony. Nie żeby nie cieszył się sukcesami swojej najlepszej przyjaciółki, po prostu towarzystwo jej twarzy opatrzonej nagłówkiem każdego poranka było przesadą . Tym razem jednak na okładce gościł ktoś inny. Westchnął i pochylił się nad gazetą tak bardzo, że okulary zawisły mu na czubku nosa. Kobieta na fotografii uśmiechała się nerwowo złapana przez reportera na schodach kamienicy. Wyglądała na spłoszoną — mocno zaciskała zadbane paznokcie na skórzanym pasku torebki, przystępowała z nogi na nogę, jakby szykowała się do biegu. Nagłówek obwieszczał potwierdzenie sfinalizowania sprawy rozwodowej Astorii Greengrass i Dracona Malfoya za porozumieniem stron. Harry wyprostował się, żeby, niby leniwie, rozejrzeć się po Wielkiej Sali w poszukiwaniu znajomej sylwetki na drugim końcu stołu.
Draco Malfoy właśnie przypadkiem ubrudził szatę owsianką. Bez zainteresowania oglądał chwilę swój rękaw, zanim odłożył ze zrezygnowaniem łyżkę do miski, żeby użyć zaklęcia czyszczącego. Nie wyglądał na przejętego faktem, że cały Hogwart będzie teraz miał jego nazwisko na ustach.
Harry zaczął się zastanawiać się, czy Draco udaje, czy faktycznie nie ruszają go artykuły na jego temat.
Może nie wie, że udzieliła wywiadu, pomyślał w pierwszym odruchu. Spotkał spojrzenie Greengrass z ruchomego zdjęcia. W jego sercu wykształciło się coś na kształt współczucia. Pewnie od początku nie chciała tego małżeństwa. Pewnie Draco był dla niej jedną z lepszych opcji wśród innych arystokratów. Pewnie…
— Ziemia do Pottera! — Ręka Romildy przeleciała mu tak blisko oczu, że podskoczył zdezorientowany na ławce. Kiedy zajęła miejsce obok niego, walnął ją w ramach zemsty w ramię.
— Nie strasz mnie tak, bo kiedyś dostaniesz zaklęciem — mruknął, ale Vane nie wyglądała na przejętą.
Pochyliła się do niego z zadowoleniem tak bezczelnie wypisanym na twarzy, że aż przestały go interesować sprawy prywatne nieznanej mu czarownicy.
— Widziałeś już, kto siedzi przy stole nauczycielskim? — szepnęła tuż przy jego uchu, a jej ciepły oddech owiał mu odsłoniętą skórę żuchwy. Po plecach przebiegł mu dreszcz zainteresowania.
Odchylił się do tyłu i zamarł. Gwałtownie wrócił do poprzedniej pozycji i wytarł spocone dłonie w materiał spodni.
— Nie wiedziałem! On… Ja…
— Jasne, jasne. Wiedziałeś, że Longbottom dostał fuchę w Hogwarcie i nie zapisałeś się na zielarstwo! Wybitny po znajomości nikogo by nie zabił — uznała pomiędzy sporymi łykami herbaty. — Chociaż jemu się powodzi! — Przyłożyła teatralnie dłoń do czoła. Otworzyła jedno oko, żeby sprawdzić jego reakcję i parsknęła rozbawiona. — Na Morgane Le Fay! Naprawdę nie wiedziałeś! Czy ty żyłeś pod kamieniem ostatni rok, Potter?
Kolejny cios — tym razem w potylicę — wymierzył z taką siłą, że dziewczyna poleciała do przodu.
— Wszyscy na nas patrzą! — syknął.
— Powinni nam odjąć punkty za przemoc — mruknęła urażona, masując tył głowy. — Na litość Kirke, jaki ty masz zamach, chłopie.
Jeszcze raz spojrzał ku stołowi nauczycielskiemu. Neville Longbottom właśnie z uprzejmym wyrazem twarzy podawał Minerwie McGonagall słoik marmolady. Harry mrugnął kilka razy. Ta sytuacja wyglądała tak absurdalnie, że dopiero po dłuższej chwili zdał sobie sprawę, że się gapi.
Jak jakiś skrzat domowy.
***
Harry starał się unikać konfrontacji jak ognia. Sam przed sobą tłumaczył to sobie tym, że zwyczajnie nie ma ochoty wpaść w kłopoty, ale tak naprawdę był zwyczajnie zbyt zmęczony. Już dwa razy pod rząd nowa nauczycielka historii magii zwróciła mu uwagę, że nie notuje na jej lekcjach, co z pewnością nie było zjawiskiem pozytywnym dla jego reputacji wśród grona pedagogicznego. Naprawdę wolał wykłady Binnsa. Większość uczniów nie miała nawet zamiaru pisać egzaminu z tego przedmiotu. Nie potrafił znaleźć logicznego wytłumaczenia, dlaczego Belmont tak bardzo zależy na tym, żeby pamiętali daty i szczegóły bitew goblinów. Jednak w oparciu o swoje nowe motto unikania problemów, porzucił ciętą ripostę na kolejne upomnienie profesorki na rzecz mruknięcia przeprosin.
Dodatkowym minusem przebywania lekcjach okazała się bliskość Dracona Malfoya, który jakimś cudem wylądował na zajęciach przed nim. Siedział w ławce sam i wyglądał na szczerze zainteresowanego reformami ministerstwa na przełomie XV i XVI wieku.
Harry zatęsknił za dzielonymi na domy lekcjami. Wtedy nie musiał przebywać z Malfoyem przez większość czasu. Jego ulubionym dniem stał się piątek, ponieważ z pięciu lekcji aż trzy były fakultetami do wyboru. Dziękował Merlinowi za to, że wybrał opiekę nad magicznymi stworzeniami zamiast zielarstwa, nawet jeśli większość czasu tylko spędzali czas na przeglądaniu atlasów i przewodników. Mało kto rozważał faktyczne pisanie owutemów z tego przedmiotu.
— Vane? — Kiedy podnosił głowę, cicho liczył, że mu się przesłyszało, jednak jego nadzieje spłonęły na panewce, kiedy zobaczył Malfoya tuż przed sobą. — Masz może dodatkowe piórko? Skuwka mi pękła.
Romilda jedynie bez słowa kiwnęła głową i podała jedno z zapasowych trzymanych w torbie. Chłopak podziękował i odwrócił się z powrotem do tablicy. Harry spojrzał na nią oniemiały.
— Oszalałaś? — syknął. Znużona uniosła brew.
— O co ci chodzi?
— To Malfoy. — Zaakcentował wyraźnie w razie, gdyby Romilda miała problem z przyswajaniem prostych informacji.
— Jesteśmy razem w parze na zielarstwie.
— Czemu? — zapytał szczerze zdziwiony.
— Harry, zdaje mi się, czy zeznawałeś za jego uniewinnieniem przed Wizengamotem?
— Uratował mi życie, więc czułem się zobowiązany…
— Przemyśl to — odparła sucho, po czym otworzyła ponownie podręcznik, ignorując jego pytające spojrzenie.
***
Granatowe plamy zakwitły na jego dłoniach w ułamku sekundy. W kroplach atramentu spływających po jego skórze było coś obrzydliwie znajomego, coś co sprawiło, że nie potrafił się przez chwilę poruszyć z miejsca. Dookoła niego panowała niczym niezmącona cisza, którą bał się przerwać choćby głębszym zaczerpnięciem drżącego oddechu. Było duszno, parno, obco . To milczenie wszechświata go przerażało. W pustej przestrzeni dormitorium znajdowało się za wiele miejsca na jego problemy. Nie potrafił oderwać wzroku od pękniętego wiecznego pióra i coraz szybciej zmieniającej barwy wełny. Przełknął ślinę. Zapach nieistniejącej krwi pojawił się znikąd, a metaliczny posmak na języku doprowadzał go do mdłości. Krew, brud, pył. Chciało mu się wyć.
Jego podświadomość zdzierała sobie gardło, próbując go ostrzec przed nieistniejącym zagrożeniem.
Widma postaci krążyły po pokoju, zabawiając się żonglowaniem jego lękami i obawami. Zapomniawszy już kompletnie o plamach atramentu, zakrył uszy w nadziei, że uciszy to torturujące go myśli. Nie mógł się odwrócić, choć czuł obecność osób, których miał nadzieję już nigdy nie spotkać. Mimowolnie napływające mu do oczu łzy utrudniały mu ostre widzenie. Siedział skulony na niewygodnym krześle, sparaliżowany i nieobecny. Znowu stał w drzwiach Wielkiej Sali i głuchy na zgiełk wypatrywał znajomych ciał wśród innych zwłok. Znowu biegł, uciekał, gonił sam siebie.
Powrót do szkoły nie wymazał jego problemów i powracających koszmarów. Musiał żyć ze splamioną duszą, nieważne jak mocno starałby się ją oczyścić. Nic nie dałoby rady sprawić, by zapomniał zimnych ciał czarodziejów, którzy oddali za niego życie. Czarodziejów, których nie dał rady ochronić. Czarodziejów, którzy zginęli w jego sprawie. Nawet tutaj, we własnym dormitorium, nie był bezpieczny. Voldemort zniknął, ale on nadal miał w sobie jego cząstkę — strachu i terroru — która siała spustoszenie między codziennymi czynnościami. Miał na swoim sumieniu ofiary liczone w setkach, może tysiącach. Ludzi, którzy opuścili swoje rodziny, idąc na bitwy. Ludzi, którzy byli rodzicami, dziećmi, dziadkami, ludźmi . W odbudowanym zamku całe to poczucie winy dobijało go jeszcze bardziej. Mógł ocalić tyle istnień, a teraz siedział z żałosnym wyrazem twarzy, jakby miał prawo do tego całego smutku… Otarł łzy z policzków zamaszystym ruchem, pozostawiając na skórze ciemnoniebieską smugę. Powinien być wdzięczny. Jemu los pozwolił wrócić do życie. Inni nie mieli takiego szczęścia.
Hogwart przestawał być jego domem. Nie, Hogwart przestał być jego domem w momencie, gdy zaczął go postrzegać jako definicję spokoju i bezpieczeństwa, a nie budynek związany garścią dobrych wspomnień. Obraz zamku jako swoistej Itaki został zburzony wraz z murami podczas wojny. Za wiele czasu zajęło Harry’emu dojście do tego, że stoi przed pustą ramą i zwęglonym płótnem.
Znowu miał jedenaście lat i w połowie pusty kufer. Tym razem zamiast za dużych, spranych ubrań, w środku trzymał wszystko to, czym mógłby splamić błyszczący uśmiech Wybrańca z pierwszej strony „Proroka”.
Sam nie wiedział, ile czasu zajęło mu otrząśnięcie się z otępienia, ani o której w nocy znalazł się w lochach, ale był przebrany i miał wilgotne od lodowatego prysznica włosy. Jego ciało poruszało się samoistnie, a on jedynie akceptował jego działania. Nie było nawet sensu starać się zasnąć przy takim natężeniu przebodźcowania.
Draco znowu siedział w tym samym miejscu, jakby nocą nie było innych miejsc niż hogwarcka kuchnia.
Harry nie zaglądał mu tym razem do kubka, trochę mając na uwadze ostatnie słowa Romildy. Nie pytał więc Malfoya, czemu nie jest w dormitorium ani czemu nie sypia po nocach. Po prostu opadł na krzesło i rzucił do podążającej za nim skrzatką, że wypiłby melisę. Wbił wzrok w zaczerwienione dłonie. Mrowienie w opuszkach palców nie opuszczało go, a nie pamiętał nawet, żeby mył ręce. Blady błękit niemal wtopił się w jego linie papilarne.
Okulary mu zaparowały, gdy postawiono przed nim gorącą herbatę. Naczynie wielkością dorównywało zastawą w domku Hagrida. Tęsknił za Hagridem. Był ciekawy, kiedy gajowy wróci do zamku.
Już dobrze , powtarzał sobie w duchu z uporem maniaka. Już dobrze. Już dobrze. Dramatyzował. Nie mógł po prostu spać z głodu, a nie przez jakieś nieprzyjemne, absurdalne wspomnienia. Nie mogła go w końcu przerastać samotność w zamku pełnym ludzi. Po prostu dopadł go słabszy moment. Po prostu musiał się opanować i przestać zachowywać się jak szaleniec. Już dobrze.
Hermiona mówiła mu, że jeśli będzie wmawiać coś sobie wystarczająco długo, to zaczynie w to naprawdę wierzyć. Powtarzała to w kontekście dbania o siebie i poprawy samooceny, czym swego czasu zasypywała go w listach, ale uznał, że tę wskazówkę może naginać wedle swojej woli.
Draco nie był chętny do rozmowy, a Harry’emu aktualnie wystarczała obecność drugiego człowieka obok. Nawet jeśli jego towarzystwem miał być ktoś taki jak Malfoy. Siedzieli tak do trzeciej. Tym razem Draco wyszedł pierwszy, zostawiając po sobie resztki zimnej kawy i Pottera pustym wzrokiem wpatrującego się w eter.
Aby zakopać kilkuletni topór wojenny wystarczyło parę godzin w milczeniu i akceptacja faktu, że i tak są na siebie skazani aż do czerwca.
***
Ludzie różnie radzili sobie po wojnie. Hermiona rzuciła się w wir obowiązków i harowała niepotrzebne nadgodziny w ministerstwie, żeby „zapewnić przyszłym pokoleniom lepszą przyszłość”. Ron chwytał każdą nadarzającą się okazję, w obawie, że życie wywalczone na wojnie prześlizgnie mu się między palcami, tak jak uciekło od Freda. Ginny przestała uchodzić innym na bok i szukać aprobaty w oczach nieznajomych — brnęła do przodu — niezłomna, wybuchowa oraz nieokiełznana z zadartym nosem i błyskiem w oku.
Malfoy przestał zaczynać konflikty. Korytarzami chodził przy ścianach. Rzadko odzywał się pierwszy. Harry zauważał te różnice kątem oka, ale kiedy w końcu połączył kropki w swoim mózgu, wywnioskował, że Draco po prostu w ten niezdarny sposób okazuje wdzięczność. Społeczeństwu czarodziejów za to, że nie wylądował w celi obok swojego ojca za pracę na rzecz Voldemorta. Minerwie McGonagall za to, że nie skreśliła jego nazwiska z listy studentów. Losowi za to, że nie umarł.
Dla ludzi, którzy nie znali Draco, mogło wydawać się to zachowanie dość normalne. Zawsze roztaczał wokół siebie tę mroczną, niedostępną aurę. Harry wiedział więcej, niż chciałby kiedykolwiek przyznać. Wojna nauczyła Dracona pokory. Nie był bezczelnym, wyszczekanym arystokratą, broniącym się swoim nazwiskiem. Być może wydoroślał.
Usiedli nawet razem na astronomii.
To znaczy, nie celowo. Po prostu Harry się spóźnił i jedyne wolne miejsce było ironicznie tylko obok Draco. Odczuł jednak istotną poprawę w ich stosunkach. Nie obrzucali się spojrzeniami pełnymi urazy. Tak naprawdę ich wzrok skrzyżował się może dwa razy i obydwoje byli zbyt zaabsorbowani nadążaniem za słowotokiem profesorki, żeby móc w jakimkolwiek momencie zacząć sobie dogryzać.
Harry miał sporo pytań i jeszcze więcej okazji do ich zadania. Zaczęli robić z nocnego przesiadywania razem coś na kształt prób pojednania. Rzecz jasna, nie umawiali się na konkretną porę, ale i tak po koszmarze nogi Pottera samowolnie niosły go do lochów. Jego mózg zakodował sobie, że tam będzie druga osoba, przy której może poukładać myśli. Draco zawsze tam był.
Przywykli do siebie. Żaden z nich nie zapomniał lat nienawiści i działań na swoją niekorzyść, ale w obecnym położeniu dalsze darcie kotów byłoby zwyczajnie zbyt męczącym zajęciem. Mogli po prostu zachowywać się względem siebie neutralnie, wstępnie wybaczyć niektóre rzeczy (bo, hej, uratowałem ci życie, a ty uratowałeś moje, więc w sumie jesteśmy kwita) i przestać marnować czas na wymyślanie zaczepek. I tak na studenckim było mniej niż czterdzieści osób, z czego część nawet nie była z ich rocznika, więc byli dla siebie nielicznymi znajomymi twarzami.
— Czemu Astoria nigdy nie odmawia wywiadów dla „Proroka”?
— Jest za miła. Ma nadzieję, że w końcu się znudzą i ją zostawią. Nigdy nie mówi im tak naprawdę nic nowego, a oni i tak rzucają się na nią przy każdej okazji. — Wywrócił oczami z niesmakiem.
— Ale…
— Teraz moje pytanie, ty swoje wykorzystałeś, Potter. Czemu wróciłeś do Hogwartu?
Wziął łyk melisy. Czy to żart przeznaczenia, że akurat o to go zapytano? Chociaż mógł zrozumieć zainteresowanie szerszego grona osób tą konkretną informacją. Większość czasu naprawdę wyglądał, jakby został do tego zmuszony.
— A musiałem mieć powód?
Kilka tygodni temu odpowiedziałby inaczej. Kilka tygodni temu jeszcze miał wiarę.
***
Romildzie zajęło bardzo niewiele czasu, żeby zrozumieć, że Harry i Draco się pogodzili. Chyba nawet mniej niż im samym. Wybraniec już dawno zauważył, że Vane miała nosa do łatwego wyłapywania zmian w czyichś relacjach. Bezbłędnie czytała mowę ciała, słyszała i widziała więcej . Taka dziewczyna powinna mieć całe wianuszki szczebioczących koleżanek.
Harry wiedział, że jego nowa przyjaciółka kiedyś była popularna wśród rówieśników. Szczególnie w okresie, gdy się w nim podobno podkochiwała do tego stopnia, że prawie (przypadkiem) zabiła Rona.
— Większość osób z twojego rocznika wróciła. Czemu trzymasz się ze mną? — zapytał kiedyś podczas przerwy.
— Boją się mnie. Przez blizny — odparła beznamiętnie i wróciła do spisywania od Draco zadania domowego na wróżbiarstwo.
Nie miał pojęcia, czy mówiła poważnie. Faktycznie, szramy wyglądały na dość głębokie, ale zabliźniły się obiektywnie nieźle. Nadal była ładna.
W piątek po zajęciach Romilda zapytała Dracona, czy nie chce dołączyć do niej i Harry’ego w bibliotece. Pół godziny później siedzieli razem przy okrągłym stole otoczeni książkami oraz przytłumionymi rozmowami innych uczniów. W powietrzu unosił się zapach kurzu, pergaminu i kałamarza. Malfoy od dziesięciu minut stukał zaostrzonym końcem swojego gęsiego pióra naprzemiennie w papier i drewniany blat, zastanawiając się nad przykładem ze starożytnych run i Harry przysiągł sobie, że jeżeli nie skończy tego zadania za kilka minut, to samodzielnie ukręci kark profesor Babbling.
Jemu samemu w trakcie pisania zaległego eseju na eliksiry (o współczesnym podziale eliksirów ze względu na działanie — z przykładami) ciążyły powieki. Zbyt mała ilość snu sprawiała, że był wykończony i całymi dniami ziewał, ale w nocy mózg nie dawał mu spokoju. Zaczął podejrzewać, że wykończy się jeszcze przed przerwą świąteczną.
Jedyną osobą przy stole, która nie wyglądała jak ofiara pocałunku dementora, była, rzecz jasna, Romilda Vane. Włosy miała zebrane w luźny kok, żeby pukle opadające na twarz jej nie rozpraszały w trakcie pracy, rękawy białej koszuli podciągnęła do łokci, żeby nie pobrudzić mankietów atramentem, a jej wzrok przeskakiwał w absurdalnym tempie z linijki na linijkę. W bibliotece nie mogła dyktować swojemu magicznemu pióru bez narażania się na gniew pani Pince, ale mimo to pracowała z zapałem godnym samej Hermiony.
Harry’ego męczyło samo patrzenie na nią. Zdał sobie sprawę, że musi zdać egzaminy za trochę ponad siedem miesięcy. Walnął głową w stół.
Stukanie piórem ustało. Chociaż coś.
Obudziło go delikatne szturchnięcie w ramię. Nie potrafił ulokować w czasie, kiedy zasnął, ale teraz od niewygodnej pozycji bolał go kark i ramiona. Mimo to, jego ciało pod wpływem niespodziewanego dotyku napięło się jak struna. W ułamku sekundy stał na prostych nogach w pozycji do ataku, a jego dłoń odruchowo powędrowała do kieszeni. Zaklęcie rozbrajające rzucił automatycznie przed siebie.
Expelliarmus odrzucił różdżkę Dracona gdzieś w kąt. Chłopak stał ze skwaszoną miną i skrzyżowanymi rękoma na piersi. Widać było, że walczy ze sobą, żeby nie wywrócić oczami.
— Weasley musiała mieć z tobą naprawdę urocze poranki, skoro tak się budzisz — rzucił z przekąsem. Ruszył niespiesznie w stronę regału, szukając zguby między półkami. Chwilę później znowu był teoretycznie uzbrojony, ale przy okazji wyraźnie niezadowolony, że został w ogóle zmuszony do zrobienia nadprogramowych kroków.
— Gdzie Romilda? — wychrypiał Harry, poprawiając przekrzywione okulary. Jego otumaniony drzemką mózg błagał o kolejną dawkę adrenaliny. Magia buzowała mu w żyłach, przeciskała się między wzburzonymi czerwonymi krwinkami.
— Pewnie w dormitorium, ale jako że jest Gryfonką, to za nią nie poręczę. Równie dobrze może teraz ratować świat. Kto was tam wie. — Westchnął cierpiętniczo. Strzepnął kurz z szarych garniturowych spodni od mundurka.
— Która jest?
Bez czekania na odpowiedź zaczął niedbałe próby spakowania pergaminu. Zmarszczył czoło, kiedy zbyt luźna rolka znowu się rozwinęła.
Draco biodrem oparł się o krawędź stołu. Z kpiną w oczach przyglądał się niezgrabnym ruchom Gryfona, ale kiedy po raz kolejny Harry’emu butelka atramentu wyleciała z torby, wypuścił ciężko powietrze z płuc i włożył ręce do kieszeni. Wykrochmalona biała koszula zadrżała mu na piersi.
— Jeśli nie będziesz się tak guzdrał, to może cudem zjemy jeszcze śniadanie, nie spóźniając się na zajęcia.
Harry zamarł z piórem zawieszonym w połowie drogi do torby. Siedzieli całą noc w bibliotece. To znaczy, Draco siedział.
— Czemu nie obudziłeś mnie wcześniej?
Wzruszył ramionami.
— Kaprys.
Draco wziął podręczniki pod pachę i ruszył zamaszystym krokiem w stronę wyjścia. Harry stał jeszcze dłuższy moment w osłupieniu, obserwując jak chłopak znika za potężnymi drzwiami.
***
O Harrym nie pisano już drugi tydzień. Odłożył zamaszyście zgiętą w pół gazetę obok talerza z jajecznicą i wypił łyk soku dyniowego z pozłacanego pucharu. Ręka trzęsła mu się z poirytowania.
Romilda zajęta była rozwiązywaniem quizu o typie osobowości z jakiegoś pisemka, ale Potter mógł bez problemu dostrzec kpiący uśmiech Malfoya przed sobą. Nawet nie był w stanie wskazać momentu, kiedy zaczął z nimi siadać. I tak wszyscy mieli ich gdzieś. Mieli Wybrańca gdzieś. To nawet brzmiało irracjonalnie!
— O co ci chodzi? — burknął.
— Ktoś chyba nie radzi sobie z brakiem atencji.
— Kto powiedział, że jej chcę? Przyjechałem tutaj, żeby…
— ...Odpocząć od mediów. Kogo oszukujesz? Wykańcza cię myślenie, że ludzie o tobie zapomną, Potter.
Harry otworzył usta, ale szybko je zamknął i spuścił wzrok na talerz.
— Po prostu chcę wiedzieć, że to wszystko nie było bezcelowe.
— Vane, trzepnij go w łeb, jesteś bliżej.
Romilda na moment zawiesiła przenikliwy wzrok na ich dwójce. Głębsze i płytsze blizny odznaczały się wyraźnie na jej twarzy skąpanej w ciepłej poświacie świec lewitujących nad ich głowami. Dodawało jej to posągowej powagi, chociaż włosy miała w mało estetycznym ułożeniu, a koszula była pogięta do tego stopnia, że Harry mógłby się założyć o to, że McGonagall zwróci jej na to uwagę.
— Teraz ty się nim zajmujesz, ja już wystarczająco zniosłam.
Poklepała Harry’ego w ramię, prawie przewróciła przy tym jego napój, po czym wzięła z ławy torbę, wpakowała do niej magazyn z niedokończonym testem i odeszła bez pożegnania. Harry wzrokiem wrócił do twarzy Malfoya zastygłej w skupieniu na postaci Gryfonki aktualnie lawirującej między młodszymi uczniami Hogwartu.
Im więcej czasu spędzał w towarzystwie Dracona, tym więcej faktycznych zmian w jego osobie mógł zauważyć. Nie dopuszczał do siebie myśli, że przy pierwszym spotkaniu się pomylił, ale też nie mógłby zaprzeczyć, gdyby ktoś mu to zarzucił.
Draco odrobił swoją lekcję; może z powodu procesu sądowego jego rodziny i wsadzenia Lucjusza do Azkabanu. Nauczył się pokory i gryzienia się w język w czasie rozmów. W głowie Harry’ego prócz oczywistego wpływu na psychikę Dracona obalenie rządów Voldemorta, istniało coraz więcej możliwych powodów zahartowania jego charakteru. W końcu zdał sprawę, że on też się zmienił. To było okej . Uczyli się na swoich błędach.
Podczas wojny byli dziećmi, którym dorośli wmawiali dojrzałość. Kazali im obierać front, szepcząc nad ich głowami o słuszności swoich własnych decyzji. Może w ten sposób sami uspokajali swoje sumienia.
Harry patrzył na swobodne oblicze Ślizgona z uporczywą świadomością, że zaraz skrzyżują spojrzenia. Przeczytał więc jeszcze raz nagłówki okładce „Proroka”, jakby w nadziei na odszukanie swojego nazwiska między strzępkami informacji oraz ruszającymi się czarodziejami. Wbrew sobie przerzucił kilka stron. Ron na początku kolumny o bezpieczeństwie magicznego świata uśmiechał się do aparatu, prężąc dumnie pierś z kolejnym odznaczeniem. Ginny z prawego rogu działu sportowego leciała w zapętleniu do jednej z bramek, witkami miotły odbijała kafel do celu, po czym puszczała oko dziennikarzowi podczas powrotu na swoją połowę. Gdy doszedł do felietonu o sławnych rozwodnikach, blada dłoń zamknęła mu czasopismo przed nosem.
Już miał fuknąć coś o tym, że przecież to czytał, kiedy dostrzegł wyraz twarzy Malfoya. Patrzył na niego z irytacją podszytą czymś na kształt współczucia.
— Nic o tobie tam nie ma. Tracisz czas. — Cofnął rękę na swoją stronę stolika.
— Czemu piszą o tobie, a o mnie nie? — wypalił. Spąsowiał zaraz po tym, jak usłyszał swoje słowa i pochylił się tak nisko nad stołem, że jego nos niemal zarył w talerz ze śniadaniem. — Przepraszam, ja…
Draco wybuchnął śmiechem. Harry wyprostował się i upił resztę soku dyniowego z pucharu, żeby zamaskować zdziwienie. I wstyd.
— Chętnie bym się zamienił. Ja się przyzwyczaiłem, ale Astoria słabo znosi zainteresowanie mediów. Mogliby ją w końcu zostawić. Ona w tym wszystkim miała najmniej do gadania.
— To było aranżowane małżeństwo, prawda? — zapytał i sam zdziwił się ironią w swoim głosie. Twarz Malfoya stężała.
— Tak. To było nam na rękę.
— Kochałeś ją? — wykrztusił. Brwi jego rozmówcy zeszły się ku sobie. Harry dostrzegł, jak chowa drżącą dłoń pod stół.
— Nie w taki sposób. — Jego głos był cichszy, jakby bał się reakcji drugiej strony.
Nie zrozumiał, ale pokiwał głową w odpowiedzi, na co Draco uśmiechnął się delikatnie. Harry’ego coś ścisnęło w żołądku na ten widok.
— Muszę się zbierać — chrząknął w końcu Draco i podniósł się z miejsca, jakby tylko na to czekał.
Na jego ustach nie było już nawet śladu po tamtym cieniu uśmiechu.
***
Tym razem Draco czekał na niego przed wejściem do kuchni. Pochodnie łagodziły miękkim światłem jego ostre, arystokratyczne rysy. Języki ognia, sycząc cicho, wznosiły się i opadały, grały z cieniami na twarzy Ślizgona pochylonego nad jakąś książką ze zmrużonymi oczami. Miał ochotę wytknąć mu, że i tak nie doczyta się niczego w takich warunkach, ale wtedy ich wzrok się skrzyżował i Harry zdał sobie z czegoś sprawę. Draco na niego czekał . Nie stał tutaj przecież dla rozrywki.
— Koszmar? — rzucił, wkładając tomik pod pachę. Harry skinął głową, ale Malfoy nawet na niego nie patrzył, tylko wypruł do przodu jak torpeda.
— Gdzie idziemy? — zapytał, kiedy zrównali się w trasie przez szeroki korytarz lochów. Doszło do niego, że może Draco nie chciał, żeby za nim szedł, a on coś źle zrozumiał.
— Pospiesz się, chyba, że chcesz, żeby Russo tu przylazł i wysłał nas do łóżek. — Pociągnął go w lewo i przyspieszył kroku tak, że Harry musiał niemal biec, żeby się nie wywrócić.
W tej części zamku było dużo ciemniej i chłodniej. Przez nieszczelne okna wlatywało rześkie, nocne powietrze, a on kamiennych ścian biło zimnem. Harry zatęsknił za ciepłym wnętrzem kuchni, herbatą oraz swoim dormitorium. Doszli do miejsca, gdzie często uciekali razem z eliksirów z Romildą. Było to wschodnie wyjście na błonia, rzadko używane przez uczniów, którzy preferowali stronę jeziora i rozleglejszej polany. Wymknęli się razem na dwór, gdzie przysiedli przy tej samej ścianie, gdzie nie tak dawno Vane próbowała wbić Potterowi do głowy, że ma spory problem z gloryfikacją Hogwartu.
Nocne sklepienie przypominało rozciągnięty czarny aksamit z porozrzucanymi hojnie perłami w zagłębienia materiału. Księżycowa poświata oświetlała z namaszczeniem ich twarze, jakby zachęcała do częstszych eskapad w dni takie jak ten.
I wtedy Harry ją zobaczył. Błysk, który przeciął niebo był tak szybki, że miał najpierw wrażenie, że się przewidział, że to tylko mózg płata mu figle, ale kiedy przetarł okulary i ponownie wsunął je na nos, zobaczył kolejną. I kolejną. I kolejną . Zaparło mu dech w piersi, a jego myśli zaczęły galopować i zderzać się ze sobą w gorączkowym tempie, próbując skleić sensowne życzenie. Kilkanaście różnych przebiegło mu przez głowę, zanim jedno wyklarowało się na tyle, żeby uznał je za najważniejsze.
Chcę odzyskać swój dom.
Kiedy zobaczył kolejną gwiazdę, która zostawiła po sobie jedynie krótką rysę światła na ciemnym tle, pomyślał o spokoju, towarzyszącym mu lata temu w murach Hogwartu, o pokoju wspólnym Gryffindoru, o wieczorach na dywanie przy kominku wypełnionych śmiechem Hermiony i żartami Rona. Zacisnął powieki i wziął głęboki oddech, jakby miało to zwiększyć moc jego próśb do wszechświata.
Przypomniał sobie o milczącym towarzystwie Malfoya u swojego boku i zdał sobie sprawę, że do nie tak dawna nie dałby rady po prostu na chwilę odpłynąć w tak kiczowaty sposób w obawie przed atakiem ze strony chłopaka. W przypływie realizacji otworzył szeroko oczy i zerknął na Dracona. Przez chwilę patrzyli na siebie w ciszy przerywanej koncertem cykad w wysokiej trawie, huczeniem ptaków z sowiarni i odległym szumem fal jeziora. Ślizgon pierwszy przerwał tę niezręczną walkę na spojrzenia, żeby zwrócić twarz ku niebu.
— Mogliśmy iść na Wieżę Astronomiczną — odezwał się w końcu Harry szeptem, jakby bał się, że gdy przerwie tę nierealne, wyjętą z jego życia sytuację. — Byłoby lepiej widać — dodał jeszcze ciszej, niemal nieśmiale.
Profil porcelanowej twarzy Dracona w srebrzystej poświacie w miły dla oka sposób rozmywał się z poruszonym przez wiatr powietrzem. Harry cofnął się o krok, żeby przypadkiem jakimś ruchem go nie stłuc. Nigdy wcześniej nie postrzegał go jako kruchego, może jedynie przerażonego, ale teraz zgarbiony, przy wychłodzonym listopadowymi temperaturami murze szkoły, wyglądał jak marionetka, którą nikt nie kierował — rzucona w kąt, z poplątanymi sznurkami źle przymocowanymi do krzyżaka. Miał w sobie coś z duchów zaszywających się niegdyś w ciemnych zaułkach zamku.
— Nie wiedziałem, czy chcesz tam ze mną iść po… No wiesz. — Przełknął ślinę, ale nie odważył się na niego spojrzeć. — Snape mi wtedy powiedział. Że tam byłeś. — Wypuścił rozedrgany oddech z płuc, a przy jego jasnych ustach pojawił się obłok pary.
Na wspomnienie śmierci Dumbledore’a wstrząsnął nim dreszcz. Nadal widział czasem spadające ciało dyrektora w koszmarach. Czasem się do niego uśmiechał, jakby szydził z jego wiary w to, że nie było to częścią jego chorego planu, prowadzącego Harry’ego na szubienicę.
— Jeśli tam nie pójdziemy, to obydwoje zamarzniemy — rzucił tak spokojnie, jak potrafił. Miał nadzieję, że Draco jego trzęsące się ciało uzna za oznakę wpływu zimna na jego organizm, a nie reakcję na nieprzyjemne widma przeszłości. Ale chłopak nawet na niego nie spojrzał.
Skinął tylko prawie niezauważalnie podbródkiem na znak aprobaty i ruszył do środka. Dopiero wtedy Harry zrozumiał, że faktycznie jest mu zimno i ledwo rusza palcami. Nie miał na sobie nawet kurtki. Pożegnał się w duchu z błoniami.
Na Wieży Astronomicznej było trochę cieplej. Wiatr mógł wlatywać tylko przez okiennice i szpary między kamieniami, więc mury stanowiły dobrą ochronę przed mrozem. Harry zajął się rozmasowywaniem bolących palców i zastanawianiem się nad tym, ile objawów odmrożenia ma, a Draco stanął przy wyjściu na jeden z balkonów i oparł się o framugę ramieniem, krzyżując nogi w kostkach. Mógł wyraźnie dostrzec smugi księżycowego światła przemykające mu między kosmykami jasnych włosów, jakby bogini Selene matczynym gestem próbowała je poprawić.
Noc była porą Malfoya. Pasował do ciszy i spokoju, jakie spowijały wtedy świat. Harry poczuł, że Wieża Astronomiczna na nowo wiąże się z Draconem w jego umyśle w inny, mniej oczywisty sposób.
— To rój Leonidów — odezwał się Ślizgon, a on cudem powstrzymał się od wzdrygnięcia na tak niespodziewany dźwięk. — Najszybszy znany rój meteorów. W naszej atmosferze ich prędkość to jakieś trochę ponad siedemdziesiąt kilometrów na sekundę. — Nie słysząc żadnej odpowiedzi, przełknął ślinę — Czytałem kiedyś dużo o astronomii.
Harry podszedł bliżej balkonu. Z tej perspektywy niebo zdawało się ledwo zlewać z horyzontem. Czerń muskała czubki drzew, zmarszczoną taflę wody. Draco nie odrywał wzroku od sklepienia. W końcu wskazał ręką na fragment nieba i powiedział nazwę konstelacji, a potem kolejnej, a Gryfon mógł sobie pozwolić jedynie na pokorne słuchanie i próby znalezienia układów przypominających sznury korali na ciemnym aksamicie.
Składając gwiazdom nierealne prośby, które nie brzmiały głupio tylko po północy, postawili razem pierwszy prototyp zaufania.
***
Końcówka listopada była istną emocjonalną grą w quidditcha. Problemem było to, że w tej rozgrywce, Harry nie wiedział, w składzie której drużyny jest.
Chłodny poranek przyniósł ze sobą nowe wydanie czasopisma „Czarownica” bez żadnej wzmianki na temat Wybrańca, zamiast tego oferując dwustronicowy artykuł o Astorii-Już-Nie-Malfoy i tym jak radzi sobie po rozstaniu. Draco na widok nagłówka zgniótł papier w rękach, na co Harry przewrócił oczami.
— Jeśli tak bardzo chcesz niszczyć papier, to chociaż dorzucaj się do tych gazet. One nie są za darmo, Malfoy — prychnął, próbująć uratować to, co zostało z okładki.
Na miejsce pomiędzy nim a jakąś młodszą o kilka lat Gryfonką wepchnęła się Romilda z lokami w tak ogromnym nieładzie, że chłopak w pierwszym odruchu podniósł dłoń, żeby je chociaż delikatnie przygładzić. Vane chwyciła jego nadgarstek w locie i przygniotła go do stołu z nieprzyjemnie wyglądającym grymasem, który naciągnął jej blizny na policzkach, ale najprawdopodobniej miał imitować uśmiech. Mimo to z jej oczu nie zniknął błysk oznaczający zapewne jakiś diabelski pomysł.
— Wczoraj wieczorem wpadłam na coś tak genialnego, że padniecie z wrażenia.
Harry i Draco wymienili zaniepokojone spojrzenia.
— Zaskocz mnie — mruknął Malfoy, mieszając w misce kolejną porcję owsianki cynamonowej kolistymi, półpłynnymi ruchami.
— Zaczniecie się umawiać.
Harry zakrztusił się herbatą.
Draconowi łyżeczka wypadła z ręki i spadła mu na spodnie, brudząc je brązową breją.
— Dobrze się czujesz, Vane?
— Doskonale. Potter będzie na wszystkich okładach przez przynajmniej dwa tygodnie, a dziennikarze odczepią się od Astorii. Korzyści dla was obojga.
Pomiędzy ich trójką zapadała niezręczna cisza, podczas której Romilda uważnie przyglądała się reakcjom swoich przyjaciół na jej słowa, a Malfoy zaklęciem próbował pozbyć się plamy z mundurka.
— To najgłupsze, co ostatnio… — zaczął w końcu Draco, ale w słowo wszedł mu Harry.
— To może się udać.
Wbił w niego wzrok, jakby właśnie powiedział coś absolutnie niedorzecznego.
— Czy ty siebie słyszysz, Potter?
— Pomysł o tym chwilę. Dadzą absolutny spokój Astorii i zajmą się jedynie nami. Jaka to dla ciebie różnica, skoro i tak o tobie piszą? Nikt nie każe nam ze sobą spać. — Zmrużył oczy.
— A może ja nie chcę, żeby ludzie myśleli, że jesteśmy razem?
— A nie chcesz?
Draco wziął głęboki oddech i ujął nasadę nosa w dwa palce.
— Ja rozumiem, że bycie Wybrańcem przewróciło twój system wartości do góry nogami, ale czy naprawdę masz zamiar zaprzeczyć temu, że jesteś hetero, tylko po to, żeby ludzie mieli cię na językach?
Harry zmarszczył brwi.
— Kto ci powiedział, że jestem hetero?
Draco wyprostował się na ławie pod wpływem jego słów.
— Ty…?
— Naprawdę widziałeś, jak na czwartym roku biegam za Cedrikiem i uznałeś, że to rzecz, którą robią hetero czternastolatkowie. Wow.
— A Cho? Ginny?
Wzruszył ramionami.
— Biseksualność istnieje, Malfoy.
Romilda z coraz większym zainteresowaniem przenosiła wzrok z jednej strony stołu na drugą, jakby rozmówcy grali w ping-ponga. Pochyliła się lekko i oparła podbródek na dłoni.
— To jak, chłopcy? — spytała w końcu. Draco miał minę, jakby miał ją udusić, co wyglądało tak komicznie, że z trudem powstrzymywała śmiech. Już wiedziała, że Pottera ma w kieszeni, kiedy kątem oka zauważyła na jego twarzy ślady leniwej arogancji, czające się w jego zielonych tęczówkach i uniesionym kąciku ust.
— Nienawidzę Gryfonów — burknął Malfoy i odsunął od siebie owsiankę. — Niech wam będzie.
***
Harry nie wiedział, czy nie podjął decyzji z rodzaju „Hermiona trzasnęłaby mnie za to w głowę gazetą”. Leżąc na mało wygodnym materacu, gapiąc się na baldachim nad jego łóżkiem, starał się odtworzyć na materiale obraz nieba i spadających gwiazd, żeby nieco obroty własnego umysłu. Sztorm szalejących jak fal myśli powoli go topił. Zamknął oczy i pozwolił sobie na wsłuchanie się w deszcz bębniący o zewnętrzny parapet.
Hulał wiatr, powietrze zacinała ulewa, a Harry czuł się samotny.
Chociaż czy kiedykolwiek nie był samotny? Miał Rona i Hermionę, ich przyjaźń była prawdziwą otuchą, ale nigdy nie czuł się stuprocentowy zrozumiały i wysłuchany. Wiedział, że kilka kroków, słów może doprowadzić go do przepaści. Na klifie odcięcia się od każdej osoby balansował cały piąty rok, ale jego przyjaciele zostali u jego boku — nawet kiedy na nich warczał, kiedy się na nich wściekał, kiedy każde jego potknięcie skutkowało wybuchem.
Nigdy nie powiedziałby im wszystkiego. Nawet po tym wszystkim, co razem przeszli. A może szczególnie po tym co przeszli.
Jego mózg obracał zdanie „To może się udać” jak niezwykle interesujący przedmiot, który chce się zobaczyć z każdego możliwego kąta. Nienawidził siebie za nierozmyślność, a jeszcze bardziej nienawidził Dracona za przyzwolenie mu podjęcia tej decyzji i Romildzie za sam idiotyczny pomysł.
Koncept udawania zakochanego wydawał mu się strasznie nie w porządku. Wiedział, jak zachowują się ludzie, którzy są zauroczeni swoimi partnerami. Pamiętał, jakie sam głupoty robił.
Przecież w ciągu tego dwudziestoparoletniego życia podobało mu się kilka osób i to na różnym etapie — młodzieńcze zauroczenie Oliverem Woodem, jego zapałem i pasją; wyłapywanie wzrokiem Cedrika Diggory’ego w tłumie starszych uczniów i pozwolenie sobie na studiowanie jego twarzy do momentu aż ich spojrzenia się nie skrzyżowały, irytowania się z powodu jego urody, jego uroku; motyle w brzuchu i irytująca bezradność w towarzystwie Cho Chang; próby irracjonalnego wyparcia z głowy myśli o pocałowaniu Ginny Weasley. To wszystko wydawało mu się naturalne.
Jego ostatni związek opierał się na wspólnym mieszkaniu, mijaniu się w drzwiach i zostawianiu sobie obiadu w lodówce. Zresztą, nie był pewien, czy może rozpatrywać relację z Ginny pod tym kątem, skoro byli ze sobą tylko z przywiązania. Ginny go nie kochała, a jemu wystarczało wsparcie, jakie otrzymywał. Od początku byli bardziej przyjaciółmi niż partnerami.
Im dłużej zastanawiał się, co robią ludzie w związkach, żeby inni uznali, że są dobraną parą, tym bardziej zaczynał się stresować, że nie podoła. To wszystko było cholernie pogmatwane. W wieku dwunastu lat nigdy nie powiedziałby, że Ron i Hermiona będą do siebie pasować, a jednak w pewnym momencie ich temperamenty po prostu się uzupełniły. Klik.
Aż w końcu uznał, że po prostu zrobi to, dzięki czemu przetrwał do tego momentu.
Będzie improwizował.
***
— Musimy ustalić jakieś zasady, Potter.
Była siódma dwadzieścia, a Draco Malfoy stał w progu jego dormitorium. Co za bezczelny…
— Wejdź — wychrypiał ze zmrużonymi oczami, próbując wsunąć chwyconą w odruchu różdżkę z powrotem pod poduszkę. — Zamknij te drzwi, bo zaraz oślepnę.
— I to niby ja jestem arystokratą — prychnął, ale posłusznie pociągnął za sobą klamkę.
— Malfoy, wiem, że mamy udawać, że randkujemy, ale nie równa się budzeniu mnie w środku nocy.
— Jest po siódmej.
— No właśnie. — Podciągnął się na łokciach, by ułatwić sobie śledzeniem wzrokiem Dracona, który chodził z jednego do drugiego końca pokoju. Jego buty zapadały się w miękkiej wykładzinie. — Więc?
— Nie przyszedłeś wczoraj do kuchni, dlatego jestem tak wcześnie. Nie myśl sobie, że będziesz teraz dostawał śniadanie do łóżka. Nie będę twoją służbą.
— Aż tak cię zmartwiło, że nie pojawiłem się na herbatce, że zerwałeś się o świcie? — Uniósł kącik ust do góry.
— Kto powiedział, że w ogóle spałem? — Wywrócił oczami, a widząc fałszywie zbitą minę zbudzonego chłopaka, parsknął. — Fakt, że zgodziłem się na całe to przedstawienie, powinno ci wystarczająco nadmuchać ego, Potter. — Przystanął na środku dormitorium i zmierzył Harry’ego oceniającym spojrzeniem. — Zasady. Nie będzie żadnego całowania.
— Jak mamy udawać, że jesteśmy razem, skoro nikt nie złapie nas na całowaniu?
— Nie podoba mi się, że w ogóle mam coś udawać, ale skoro już się zgodziłem, to ja ustalam, co robimy, a czego nie. I moim warunkiem jest brak całowania.
Patrzył na niego tak intensywnie, że z tej odległości Harry obawiał się, że burza zamknięta w jego tęczówkach zaraz się z nich uwolni i zdemoluje mu komnatę. Westchnął.
— Ogólny zakaz czy tylko w usta? To ważne.
— Na Morganę, czy tobie aż tak zależy, żeby obsypywać mnie pocałunkami? Tylko w usta.
— Coś jeszcze?
— Błagam, nie nazywaj mnie „słoneczkiem” albo „misiem”, bo mogę nie wytrzymać ze śmiechu wśród ludzi.
— Myślę, że „słoneczko” idealnie oddawałoby twoje usposobienie.
Blady kącik ust Ślizgona zadrżał, jakby wzbraniał się przed uśmiechem. Przechylił głowę w stronę okna, za którym nadal szalała wichura. Mamrotał coś pod nosem, zapewne punkty, które chciał poruszyć z Harrym, aż w końcu zamilkł na kilka sekund.
— Będziemy to aktualizować na bieżąco. Masz coś do dodania? — zwrócił się do chłopaka, chociaż nadal był wpatrzony w ulewę. Deszcz był tak gęsty, że trudno było sobie wyobrazić, że istnieje świat gdzieś dalej poza Hogwartem.
— Raczej nie. Musimy wymyślić, jak się zeszliśmy, jeśli nas o to zapytają reporterzy, a stanie się to wcześniej czy później. No i musimy się więcej o sobie dowiedzieć, jeśli chcemy wyjść na wiarygodnych. — Poprawił okulary na nosie i podniósł się do siadu, bo zaczęły mu cierpnąć ramiona.
— Wiem o tobie więcej, niż bym sobie tego życzył.
— Na przykład?
Milczał chwilę, po czym odwrócił się w stronę drzwi i szybkim krokiem ruszył ku wyjściu z pokoju.
— Ubieraj się, bo spóźnisz się na śniadanie.
***
Draco usiadł z Harrym na eliksirach. Profesor Russo uniósł brwi na widok tej zmiany miejsc, jakby przyzwyczaił się już do widoku Harry’ego wyłącznie z Romildą u boku, ale nie skomentował tej zmiany. Vane usiadła z Tracey Davis, która wcześniej była partnerką Malfoya na większości lekcji. Tracey miała pociągłą twarz, rumianą cerę i spokojne usposobienie. Nie posądziłby jej o wytrzymanie w pokoju całe siedem lat z Pansy Parkinson. Wyglądała na całkiem miłą — śmiała się dźwięcznie, gdy Romilda rzucała mało wyszukane żarty, które Harry słyszał już kilka razy. Pokręcił tylko z zażenowaniem głową, kiedy usłyszał po raz kolejny żart o czterech nogach i jednym oku.
— O matko, masz notatki — mruknął z podziwem Harry, patrząc na rozwiniętą na ich stole rolkę pergaminu zapełnioną do połowy informacjami o sposobie przyrządzenia Wywaru Żywej Śmierci według Leticii Somnolens i interpretacjach legendy z nią związanej. Chyba faktycznie rozmawiali o tym kilka zajęć wcześniej, ale jego wiedza z lekcji teoretycznych z jakichkolwiek przedmiotów ograniczała się do mglistych wspomnień takich jak wchodzenie i wychodzenie z klasy.
— Po to zazwyczaj przychodzi się na jakiekolwiek zajęcia. — Wywrócił oczami. — Żeby się czegoś nauczyć .
— Brzmisz jak Hermiona — ziewnął i ułożył się wygodniej, tak żeby oparcie krzesła nie wbijało mu się w plecy.
— Chyba nie masz zamiaru spać, Potter — syknął Draco, posyłając mu niedowierzający wyraz twarzy. — Mamy egzaminy, za kilka miesięcy, a ty…
— Mam zamiar odespać moje skradzione przez ciebie dwadzieścia minut — powiedział bardziej do swojego rękawa, na którym właśnie starał się oprzeć głowę niż do rozmówcy, ale miał tak ciężkie powieki, że nawet o to nie dbał. — Dobranoc.
Harry obudził się wraz ze stłumionym dźwiękiem dzwonów oznaczających koniec lekcji. Bolał go kark, więc jego pierwszych odruchem było sięgnięcie tam dłonią, a dopiero później wyprostowanie się do siadu. Odszukał wzrokiem profesora, ale chyba nie był zbyt zainteresowany jego brakiem zaangażowania w zajęcia. Prowadził właśnie zażartą dyskusję z Tracey Davis nad kociołkiem stojącym na biurku.
Ziewnął i wyciągnął ramiona w powietrze, by rozprostować kości.
— Spójrz na mnie. — Usłyszał obok siebie i mimowolnie przeszedł go dreszcz. Jego umysł był jeszcze ospały, nie za bardzo przygotowany do przetwarzania większej ilości bodźców. Musiał się ogarnąć. Nie powinien sobie pozwalać na takie reakcje.
Obrócił posłusznie twarz w stronę Draco, który patrzył na niego ze zdegustowaną miną. Jedną dłonią poprawił Harry’emu przekrzywione okulary, których zapomniał zdjąć przed drzemką, a drugą odgarnął mu loki za ucho, zatrzymując tam rękę na chwilę dłużej, niż wymagała ta czynność. Chłopak spiął się przy tym nagłym dotyku i już miał sobie wymierzyć kolejnego mentalnego kopniaka, kiedy Malfoy bez słowa zaczął pakować swoje rzeczy do torby.
Harry miał wrażenie, że sytuacja sprzed chwili była jedynie dalszą częścią jego snu, ale klasa wyglądała zbyt realistycznie, a pod opuszkami palców czuł teksturę blatu.
Wyszedł z klasy, czując, że być może zadanie będzie nieco trudniejsze, niż z początku zakładał.
***
— Stawiam galeona, że Tracey jej się podoba — stwierdził Harry pomiędzy gryzami kanapki, którą rano zwinął z Wielkiej Sali.
Siedzieli oparci o kamienną ścianę tuż obok drzwi sali od transmutacji. Był oparty o ramię Dracona i próbował nie nakruszyć mu na kaszmirowy sweter w barwach Slytherinu. Kilku uczniów minęło ich z zauważalną konsternacją, a Harry wyszczerzył się do nich głupio. Szybko wrócił jednak do obserwowania Romildy podpartej na filarze.
— Mówisz? — Czuł na czubku swojej głowy wzrok Malfoya.
— Uśmiecha się.
— Do nas też się uśmiecha. Rzadko, ale się uśmiecha.
Harry zmarszczył brwi.
— Nie tak . Poza tym wygląda na spokojniejszą niż przy nas.
— Też jestem spokojniejszy, gdy nie spędzam z tobą czasu. — Draco wykrzywił szyderczo kącik ust, na co w odpowiedzi otrzymał uderzenie łokciem pod żebra. — Jestem po prostu szczery!
— Nie wierć się tak, bo mi niewygodnie — burknął.
Wrzucił zmiętą serwetkę do swojej torby i obrócił głowę ku chłopakowi. Jego zimny nos wylądował w zagłębieniu szyi Dracona. Uderzył go zapach perfum (z rozdrażnieniem stwierdził, że pewnie wartych więcej niż jego cała wyprawka szkolna), ale został na moment w tej pozycji, tylko po to, żeby go zirytować. Malfoy westchnął z rozdrażnieniem i rozprostował nogi, po czym odsunął jego głowę, wzrokiem sugerując swoje kolana jako lepsze miejsce do leżenia.
Z uniesionym kącikiem ust, ułożył się na udach Ślizgona, tak żeby nie rozbolał go znowu kark. Z tej perspektywy nie mógł, co prawda, oglądać podbojów miłosnych przyjaciółki, ale miał idealny widok na zaczerwienione policzki Dracona. Skomentował to lekkim prychnięciem, czego chłopak albo nie zauważył, albo zignorował. Był zapatrzony na Davis i Vane, które nadal prowadziły rozmowę, sądząc po nie tak odległych chichotach.
Na litość boską, Romilda chichotała.
— Może masz rację — odezwał się po namyśle. Machinalnie zaczął bawić się włosami Harry’ego, zakręcając sobie wokół pajęczych palców jego loki.
— Oczywiście, że mam. Wybrańcy zawsze mają rację. — Wywrócił teatralnie oczami. Usłyszał krótki śmiech, który przeszedł w chrząknięcie.
— Można wychodzić do Hogsmeade od dzisiaj. Chcesz się… przejść? — Wyraźnie wyczuwał napięcie w jego głosie.
Draco odwrócił głowę w bok, więc Harry mógł dostrzec jedynie jego spiętą szczękę, ale wiedział, że pewnie przeżywał to jeszcze bardziej niż on. Harry przymknął oczy. Może i był Złotym Chłopcem świata czarodziejów, ale jemu wszyscy wybaczą to, że umawia się z chłopakiem. Muszą, bo uratował im wszystkim tyłki przed największym czarnoksiężnikiem. Malfoy po wojnie miał kilka rozpraw w ministerstwie, potem wziął ślub z Astorią, żeby uratować upadający ród i utrzymać się w Nienaruszalnej Dwudziestce Ósemce, aby ostatecznie zacząć ósmy rok w Hogwarcie jako jeden z najbardziej znanych rozwodników tej dekady. Jego rodzina była w złej sytuacji po wyroku Lucjusza, a co dopiero jego śmierci. O Narcyzie nikt nie słyszał od czasu procesu. Harry zeznawał na korzyść jej i Dracona, chociaż nigdy nie dostał od nich podziękowań za wsparcie na sali sądowej. Zgodzenie się na plan umawiania się z chłopakiem było jak kolejny strzał w kolano…
Albo wyjęcie pocisku, gdy tym chłopakiem był Wybraniec. Harry poczuł, jak wszystkie punkty w jego głowie łączą się w całość.
Nie tylko on był tutaj egoistą.
— Jasne. O szóstej? — rzucił zamiast zapytać, czy ma rację.
Draco skinął głową.
***
Musieli wszystko dobrze rozegrać, żeby trafili na pierwsze strony i dostali jakiś przyjemny artykuł z krzykliwym nagłówkiem. Harry nie pierwszy i nie ostatni raz uznał, że najbardziej stosownym planem jest jego brak.
Ulice Hogsmeade były przepełnione uczniami. Trzymali się z Draconem tak bezczelnie za ręce, że trudno było tego nie zauważyć. Chociaż obydwoje mieli rękawiczki, Harry’emu nie przeszkadzało dodatkowe ciepło. Drugą dłoń trzymał głęboko w kieszeni kurtki, żeby przypadkiem nie była narażona na mróz. Lubił zimę jedynie z powodu świąt, ale był pewny, że świat nie runąłby w posadach, gdyby celebrowano je na przykład w kwietniu. Wszyscy byliby szczęśliwsi, a on mógłby szczerze powiedzieć, że nienawidzi tego okresu w roku. Wiatr owiewał im twarze, więc Harry mimo szczelnego owinięcia się szalikiem Gryffindoru i założeniem czapki, czuł szczypanie policzków i pogardliwe spojrzenia Malfoya, gdy pociągał nosem.
— Zachowujesz się jak dziecko — burknął pod nosem. — Chcesz mój płaszcz? — zapytał trochę głośniej, przez co kilka osób obróciło się w ich stronę. — Będzie ro-man-ty-cznie, Potter — syknął do niego, kiedy zakładał mu na ramiona dodatkowe okrycie. Harry nie zdążył mu nawet odpowiedzieć. Jedynie wywrócił oczami i przywarł do boku wyższego chłopaka.
— Miotły? — spytał, mocniej naciągając materiał płaszcza na swoją własną kurtkę. Było co najwyżej dwa stopnie. Kiedy kątem oka dostrzegł, że Malfoy kiwa głową, przyspieszył kroku. W pubie będzie ciepło i dostaną grzane piwo kremowe…
Spędził kolejne dziesięć minut na rozmowie z jakąś dwunastoletnią Krukonką, która obiecała mamie, że zdobędzie autograf Wybrańca. Draco doskonale widział, jak Harry trzęsie się z zimna, więc naturalnie powstrzymywał śmiech ze starannością, jakiej nie powstydziłby się Salazar Slytherin w trakcie chowania Bazyliszka w zamku. Kiedy dziewczynka odeszła po mocnym uściskaniu mu ręki i podziękowaniu za uratowanie świata, Harry był pewny, że jego niektóre organy przestały pracować z wyziębienia.
Wnętrze pubu pod Trzema Miotłami się nie zmieniło. Madame Rosmerta, co prawda, miała kilka nowych zmarszczek i blizn, ale nadal była tak samo kokieteryjna względem swoich klientów co przy ostatniej wizycie Harry’ego. Uderzyło w niego obezwładniające ciepło i zapach rumu porzeczkowego. Gdzieś w tle majaczyły nuty cynamonu i imbiru, które sprawiło, że zrobiło mu się lżej na duchu. Było gwarno, tłumnie, ale nie przytłaczająco. Miał wrażenie, że tutaj czas się zatrzymał i znowu był ze swoimi przyjaciółmi na zwykłym wypadzie do Hogsmeade, kiedy wszystko było łatwiejsze, a niebezpieczeństwo nie aż tak namacalne. Teraz jego największym problemem były egzaminy i Malfoy. Historia zataczała koło.
Jego chwilowa ulga została dosyć szybko zastąpiona gulą w gardle i supłem w żołądku, gdy usłyszał „Harry” w tłumie. Właścicielka lokalu przepychała się przez zapełnione stoliku z rozłożonymi ramionami. W jednej ręce miała nadal ścierkę, którą przed momentem czyściła szklanki. Uśmiechała się do niego szeroko, nie zważając na to, że wszyscy na nich patrzą.
— Kogo przywiało do moich skromnych progów! — Przytuliła go i poklepała wolną dłonią po plecach, na których miał nadal płaszcz Dracona. — Chłopcze, nie wierzę, że stoisz przede mną po tym wszystkim! — Brzmiała tak szczerze, że Harry’ego zemdliło. Przecież odwiedzał ją wcześniej tak często… Wtedy wystarczyło jej tylko porozumiewawcze mrugnięcie okiem w trakcie rozmów z innymi czarodziejami, żeby czuł się zawsze mile widziany.
Ale teraz nie był już tylko Harrym.
Nie zdołał nawet powiedzieć czegoś ambitniejszego niż „Dzień dobry”, bo już otaczał go wianuszek nieznanych mu ludzi, którzy chcieli autograf albo chociaż uścisk ręki. Kilka osób pochwaliło jego odwagę, podziękowało za uratowanie społeczności przed mrokiem, podzieliło się informacjami o swoich bliskich, którzy też walczyli za Hogwart. Harry przy każdej kolejnej odpowiedzi miał wrażenie, że za moment zabraknie mu tchu. Czarodziejów wciąż było więcej niż mniej, a on zaczynał odczuwać ciężar paru warstw ubrań. Wcześniej docenione przez niego ciepło zamieniło się w przytłaczającą parność. Zaprzedałby duszę za możliwość wyjścia na zewnątrz. Nawet przechodnie zaczęli wlewać się do środka, a Harry tonął. Tonął w tej niechcianej sławie, jego ręka zaczęła go boleć od pełnych nadziei uścisków. Tonął i zaczynało brakować mu powietrza.
Kilka miesięcy w Hogwarcie go od tego odzwyczaiło. W szkole czasem dzieciaki podchodziły do niego, żeby o coś zapytać, często o podpis, ale zapomniał o takich sytuacjach. Chciał im wykrzyczeć w twarz, że nie jest bohaterem, jakiego chcą poklepać po ramieniu. Nie był już pewien, co robi. Przytakiwał, raz po raz czuł ściśnięcie przedramienia, dłoni, czasem chyba nawet jakieś słowo opuszczało jego usta. Harry patrzył na to jak przez mgłę z boku. Oglądał ten program już setny raz, ale za każdym razem wolałby przełączyć kanał.
Ktoś pociągnął go wreszcie na drugi koniec lokalu. Dźwięki zlewały mu się w jedno, a wszelkie próby skupienia się na czymś konkretnym kończyły się fiaskiem. Jego umysł osiadł na mieliźnie, dopiero kiedy opadł na krzesło. Harry musiał mrugnąć parę razy, żeby zrozumieć, że to nie kolejny początek koszmaru. Zrzucił z siebie płaszcz, kurtkę i został w samym swetrze, ale materiał gryzł jego skórę do tego stopnia, że dopiero kiedy postawiono przed nim kufer z piwem kremowym, przestał się drapać po rękach i szyi. Zacisnął palce na naczyniu i skupił się na tym, żeby odnaleźć się znowu całkowicie w rzeczywistości.
— Oblecieli cię jak bahanki — stwierdził Draco, łypiąc groźnie na klientów, którzy już zajęli wcześniejsze miejsca, ale nadal mało dyskretnie zerkali w stronę Wybrańca.
Harry upił łyk piwa kremowego. Smakowało jak cukierki z rumem, więc doszedł do wniosku, że barmanka najprawdopodobniej dolała mu czegoś mocniejszego. Skrzywił się, ale chwilę później przechylił napój, pozwalając, żeby rozgrzał go od środka.
— Nie zauważyli cię nawet — mruknął w końcu w odpowiedzi.
— Zauważyli, ale zignorowali. Podejrzani o współpracę z Cza… — zawahał się — Voldemortem są raczej niechętnie witani.
— Oczyścili cię z zarzutów.
— Czarodzieje są pamiętliwi. Nie szybko zapomną tym, którzy chcieli zniszczyć ich od środka. Większość dzieci śmierciożerców ma problemy ze znalezieniem pracy, nawet jeśli mają czyste akta. — Posłał mu cierpki uśmiech. Sam nie miał czystych akt i obydwoje to wiedzieli. — Gdyby nie ty i kilka znajomych z ministerstwa, ja i matka gnilibyśmy w Azkabanie.
Nie wspomniał o ojcu, który nie miał tyle szczęścia i nie mógł liczyć na litość pracowników Wizengamotu podczas procesu. Lucjusz Malfoy nie zabawił jednak długo w więzieniu, bo jeden z innych skazanych oskarżył go o zdradę Czarnego Pana i dość szybko wykończył. O tym samosądzie było głośno, ale ani Narcyza, ani Draco nie skomentowali tego do medialnie.
— Nie ma za co. — Wzruszył ramionami. — Ostatecznie uratowaliście mi kilka razy skórę. Poza tym… Uznaj to za przeprosiny za tę Sectumsemprę na szóstym roku.
Draco kiwnął głową. Byli faktycznie kwita.
— Dolewka? — Harry podniósł do góry swój opróżniony kufer, a na usta Malfoya wkradł się złośliwy uśmieszek.
— Nie upij się, Potter. Nie wytrzymałbym z tobą, gdybyś miał kaca.
— I tak mam moralnego kaca większość czasu.
— Fair.
Wstali od stołu i ruszyli do lady obleganej przez klientów. Aż do samej Rosmerty odprowadzały ich ciekawskie spojrzenia, ale tym razem nie zaszczycono ich wstrzymywanymi oddechami ani drżącym od milczenia powietrzem. Szepty stawały się zamiast tego trochę gęstsze przy każdym stole, który minęli. Harry przepuścił Dracona przodem, ale z premedytacją położył przy tym geście rękę na jego plecach. Widział kątem oka, jak w kącie jakaś czarownica w spiczastej tiarze prawie zakrztusza się swoją nalewką. Skoro mieli śledzić każdy ich ruch, niech dadzą im chociaż, o czym mówić.
— Dwa razy kremowe — rzucił Malfoy do barmanki. Harry usłyszał w jego głosie nerwową nutę. Zjechał dłonią ku lędźwiom chłopaka i poczuł na sobie jego zirytowane spojrzenie. Uniósł bezczelnie kącik ust ku górze.
— Chłopcy, trzeba było zarezerwować sobie stolik. Gdybym wiedziała, że wy wpadniecie, przygotowałabym dla was coś lepszego niż piwo za cztery sykle. — Westchnęła kobieta z rozżalonym spojrzeniem. Zaczęła nalewać im zawartość butelek wyćwiczonymi zgrabnymi ruchami, nawet nie patrząc na swoje ręce. — Skarbie, dla ciebie do tego to co wcześniej? — zwróciła się do Harry’ego, a on pokiwał głową. Z jakiegoś powodu podkreślenie, że mogą liczyć na specjalne traktowanie, ukłuło go boleśnie między żebrami.
Madame Rosmerta wyciągnęła jakiś likier z drewnianej skrzynki za nią.
— Czyli można rezerwować stoliki na randki? Myślałem, że to pani Puddifoot głównie zajmuje się takimi rzeczami. — Draco oparł się o krawędź lady i uśmiechnął się uprzejmie.
— A masz na oku jakąś miłą damę? — Mrugnęła do niego jednym okiem, przerzucając loki z ramion na plecy.
— Właściwie to kawalera. — Wskazał głową na Harry’ego, a Rosmerta oniemiała. Pochwyciła pośpiesznie puszkę z bitą śmietaną i zaczęła nią energicznie potrząsać, jakby zapomniała o istnieniu różdżki wepchniętej za fartuch.
Nawet jeśli żaden reporter ich nie złapał, to właścicielka najbardziej znanego pubu w Szkocji szybko przekaże informacje dalej. Nie było tajemnicą, że uwielbia plotkować i robi to czasem nazbyt chętnie.
— Odezwę się do ciebie w tej sprawie, Draco. Na pewno znajdziemy wam jakiś uroczy stolik na boku, słodziaki. — Wytarła spracowane dłonie w fartuch i położyła przed nimi kufry. — Który z was płaci?
— Ja.
Harry chciał zaoponować, ale Malfoy już podawał pieniądze barmance.
***
— Udało wam się — parsknęła zszokowana Romilda z trzema gazetami pod pachą. — W dwa dni!
Weszli wcześniej od sali, żeby zająć najlepsze miejsca. Zaklęcia nie były ulubionymi zajęciami Harry’ego, ale musiał przyznać, że jego wiedza z zakresu uroków była niemal żenująca. Może i pokonał Voldemorta, ale rada egzaminacyjna nie będzie brała tego drobiazgu pod uwagę. Przydałaby mu się Hermiona — to ona zawsze wyprzedzała wszystkich o głowę, jeśli chodziło o te lekcje. Myśl o niej była jak wbicie szpili.
Granger opuściła jego głowę, kiedy tylko zobaczył siebie na okładce. A potem kolejnej. Na ostatniej był Draco, ale nazwisko Wybrańca było niemal równe wielkością tytułowi.
— Na Merlina… — Westchnął cierpiętniczo Malfoy przy przewracaniu kartek. — Czemu wyglądasz lepiej na tych zdjęciach?
— Próbujesz mi powiedzieć, że jestem przystojny? — Harry uniósł brew do góry. Draco zmierzył go chłodnym spojrzeniem.
— Co najwyżej ładny.
Serce Harry’ego wykonało cały układ gimnastyczny w jego klatce piersiowej, więc pochylił się nad „Prorokiem Codziennym”, żeby zatuszować nagłe zmniejszenie zainteresowania ich poprawnie rozwijającym się planem. Cholerny Malfoy odwalał swoją część roboty lepiej, niż powinien.
Romilda przechadzała się od prawej do lewej z czasopismem otwartym na poziomie jej oczu. Włosy miała ułożone w schludny kok upięty na czubku głowy, a pojedyncze loki okalały jej twarz. Wyprasowała nawet koszulę, choć zajęło jej to pewnie jeden moment i mogła to robić od pierwszego września, zamiast irytować dyrektorkę swoim niechlujstwem. Harry mimowolnie uśmiechnął się delikatnie, ale zgiął kark i wczytał się po raz trzeci w tę samą linijkę. Nie potrafił się skupić na tekście, mimo desperackich prób wyciągnięcia sensu z artykułu, który miał przed nosem.
— „Kto pomyślałby, że Cudowny Chłopiec wybierze Dracona Malfoya na swojego partnera! Czyżby Harry’ego Pottera kręcili rozwodnicy?” — przeczytała Vane i błysnęła w ich stronę uśmiechem. Harry nauczył się już rozpoznawać, kiedy blizny przeszkadzały jej w pełnym uniesieniu kącików ust, a kiedy po prostu się krzywiła. — No i jak, panie Potter? Kręcą pana rozwodnicy? — Zacisnęła dłoń w pięść i przesunęła w jego stronę jak reporter.
— Och, skądże! Kręci mnie jedynie Draco Malfoy — odparł luźno i poprawił leniwie okulary na nosie, zanim pochylił się bardziej nad ich wyimaginowanym mikrofonem. — Wie przecież pani… Te stalowoszare oczy i platynowy blond! Komu nie zawróciłby w głowie!
— Faktycznie! Proszę na niego spojrzeć, proszę państwa! Oto jeden z najseksowniejszych czarodziejów tej dekady! — Gryfonka przysunęła się bliżej chłopaka, żywo gestykulując do nieistniejącej kamery. Draco schował czerwoną twarz w dłonie.
— Nienawidzę was.
— Warto wspomnieć, że panicz Malfoy jest zainteresowany jedynie wybrańcami, więc jeżeli nie jesteście Gryfonami z problemami, lokami i kruchym ego, najprawdopodobniej pocałujecie klamkę. — Westchnęła Romilda. — A czy możemy wiedzieć, gdzie nasze gołąbeczki spędzą tegoroczne święta? — Zatrzepotała rzęsami i wyciągnęła dłoń pomiędzy przyjaciół.
Wtedy ich wywiad przerwał dźwięk szkolnego dzwona i tłum wlewających się do środka uczniów. Romilda jeszcze poklepała chłopaków entuzjastycznie po plecach przy zabieraniu gazet z ich ławki, po czym wyruszyła na walkę o jakieś miejsce z tyłu klasy poza zasięgiem wzroku nauczyciela.
***
Grudzień wdarł się do Hogwartu bez zaproszenia i przeraził absolutnie wszystkich starszych uczniów nie na żarty. Pierwsze powtórki do egzaminów próbnych zaczęły na początku mozolnie wślizgiwać się do ich zajęć, aż w końcu weszły w codzienną rutynę wraz z koniecznością powtarzania coraz obszerniejszego materiału. Do Harry’ego doszło, że tym razem żaden zły czarnoksiężnik nie wyrwie go ze szkoły, żeby nie musiał zdawać testów. Uległ więc nerwowej atmosferze i dzień w dzień był coraz bliższy wyrywania sobie włosów z głowy na myśl o cholernie małej ilości czasu, jaka mu została. Późne popołudnie zaczął spędzać przy Romildzie, która zdecydowanie lepiej radziła sobie z presją, jaką nakładali na nich profesorzy powtarzający oklepane teksty o budowaniu z rozwagą swojej przyszłości. Draco czasem im towarzyszył, z biegiem czasu coraz częściej.
Kiedy w bibliotece zaczęło robić się nieprzyjemnie tłoczno, a szmery rozmów i przewracania stron podręczników nie dawały szansy na poukładanie myśli, przenieśli się do dormitorium Dracona. Pokój był bardziej stonowany dzięki ślizgońskim barwom niż sypialnie Gryfonów, więc uznali, że jest to miejsce, które najbardziej sprzyja ich koncentracji. W komfortowej ciszy pogrążali się w notatkach. Za ich milczącym przyzwoleniem skumulowana na tak małym metrażu magia buzowała pod sufitem i wprawiała powietrze z drżenie.
— Na miłość Kirke — jęknęła Vane, a Draco i Harry niespiesznie podnieśli wzrok znad opasłych tomiszczy, które udało im się szczęśliwie wypożyczyć przed masą innych uczniów.
Romilda z przekleństwami na ustach szukała między fałdami kołdry swojej różdżki, żeby wyplenić z materaca kałamarz. Harry uniósł brew i wyjął ją spod łóżka, po czym podał przyjaciółce. Przyjęła zgubę z wyraźną ulgą.
— Czemu tak właściwie to ty zajmujesz miejsce na łóżku, a my na podłodze? — spytał z przekąsem Draco, wlepiając wzrok na mruczącą zaklęcia dziewczynę. — To moje dormitorium.
— Jestem najmłodsza.
— A ja najstarszy, to nic nie zmienia. — Wywrócił oczami. Zamknął książkę ze spisem najpopularniejszych zaklęć XX wieku, odłożył ją na wykładzinę i wstał, żeby sprawdzić czy atrament nie przeciekł na drugą stronę prześcieradła. — Masz szczęście, Vane.
— Szczęście to będzie, kiedy zdam te przeklęte egzaminy i opuszczę tę żałosną imitację placówki kształcącej — jęknęła i opadła na plecy. — Jestem taka zmęczona, że nie mam nawet pojęcia, kiedy ostatnio spałam więcej niż sześć godzin. Czekam tylko do przerwy świątecznej.
Harry z początku chciał się z nią zgodzić, ale z tyłu głowy zagrzmiały mu karcące głosy Hermiony i profesor McGonagall.
— Jak my wszyscy — zaśmiał się sucho w odpowiedzi Draco. — Kiedy miałem pięć lat, przychodziła do mnie guwernantka i nawet ona mnie tak nie wykańczała jak ta przeklęta szkoła.
— Czego uczyła cię guwernantka w takim wieku? Jak układać klocki? — parsknęła Romilda.
— Czystość krwi to najważniejsza cecha każdego czarodzieja. Mugole nie powinni udzielać się w takim stopniu na świecie. Mugolaki nie należą w pełni do magicznego społeczeństwa. O, i trochę francuskiego. — Wzruszył ramionami.
Harry uznał, że najlepszym wyborem będzie zignorowanie większości wypowiedzi.
— Nie wiedziałem, że umiesz francuski.
— Nie wiedziałem, że to cię interesuje.
Romilda doszła prawdopodobnie do tego samego wniosku co Harry, bo wróciła do wertowania swoich notatek i zostawiła rozmowę na jego barkach.
— Powiedz coś. To znaczy, po francusku.
Malfoy westchnął.
— Tu es très jolie.
Vane wybuchnęła zachrypniętym śmiechem, a Draco zmierzył ją urażonym spojrzeniem.
— I co to niby znaczy? — mruknął nieprzekonany Harry.
— Że powinieneś się zamknąć i wrócić do nauki, Potter.
***
Po bardzo napiętej dyskusji na temat świąt Harry i Draco podzieli swoją przerwę na trzy segmenty: dwa dni w Norze, szybka wizyta u Lovegoodów i odwiedziny Malfoy Manor. Ślizgon wyraźnie zaznaczył swoją niechęć do odwiedzin domu Weasleyów poprzez zatrzaśnięcie Harry’emu drzwi przed nosem, ale i tak ten kompromis był sporym sukcesem. Zdawali sobie sprawę, że ten czas może okazać się kluczowy w ich planie, ale perspektywa sprawienia, że najbliższe im osoby uwierzą, że są zakochaną do granic możliwości parą, zaczynała być coraz bliższa.
Ich twarze od czasu pierwszych artykułów praktycznie nie znikały z okładek, a Rita Skeeter już zapowiedziała, że szykuje coś specjalnego. Kiedy Romilda przeczytała im tę rewelację podczas jednego ze śniadań, obydwoje zbledli jak na zawołanie. Po kolejnym wypadzie do Hogsmeade, gdzie mieli zakupić kilka wstępnych prezentów, po cichu prowadzili grę, kto wyhaczy w tłumie więcej reporterów. Ten tydzień również należał do rubryk opatrzonych ich nazwiskami. Sukces całego przedsięwzięcia był oszałamiający, mimo że ani Draco, ani Harry nie umawiali się zbytnio co do scenariusza wyjścia. Musieli dokupić jeszcze parę prezentów, w tym coś dla Rona, którego Potter wylosował w czasie wakacji. Na świętach w Norze było za dużo osób, żeby każdy obdarowywał każdego, więc wprowadzili taki system już dawno. Postawili sobie za cel odwiedzenie Miodowego Królestwa (kilka trudnodostępnych w Londynie łakoci) i sklep Scrivenshafta (pasujące do siebie tęczowe pióra dla Romildy i Tracey (tak, śmiali się z tego żartu prawie dziesięć minut po wyjściu)), a w rezultacie dostali cztery pełne rubryki w magazynach. Już nawet profesorzy zaczęli rzucać im badawcze spojrzenia, gdy tylko zauważali ich dwójkę razem.
Kiedy Harry dostał pierwszy od powrotu list od Hermiony, zaczął się szczerzyć do takiego stopnia, że Draco zmarszczył brwi w zaniepokojonym geście.
Oczywiście, że Hermiona stwierdziła, że dobry moment, żeby posłać mu sowę, właśnie nastąpił. Żadnego „Wszystko dobrze?” ani „Hogwart nadal taki sam?” — krótkie i zwięzłe „Czy masz zamiar wziąć ze sobą swojego chłopaka na święta?”. Niemal czuł przez papier jej napięty ton i chłodny oceniający wzrok, skanujący jego twarz w poszukiwaniu odpowiedzi na nurtujące ją pytania. Sam nie wiedział, czemu w ogóle się śmiał. To nie było zabawne. Jego własna przyjaciółka zainteresowała się nim dopiero teraz, kiedy musiała się przygotować do tego, że będzie musiała zmierzyć się z nowym wyzwaniem, jakim była konfrontacja dawnego szkolnego wroga. Musiała się przygotować, ułożyć w głowie schemat. Wiedział, że robi to przed każdym większym spotkaniem. Tego wyuczyła ją kampania wyborcza — ciągłego grania.
Wygrali wojnę tylko po to, żeby walczyć z własną naturą na deskach teatru życia.
Harry nie przestawał myśleć o pozostawionej bez informacji zwrotnej otwartej kremowej kopercie z wytłoczoną pieczęcią ministerstwa, nawet kiedy wsiadał do pociągu. Opuszczanie Hogwartu było dziwne. Nieco zapomniał, że cały świat nie kręci się wokół zamku i wsiadanie do ekspresu było niekomfortową dla jego umysłu czynnością. Znaleźli jakiś przedział i zajęli miejsca naprzeciwko siebie. Maszyna wytoczyła się ze stacji w Hogsmeade.
— Nie chcesz tam jechać — stwierdził Malfoy po kilkuminutowym studiowaniu twarzy Pottera zwróconej ku oknu.
— Chcę. Oczywiście, że chcę — odparł Harry z naciskiem. Poczuł, jak wzrasta w nim irytacja. Oczywiście , że chciał spotkać się ze swoją jedyną rodziną w święta. Może nie będzie tam Syriusza, profesora Lupina, Tonks, Szalonookiego i Freda, ale chyba już przyjął do wiadomości, że imprezy odbywają się z kilkoma miejscami bez gości. Ale chciał tam jechać. Chociażby po to, żeby na te puste krzesła popatrzeć.
— Tak, wręcz kipisz entuzjazmem.
— Jaki jest twój problem, Malfoy? — syknął i pochylił się, żeby oprzeć łokcie na udach. Przestał wyłamywać sobie palce, po to, żeby całą uwagę przenieść na rozmówcę. Harry podjął rękawicę, mimo że konwersacji wręcz wrzeszczącej, że nie należy jej zaczynać, nie mieli od dłuższego czasu. Ogień wściekłości coraz intensywniej płonął w jego wnętrzu.
Draco był mistrzem znajdowania tematów, które Harry starał się omijać szerokim łukiem.
— Próbuję zrozumieć. Granger odzywa się do ciebie raz na rok, a Wealsey w ogóle nie posyła sów. Są aż tak zajęci swoim nowym życiem, że zapomnieli, kto im je umożliwił? A może, jedziesz tam dla swojej byłej? Nadal ją kochasz?
— A co, jesteś zazdrosny? — Zmrużył oczy. Draco stąpał po bardzo cienkim lodzie. Może obydwoje postanowili wyładować swoje napięcie na pierwszej lepszej osobie w zasięgu wzroku; może nadal nie wybaczyli sobie wszystkiego, a może nadal trochę lubili się nienawidzić.
— Skądże. Ja mam pewność, że w moim domu nikt nie będzie zmuszał mnie do bycia bohaterem.
— O ile to, co masz, można nazwać domem.
— Potter.
— Malfoy.
Ostrzegawcze nuty ukryte w ich głosach były wymowniejsze niż błyszczący czerwienią alarm przeciwpożarowy.
— Po co tam jedziemy?
— Są jedynymi ludźmi, którzy mnie kiedykolwiek chcieli . Pozwól mi, chociaż na chwilę uwierzyć, że naprawdę jestem tym pieprzonym bohaterem, nawet jeżeli obydwoje wiemy, że to gówno prawda. — Słowa same mu się wyślizgnęły. Tak szczere wyznanie dawno nie przeszło mu nawet przez myśl, więc nie miał pojęcia, skąd pojawiło się nagle w jego ustach, w dodatku tak chętne do bycia wypowiedzianym. Palący wstyd jednak nie nadszedł. Zamiast tego odkrył w sobie oczekiwanie, jakby podpuszczał Malfoya do czegoś mocniejszego niż kolejna lakoniczna odpowiedź.
Draco wyglądał, jakby przeprowadzał wyrównaną walkę sam ze sobą.
— Dwa dni i ani sekundy więcej.
— Więcej i tak nie dałbym rady.
***
— Och, Harry! Wchodź, wchodź! Zmarzniesz! O! A to kto? Czyżby panicz Malfoy? Byłam ciekawa, czy weźmiesz go ze sobą, kochanie.
Opięty na ciele Molly niebieski fartuch w białe kwiaty był ubrudzony w kilku miejscach czekoladą i sosem, a biała smuga kontrastowała z zaczerwienionym policzkiem. Harry z rozczuleniem uniósł rękę, żeby zetrzeć mąkę z pomarszczonej skóry kobiety i uśmiechnął się szczerze, widząc jej zaaferowanie.
— Tak, przypałętał się, to go wziąłem. — Roześmiał się. — Postaram się, żeby nie sprawiał problemów. Spokojna głowa, pani Weasley. — Zdjął kurtkę i przyjął płaszcz Dracona. W korytarzu było mało miejsca na kolejne ubrania, ale Harry’emu udało się znaleźć pusty wieszak.
— Dobry wieczór, proszę pani — przywitał się grzecznie Malfoy i nawet spróbował unieść kąciki ust, ale chyba zdał sobie sprawę, jak komicznie wygląda jego próba zatuszowanie stresu, bo wrócił do wcześniejszej, nadal przerażonej miny. Kobieta przełożyła pod pachę blaszaną miskę, w której łyżka sama mieszała ciasto i podała Draconowi rękę pokrytą plamami wątrobowymi.
— Mów mi Molly. Czuj się jak u siebie.
Draco oniemiał i Harry mógł przysiąc, że zrobił się jeszcze bledszy niż zazwyczaj.
W głębi Nory było słychać już rozmowy, śmiechy i kroki na schodach. Do przedsionka wpadł Bill i wybuchnął śmiechem na widok nowo przybyłych. Postrzępione rude włosy spiął w niski kucyk, chyba po to, żeby nie denerwować ich długością matki. Jego piegowata skóra naznaczona bliznami była ogorzała słońcem, jakby większość czasu spędzał na dworze.
— Wiszę George'owi z Ronem i Percym po dwa galeony. Nigdy nie przestaniesz mnie zadziwiać, dzieciaku. — Przeniósł wzrok na Draco, po czym poklepał go po spiętym ramieniu. — My się nie znamy. William jestem. Mów mi Bill. — Wziął od Molly ciasto i chwycił coraz szybciej kręcącą się łyżkę, żeby samemu zająć czymś ręce. — Fleur na pewno ucieszy się z waszej wizyty. Dopiero co przyjechaliśmy z Francji, byliśmy tam u jej rodziców. Wiedziałeś, jak cudownie jest na Riwierze? Potem pokażę wam zdjęcia.
Molly przepchnęła się pod ramieniem najstarszego syna opartego na framudze, żeby nakrzyczeć na męża, który właśnie próbował przestawić choinkę na drugi koniec salonu, zahaczając jedną z gałęzi o firanę. Fleur zawołała z któregoś piętra swojego partnera, który zawadiacko puścił im oko i ruszył do ukochanej. Miska pofrunęła prędko do kuchni, ale chyba po drodze przestraszyła Krzywołapa, bo w jednej sekundzie można było usłyszeć przeciągłe miauknięcie i brzęk tłuczonego szkła.
— Widzisz? Będzie dobrze — uznał Harry, poprawiając krawat Draconowi, który uparł się założyć, chociaż mówił mu tysiąc razy, że nikt nie będzie ubrany elegancko. Zmierzył swojego aktualnego chłopaka wzrokiem i westchnął. — Będzie dobrze — powtórzył już bardziej do siebie i poklepał go po ramieniu.
Po czym ruszyli wąskim korytarzem, minęli rozchwiane schody, co chwilę skrzypiące pod krokami któregoś z gospodarzy, i weszli do pokoju dziennego, gdzie George i Ginny starali się nauczyć Padmę gry w kafla, czyli czarodziejską odmianę blackjacka.
— Tak właśnie człowiek staje się bogatszy o cztery galeony w ułamku sekundy. — Wyszczerzył się do nich i odłożył karty przed siebie. — A już chciałem cię swatać z Verity, młody. Siadajcie.
— Też was miło widzieć — rzucił Harry, pozbywszy się z głowy faktu, że Weasleyowie zakładali się o jego życie miłosne w wolnym czasie. Pociągnął Malfoya za rękaw na zapadnięta sofę.
Padma ze zmarszczonymi brwiami siedziała pochylona nad swoimi kartami. Widocznie spędziła tutaj już trochę czasu, bo miała na sobie dres Ginny i luźno związane włosy. Harry obstawiał, że po zakończeniu sezonu quidditcha, Patil wzięła wolne w pracy i wpakowały się do najbliższego kominka Fiuu.
Sam żałował, że nie mogli skorzystać z takiego środka transportu, ale Draco mruknął mu coś o złagodzonym wyroku Wizengamotu, kiedy zaczął narzekać, więc po prostu machnął na to ręką i wytrzymał te kilka godzin pociągiem.
Ginny rozciągnęła się na starym fotelu z popękaną na zagłówku skórą. Od kataru zaczerwienił jej się nos, a ręce miała suche jak papier, co pewnie było wynikiem ciągłych treningów na świeżym powietrzu. Nogi zwisały jej z podłokietnika; bezkarnie machała w powietrzu stopami w dwóch różnych skarpetkach.
George zaczął tasować na nowo karty, żeby Draco i Harry mogli dołączyć do gry.
— Nie urodziłem się wczoraj, George — prychnął Harry przy wyrywaniu mu talii z rąk. — Jeżeli ktoś ma kantować już przy rozkładaniu kart, to na pewno będziesz to ty.
Chłopak kiwnął głową, widocznie zadowolony ze swojej reputacji naczelnego oszusta Weasleyów, po czym przerzucił swoje spojrzenie na Malfoya.
— Książę Slytherinu w naszych skromnych progach, kto by pomyślał, że dożyję tego momentu.
— Przestań! — syknęła Ginny, kopiąc go w ramię. — Cieszymy się z twojej obecności, serio. Nie zwracaj na niego uwagi, zawsze tak żartuję.
— Gdzie Hermiona i Ron? — wciął się Harry, żeby uratować tę próbę zatuszowania napiętej atmosfery, która wkradła się wraz z pojawieniem się Draco.
— Poszli z Charliem do garażu po coś dla mamy. Dodatkowe materace czy coś takiego. Gramy?
— O co? — Malfoy otaksował wzrokiem wszystkich w pomieszczeniu, chociaż nadal wyglądał, jakby jego mózg nie do końca nadążał za chaosem Nory. Nadal w jego oczach czaił się czysty strach.
Harry potrafił to zrozumieć, bo sam przy pierwszej wizycie był przytłoczony ciepłem, nadmiarem magii i serdeczności. Sprawa z Draco nie był do końca tak klarowna jak z Potterem, który niemal od razu został jednym z członków tej rodziny. Malfoy nie był przez wszystkich miło widziany — trudno było się temu dziwić. Harry był prawie pewny, że gdy jego przyjaciele wrócą do domu, rozpęta się piekło. Modlił się tylko, żeby Ron nie wszczął jakiejś bójki, bo wizyta u Narcyzy z poturbowanym Draco mogłaby nosić brzemię misji samobójczej.
— Jesteś jedynym Ślizgonem, więc o twoją duszę. Jak przegrasz, nie odczujesz różnicy.
— George!
— To tylko żarty, Ginny! Na Merlina, gdzie z tymi pięściami…!
Ledwo zdążyli zacząć dobierać karty, kiedy drzwi zaskrzypiały, deski zatrzeszczały i zimno wtargnęło do środka. Ron i Hermiona już moment później stali w salonie zasapani po zadaniu, jakie wyznaczyła im Molly. Granger naciągnęła na głowę czapkę, żeby ukryć pod nią szopę włosów, a wokół szyi owinęła wysłużony szalik Gryffindoru. Ron natomiast zaczął rozglądać się za chusteczkami, pociągając przy tym nosem i nanosząc na coraz większą powierzchnię błoto.
Harry wstał i zgarnął ich do grupowego uścisku. Cuchnęli kurami i kurzem, ale mało go to póki co obchodziło. Było w tej spontanicznej bliskości coś na tyle znajomego, że poczuł się o kilka lat młodszy. Jego przyjaciele tutaj byli. Jego przyjaciele na pewno zrozumieją i będą go wspierać. Jego przyjaciele na pewno wysłuchają, co działo się przez ostatnie miesiące w Hogwarcie. Może nawet potem powie im, że jego związek z Draco to bujda większa niż nargle, o których Luna mówiła nadal z takim samym zapałem. Jego przyjaciele tutaj byli. Tyle wystarczało. Wszystko było po staremu, a przynajmniej tej myśli postanowił trzymać się jak tonący brzytwy. Już dobrze.
— Kopę lat, stary! — Entuzjazm nie gasł Ronowi w oczach na choćby sekundę. Harry poczuł się tak chciany i wyczekiwany przez przyjaciela, że miał ochotę go jeszcze raz uściskać. — Rany, wyglądasz dokładnie tak sa… — Dostrzegł Malfoya na kanapie ponad głową Harry’ego i jego twarz stężała. — Co on tu robi? Harry, czyli ty naprawdę… Na Merlina. — Cofnął się krok do tyłu.
Hermiona chrząknęła.
Ron wziął głęboki oddech ze wzrokiem wbitym w Dracona.
— Ja… — zaczął Malfoy, ale chłopak uciszył go gestem ręki.
— Harry, pozwól na słówko.
Przełknął ślinę, ale ruszył za nimi posłusznie do kuchni, skąd w którymś momencie wyparowała Molly. Do stołu dołożono kilka dodatkowych krzeseł z wesela Billa i Fleur, a niepasująca do siebie zastawa była już ułożona na najładniejszym obrusie zacerowanym schludnie w kilku miejscach. Pod ścianą zostawiono wolne miejsca dla Syriusza, profesora Lupina, Tonks, Szalonookiego i Freda. Harry’ego zabolało serce na ten widok. Mógł ich ocalić. Gdyby on zginął zamiast nich, opłakiwaliby tylko jedną śmierć zamiast pięciu. Ostatnio za często o tym myślał. Wypuścił ciężko powietrze z płuc i odwrócił głowę w stronę Hermiony, która krawędź blatu. W czasie ich krótkiej trasy zdjęła czapkę oraz szal, a kurtkę przewiesiła przez oparcie.
— Co ty sobie wyobrażasz? Chcesz zniszczyć święta czy po prostu zwrócić na siebie uwagę? — wyrzucił Ron, gdy tylko przekroczył próg. — Po tym wszystkim, co zrobił…! Ile świństw powygadywał na nasz temat!
— Ron… — Hermiona rzuciła mu błagalne spojrzenie. Przeczesał dłonią włosy, ale faktycznie jego kolejna wypowiedź była minimalnie spokojniejsza.
— Czy on nie ma swojego domu? Naprawdę mamy wystarczająco zmartwień…
— Uważasz, że moje szczęście jest zmartwieniem? — palnął, chociaż tak naprawdę nie chciał dolewać oliwy do ognia. Wiedział, że powinien pozwolić, żeby przyjaciel wyrzucił z siebie wszystko i ze spokojem to przyjąć, zamiast przerzucać się coraz głupszymi zarzutami.
Granger westchnęła.
— Harry, wiesz, że nie o to chodzi. Chcemy, żebyś był szczęśliwy i cieszymy się, że znalazłeś sobie kogoś w Hogwarcie.
— Bez przesady. Mów za siebie. Ja nie życzę sobie, żeby Malfoy przebywał w tym domu, nawet jako chłopak mojego najlepszego przyjaciela. Nie po tym jak wpuścił śmierciożerców do Hogwartu. To przez niego to się zaczęło.
— Potem nas uratował w Malfoy Manor.
— Nie musiałby, gdyby wcześniej nie stchórzył i nie posłuchał się Voldemorta.
— Mam ci przypomnieć o wszystkich naszych błędach?
— Nie przez nasze błędy śmierciożercy dostali się do Hogwartu.
— Masz rację. Przez nasze błędy zginęły setki, tysiące ludzi, Ron.
— Przez twoje błędy zginęli ci ludzie.
Harry’emu zaparło dech w piersi. Słowa utknęły mu w gardle. Patrzył na Rona, nie mając pojęcia, jak ma odpowiedzieć na to oskarżenie. Jak miał bronić się przed prawdą? Schował drżące dłonie do kieszeni, choć wiedział, że na nic się to zda w obliczu tej konfrontacji.
— Za dużo, Ron — mruknęła Hermiona. — Harry, po prostu się martwimy, że Draco może się tu nie odnaleźć.
— Nie to mieliście na myśli. Po prostu go tutaj nie chcecie. Nawet nie posłuchaliście tego, co on ma do powiedzenia. Nigdy nie słuchacie.
— Przesadzasz. Gdzie podziało się twoje „Malfoy na pewno coś knuje”?
— Zmienił się jak my wszyscy. Nie daliście mu dojść do głosu.
— To nie wymazuje tego, co robił przez tyle lat.
— Póki co, to wy niszczycie atmosferę, a nie on — prychnął. — Twoja mama nie miała do niego żadnego problemu, a wy wchodzicie i siejecie raban, jakbym przyprowadził do domu bazyliszka, a nie swojego chłopaka. On też jest teraz moją rodziną i chcę, żeby mógł poznać najważniejsze osoby w moim życiu.
— Może Harry ma trochę racji. Nie mógł im się przecież postawić… — zaczęła powoli Hermiona, chwytając Rona za rękę.
— Andromeda mogła. Syriusz mógł.
— Nie waż się wciągać do tej rozmowy Syriusza — wycedził przez zęby Harry.
Wszyscy rzucili przelotne spojrzenie krzesłom pod oknem.
— Wrócimy do tego — skapitulował w końcu Weasley i ruszył ku wyjściu.
***
Kolejni goście wlewali się do środka niemal do ostatniej minuty przed zajęciem miejsc w przepełnionej jadalni. Molly promieniała dopóki, dopóty jej wzrok nie padł na puste krzesła w rogu pomieszczenia. Szybko podjęła decyzję odwróceniem uwagi od pustki w oczach ciepłym uśmiechem i kontynuowała witanie swoich bliskich, kierowania kolejnych naczyń na stół oraz szeroko pojętej organizacji kolacji.
Andromeda deportowała się z Teddym w kominku sieci Fiuu wraz z syczeniem zielonych płomieni, akurat gdy Charlie wchodził przed drzwi frontowe do środka obładowany siatkami. Percy ze swoją narzeczoną Audrey szybko przywitali wszystkich nieśmiałymi machnięciami dłoni, po czym wrócili do przyciszonej dyskusji między sobą. Pan Weasley uwijał się z kolejnymi zadaniami od żony z taką prędkością, że na jego policzkach pojawiły się rumieńce. Harry starał się pomagać, ale jednocześnie nie kręcić się niepotrzebnie pod nogami domowników, w czym pomogły mu lata praktyki w funkcjonowaniu Nory. Draco nie miał takiego szczęścia, toteż podreptywał nerwowo w miejscu, raz po raz przepraszając, kiedy przez przypadek stał na czyjejś drodze. Rzucał błagalne spojrzenia w stronę Pottera tak długo, że ostatecznie został pociągnięty przez George’a na któreś ze składanych krzesełek z ambitnym zadaniem siedzenia na tyłku i nieprzeszkadzaniu innym w robocie.
Po dziesięciominutowej szamotaninie dania przygotowane przez gospodynię zostały w końcu upchnięte na ławę. Na widok ułożonych półmisków i pustego blatu w kuchni wszyscy odetchnęli z ulgą. Kiedy każdy dostał swój kawałek indyka, w duchu Harry nieśmiało pomyślał, że może świąteczna atmosfera sprawi, że kłótnia z przyjaciółmi rozejdzie się jakoś po kościach. Mało kto potrafił gniewać się w takich okolicznościach, kiedy za oknem prószył śnieg, w tle grały najbardziej kultowe utwory Celestyny Warbeck (Fleur wywróciła oczami, kiedy spiker zapowiedział kolejny przebój), a mięso niemal rozpływało się w ustach. Nalał sobie zupy cebulowej. Tekst „Wyczarowałeś ze mnie serce” mieszał się ze szczękiem sztućców i cichymi rozmowami. Ginny zaczęła mówić o ostatnim sezonie quidditcha, nie szczędząc dokładniejszych relacji z poszczególnych meczów, a jej bracia od razu podłapali temat.
Akurat mówiła o rozgrywce z Chlubą Portree i ich niezwykle agresywnym pałkarzu, gdy Teddy zaczął grymasić przy jedzeniu swojej brukselki i ostatecznie rozpłakał się tak bardzo, że Andromeda musiała wziąć go na ręce. Przekazała go po chwili Molly, która pobujała go nieco ponad kwadrans, po czym wręczyła przerażonemu Harry’emu, uznając, że skoro jest chrzestnym, to na pewno sobie poradzi. Wziął chłopca w swoje ramiona z miną osoby, która ma utulić akromantulę, a nie swojego chrześniaka. Draco uniósł brew podczas obserwowania nieudolnych prób uspokojenia małego Lupina, ale parsknął jedynie śmiechem, kiedy Teddy po raz ósmy odpowiedział „Nie” na pytanie Pottera. Malfoy wstał i sam się nim zajął. Gdy Teddy tylko poczuł pierś Malfoya przy swoim policzku, jego płacz momentalnie minął, jakby ktoś rzucił na niego zaklęcie wygłuszające. Jego twarz rozjaśniła się spokojem, a jego włosy z ognistej czerwieni łagodnie przeszły w odcienie błękitu. Zaczął mówić do niego coś szeptem, ale rozmowa nie trwała długo, bo dziecko już po chwili w odpowiedzi zaczęło jedynie odmrukiwać, aż w końcu jedynie ziewnęło i mocniej wtuliło się w materiał koszuli.
Draco wywrócił oczami w akompaniamencie lekkiego poklepywania zasypiającego Teddy’ego po plecach. Goście patrzyli na Ślizgona w oniemieniu, jakby co najmniej sprowadził im do jadalni rodzinę trolli górskich.
— Jakbym chciał go zabić, zrobiłbym to, zanim rozbolała mnie przez jego płacz głowa, Andromedo.
Kobieta zbladła i wróciła do swojego puddingu. George parsknął, ale zamaskował to kaszlem zgromiony wzrokiem przez matkę.
Draco chwilę później wyniósł Teddy’ego do salonu, żeby mógł w spokoju dokończyć drzemkę we względnej ciszy i zajął swoje miejsce. Kilka kosmyków jasnych włosów opadło mu na alabastrowe czoło, kiedy pochylił się nad swoich deserem. Przed wzięciem widelczyka do dłoni podwinął rękawy do łokci.
— Skoro tak dobrze radzisz sobie z dziećmi, to dlaczego żadnego nie mieliście z Greengrass? — odezwała się Audrey obcesowym tonem.
Harry zakrztusił się swoim napojem. Na drugim końcu stołu oburzona Fleur prychnęła pod nosem i z większą siłą wbiła widelczyk w swoje ciasto. Audrey patrzyła na Malfoya swoimi sarnimi oczami spod firanki długich rzęs tak rzeczowo, że Harry’ego zemdliło. Całe jego nadzieja na spokój pękła jak bańka mydlana.
Audrey Greenbriar z wyglądu przypominała bohaterkę wyjętą z jakiegoś klasyka literatury — obraz rozkapryszonej arystokratki jedynie pogłębiały jej pełne leniwego uroku ruchy oraz łagodne rysy niemal dziecięcej twarzy. Była ostatnią osobą, od której Harry spodziewałby się takiego pytania, chociaż dziewczyna z pewną dozą pogardy mierzyła Norę spojrzeniem swoich brązowych oczu już od wejścia. Kwestią czasu było, kiedy znudzi ją przyjęcie i postanowi pomieszać trochę ku własnej uciesze. Percy nie wyglądał na zachwyconego.
— Jak na Krukonkę jesteś porażająco niedyskretna, Audrey — odparł spokojnie Draco, wymachując widelczykiem w powietrzu. — Czy tiara tak was wybiera? Oddziela te najbardziej nietaktowne dzieciaki od innych, które mają inne mniej irytujące cechy charakteru? Czy po prostu ty jesteś tak wścibska? — Dziewczyna skrzywiła się na jego słowa. Percy coś do niej szepnął, a ona posłusznie schyliła głowę nieusatysfakcjonowana brakiem odpowiedzi. — Tak też myślałem.
Długą ciszę spróbowała początkowo przerwać Andromeda, jednak widząc, że jej zabawna anegdota cieszy się małym zainteresowaniem, zamilkła. Zaczęło robić się całkiem duszno od ciężaru wymiany zdań, jaka miała miejsce przed niecałymi dziesięcioma minutami. Harry błądził między znanymi sobie twarzami, wielokolorowymi ścianami pokrytymi wzorzystą tapetą i bezskutecznie uciekał myślami od niezręcznej kolacji. Nałożył sobie kolejny kawałek tarty, żeby zająć czymś ręce.
Fleur odsunęła od siebie pusty talerz i chrząknęła znacząco. Nerwowo skubała długimi palcami koronkowy kołnierzyk swojej niebieskiej sukienki. Odetchnęła w końcu, czując na sobie kilkanaście par oczu i uniosła głowę, pozwalając, by jej pokryte błyszczykiem usta rozciągnęły się w nieśmiałym uśmiechu.
— Skoro już jesteśmy przy dzieciach… Chociaż nie tak planowaliśmy zacząć ten temat. — Posłała kolejne znaczące spojrzenie w kierunku skulonej u boku Percy’ego Audrey. — Chcielibyśmy z Billem coś ogłosić. Rzadko bywamy w pełnym składzie. — W jej przyjemnym głosie wprawne ucho mogło wysłyszeć francuski akcent, jednak w porównaniu do jej łamanej angielszczyzny sprzed kilku lat, nawet Harry wyczuł ogromny postęp.
Kobieta szturchnęła lekko swojego męża filigranowym ramieniem pod żebra.
— Fleur jest w ciąży.
Ginny usadzona najbliżej zaśmiała się serdecznie i przyciągnęła brata do uścisku. Artur niemal wywrócił choinkę w drodze do swojego syna. Jak to bywa z rodzinnymi spięciami, każdy którego one nie dotyczyły, zapominał o nich szybciej, niż chciałby się przyznać. Na jedną krótką chwilę wśród radosnych nowin, gratulacji, uścisków i wpół opróżnionych salaterek, Harry poczuł znowu tę iskrę dawnej Nory. Światełko w ciemności wyciągało ku nim swoją delikatną dłoń w nadziei na zostanie pochwyconym.
— Będziemy musieli zmienić wskazówkę w zegarze dla kolejnego członka rodziny.
Wystarczyło jedno krótkie stwierdzenie, żeby pierwsze zdecydowane pociągnięcie krzemieniem zgody w celu rozpalenia na nowo domowego ogniska, zostało szybko zgaszone kubłem lodowatej wody.
Harry usłyszał szloch po prawej stronie jadalni. Oto pani Weasley siedziała jak Słońce w centrum Układu Słonecznego swojej rodziny z cichym przyzwoleniem, by łzy żłobiły na jej pomarszczonej twarzy własną trasę wśród sieci zmarszczek. Jedno zdanie rzucone półżartem i najsilniejsza kobieta, którą znał, złamała się jak sucha gałąź pod butem. Tak długo skrywany ból brakiem jednego z synów w końcu wyszedł na wierzch, chociaż Harry wiedział z wcześniejszej korespondencji, że kontakt z Molly już od dawna był utrudniony. Żyła stratą — niemal wszystkie rozmowy schodziły na temat Freda, nie pozwalała przesuwać rzeczy choćby o milimetr. George starał się przebywać w Norze coraz rzadziej, bo czuł, że jego obecność niekorzystnie wpływa na atmosferę w domu, a może po prostu uciekał przed nagłą nadopiekuńczością, do jakiej nie do tej pory był przyzwyczajony.
— Wskazówka Freda zostanie — oznajmiła, sięgnąwszy do kieszeni odświętnej sukienki w poszukiwaniu chustki drżącą dłonią.
Harry miał wrażenie, że od sprzecznych sygnałów jego mózg za moment wywali wszystkie korki. Głowę wypełniał mu nieprzyjemny szum, więc z trudem rozróżniał kolejne dźwięki, a jego zakres ruchów ograniczył do absolutnego minimum. Miał wrażenie, że wszyscy na niego patrzą, a on chciał tylko zniknąć, rozpłynąć się. Było za głośno, drapało go ubranie i wszystko go przytłaczało — nadmiar myśli, ciężar skóry, nawet obrus pod jego ręką parzył jak rozpalona do czerwoności stal. Wytężył słuch i uważnie śledził ruchy ust pozostałych osób przy stole, ale nie słyszał przez narastające buczenie, jakby ktoś rzucił na niego Muffliato . Nie mógł pozwolić, żeby poczucie winy pokonało go w takiej sytuacji. Dopuszczenie do siebie myśli, że jest powodem pięciu pustych krzeseł, równało się końcowi jego względnie dobrego samopoczucia, więc walczył. Odpychał od siebie uparcie wszystkie złe emocje, każdą choćby wzmiankę jego umysłu o wojnie.
Niemal każda twarz zwróciła się ku trzęsącej się gospodyni. Zmiany mimiki poszczególnych jednostek były tak diametralne, że z pełnych uciechy oczu uciekały wszelkie iskierki wraz z uniesieniem we współczuciu brwi. Harry miał wrażenie, że patrzy na jakieś przedstawienie. Padma chwyciła swoją dziewczynę za rękę. Ledwie co rzucone „Gratuluję” ewoluowało w ustach na „Współczuję”. Harry wyczuł nagłą zmianę atmosfery, widział ludzi, potykających się o własne słowa i starał się zachować zimną krew. Po niedawnej radości pozostała rysa, niezatarty dokładnie ślad w formie odwróconych w stronę Fleur i Billa krzeseł.
Bzyczenie ustąpiło słowom, co Harry odczuł jak wynurzenie się z wody po podtopieniu. Słyszał i rozumiał, choć nagły gwar uderzył go z delikatnością rozpędzonego tłuczka.
— Och, oczywiście, że zostanie, skarbie. — Opiekuńcze ramię męża znalazło drogę ku pulchnemu ciału. — To był tylko głupi żart.
Inni zaczęli rzucać słowa aprobaty i wsparcia.
— Z pewnością Fred by się ucieszył, że zegar stanie się pełniejszy — powiedział pocieszająco Charlie, a reszta zgodnie pokiwała głową.
Bill zacisnął usta
— Byłby wspaniałym wujkiem — rzuciła Andromeda z delikatnym uśmiechem.
Uwaga przestała być podzielona i skupiono się całkowicie na wciąż roztrzęsionej pani Weasley. Ocieranie materiałem mokrych policzków stało się jedynie próbą zajęcia rąk — Harry był pewien, że Molly i tak nie słuchała desperackich prób ratowania z góry przegranej sytuacji. Była już zatopiona we wspomnieniach, wyłączona z rzeczywistości, w której tak pragnęła zostać dla swoich bliskich. Wystarczył drobny błąd, błahostka rzucona w formie rozluźnienia atmosfery. Temat rozmowy zmienił się w okamgnieniu, choć o śmierci tego członka rodziny rozprawiano od bitwy i wciąż przywracano dokładnie te same momenty, wychwalano jego zalety, mówiono o sytuacjach, które mógłby przeżyć, gdyby miał czas. Molly straciła nie tylko dziecko, ale też grunt pod nogami i możliwość normalnego funkcjonowania, a bliscy postanowili pozwolić jej na trwanie w przeszłości i trzymanie się brzytwy jak koła ratunkowego.
— Czy ja też mam umrzeć, żeby dostać chociaż trochę uwagi w tym domu? I to przy okazji ogłoszenia, że będę mieć dziecko? — spytał zirytowany Bill. Wciągnął ze świstem powietrze przez nos. — Jeden wieczór skupiony na mnie. Czekam na jeden wieczór od prawie trzydziestu lat!
Molly zamarła. Spojrzała na wzburzonego syna szklistymi oczami, nieobecna.
Matka cierpiąca. Matka w żałobie. Matka-duch.
— William. Przeproś. Natychmiast, bez dyskusji — zakomendował Artur, chociaż jego dzieci już się między sobą sprzeczały.
Dyskusja była nieunikniona. Do napiętej rozmowy włączył się Charlie, popierając Billa. George przeprosił i wyszedł do łazienki w pośpiechu. Kolejne osoby obierały strony w sporze, który nie powinien mieć miejsca, a obezwładniający żal powoli przejmował nad Harrym kontrolę. Wyrywano mu z piersi kolejny dom, kolejną oazę i ciepłe, pachnące cynamonem wspomnienia. Tarta przestało mu smakować, zemdliła go słodycz kajmaku, paliło go w przełyku.
— Nie powinieneś tak mówić, Bill. Nie po tym, co przeszła. — Pokręciła głową po raz niemal setny Ginny, która zdawała się uspokajać bardziej siebie niż resztę. — Musimy się wspierać. Jak rodzina. Fred by tego chciał.
— Dla wszystkich ta sytuacja jest trudna. Wszyscy wiedzieli, że wojna nie obędzie się bez strat — przypomniała trzeźwo Hermiona, choć było widać, że obawia się wpłynięcia na wody tego konfliktu.
— Nie miałaby aż tylu gdyby nie tacy jak on — warknął Ron. Draco do tej pory nieświadomy swojej wagi w tej dyskusji, uniósł głowy i napotkał gniewne spojrzenie.
Harry nie wytrzymał. Wstał i wyszedł.
***
Chciałoby się przypuszczać, że wyjście w środku zimy na podwórze ostudziłoby nieco Harry’ego. Nic bardziej mylnego. Ta spontaniczna eskapada dała mu jedynie moment ciszy oraz pewność rychłego zachorowania na zapalenie płuc czy inne paskudztwo. Ogień w jego wnętrzu płonął niestrudzenie, pociągał coraz to nowsze myśli, napędzał spiralę irracjonalnego niepokoju.
Stał po kostki w śniegu, mając przed sobą jedynie rozpostarte aż po horyzont pole. Za jego plecami nadal gorzała intensywna dyskusja powoli zmieniająca się w kłótnie, a światło zapalone w jadalni spływało swobodnie przez okiennice ku jego osobie. Przypominał aktora po ostatnim spektaklu. Bolał go brzuch, było mu niedobrze i robiło mu się ciemno przed oczami przy każdym gwałtowniejszym obrocie głowy. Nie był zły — może jedynie nieco zamroczony. Wychodząc w pośpiechu z jadalni, wiedział jedynie, że nie zniesie więcej, że musi się wydostać z tej klatki skumulowanych złych emocji. Że musi uciec. Z pewnością nie było w tej decyzji trzeźwego myślenia, nawet nie do końca wiedział, jak znalazł się z tej konkretnej strony budynku. Kiedy zaczął mozolnie się otrząsnąć, po prostu już tam stał, wyzuty z emocji, z zaparowanymi od własnego oddechu okularami i niewygodną pustką.
Mroźny wiatr niemal ścinał Harry’ego z ledwie utrzymujących go w pionie nóg, a roztopione płatki śniegu spływały mu za kołnierz. Woda przesiąkała materiał bluzy. Nie miał pojęcia, co ma zrobić z tym faktem. Powinien ją zdjąć? Będzie mu jeszcze zimniej… Dygotał, ale nie był w stanie wymyślić logicznego rozwiązania tej sytuacji. Więc po prostu stał. Wiedział, że zaraz stanie się coś złego. Coraz mocniej doskwierały mu mdłości i chłód. Pojawiły się znikąd, a Harry po prostu stał. Ta myśl powtarzana w kółko nic konkretnego mu nie mówiła, ale przynosiła jakiś komfort. Musiał po prostu stać i to otępienie w końcu minie. Zawsze mijało. Pociągnął nosem i zamknął na chwilę oczy. Musiał po prostu dalej stać. Już dobrze. Już dobrze. Już dobrze.
Zdał sobie sprawę z faktu, że nie wziął ze sobą różdżki. Jeśli ktoś zechciałby go teraz zaatakował, nawet nie musiałby go rozbrajać. „Cudowny Chłopiec zabity przy domostwie najlepszego przyjaciela” — to dopiero byłby nagłówek.
Nie miał nawet siły płakać nad kolejnym domem zdmuchniętym przed jego nosem jak domek z kart. Chyba przyzwyczaił się do braku możliwości posiadania czegokolwiek na dłuższą metę. Pogodził się z myślą, że nie zasługuje na ciepłą oazę, do której mógłby wrócić bez strachu, że znów coś zniszczy. Ten stan był do złudzenia podobny do pierwszej wizyty na cmentarzu w Dolinie Godryka. Wtedy też chciał zapaść się pod ziemię i przestać istnieć. To byłoby tak łatwe; obrócić się w proch i nie musieć dłużej żyć z wyrzutami sumienia, w ciągłym stresie przed kolejnym dniem, w gotowości przed nigdy nie nadchodzącym atakiem. Nienawidził takich momentów bezsilności, kiedy nie wiedział, czego chce ani co czuje. Było to gorsze od wszystkich momentów nagłej paniki albo żalu, który nie dawał mu oddychać. Marazm sprawiał, że nie potrafił dłużej dostrzec sensu swoich przeszłych i przyszłych działań, choć podświadomie wiedział, że powinien czuć coś więcej po tej kłótni Weasleyów. Powinien wściekać się na Rona i Audrey. Cieszyć się szczęściem Fleur i Billa. Współczuć Molly.
Może gdyby się nie uparł na wizytę w Norze, Weasleyowie przełknęliby jakoś gorycz braku jednej osoby przy świątecznym stole i nie pokłóciliby się do takiego stopnia. Przyjął własne oskarżenie z dziwnym spokojem. Obwinianie samego siebie było żałośnie kojące, znajome. W ten sposób mógł wybielić wszystkich bliskich w swoim zdezorientowanym hałasem umyśle i pozwolić sobie żyć dalej w poczuciu winy. Nie wiedziałby nawet teraz, jak ma oskarżać innych o swoje problemy. Każda osoba, której z początku nienawidził, zawsze okazywała się niewinna, dobra . Może jeśli sam będzie się wystarczająco długo nienawidził, też uwierzy w swoje rzekome bohaterstwo?
Zareagował chłodną apatią, gdy poczuł ciężar dłoni na ramieniu. Właściwie nie było to złe miejsce na śmierć — umarłby ze spokojną rezerwą na podwórku swojej pierwszej i ostatniej rodziny. Jednak nie przyłożono mu różdżki do tchawicy ani nie opadł bezwładnie na glebę.
— Przeziębisz się. — Głos Dracona z jakiegoś powodu go nie zdziwił, choć skrycie liczył, że jakiś śmierciożerca w końcu postanowił go wykończyć. Nie żywił także nadziei na to, że ktoś inny wyjdzie, żeby dowiedzieć się, gdzie zniknął, skoro w środku panowało istne apogeum długo gromadzonego napięcia całej rodziny. — Fleur powiedziała, że jeśli tak dalej pójdzie, to Molly nigdy nie pozna dziecka, bo zacznie je traktować jak utraconego syna, więc chyba znowu została największym wrogiem Weasleyów. Wygryzła mnie. — Podał Harry’emu kurtkę i stanął obok niego na tyle blisko, że czuł bijące od niego ciepło.
— Gdyby Syriusz tu był, wszystko byłoby dobrze — wychrypiał Harry. Nie miał pojęcia, ile tutaj stał, bo stracił poczucie czasu, ale jego gardło było tak ściśnięte, jakby nie mówił od przynajmniej kilku dni.
Mimo że obecność Malfoya była faktycznie kotwicą dla jego świadomości, nie czuł się lepiej. Wręcz przeciwnie — dotarło do niego, że wszystko go boli, ręce i stopy zmarzły mu do tego stopnia, że nie czuje palców, z nosa cieknie mu katar. Mogło być nie więcej niż minus dwa stopnie. Cały dygotał, a kołnierz nadal był mokry. Włosy już też miał mokre.
— Nie powinienem tak mówić. To żałosne, że tutaj stoję i przeżywam, skoro jemu to i tak nie wróci życia. To moja wina, że umarł. — Zaśmiał się krótko bez krzty wesołości. — Fred mógł tu z nimi siedzieć. Przeze mnie wszyscy umarli. Przeze mnie.
— Harry…
— Byłem zapatrzonym w siebie dzieciakiem, który musiał robić na przekór wszystkim i wszystko wiedzieć lepiej. Syriusz mógł przeżyć. Powinien przeżyć, rozumiesz? Ja powinienem wtedy umrzeć. To wszystko moja wina.
Draco odwrócił go niezbyt mocnym szarpnięciem w bok. Był zmuszony na niego spojrzeć.
— Harry, miałeś piętnaście lat. To nigdy nie była twoja wina.
Powiedział to z taką pewnością, że Harry’ego boleśnie ścisnęło serce. Chciał zaprzeczyć, krzyknąć mu w twarz, że się myli, ale sylaby ugrzęzły mu między strunami głosowymi. Jego umysł był zbyt zmęczony na kłótnię, zbyt przekonany o swojej winie, żeby faktycznie dać się przekonać. Poza tym Malfoy patrzył na niego tak łagodnie, naiwnie wierząc w to, że Harry nie był winny…
Draco mu współczuł, ale się nad nim nie litował. Draco nie chciał nic w zamian za tę chwilę pocieszającej ciszy, która między nimi zapadła. Draco nie próbował zrozumieć, tylko pozwalał mu mówić, nawet jeśli brzmiało to jak majaczenie obłąkańca.
Harry instynktownie oparł głowę o jego pierś i przymknął oczy. Może wykończenie psychiczne wzięło przewagę nad rozsądkiem, a może po prostu jego drżące ciało lgnęło do pierwszej lepszej osoby w poszukiwaniu ciepła i bliskości. Nie miał siły nad tym myśleć, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że nogi miał jak z waty.
— Możemy się deportować. — Draco położył swoją dłoń na nagim karku Pottera w niezręcznej próbie pocieszenia. — Nie musimy wracać do środka, jeśli nie chcesz.
Nie chciał. Naprawdę nie chciał.
— Nie mogę tak zostawić Molly. Nie zasłużyła na to po wszystkim, co dla mnie zrobiła.
Usłyszał, jak Malfoy wzdycha.
— Niech będzie.
***
Padma przyniosła koc i dwa kubki herbaty w momencie przekroczenia progu. Rzuciła im pocieszające spojrzenie i pobiegła do swojej dziewczyny, która właśnie zatrzasnęła drzwi do swojego pokoju z hukiem. Harry wiedział, że prawdopodobnie Ginny pokłóciła się ze wszystkimi łącznie z niewinnym ojcem i Andromedą, tylko po to żeby niechciane napięcie opuściło jej ciało. Często po niezbyt udanych treningach potrafiła przyczepiać się o najmniejsze drobnostki, byle znaleźć pretekst do sprzeczki, więc jakaś egoistyczna cząstka jego duszy ucieszyła się, że nie był w polu jej rażenia podczas kolacji.
Zastawa została już przeniesiona do kuchni, a większość domowników rozproszyła się po Norze. Hermiona wyszła z westchnieniem z salonu i widząc ich w korytarzu, uśmiechnęła się wyraźnie skruszona.
— Przepraszam za Rona. Był zdenerwowany. Nie powinien mówić takich rzeczy — mówiła bardziej do Harry’ego niż Dracona. Wiedział, że choć on krótko po wojnie przestał rozpamiętywać przeszłość i zerkać na ludzi ze względu na ich czyny, Ron nie wybaczał wszystkim tak łatwo, nawet jeśli na co dzień z częścią musiał pracować. Patrząc na Malfoya, pamiętał zapewne wszystko, co najgorsze. Hermiona musiała odpuścić, bo jej się to opłacało, ale nie był pewien, czy na jej miejscu tak łatwo wygłuszyłby lata wyzwisk i paskudnych żartów. Może faktycznie wymagał od nich za wiele, mając nadzieję, że przywitają Malfoya z otwartymi ramionami.
— Gdzie śpimy? — odparł w końcu, licząc, że nie obrazi się za zignorowanie tych przeprosin.
Granger potrzebowała czasu, aby oswoić się z nową sytuacją i sama wysnuć logiczne wnioski. Przecież ona widziała jedynie skruszonego dzieciaka śmierciożerców. On poznawał Dracona na nowo od września i pozwalał mu na nowo kreować swój obraz w głowie, zamazując zdecydowanymi pociągnięciami pędzla przeszłe winy. Chyba dopiero zaczęło do niego dochodzić, że drugimi szansami po swojej ostatecznej bitwie szastał jak wcześniej życiem.
Ciekawe, co powiedzieliby ludzie, gdyby odkryli, że ich Cudowny Chłopiec tak nieodpowiedzialnie traktuje własne życie i zaufanie?
Kilka godzin snu bez koszmarów byłoby w tej sytuacji ogromnym przywilejem. Przeniósł wzrok na przyjaciółkę. Trudno było mu patrzeć na osobę, którą spory kawał swojej edukacji postrzegał na płaszczyźnie platonicznej bratniej duszy. Teraz zerkał na przyszłą Minister Magii z głęboko schowanym żalem i dbałością, by jego uczucia nie były zbyt widoczne. Dłonie zaczęły mu drżeć, gdy skrzyżowali spojrzenia. Jej oczy nadal miały w sobie przeszywającą bystrość i analityczność godną podziwu. Nie miał pojęcia, czemu się od siebie tak oddalili…
— Pokój gościnny na pierwszym piętrze jest wolny. Chyba że o czymś nie wiem.
To stwierdzenie było absurdalne. Hermiona zawsze wszystko wiedziała.
Draco wziął do wolnej ręki kubek Harry'ego i ruszył po schodach bez zaszczycenia dziewczyny choćby słowem, która zmarszczyła nos, ale machnęła tylko ręką i skierowała się ku kuchni.
Dom stał się na moment cichy i z jakiegoś powodu Harry’emu przypominało to Grimmauld Place 12. Nie było to przytulne miejsce. Ciemne zakamarki, wrzeszczący obraz Walburgii oraz opuszczone pokoje Syriusza i Regulusa w niczym nie przypominały zagraconej, przytulnej Nory, a jednak atmosfera po kłótni była równie obezwładniająca co widok wypalonych dziur w gobelinie. Przez jakąś chwilę próbował nawet zamieszkać po wojnie w domu zmarłego chrzestnego, ale nie mógł tam poczuć się swobodnie. Wrócił po dwóch dniach do mieszkania.
Harry wyprzedził Malfoya, żeby pokierować go ku sypialni. Z zamkniętego pokoju Ginny było słychać stłumioną rozmowę, więc przeszli obok niego nieco szybciej, żeby nie zostać oskarżonym o podsłuchiwanie.
Otworzył drzwi i razem weszli do środka. Pokój był niewielki, wielkością zbliżony do najmniejszej sypialni na Privet Drive 4. Zżółknięta kwiecista tapeta pokrywała ściany, a sufit pomalowano mdłym odcieniem różu, który w połączeniu z czerwonym kloszem lampy wydawał się wręcz komicznie niedopasowany. W rogu stało kilka pudeł i miotła pozbawiona większości witek oparta o puste akwarium. Regał zajmowały zapasowe paczki z mąką i ryżem oraz konserwy. Chyba zostali osadzeni w czymś na kształt spiżarni. Harry wolał nie myśleć, czy wśród sterty ubrań upchniętych za szafką zalęgły się już mole.
Draco odłożył kubki na najbliższy mebel i spojrzał krytycznie na wpół zapadnięty materac zajmujący trzy czwarte podłogi. Harry był już przygotowany, żeby bronić Nory i gospodarzy, ale usłyszał jedynie beznamiętne „Śpisz na podłodze, Potter”, co skutecznie wybiło go z rytmu na kilka sekund.
— Ty nawet nie sypiasz po nocach!
— Nie widzę powiązania.
Harry wzruszył ramionami i usiadł na łóżku, jakby ominęła go wcześniejsza rozmowa. Rzucił jedynie „zaklepane”, na co Draco prychnął pod nosem. Jego oczy wyrażały jedynie głębokie obrzydzenie, ale nie można było wyczytać z nich czy powodem jest sama idea dzielenia łóżka z Potterem, czy stan pokoju. Ostatecznie napił się łyka herbaty, skrzywił się jeszcze bardziej i zaczął przeszukiwanie kieszeni, żeby znaleźć zmniejszony bagaż. Wyszedł, słysząc swoje imię w ustach Fleur i wrócił pół godziny później z jakoś mniej nieszczęśliwą miną, co Harry uznał za dobry znak.
Po godzinie leżeli skuleni po dwóch stronach materaca. Obydwoje uważali, żeby nie zniszczyć misternie ułożonej granicy z poduszek, choć Harry już czuł jak od tej pozycji cierpnie mu kark i był przekonany, że rano wstanie obolały. Dodatkowo w żebro wbijała mu się sprężyna. Nie mógł pozbyć się jednak wrażenia, że jeżeli tylko wstanie po różdżkę, żeby rzucić zaklęcie naprawiające, Draco uzna, że spanie w takich warunkach jest poniżej jego godności i wyrzuci go za drzwi. Jego współlokatorzy we wcześniejszych latach nauki pewnie bali się oddychać, żeby Malfoya nie rozbolała głowa. Zasnął z nogami zaplątanymi w kołdrę i głupim uśmiechem na ustach wywołanym własnym żartem.
Draco obudził się z głową na piersi Harry’ego, czując ciepło chłopaka na swojej skórze. Zastygł w bezruchu. Przeklął Pottera, którego bluza pachniała tartą melasową. Przeklął Weasleyów za fakt, że nie przewidzieli większej ilości pokojów w Norze. Przeklął siebie, bo mógł spędzić wspaniałe święta u Lovegoodów albo w Malfoy Manor, gdzie na pewno znalazłby się dodatkowy pokój. Przeklął Romildę, że wpadła na tak idiotyczny pomysł jak udawany związek.
Przeklął ponownie siebie, gdy złapał się na myśli, że słuchanie drugiego bicia serca jest całkiem odprężające.
Zerwał się z łóżka z prędkością ścigającego pikującego po kafla i wymierzył sobie mentalnego kopniaka, gdy poczuł, jak pieką go policzki w obliczu rozczochranego Gryfona skąpanego w pierwszych promieniach słońca.
***
Reszta wizyty w Norze była połączeniem złego jak osa Dracona Malfoya przyczepiającego się do każdego szczegółu oraz prób złagodzenia rodzinnej awantury. Wśród wyraźnie klarującego się napięcia Andromeda czmychnęła taktycznie z Teddym do swojego domu po mało wylewnych pożegnaniach. Reszta gości zadeklarowała już jednak wcześniej zostanie na przynajmniej jedną noc, więc nie mogli ulotnić się tak nagle.
Poranek był dużo bardziej nerwowy niż zazwyczaj. Percy i George już po siódmej pokłócili się o rodzaj pieczywa na stole, po czym usiedli na dwóch końcach stołu. Ginny bez przerwy prychała pod nosem, gdy ktoś niebędący Padmą odważył się do niej zbliżyć na mniej niż kilka jardów. Artur biegał z kąta w kąt z cichymi przekleństwami na ustach. Draco usiadł przy Fleur i zaczęli ze sobą szczebiotać po francusku jak najlepsi przyjaciele, mierząc wzrokiem Audrey, która wyglądała na zbulwersowaną ich zachowaniem. Harry mimo początkowego zdziwienia ich nagłą sympatią, usiadł obok nowej pary najbardziej znienawidzonych blondynów pod dachem Weasleyów i wziął rogala (Percy wygrał kłótnie).
— Możecie przestać? To niegrzeczne rozmawiać w języku, którym nie wszyscy w pokoju się posługują — burknęła w końcu zirytowana Audrey i opuściła z brzękiem sztućce na talerz ze zmasakrowaną jajecznicą.
— Dit qui? — odparła słodko Fleur, trzepocząc niewinnie rzęsami, a Draco parsknął pod nosem i szepnął jej coś na ucho. Spojrzała na niego wielkimi oczami i pokiwała energicznie głową.
Teraz nawet Harry poczuł się lekko wykluczony.
Ze spokojem jednak sięgnął po dżem, żeby podać go Billowi. Obydwoje byli świadomi, że Ginny patrzy na nich bardzo sugestywnie, żeby coś zrobili ze swoimi partnerami, którzy mieli niezły ubaw z irytowania prawie wszystkich Weasleyów samą swoją obecnością. Harry i Bill milcząco uznali patrzenie na powoli wychodzącą z siebie narzeczoną Percy’ego za przekomiczne.
Gdy zaczęli pomagać w uprzątnięciu brudnych talerzy, na nowo rozpoczął się temat kolejnego członka rodziny, a konkretniej wyboru chrzestnych. Wymienianie cech, które eliminują resztę, mogłoby zostać nazwane zdrową rywalizacją, gdyby nie fakt, że w pewnym momencie Percy i Ron faktycznie zaczęli się kłócić, kto z nich jest lepszym kandydatem.
Jako że świstoklik miał przenieść ich pod dom Lovegoodów za niecałe dwadzieścia pięć minut, zaczęli się żegnać (głównie Harry) i w końcu dał Ronowi (nadal naburmuszonemu) prezent (nie dodał, że był też od Dracona). Spakowali swoje rzeczy, już mieli wychodzić, kiedy w korytarzu usłyszeli znaczące chrząknięcie Fleur. Malfoy przytrzymał drzwi, dając Harry’emu do zrozumienia, że ma poczekać.
Przerwano intensywną dyskusję, żeby posłuchać, co młoda mama ma do powiedzenia, choć dość niechętnie.
— Właściwie to już mamy chrzestnego.
— Mamy? — Głos Billa wydawał się jeszcze bardziej zdziwiony niż gorączkowe szepty dochodzące z kuchni.
— Draco się zgodził.
Harry rzucił chłopakowi obok siebie niedowierzające spojrzenie, ale ten tylko uśmiechnął się półgębkiem i pociągnął go za rękaw przez drzwi frontowe, rzuciwszy fałszywie uprzejme „Wesołych świąt” w głąb domu, gdzie znów rozległa się dyskusja.
***
Dom Lovegoodów był bliżej, niż mogłoby się wydawać, ale Draco uparł się na użycie świstoklika. Po mało efektownym lądowaniu na trawniku z mdłościami Harry bardzo żałował, że przystał na ten pomysł.
Budynek nadal był całkiem imponujący dla osoby pół życia mieszkającej na osiedlu identycznych domów jednorodzinnych. Był pokryty łuszczącą się już w niektórych miejscach czarną farbą, która mocno kontrastowała z osobowością właścicieli. Luna w swoich ogrodniczkach z ekstrawagancką biżuterią pozawieszaną na szyi jak girlandy choinkowe wyglądała tak zabawnie w wejściu do wieży, że nadal otumaniony teleportacją Harry ledwo powstrzymał się od parsknięcia śmiechem.
Pansy z leniwym uśmiechem oparła się o framugę i skrzyżowała nogi w kostkach.
— Jeszcze nie zaczęliśmy rozmawiać, a Wybraniec już jest na kolanach. — Pokręciła głową z cmoknięciem, a Draco parsknął pod nosem.
— Dwóch Ślizgonów, nie wiem, czy moje gryfońskie serce to wytrzyma… — jęknął Harry i pozwolił Lunie pomóc sobie w stanięciu na nogi. Nadal bolał go brzuch. Czasem nienawidził magii. — O, proszę bardzo, już mam dreszcze.
— To raczej przez gaz przeciwko narglom, który rozpylił tata. Może być trochę niebezpieczny, ale przynajmniej nie będą nam niszczyć świąt. Chodźmy do środka, zanim zaczną wypadać ci włosy, Harry. — Uśmiechnęła się pogodnie blondynka. — Chociaż pewnie łysy też byłbyś ładny. — Wzruszyła ramionami.
— Dziękuję?
— Mniej gadania, więcej chodzenia — odezwał się nerwowo Draco, kierując się ku drzwiom sporymi susami. Jego eleganckie buty całe ubrudził sobie błotem podczas spaceru wiejską szosą, dzięki której dostali się poza barierę zaklęć ochronnych Nory. Teraz dodatkowo moczył sobie nogawki spodni podczas brodzenia przez wysoką, jeszcze okraszoną rosą trawę.
— Twoich włosów nie chciałyby nawet gnomy, Malfoy! — zawołała za nim Pansy i mrugnęła do Harry’ego, ale gdy odwzajemnił jej uśmiech, speszyła się i odwróciła wzrok.
Gdzieniegdzie ziemię zdobiły jeszcze płaty białej brei przypominające o wczorajszym śniegu, który zniknął tak szybko, jak się pojawił. Gdy minęli rozłożyste drzewo, twarz Harry’ego oblały promienie słońca, jakby chciały mu przypomnieć, że wszystko się ułoży. W jego głowie nadal szalały myśli dnia poprzedniego, ale po nocy bez koszmarów łatwiej było mu je zepchnąć na krawędzie swojego umysłu, obiecując sobie, że znajdzie na nie czas później. Łatwiej było łamać przysięgi złożone samemu sobie.
Luna przeprowadziła ich przez przedpokój, gdzie w pośpiechu pozbyli się nakrycia wierzchniego, żeby chwilę później przejść do idealnie okrągłej kuchni. Pansy mimochodem rzuciła, że ona nie będzie im usługiwać, skoro i tak mają spędzić tutaj najbliższe dwa dni i sami mają zrobić sobie coś do picia. Draco sięgnął po różdżkę szybciej, niż Harry pomyślał, co tak naprawdę chce, po czym wręczono mu do ręki nakrapianą filiżankę wypełnioną przesłodzoną mokką. Spróbował dla własnego spokoju nie rozmyślać nad faktem, że Malfoy posiada wiedzę z zakresu jego ulubionych kaw.
Wspięli się po kręconych schodach do salonu, w którym królowały książki. Pomiędzy wieże złożone z najróżniejszych podręczników, gazet i szeroko pojętej literatury ledwie udało się wcisnąć wysłużoną kanapę i biurko z licznymi zdobieniami. Przy suficie nadal wisiały misternie wykonane modele magicznych stworzeń trzepoczących skrzydłami i otwierających szczęki, co odjęło na moment Draconowi mowę. Ksenofilius właśnie majstrował przy maszynie drukarskiej i całe dłonie umazane miał w tuszu. Nie przeszkodziło mu w podaniu ręki nowoprzybyłym. Założył dziwaczną szatę zszytą z parudziesięciu kawałków materiału i mało pasującą koszulę z jedwabiu w słoneczniki. Harry zauważył z pewną dozą przerażenia, że włosy mężczyzny są jeszcze jaśniejsze niż ostatnio, jednak wzrok Lovegooda pozostawał tak samo mglisty i rozmarzony, więc nieco się uspokoił. Malfoy odstawił swoje espresso na masywny stolik wykonany z całkiem innego rodzaju drewna niż inne meble, co wprowadzało do wnętrza jeszcze większy zamęt.
— Draco, prawda? — spytał, a chłopak kiwnął niepewnie głową. Mężczyzna przytulił go szybko, ale mocno i wyciągnął chłopaka na długość swoich ramion. — Cieszę się, że Harry cię przyprowadził. Witaj w domu.
Po czym wziął plik kartek spomiędzy „Emmy” a „Przygód Artura Gordona Pyma” i pobiegł na dół.
Draco stał jak wryty, dopóki Pansy nie poklepała go po plecach.
— Spokojnie, też tak miałam, jak pierwszy raz przyszłam.
Pansy po turecku usiadła na podłodze wysłanej dywanem w tureckie wzory i pociągnęła spory łyk z wyszczerbionego kubka, pozwalając swojej dziewczynie i gościom zająć sofę.
— Czy w Hogwarcie nadal kradną trampki? — spytała śpiewnie Luna, co sprawiło, że Parkinson niemal zakrztusiła się swoim napojem. Ciemne kosmyki obejmowały jej boki twarzy, a przydługa grzywka prawie zakrywała brwi, więc gdy zgarbiła się mocniej w próbie ucieczki przed przenikliwym wzrokiem Harry’ego, jej buzia niemal utonęła we włosach.
— Raczej nie — odpowiedział powoli Draco.
— Wszystko okej? — rzucił Potter w kierunku Ślizgonki, ale gdy jego głos doszedł do jej uszu, delikatnie się wzdrygnęła.
— Och, jasne. — Uniosła głowę i Harry dostrzegł kilka bladych piegów pod warstwą jasnego pudru. — Wybacz, trochę boli mnie głowa.
— Czym się właściwie teraz zajmujesz? — wtrącił się Draco, pochylając się ku przyjaciółce i wolną dłoń położył na kolano swojego towarzysza. — Nadal męczysz się z dziećmi w tej mugolskiej salce?
— Świetlicy — poprawiła go automatycznie. — Ale tak. W międzyczasie pracuję nad audycjami w radiu… To takie odcinki nagrań audio… Głosowych. — wyjaśniła, wspomagając się gestykulacją. Utrzymywała kontakt wzrokowy jedynie z blondynem, ale Harry nie był pewny czy powinien czuć się zignorowany.
— I ludzie tego słuchają? — zaczął niepewnie Draco. Harry powstrzymał się od parsknięcia śmiechem i zamiast tego napił się kawy. Była słodka do tego stopnia, że był pewny, że Draco krzywił się, wydając polecenia rzeczom w kuchni. — Na żywo?
Kiwnęła głową zapewne bardziej entuzjastycznie, niż chciała.
— Czego to mugole nie wymyślą!
— Właściwie czarodzieje też mają stacje… Przynajmniej kiedyś mieli — mruknął Harry.
— Zawsze omijają mnie fajne rzeczy. — Wywrócił oczami.
Ich rozmowa z biegiem czasu stawała się coraz luźniejsza i Harry zauważył, że złe emocje jakoś z niego ulatują. Pansy też wydawała się być bardziej odprężona niż wcześniej. Atmosfera tak skrajnie odbiegała od tej w Norze, że mimo dość skromnego towarzystwa chyba poczuł się dużo lepiej niż wcześniej. Ta zmiana otoczenia była tak dobrym pomysłem, że skupiony na dyskusji przez chwilę zapomniał o problemach Weasleyów i swoich własnych. Nie zdawał sobie sprawy, która jest godzina, ale kiedy na chwilę ich rozmowa ucichła, ostatnie promienie przebijały się już między kolumnami książek.
Dość spontanicznie zdecydowali, że wyjdą na zewnątrz, bo znowu zaczął prószyć śnieg. Płatki szybowały w powietrzu jak baleriny na scenie. Było zimno — grudniowy mróz szczypał w policzki, ale Harry dostał od gospodarzy czapkę, więc nie miał prawa narzekać na zmarznięte uszy. Przysunął się do Malfoya na tyle, żeby wyglądało to bardziej na uroczy gest, niż desperackie próby złapania ciepła. Dziewczyny przeprowadziły przez zagajnik na sporą polanę, już niemal całą białą. Nadal ciągnęło się za nim widmo ciepłego salonu i ogrzewającej mokki, ale widok rozciągający się przed nim był na tyle zachwycający, że odebrał mu zdolność artykułowania dźwięków bardziej złożonych niż samogłoski. Grupa saren przebiegła po przekątnej łąki, ale zanim ktokolwiek zdołał coś powiedzieć, zniknęły w drzewach. Księżyc powoli wspinał się na nieboskłon, znów z podobną niewinnością kradnąc Dracona w ten sam zachwycający sposób, co na Wieży Astronomicznej. Oderwał wzrok od Ślizgona i uniósł nieśmiało głowę ku nocnemu niebu. Ostatecznie jedynie rozbolał go kark, a przez zaparowane od własnego oddechu okulary nie zobaczył więcej, niż sam mógł sobie wyobrazić po zamknięciu oczu.
Pansy, mimo bycia głównym pomysłodawcą tej eskapady, zaczęła marudzić, że jest jej zimno. Wspólnie stwierdzili, że czas wracać, chociaż Luna nie wyglądała na zadowoloną tak szybką rezygnacją z podziwiania grudniowego krajobrazu. Jednak wiatr był na tyle porywisty, że przyznała im w końcu niechętnie rację. Warstwa białego puchu z każdym ich krokiem stawała się coraz grubsza, a gdy dotarli pod ganek, po ich śladach w lesie nic już nie zostało. Nad przytulonym do Dracona Harrym zatrzepotała gałązka, która ni stąd, ni zowąd wyciągnęła się z krzaka. Pewnie tego dotyczyła jedna z tabliczek zawieszonych na drzwiach…
— Jemioła. — Zarumieniona od mrozu twarz Luny rozświetliła się w uśmiechu. — Tata ją zaczarował. Musicie się teraz pocałować! — Wbiła w nich spojrzenie przerażająco srebrnych oczy, do tego stopnia przeszywające, że Harry był pewny, że nie zimno było powodem dreszczy, które przebiegły go po plecach.
— Skoro musimy… — Zaśmiał się nerwowo i zerknął na Malfoya w niemym błaganiu o wymyślenie jakiejś zgrabnej wymówki, która nie brzmiałaby sztucznie.
— Najpierw musisz puścić mój płaszcz — oznajmił mu zamiast tego spokojnym tonem i wskazał podbródkiem na rękawiczki Pottera przyszpilone do jego kurtki w poszukiwaniu chociaż odrobiny dodatkowego ciepła.
Harry przypomniał sobie boleśnie, czemu darli ze sobą koty przez pół życia.
Przeklinając w duszy wszystkich wychowanków Slytherina, Romildę (ona też mogłaby być właściwie Ślizgonką) oraz Lunę (przeklęci Krukoni), odsunął się o krok do tyłu, prawie przewracając się o ukryte pod śniegiem korzenie. Draco chwycił go za przegub dłoni i uniósł brwi.
Harry zdał sobie sprawę z tego, że zachowuje się jak zestresowany przed pierwszą randką trzynastolatek, więc chrząknął i przysunął się do swojego... Do Malfoya. To nie tak, że nie chciał go pocałować, tak przynajmniej mu się zdawało.
Ironia tej sytuacji była tak oczywista, że trudno było mu o tym nie myśleć. Czując ciepły oddech chłopaka bliżej niż dalej swojej twarzy, myślał jedynie nad felernym pocałunkiem z Cho Chang na swoim piątym roku. Smak łez na języku prześladował go po tym przez tydzień, a ich randka była tak okropnym niewypałem, że przysiągł sobie wtedy brak romansów do końca Hogwartu. Co prawda, po kilku rozmowach z Ginny dotarło do niego, że związek z Cho (a właściwie jego zakończenie) nie był winą żadnej ze stron. Oboje tęsknili za Cedrikiem i łapali się osób najbliżej niego. Ona widziała, jak żył, a on — jak umierał.
Oczywiście, że cholerny Draco Malfoy zauważył, że coś było nie tak.
— Wiesz, Harry, myślę, że najpierw powinieneś poznać moją matkę, zanim nasz związek wejdzie na taki etap — odezwał się, a w odpowiedzi otrzymał szeroko otwarte oczy Pottera zbyt zamglone wspomnieniami, żeby od razu pojawiła się w nich wdzięczność.
Dopiero gdy skierował się ku wejściu, usłyszał głos Harry’ego.
— Słucham? Przecież ja…
— Wracamy — stwierdził Draco i rzucił ponaglające spojrzenie Pansy.
— Co do… — zaczęła Parkinson, gdy zrównała z nim kroku.
— Myślisz, że ojciec Luny ma coś mocniejszego?
***
Ksenofilius istotnie miał coś mocniejszego.
Luna i Harry zadeklarowali wcześniejsze pójście do łóżek i choć Draco wiedział, że Cudowny Chłopiec wcale nie będzie spać, przyjął to z maską obojętności i kiwnięciem głowy. Sam natomiast udał się z przyjaciółką do kuchni i ślad o nich zaginął.
Odbudowa wieży Lovegoodów trwała jedynie kilka miesięcy, ale została ona powiększona o kilka pomieszczeń na takie odwiedziny jak te. Harry nie potrafił oprócz tego wskazać różnic pomiędzy nowym a starym domostwem. Prawdopodobnie dlatego, że nie był zbyt spostrzegawczy.
Leżał na łóżku od dwóch godzin, wpatrywał się w róże namalowane ręką Luny i wsłuchiwał się w odległe śmiechy. Pokój był stanowczo większy od tego dzielonego z Malfoyem w Norze, co wprawiało go w pewien rodzaj dyskomfortu, którego nie potrafił wyjaśnić. Materac był wygodny. Nic mu nie przeszkadzało. Nie wiedział, czemu nie śpi. Od dawna nie miał koszmarów, więc strach przed zamknięciem oczu wydawał się wręcz irracjonalny. Na dole dźwięki rozmowy ustały na dłuższą chwilę.
Przekręcił się odruchowo na bok, gdy usłyszał kroki na schodach, ale kiedy przez otwierające się drzwi do środka wlało się światło, podniósł się do siadu, sięgając po różdżkę, i zmrużył oczy. Nie miał okularów na nosie, ale bez tego mógł rozpoznać postać Dracona.
— Nie śpisz — zauważył odkrywczo.
— Nie.
Zamknął za sobą drzwi.
— Możesz spać w innym pokoju — przypomniał Harry, kiedy chłopak opadł na krawędź łóżka.
— Mogę, jeśli mnie tu nie chcesz.
— Nie powiedziałem, że nie chcę, tylko przypominam, że to ty ostatnio miałeś problem do samej idei mnie obok ciebie w nocy. — Wywrócił oczami.
Draco odwrócił się do niego twarzą i dotknął chłodną dłonią jego policzka. Harry wstrzymał oddech.
— Zawsze tyle mówisz?
— Zazwyczaj.
— Merlinie… Dobrze, że chociaż jesteś ładny.
— Co? — wykrztusił. Malfoy usiadł bliżej niego, kciukiem kreśląc koliste kształty na jego skórze. Harry poczuł, jak mimowolnie pod jego dotykiem się rumieni.
— I odważny. I lojalny. I dobry.
— Draco.
— I dzięki tobie w ogóle tutaj jestem. I powinienem ci wcześniej podziękować za wszystko, co zrobiłeś. Gdyby nie ty, nigdy nie poznałbym takiego życia… To znaczy, na Morganę, gniłbym teraz w Azkabanie. Cholera, Harry, jesteś taki dobry dla wszystkich dookoła, że patrzę na ciebie i potrafię zrozumieć, czemu ludzie nazywają cię ciągle bohaterem. Nienawidzę tego. — Język mu się plątał pomiędzy kolejnymi zdaniami, ale patrzył na niego tak autentycznym wzrokiem, że trudno było nie wierzyć w te słowa. Chyba nigdy nie powinien spożywać żadnych trunków z Pansy Parkinson. — Nienawidzę tego, że potrafiłeś mi po tym wszystkim wybaczyć.
— Draco, jesteś pijany.
— Nie, nie jestem.
Harry powoli mrugnął, mając nadzieję, że dzięki temu odzyska kontrolę nad swoim bijącym za szybko sercem i szalejącymi myślami w głowie. Spróbował mało skutecznie zepchnąć na granicę swojego umysłu ciepło rozchodzące się w jego klatce piersiowej, żeby być w stanie odsunąć od siebie rękę Malfoya. Komórki buzowały mu pod skórą z intensywnością na tyle dużą, że przez moment miał ochotę dotknąć Ślizgona przed sobą jeszcze raz. Jeszcze raz. Wiedział, że nie powinien, ale jego ciało niemal rwało się do tego, by zmniejszyć odległość między nimi i zniszczyć tę niewidzialną ścianę świadomości, że Draco tylko bredzi i nie jest świadomy słów wypływających z jego ust.
— Idź spać.
— Ciebie też chciałbym móc nienawidzić.
— Mhm.
— Naprawdę. Wtedy to wszystko było łatwiejsze.
Harry kiwnął głową i wziął głęboki oddech, zamykając oczy. Gdy je otworzył, Draco Malfoy już spał z twarzą wtuloną w poduszkę, nieświadomy spustoszenia, jakie zrobił w jego umyśle.
***
— Boli mnie głowa — jęknęła Pansy po wypiciu trzeciej z rzędu szklanki wody. Odłożyła naczynie na kraciastą ceratę z brzękiem, żeby sięgnąć ponownie po dzbanek.
— Opróżniliście pół barku — przypomniała jej uprzejmie Luna z delikatnym uśmiechem na ustach i zaczęła pukać łyżeczką w skorupkę jajka.
— To jego wina. — Wskazała oskarżycielem na przyjaciela pomalowanym na czarno paznokciem i westchnęła cierpiętniczo. Wory pod oczami mimo warstwy korektora nadal odznaczały się wyraźnie na jej jasnej buzi. — Chłopie, znajdź sobie inny sposób radzenia z problemami.
Draco nie wyglądał lepiej. Niemal się nie odzywał — jedynie mieszał łyżką swoją owsiankę, rzadko podnosząc wzrok znad miski, żeby rzucić przeciągłe spojrzenie na pokój wypełniony kakofonią dźwięków. Siedział zgarbiony, z włosami wilgotnymi po porannym prysznicu, z miną męczennika, co jakiś czas przymykając powieki na zbyt długo.
— Twoja matka uzna, że cię truję.
— Może taki był mój plan, Potter — odezwał się chrypliwie.
Harry’ego przeszedł dreszcz, więc odwrócił głowę w stronę okna, jakby dostrzegł za nim coś niezwykle ciekawego. To było pierwsze zdanie, jakie usłyszał z ust Malfoya w swoim kierunku i był pewien, że coś się zmieniło — sposób, w jaki wymawiał jego nazwisko albo na niego patrzył. Postarał się zakopać tę myśli pod górą innych, ważniejszych , które zaprzątały jego głowę.
Cholerny, cholerny Draco Malfoy.
— Będziemy się niedługo zbierać — ogłosił w końcu Harry, żeby przerwać ciszę i zaczesał do tyłu włosy. Urosły o dobre kilka centymetrów od ostatniego strzyżenia. Musiał spytać Romildy, czy opanowała też sztukę fryzjerstwa razem z każdą inną przydatną umiejętnością.
— W końcu wolność! — Pansy wyrzuciła żartobliwie ręce w powietrze.
— Możecie też przyjechać na przerwę wiosenną — zasugerowała Luna, przysuwając do siebie słoik z powidłami, które chwilę później wylądowały na jajku.
Draco się skrzywił, ale Pansy wyglądała na zaintrygowaną wątpliwie smacznymi kulinarnymi eksperymentami swojej dziewczyny.
— Pomyślimy o tym. — Harry kiwnął głową, czując, jak żołądek podchodzi do gardła. — Prawda, Draco?
— Och, oczywiście.
Wstali od stołu w jednakowym tempie i rzucili się do schodów. Dziesięć minut później byli przebrani, spakowani i gotowi do pochwycenia świstoklika. Pożegnali się zdawkowo, potykając się o własne słowa, ignorując ciepłe uczucie pod żebrami podczas przytulania gospodyń. Ksenofiliusa nie było w domu, więc poprosili o przekazanie ponownie życzeń świątecznych i w końcu dotarli do wyjścia.
Malfoy Manor czekało, a Harry Potter miał wrażenie, że nie tylko śniadanie Luny wywołało u niego mdłości.
***
Tym razem Harry wylądował na nogach jak z waty i Draco musiał przytrzymywać go za ramię, żeby nie upadł, ale na pewno było to lepsze niż bliskie spotkanie z glebą. Zaklęcia Malfoy Manor były na tyle rozległe, że lądowanie choćby w pobliżu byłoby bezsensowne bez żadnego środka transportu, więc wylądowali w jednej z uliczek Trowbridge, gdzie złapali taksówkę. Draco wyglądał na przerażonego, gdy auto ruszyło i bladł o odcień przy każdej zmianie przez kierowcę biegów. Gdy dojechali do miejsca oddalonego niecałą milę od dworu, powiedzieli, że tutaj wysiądą i zapłacili zdziwionemu mężczyźnie. Taksówkarz po ich wyjściu szybko nawrócił na poboczu i odjechał w jeszcze większym pośpiechu.
Jako że obydwoje mieli tragicznie rozwiniętą inteligencję przestrzenną, pod posiadłość doszli dopiero koło piątej po południu, mimo że wysadzono ich wpół do czwartej.
Sam nie wiedział, czego ma się spodziewać po wizycie u Narcyzy. Co prawda, uratowała mu życie i potem odpłacił jej za ten czyn podczas procesu, ale jednocześnie nie protestował przed osadzeniem jej męża w Azkabanie, co było bezpośrednią przyczyną jego śmierci. Czy mogła mieć mu to za złe? Trudno było mu przewidzieć przebieg tych kilku dni w posiadłości.
Drzwi zamknęły się za nimi samoistnie równie szybko, co się przed nimi otworzyły i odcięły Harry’emu drogę ucieczki. Korytarz przywitał ich licznymi portretami smukłych wiedźm i czarodziejów obdarzonych arystokratycznymi rysami, którzy w przeciwieństwie do hogwarckich obrazów nie byli zbyt zainteresowani plotkowaniem między sobą. Przez krótki moment Harry nawet rozważał opcję, że namalowano je w mugolski sposób, ale wtedy jedna kobieta pomachała wzburzona swoim wachlarzem z koronki i kości słoniowej, jakby mogła czytać mu w myślach. Przyspieszył po tej sytuacji, żeby zrównać krok z Malfoyem w irracjonalnej obawie, że któryś z przodków Dracona nakrzyczy na niego za bezczelne wtargnięcie na posesję bez wyraźnego zaproszenia.
Draco pociągnął za mosiężną klamkę i znaleźli się w ogromnym salonie o ciemnofioletowych ścianach z jeszcze większą ilością obrazów. Kryształowy żyrandol wisiał centralnie nad wypolerowanym stołem — innym niż tym, który Harry zapamiętał z wizji spotkań śmierciożerców. Panował nieprzyjemny chłód, podobny do tego w lochach, co prawdopodobnie było skutkiem nieszczelnych okiennic. Nawet żar tlący się w palenisku marmurowego kominka nie mógł uchronić gości od dreszczy przebiegających po plecach. Harry’emu aż rozkręciło się w głowie na myśl, że ma spędzić w tym miejscu choćby cząstkę swoich świąt. Pomieszczenie było wielkości trzech czwartych Wielkiej Sali i jedynie trzy osoby przy posiłku wydawały się być kpiną, kiedy mogliby ugościć tutaj bezproblemowo wszystkie rodziny Nienaruszalnej Dwudziestki Ósemki.
Narcyzie Malfoy nie przybyła choćby jedna zmarszczka, choć Harry miał wrażenie, że poznaje jej inną stronę, kiedy ukazała się w wejściu w prążkowanym, dobrze skrojonym damskim garniturze, delikatnie opierając przegub dłoni na skrzyżowanych przedramionach. Z czułością spoglądała na kolejne dania, które wraz z jej okrężnymi ruchami nadgarstka dzierżącego różdżkę płynęły w powietrzu ku blatowi. Była to całkiem miła odmiana od zwykłego skrzywionego oblicza matki Dracona, chociaż ten zrelaksowany wyraz twarzy odrobinę go przerażał. Spokojni Ślizgoni, szczególnie ci ze starych rodów, zawsze zwiastowali kłopoty.
Po kolei na stole lądowały półmiski z pieczonymi ziemniakami, przepiórkami w sosie żurawinowym i krokietami, aż na końcu w samym centrum wylądował indyk, którego zapach przyćmił wszystkie inne potrawy. Narcyza wsunęła różdżkę do specjalnej przegródki wszytej wewnątrz rękawa marynarki i ruszyła ku synowi, niespiesznie, niemal leniwie stawiając kroki na glazurowanej posadzce.
— Jak podróż, Draco? — Przytuliła go krótko, na co Harry musiał zrobić bardzo głupią minę, bo chłopak kopnął go dyskretnie w kostkę. Od razu się wyprostował.
— Bez przeszkód — odparł gładko, kładąc na krótki moment bladą dłoń na plecy matki, nadal gromiąc przy tym Pottera wzrokiem. Narcyza zrobiła krok w tył i zmierzyła wzrokiem partnera swojego jedynego dziecka. Nie wyglądała na zniesmaczoną czy zawiedzioną, co było połową sukcesu.
— Harry, nie przypuszczałam, że faktycznie przyjedziesz. To delikatnie…
— Zaskakujące? — podsunął. Miał ochotę rzucić zdanie typu „Ale dlaczego? Draco na pewno wiele o mnie wcześniej mówił”, ale ugryzł się w język, zanim gryfońska brawura przejęła nad nim kontrolę.
— Tak, to całkiem adekwatne określenie. — Kiwnęła delikatnie głową, nieco speszona, po czym palcami musnęła upięte z tyłu głowy włosy. — Myślę, że możemy usiąść. Chyba że chcecie się odświeżyć po podróży?
Zajęli miejsca i Harry od razu zauważył tartę melasową w odległej części stołu. Narcyza wyłowiła jego zdziwione spojrzenie podczas rozkładania materiałowej serwetki na kolana.
— Mój syn pisał w listach, że to twoje ulubione ciasto, więc skontaktowałam się z Astorią i specjalnie znalazła dla mnie przepis. — Jej usta ozdobione karmazynową szminką rozciągnęły się w uprzejmym uśmiechu.
— Mamo, błagam cię — jęknął Draco i schował zaróżowioną twarz w dłonie.
Narcyza zmarszczyła brwi, po czym wzięła chochlę opartą na wazie zapełnionej zupą szczawiową i za jej pomocą zepchnęła łokcie Dracona ze stołu. Obdarzyła go karcącym spojrzeniem, nie zwracając uwagi na Harry’ego, któremu uśmiech cisnął się na usta.
— Gotowała to pani wszystko sama? — zapytał w końcu Harry, kiedy udało mu się opanować rozbawienie.
— Pomagałam sobie naturalnie magią, ale owszem. Nie mamy już skrzatów, odkąd…
— Bardzo dobre, naprawdę — przerwał. — Nie mogę doczekać się, aż spróbuję deseru.
— Byliście u Lovegoodów, prawda? Co słychać u Pansy, Draco?
— Nie narzeka.
Kobieta kiwnęła głową.
— Rozmawiałeś z Teodorem Nottem? Podobno też wrócił do Hogwartu.
— Może dwa razy.
— Zawsze był z niego taki cichy chłopak. — Westchnęła.
— Istotnie.
— A…
— Mamo, zapytaj po prostu Harry’ego wprost, o co chcesz. — Podniósł głowę znad talerza ze znudzonym wyrazem twarzy. — Nie ugryzie cię. Raczej.
— Nie mam pojęcia, o co ci chodzi — obruszyła się. — Dobrze, niech będzie. — Odłożyła sztućce na talerz. — Obiecujesz zaopiekować się moim synem, jak wrócicie do szkoły? Mogę cię o to prosić?
Harry patrzył na nią przez chwilę w milczeniu z widelcem w połowie drogi do ust.
— Nie mam pięciu lat...
— Oczywiście, proszę pani. — Wyszczerzył się. — A mogę w zamian usłyszeć, co ciekawego pisał pani syn w listach o mnie?
Draco niemal zakrztusił się groszkiem.
***
— Naprawdę pytałeś swojej mamy w listach, kto powinien przepuszczać drugą osobę na randce w drzwiach, jeżeli obydwoje jesteśmy mężczyznami? — parsknął Harry z głupim uśmiechem, a Draco nadal z rumieńcami szturchnął go łokciem w bok.
— Jesteś nie do zniesienia, Potter — burknął w odpowiedzi i zgromił wzrokiem jeden z obrazów, który zapewne gdyby miał możliwość, wyszedłby z ramy tylko po to, żeby lepiej słyszeć ich rozmowę.
Wspinali się po szerokich, marmurowych schodach na pierwsze piętro, które wydawało się jeszcze ciemniejsze niż parter. Harry nie potrafił zrozumieć zamiłowania starych czarodziejskich rodów do posępnych posiadłości, skoro z pewnością wybudowanie czegoś przytulniejszego nie byłoby problemem. Nie odezwał się jednak słowem na ten temat w obawie przed rozpoczęciem jakiejś niepotrzebnej sprzeczki o architekturę. Korytarz wyłożony był dywanem wspaniale zdobionym perskimi wzorami. Draco w połowie drogi niemal niesłyszalnie rzucił Lumos , żeby widzieli, gdzie idą, ale ciało Harry’ego nadal było spięte, jakby zaraz z któregoś z kilkudziesięciu pokoi miał na nich wyskoczyć jakiś potwór jak w mugolskich horrorach.
— Ta sypialnia jest twoja. — Draco zatrzymał się nagle przy jednej z komnat i pociągnął za klamkę. Zawiasy zaskrzypiały w żałosnej nucie. — Moja jest za zakrętem. A łazienka na końcu korytarza — chrząknął niezręcznie i obrzucił chłopaka badawczym spojrzeniem, gdy ten skinął głową. — Okej?
— Okej — odpowiedział niepewnie. Żywił szczerą nadzieję, że nie wygląda na przestraszonego wizją spania w Malfoy Manor. Nie był, rzecz jasna.
Przekroczył próg i pozwolił, żeby Draco zamknął za sobą drzwi. Pokój był ogromny, wielkością dorównujący zapewne trzem salonom Nory. Pręty kraty okiennicy zespojonone były w romby, co jeszcze mocniej utrudniało potencjalnemu światło dostanie się do pomieszczenia, więc Harry bez namysłu rzucił zaklęcie i zapalił wszystkie świece w zasięgu swojego wzroku. Jego łóżko nie było tak spore, jak zakładał, choć nie można było mu odmówić zbędnego przepychu. Płomienie rzucały migotliwe cienie na hebanowe zdobienia mebli, oświetlały pokrytą kamiennymi płytkami podłogę i schludnie przyklejoną ręcznie malowaną tapetę na ścianach.
Był prawie pewny, że to miejsce mógłby zamieszkiwać w czasach swojej świetności (i życia) Prawie Bezgłowy Nick. Przełknął ślinę, gdy wiatr z większą mocą naparł na szybę. Położył swoje rzeczy na kołdrze i dodatkowo zapalił lampkę nocną z ciemnym abażurem, która i tak prawie nie dawała światła. Westchnął. Po drugiej stronie materaca dostrzegł fiolki, więc z czystej ciekawości przeszedł dookoła łóżka i wziął jedną z nich do rąk.
Własność Astorii Greengrass.
Spał w pokoju byłej żony Dracona Malfoya.
***
Na jego policzkach osadzała się kolejna warstwa popiołu. Stał znowu przed ruinami szkoły, obserwując, jak kolejne wieże opadają pod najdelikatniejszym muśnięciem wiatru. Jego najdroższy Hogwart rozpadał się jak domek z kart na jego oczach. Zrobił krok przez siebie, choć nadal nie widział dookoła niczego poza gruzami i sypiącym się z nieba kurzem. Pole walki opustoszało, na ziemię powoli opadała poranna mgła, a gdzieś za horyzontem majaczyły pierwsze promienie majowego słońca.
Harry już tu był. Zdawał sobie z tego sprawę, choć powojenny krajobraz zawsze napawał go tym samym lękiem przed własną mocą. Powiedział tym czarodziejom, że mają posłać synów i córki, żony i mężów na pewną śmierć, a oni zrobili to bez mrugnięcia okiem, wierząc, że Wybraniec udźwignie brzemię przewodzenia tak liczną armią.
Pruł do przodu, omijając zniszczone pamiątki — na wpół spalone podręczniki, osmalone kociołki, podarte szaty i krawaty, połamane ramy obrazów z pozwijanymi od ciepła płótnami. Niebo było jasne, bezchmurne, wręcz niewygodnie czyste w porównaniu do widoku rozciągającymi się przed jego oczami. Od tej rażącej bieli bolały go oczy. Przez prawe szkło jego okularów rozchodziło się spore pęknięcie, ale nie czuł potrzeby naprawiania go zaklęciem. Wiedział, że to sen, oczywiście, że wiedział. Miał za wiele koszmarów, żeby wpaść w tak banalnie zastawioną przez jego umysł pułapkę.
Mimo tego i tak spiął się, gdy usłyszał przeszywający wrzask swojej matki ze wspomnień. Mózg dawno nie odkopywał po nocach tego fragmentu jego pamięci, więc uznał to za całkiem ciekawą odmianę od spadającego z wieży Dumbledore’a. Kiedy się odwracał, pod podeszwami wyraźnie czuł żwir. W oddali Malfoy stał w odległości kilku łokci od zakapturzonej postaci z wyciągniętą ku jego gardłu ręką. Harry mimowolnie ruszył w tamtym kierunku, plecami odwrócony do walącego się Hogwartu. Po drodze przeszedł nad ciałem, trudnym do zidentyfikowania przez liczne obrażenia. Nawet nie poświęcał za wiele czasu na przypatrzenie się trupowi.
Draco roztrzęsiony opierał się o szczątki pomnika. Jego pierś unosiła się szybko, oddech robił się płytszy z każdym kolejnym krokiem w jego kierunku. Nieznajomy przyłożył różdżkę do jego grdyki, gdy Harry był zaledwie kilkanaście stóp od nich. Przyspieszył i potknął się o coś zbyt miękkiego, żeby mógł to być odłamek skały.
Wylądował tuż przy zmasakrowanej twarzy Romilda. Wbijała w niego puste spojrzenie brązowych oczu. Krew zlepiała jej loki przy skroni, a kilka strużek zastygło na skórze. Wziął drżący oddech, a ilość powietrza, jaką wprowadził tym odruchem do krwiobiegu, aż zabolała go na wysokości mostka. Cofnął się instynktownie, ale poczuł pod palcami zimną dłoń, przez którą prawdopodobnie przed momentem się przewrócił. Przeszedł go dreszcz obrzydzenia. Wstał szybko na chwiejnych nogach. Dostrzegł opartą o do jednej trzeciej zmiażdżoną kolumnę nieruchomą Hermionę. Przy jej boku leżał Ron ze złamaną różdżką na otwartej dłoni. Wyglądali, jakby spali, ale mimo to, Harry’emu napłynęły łzy do oczu. Nienawidził tego typu snów. Nie zdarzały się często, ale zawsze były na tyle realistyczne, żeby choć na chwilę zaczął zastanawiać się nad tym, czy na pewno jest to jedynie jego zmaltretowana psychika potrafiąca stworzyć tak chore obrazy.
Gdzie tylko zatrzymał się wzrokiem, dostrzegał znajome oblicza bliskich. Molly umarła z uśmiechem na ustach, a on wiedział, że jedyne, o czym mogłaby myśleć przed własną śmiercią to rodzina.
Musiał się opanować. Krew szumiała mu w uszach tak, że ledwo słyszał własne myśli. Serce biło mu w piersi, jakby przygotowywało się do gwałtownego zatrzymania, gdy opadnie z niego adrenalina. Im więcej się rozglądał, tym większe pole do popisu dawał własnej podświadomości.
Zmusił się spojrzenia w stronę Dracona. Liczył, że czarnoksiężnik go jeszcze nie wykończył. Było to mało możliwe, bo przecież jego umysłowi na pewno chodziło o to, żeby widział tę śmierć i nie mógł jej powstrzymać. Miał mieć kolejną ofiarę z tyłu głowy podczas odrabiania lekcji, jedzenia posiłków, codziennego budzenia się rano. Czuł obrzydzenie do własnej osoby za to, że mógł mieć w ogóle takie sny, a potem normalnie egzystować.
— Hej! — wrzasnął, ale głos nie wydobył się z jego ust. — Hej! — Spróbował jeszcze raz, ale słowa utknęły mu w gardle. Poczuł ciężar w klatce piersiowej na tyle obezwładniający, że ugięły się pod nim kolana. W końcu udało mu się wyprostować, na tyle by był w stanie zmusić swoje kończyny do pracy. Zaczął biec bez zastanowienia, ale kiedy już miał wytrącić napastnikowi różdżkę, rozbłysło zielone światło. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczył, była jego własna twarz pod kapturem zabójcy Dracona Malfoya.
Opadł w ciemność jak we wzburzoną wodę bez koła ratunkowego. Nie wiedział, czy wrzasnął, kiedy stracił grunt pod nogami, ale z pewnością, zamknął w odruchu oczy, co chyba nie było dobrym pomysłem, bo przez dłuższą chwilę nie potrafił zmusić się do ich otworzenia. Bał się, że ponownie zobaczy przed sobą sterylnie biały peron numer 9¾ na stacji King’s Cross i dumną twarz Dumbledore’a. Bał się, że tym razem nie dostanie kolejnej szansy.
Całe jego ciało płonęło żywym ogniem tuż pod skórą. Łapczywie łapał tlen w płuca, a przy każdym hauście powietrza kłuło go w płucach. Desperacko potrzebował wiedzieć, że jeszcze oddycha, choć jego myśli krążyły non stop między kilkoma banalnymi faktami, które prędzej czy później musiały się ziścić: Draco n i e ż y ł. Wszyscy umarli, bo był za wolny, za mało utalentowany, za słaby. Chciał wrzeszczeć, że powinni wziąć jego zamiast nich, ale było za późno. Został sam i nikt mu już nie pomoże z jego małostkowością i z jego arogancją, których nie potrafił przez tyle lat przezwyciężyć. To była jego wina. Jego wina. Jego, jego, jego…
Usłyszał trzask, a następnie poczuł szarpnięcie w okolicach ramienia. Wokół niego pojawił się strasznie intensywny kwiatowy zapach, który sprawiał, że chciało mu się wymiotować.
— Potter! Harry. Harry! Harry, słyszysz mnie? To tylko koszmar. Spójrz na mnie, Harry.
Otworzył z wysiłkiem oczy. Jego wzrok był na tyle rozmazany, że musiał kilka razy mrugnąć, żeby zrozumieć, że Malfoy nad nim klęczy. Co za ironia. Czyżby jego mózg jeszcze nie skończył serwować mu koszmarów? Gdyby miał siłę, parsknąłby śmiechem, ale bał się, że jeżeli znowu nie wyda z siebie żadnego dźwięku, to poczuje się jeszcze gorzej. Nie chciał tutaj być. Nie chciał być Harrym Potterem, nie chciał w ogóle być . Pozwolił podnieść się do siadu. Jego plecy natrafiły na coś miłego w dotyku.
— Harry, słyszysz mnie? — ponowił pytanie. Bez odpowiedzi i z pewną dozą niepewności usiadł obok niego i oparł się o zwisającą z łóżka kołdrę. — Spadłeś z łóżka podczas koszmaru. Jesteśmy bezpieczni w Malfoy Manor. Jest dwudziesty ósmy grudnia dwutysięcznego roku. Przyjechaliśmy na święta, pamiętasz? Cokolwiek ci się śniło, naprawdę się nie wydarzyło — mówił szybko, ale wyraźnie akcentował słowa tak, żeby przeciążony adrenaliną mózg Pottera miał szansę na ich przetworzenie.
Powoli spirala myśli zwalniała, dając jego rozsądkowi przejąć głos. Draco przy nim siedział. Może jego blond włosy i jasna skóra kontrastowały z otaczającą ich ciemnością i nadawały mu w ten sposób wygląd ducha, ale ciepło bijące od ciała obok wyraźnie tej tezie zaprzeczało. Nic mu nie było. Skoro on był przy nim, to Hermiona i Weasleyowie też nie mogli umrzeć. Dwudziesty ósmy grudnia. Dwudziestego piątego odwiedzili Norę.
Wojna skończyła się ponad dwa lata temu.
Harry nie miał pojęcia, że płakał, dopóki nie usłyszał własnego szlochu wyrywającego mu się z gardła. Podciągnął kolana do piersi w złudnej nadziei, że uspokoi to choć trochę drżące ciało. Na skraju jego świadomości nadal majaczył przeciągły wrzask Lily Potter. Jego stan był żałosny. Poczuł nagłą falę wstydu.
— Draco — wykrztusił. — Draco, zabiłem was wszystkich. Ciebie i Romildę, i Rona, i Hermio…
— Żyję. I jestem pewny, że oni też żyją. Nikomu nic nie zrobiłeś, nawet nie masz różdżki w dłoni.
Harry’emu było niedobrze. Ilekroć zaciskał powieki na dłużej, widział przed oczami gruzy i trupy. Ten etap był jego osobistym piekłem po przebudzeniu. W mieszkaniu w Londynie Ginny musiała pozbyć się praktycznie wszystkich luster, bo nieustannie słuchała o zmarłych, duchach, cieniach. Nie mógł pozbyć się obrazów, jakby ktoś wyszył mu je pod powiekami. Nawet teraz kiedy patrzył na Dracona, miał problem, żeby nie przywoływać jego przerażonej twarzy, zielonego światła.
Wojna nadal trwała w jego głowie.
— Nie chcę was stracić. Nie mogę pozwolić, żeby kolejne osoby zmarły. Nie potrafiłbym wtedy na siebie patrzeć. Nie umiałbym… — Wziął kolejny drżący oddech.
— Wiem, Harry. Ale nic nikomu nie zrobisz. — Dał mu chwilę na odpowiedź, ale chłopak milczał. — Opatrzymy ci rękę, dobrze? Stłukłeś perfumy i kawałki szkła wbiły ci się w dłoń. — Harry spuścił wzrok. Dłonie Malfoya istotnie były pokryte krwią. Był pewny, że jego mózg będzie go sabotował tym widokiem przez długie tygodnie. — Mogę cię dotknąć? Pomogę ci wstać.
Z wahaniem skinął głową.
Zanim ruszyli do wyjścia, Harry bez słowa się do niego przytulił, a Draco na to pozwolił.
***
Harry syknął, gdy Draco obrócił jego rękę, żeby mieć lepszy widok na wbite w skórę szkło. Chłopak z zaciśniętymi wargami pochylił się nad wyciągniętym przedramieniem, próbując jak najmniej boleśnie usunąć odłamki, ale było to na tyle niedelikatne, że miał ochotę wyrwać mu pęsetę i sam to zrobić.
Stracił poczucie czasu i nie pamiętał też zbytnio, którędy szli, żeby znaleźć się w tym pomieszczeniu, ale był pewny, że Malfoy zarywa przez niego noc. Znowu . Nie zdziwiłby się, gdyby po tym całym udawanym cyrku, dostałby pozew za uszczerbki na zdrowiu i psychice Dracona.
— Nie znasz jakichś zaklęć leczniczych? — spytał przez zęby. Patrzenie jak Ślizgon opatruje go, nadal mając pod paznokciami zaschniętą krew, było wręcz męczące. Cała ta sytuacja sprawiała, że miał ochotę wyparować z tego miejsca i nigdy więcej nie patrzeć mu w oczy. Nie po to budował wokół siebie tyle murów, żeby byle jaki koszmar je wszystkie zburzył. Żołądek związał mu się w supeł, gdy zdał sobie sprawę, że Draco, ten Draco widzi go w takim stanie.
— Najpierw muszę pozbyć się szkła, bo zrobię ci większą krzywdę — wyjaśnił, ale wyprostował się lekko, żeby móc objąć spojrzeniem twarz Pottera. — Jak często masz takie koszmary?
— Ostatnio rzadziej. — Odwrócił głowę w drugą stronę, żeby wbić zmieszany wzrok w ścianę. Jedynym źródłem światła było kilka świec zapalonych w pośpiechu zaklęciem.
— W Norze tak nie było. Ani u Luny — wytknął, wracając do pracy. Krople krwi spływały mu coraz obficiej po skórze. Kapały na tapicerkę kanapy, na której siedzieli. Pewnie mogliby pozbyć się plam w mgnieniu oka magią, ale i tak czuł palące poczucie winy. — Czy...
— Nie mam nad tym kontroli — przerwał mu ostro, chociaż mózg mówił mu, że nikt go nie atakował.
Ron często powtarzał mu, że koszmary to jedynie reakcja organizmu na stres, ale Harry wiedział, że to nieprawda. Nikt nie potrafił zrozumieć, że Wybrańca po prostu torturował własny umysł jako zemstę za całą presję nakładaną przez lata. Od pierwszego roku tak było. Za każdym razem, gdy dostarczał swojemu organizmu kolejną dawkę stresu, jego sny zapełniały się kolejnymi elementami, które powoli wypychały resztę. Był okres, w którym całkiem nie obchodziły go wydarzenia z przeszłości, ale też wszystko inne. Dopadła go apatia, którą starał się zatuszować nadgodzinami w pracy, kolejnymi zleceniami i wywiadami. Pojawiał się wszędzie, sypiał niewiele, starał się nie mieć żadnej przerwy na choćby jedną myśl i zderzenie się z własną pustką. Powrót do Hogwartu wyrwał go z tego stanu, ale czasem miał ochotę egoistycznie do niego uciec. Może czuł się fatalnie, ale przynajmniej nie był narażony na takie sytuacje jak ta.
— Będziesz spać u mnie — rzucił krótko Draco.
— Nie będę robić problemów — zaoponował natychmiast. Poczuł palącą potrzebę wyrwania się z uścisku pajęczych palców.
— Chcesz, żeby zamknęli mnie za morderstwo Tego-Który-Przeżył, gdy kolejnym razem nie skończy się na potłuczonych perfumach? — Draco wbijał w niego wyczekujące spojrzenie, co Harry skomentował zrezygnowanym wypuszczeniem powietrza z płuc.
— Faktycznie, nie za dobrze to brzmi.
Chwilę milczeli. Draco w tym czasie rzucił zaklęcia i Harry odważył się spojrzeć na powoli zasklepiającą się ranę. Strasznie swędziało, ale jedynie musnął opuszkami zaczerwienioną skórę. Malfoy zmył krew z jego ręki mu materiałową ścierkę, którą przed momentem obmywał swoje dłonie.
— Astoria spała w tej sypialni, prawda? — zaczął Harry w nadziei, że w ten sposób odwróci uwagę od gojenia.
— Jesteś ponadprzeciętnie spostrzegawczy jak na siebie.
Draco w milczeniu starał się posprzątać bałagan, który zrobili. Wyglądał na już całkiem rozbudzonego, choć cienie pod oczami wyraźnie zaznaczały, że nie była to najlepsza noc jego życia. Jasne włosy opadały mu na czoło w nieładzie, a przydługie kosmyki ukrywały zaczerwienione uszy i łaskotały zarumienione policzki. Za oknem zaczynało powoli świtać, więc świece przestały być im potrzebne. Zostawili je i tak zapalone. Harry patrzył, jak wosk powoli spływa na świeczniki.
— Przepraszam — wykrztusił, kiedy Draco podniósł się do pionu i zaczął zbierać zakrwawione chusteczki rozrzucone na dywanie. Malfoy rzucił mu roztargnione spojrzenie, ale nie odpowiedział.
Harry nie był pewny, jakiej reakcji oczekiwał, ale to nieme zakończenie rozmowy sprawiło, że coś ukłuło go w serce. Pozostało mu tylko zapętlanie w umyśle obrazu zakrwawionych dłoni Dracona i próby uspokojenia swojego zaaferowanego nową sytuacją mózgu.
***
Uśmiechem losu okazał się fakt, że Narcyza spała w przeciwnym skrzydle dworu i nie mogła usłyszeć nic z poprzedniej nocy. Przy śniadaniu jako jedyna nie wyglądała jak główny bohater mugolskiego filmu o zombie. Jeśli jednak zauważyła jakiekolwiek oznaki niewyspania swojego syna i jego chłopaka, nie dawała tego po sobie poznać. Siedziała tak wyprostowana, jakby połknęła kij od miotły i sprawiała, że nawet stukanie w skorupkę jajka w jej wykonaniu wyglądało jak pokaz arystokratycznej gracji. Raz jedynie uniosła brwi w rozbawieniu, gdy Draco przez pomyłkę dodał soli do swojej herbaty zamiast cukru. Nie skomentowała tego ani słowem, a jedynie przyłożyła serwetkę do ust, żeby zasłonić uśmiech.
Harry nadal nie czuł się pewnie w Malfoy Manor. Posiadłość była tak ogromna, że starał się nie myśleć o tym, jak wiele sekretów mogły skrywać w sobie niezwiedzone przez niego zakamarki. Było to trudne, biorąc pod uwagę fakt, że większość czasu zwyczajnie się nudził. Mimo niewyspania chciało mu się biegać, prawie skakał na swoim miejscu, ciągle strzelał palcami. Wręcz rwał się do zrobienia dodatkowej rundki do kuchni po więcej herbaty albo kolejny kawałek ciasta. Co prawda, Narcyza jako wzorowa gospodyni starała się spędzać z nimi jak najwięcej czasu, ale przy którymś z kolei podjęciu tematu, zrezygnowała z podtrzymywania rozmowy.
W ten sposób zostali nieoficjalnie odprawieni z salonu i zdani na własne towarzystwo. Draco skierował się ku schodom, więc Harry w obawie przed zgubieniem się w dworze (lub zostaniem sam na sam z Narcyzą), poderwał się z zajmowanego przez siebie fotela i ruszył za nim.
Pokój Dracona był jeszcze większy od gościnnej sypialni, którą zajmował wcześniej Harry. Wzdłuż ściany postawiono szeroki mahoniowy regał — okładki książek były jednym z niewielu kolorowych akcentów w pomieszczeniu. W kącie postawiony był zestaw foteli i sofa ludwikowska, a naprzeciw łóżka zwieńczonego baldachimem potężne biurko.
— Znowu się gapisz, Potter. — Wywrócił oczami Malfoy i ze skrzyni przy szafce nocnej wyjął wypłowiałe koce. Przemaszerował do kanapy, żeby przerzucić je przez oparcie.
— Wcale nie — prychnął Harry, choć musiał przyznać, że faktycznie widmo spania w tej komnacie pozbawiało go tchu. Zamiast bezczynnie stać podszedł do biblioteczki i zmierzył półki wzrokiem. — Jane Austen? Naprawdę? Mugolskie książki?
Draco zamarł na moment i poczerwieniał na twarzy.
— To pole do dyskusji.
— Myślisz, że Jane Austen była czarownicą? — Harry uśmiechnął się delikatnie.
— Mugol nie wymyśliłby pana Darcy’ego.
— Poe też nie był mugolem? — Wziął do ręki „Beczkę Amontillada” i pomachał książką, żeby zwrócić uwagę rozmówcy.
— Dobra książka to dobra książka, Potter. Ciężko, żebyś się wypowiadał, gdy nawet podręcznika nie umiesz doczytać.
— Jeśli po przeczytaniu tylu książek mam być tak zgryźliwy jak ty, to wolę pozostać literackim abstynentem.
— Nie atakowałeś tak Romildy, gdy czytała wszystkie dostępne egzemplarze Wilde’a!
— Ona w przeciwieństwie nie jest hipokrytką! — Uniósł ręce w obronnym geście, chociaż na ustach nadal błąkał mu się cień uśmiechu.
— „Świat cierpi na brak mężczyzn, szczególnie tych, którzy są cokolwiek warci…” — Westchnął dramatycznie Draco, opadając na fotel, przymykając powieki dla lepszego efektu.
— Właśnie dlatego nikt cię wcześniej nie lubił — prychnął Harry.
— Bo cytowałem Austen? — Otworzył jedno oko.
— To był cytat Austen?
— Nienawidzę cię, Potter.
— Ja ciebie też.
***
Harry nie potrafił zasnąć.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie świadomość faktu, że naprawdę potrzebuje snu, a jego organizm dzielnie bronił się przed choćby zmrużeniem oka. Nie pierwszy raz noc po koszmarze czuł pod skórą pulsującą adrenalinę skutecznie otrząsającą z niego wszelkie zmęczenie. Wiedział, że jeżeli spędzi następne godziny na wpatrywaniu się w przestrzeń, jedynie zmarnuje czas. Znowu wróciła potrzeba spalenia tej energii — poważnie rozważał wymknięcie się z domu, żeby pójść pobiegać. Mógłby nawet nie wychodzić z domu i zrobić kilka rundek po schodach, ale ryzykowałby wtedy nakrycie. Nie miał ochoty tłumaczyć się Narcyzie Malfoy z czegoś takiego.
Przez ogromne zakratowane okna do pomieszczenia wkradało się światło księżyca i rzucało srebrzysty blask na pokrytą dywanami posadzkę. Wiatr huczał przeraźliwie na zewnątrz, coś świszczało gdzieś w głębi ścian. Do szyb przyklejał się śnieg i powoli odbierał im kontakt ze światem. Pogoda była jedynym czynnikiem, który sprawił, że Harry odpuścił sobie nocny jogging. Patrzył uparcie w abstrakcyjnie bogato zdobiony sufit przez kilka minut, jedynie po to, żeby w następstwie znowu przewrócić się na bok. Kocyk zsunął mu się z łydki. Zimno wkradło się z takim impetem, że po plecach przebiegł mu dreszcz.
— Możesz przestać się wiercić, Potter? — Usłyszał syknięcie ze strony łóżka i zamarł. Był pewny, że Draco już śpi.
— Nie mogę spać — mruknął i znowu opadł na plecy.
— Nie mów, że ci niewygodnie, bo matka wyrzuci cię z domu. Ta sofa była sprowadzana z Włoch.
Harry prawie parsknął.
— Po prostu nie umiem spać w takich dużych pokojach — odparł z lekkim uśmiechem, choć wiedział, że to głupie szczerzyć się w ciemność. — Pewnie przez to, że w dzieciństwie spałem w komórce pod schodami u wujostwa — rzucił bez dłuższego namysłu i dopiero gdy zapadło długie milczenie, zdał sobie sprawę z tego, co powiedział.
Powinien czasem ugryźć się w język. Ze wstrzymanym oddechem czekał na odpowiedź ze strony Malfoya, ale cisza przeciągała się na tyle, że zaczął rozważać opcję, że Draco po prostu zasnął.
Ostatecznie usłyszał jednak szelest kołdry i ciche „Chodź tutaj”, więc odetchnął z ulgą, na tyle cicho, żeby Malfoy nie pomyślał sobie czasem, że Harry’ego obchodzi jego reakcja na takie wyznania. Na Merlina, w ogóle nie obchodziło go zdanie Dracona na żaden temat.
Prawie przewrócił się o stolik kawowy, gdy schodził z sofy. Mógł przysiąc, że Malfoy przewrócił oczami, widząc jego poczynania. Przeszedł boso przez dywan. Chłodne powietrze smagało mu kostki, co było wystarczającą motywacją do przyspieszenia. Usiadł na materacu i zdjął okulary, które sięgnął z nawyku przy opuszczaniu łóżka.
— Nie ugryzę cię przecież — parsknął, gdy dostrzegł, że Harry przesuwa się coraz bliżej krawędzi.
Nie chciał mu tłumaczyć, że nauczono go zajmowania jak najmniejszej ilości miejsca. Oczekiwano od niego, że będzie się kulił, chylił głowę, siedział na krańcu krzesła. Jego głównym obowiązkiem w dzieciństwie nie było wynoszenie śmieci czy mycie naczyń — miał udawać, że nie istnieje. Nie żywił już nadziei, że któryś z jego przyjaciół kiedykolwiek go w tej kwestii choćby spróbuje zrozumieć.
— Ze Ślizgonami nigdy nic nie wiadomo.
— Och, teraz jesteś już po prostu uprzedzony — prychnął.
Przez kolejne parę minut się do siebie nie odzywali. Harry skupił się na wichurze na zewnątrz (i słuchaniu miarowego oddechu Malfoya), a Draco na cieple bijącym od Pottera (i wichurze na zewnątrz).
— Czemu komórka pod schodami? — odważył się w końcu ostrożnie odezwać Draco. Kiedy Harry odwrócił w jego stronę twarz, włosy opadły mu na prawą stronę, a kilka loków zasłoniło mu bliznę na czole. Ślizgon miał ochotę przekląć nieuzasadnienie szybko bijące serce.
— Wuj Vernon uznał, że nie będzie marnował na mnie miejsca.
— Nie było innych sypialni? — Malfoy narastającą falę gniewu pokazał po sobie jedynie za pomocą ściągnięcia ust w cienką kreskę.
— Były. Po tym, jak Hogwart zaczął się mną interesować, przenieśli mnie do innego pokoju.
— Nie mógł cię przyjąć ktoś inny? Ci mugole brzmią jak ostatni ludzie, u których powinieneś zostać jako dziecko.
— Dumbledore mówił…
— Nie obchodzi mnie, co mówił ten…
— Nie mów źle o Dumbledorze — uciął Harry, choć Draco nie miał zamiaru oddać tego tematu tak szybko.
Atmosfera między nimi w ułamku sekundy stała się napiętą nicią.
— Nie chcę być osobą, która ci to powie, ale Dumbledore wcale nie był tak wspaniały. Sam fakt, że zostawił cię u tych mugoli jest pierwszą rzeczą, o której powinieneś pomyśleć, poza tym…
— Nie będę z tobą o tym rozmawiać. — Harry zmrużył oczy.
— Harry.
— Proszę.
Draco zacisnął szczękę.
— Chcę tylko wiedzieć. Czy ta blizna na twojej dłoni… To też oni?
Harry przejechał mimowolnie kciukiem po wypukłości „Nie będę opowiadał kłamstw” na skórze. Czasem zapominał o tej bliźnie. Przyłapywał się kiedyś na pocieraniu się w tym miejscu, kiedy potrzebował otuchy, ale ten nawyk jakoś wyblakł z upływem czasu.
— Nie. Nie oni.
Draco powstrzymał się przed zadaniem kolejnego pytania.
— Wrócimy do tego. Dobranoc, Potter.
Wiedział, że nie wrócą.
— Dobranoc.
***
Kiedy Harry się obudził, miejsce obok niego było już dawno zimne. Dał sobie przyzwolenie na pozbieranie myśli, choć wiedział, że analizowanie takiej drobnostki jak rozmowa z Draconem nie skończy się dobrze. Nie potrafił znaleźć motywacji do wstania z łóżka, co zaowocowało mimowolnym mieleniem każdego słowo, które padło zeszłego wieczora. Nie był pewny, czy sobie tego wszystkiego nie wymyślił, choć nie pierwszy raz noc wyciągała z jego ust wyznania, jakich nie dopuściłby się w czasie dnia. Księżyc nie zdradzał w końcu żadnych sekretów i głupich obietnic, jakie składali sobie ludzie, gdy myśleli, że w ciemności są bezkarni
Dumbledore wcale nie był tak wspaniały . Była to oczywista prawda. Profesor go wykorzystywał, wielokrotnie kłamał, aby zaskarbić sobie jego zaufanie, a dodatkowo manipulował nim w szeroko pojęty sposób. Mógł powiedzieć tyle rzeczy, dzięki którym Harry dorastałby choć odrobinę mniej zagubiony w nowej rzeczywistości, a dzielił się swoją wiedzą z myślodsiewnią i zamykał prawdę w fikuśnych fiolkach. Pozwolił Wybrańcowi ślepo wierzyć w puste ideały, domyślać się oraz popełniać katastrofalne w skutkach błędy, kiedy jedynym czego potrzebował, było potrząśnięcie nim, gdy koszmary spędzały mu sen z powiek. Harry był jedynie pionkiem na szachownicy w grze wielkich umysłów — nie miał pojęcia, ile figur Dumbledore był w stanie poświęcić, żeby Wybraniec w ostatecznej walce mógł zaszachować Voldemorta.
Dumbledore wcale nie był tak wspaniały. A głupi, naiwny Harry mu wierzył. Wierzył, że Dumbledore naprawdę chce mu pomóc, że jest szlachetny i nigdy nie dopuściłby się ruchu przeciwko dobrej stronie. Wierzył na pierwszym roku, że Albus pozwolił na walkę z Voldemortem, żeby wyniósł z tego pewną lekcję. Wierzył na drugim, że Albus nie miał pojęcia, kto stoi za atakami na mugolaki ani że Harry’ego się podejrzewa i wyklucza. Wierzył na trzecim, że to Syriusz jest winny i zabił jego rodziców. Wierzył na czwartym, kiedy powiedziano mu, że nie może wycofać się z Turnieju Trójmagicznego. Wierzył na piątym, kiedy profesor stwierdził, że swoim milczeniem chronił Harry’ego przed najgorszym. Wierzył na szóstym, że Snape zabił dyrektora bez wcześniejszej konsultacji. Wierzył, wierzył, wierzył — w każde białe kłamstwo i srebrne słowo spływające z jego ust.
Dumbledore wcale nie był tak wspaniały . Harry wiedział, a mimo to i tak unikał korytarza, gdzie ostatnio spotkał portret Albusa we wspaniałej szacie, z łagodnym spojrzeniem błękitnych tęczówek. A mimo to nadal śnił o Wieży Astronomicznej, pogrzebie i sterylnie białym peronie King’s Cross. A mimo to nadal reagował pasywną agresją na jakiekolwiek złe słowo.
Albus Dumbledore ukradł mu normalne dzieciństwo, dorastanie, a teraz kradł mu wszystko inne. Albus Dumbledore już od dawna nie żył. Albus Dumbledore wcale nie był taki wspaniały.
Harry czuł się niesamowicie mały i nieznaczący, leżąc na łóżku swojego byłego największego wroga, rozmyślając o prawdziwym antagoniście swojego nastoletniego życia.
Nie płakał.
***
Sylwester w Malfoy Manor był jednym z najmniej hucznych, jakie Harry kiedykolwiek przeżył.
Najbliższa wioska oddalona była o kilkanaście mil — na horyzoncie widzieli jedynie niewielkie wybuchy fajerwerków i stłumione huki petard, choć wiatr wiał tak przejmująco, że zagłuszał wszelkie oznaki mugolskich imprez. Gdy w trójkę stali w pochłoniętym ciemnością ogrodzie, znowu dopadła go nostalgia, jednak dała mu tym razem niespodziewaną ilość komfortu. Narcyza wypuściła ku niebu kilka niebieskich płomieni, które rozbłysnęły z cichym sykiem, łącząc na moment gwiazdy w konstelacje cienkimi liniami. Harry był pewien, że miało to jakiś związek z rodem Blacków, ale nie chciał niszczyć tak wzniosłej chwili niewygodnymi pytaniami. Draco uniósł w milczeniu smukły kieliszek wypełniony szampanem schłodzonym pierwszymi powiewami mroźnego styczniowego powietrza.
Pani Malfoy wykrzywiła usta w uprzejmym uśmiechu, co zapewne miało być życzeniami noworocznymi. Jej ramiona zadrżały pod futrem z gronostaja, gdy spojrzała czuło na syna. Uchyliła kilka łyków ze szkła, po czym bez słowa odwróciła się i ruszyła przed siebie. Jej blond włosy zaczęły umykać spod skomplikowanego upięcia. Drzwi do środka się przed nią otworzyły, a następnie posłusznie zamknęły.
Żaden z nich nie odważył się przełamać ciszy. Powoli wichura zaprzestawała swoje próby ścięcia ich z nóg, ale milcząco wrócili do środka.
Rozpoczęcie czegoś tak istotnego jak nowy rok bez swoich bliskich okazało się niesamowicie obce dla Harry’ego. Obrazował w wyobraźni Weasleyów rozsianych po Wielkiej Brytani, profesor McGonagall przy oknie w swoim gabinecie, Andromedę uspokajającą Teddy’ego, Romildę w dormitorium samotnie pijącą słodkie wino, Lunę i Pansy na kanapie przesłuchujące się dźwiękom z maszyny drukarskiej. Wchodził w XXI wiek z refleksyjną czarną dziurą w klatce piersiowej i choć tuż przed nim Draco próbował uruchomić bez magii mugolski czajnik (zapewnie do dworu przyniesiony przez Astorię), poczuł się ogromnie samotny.
Życzył dobrego Nowego Roku swoim rodzicom. Syriuszowi. Profesorowi Lupinowi. Tonks. Fredowi. Moody’emu. Colinowi. Lavender. Zgredkowi. Hedwidze.
Odchylił się na krześle.
Życzył dobrego Nowego Roku profesorowi Snape’owi, zanim Draco położył przed nim herbatę i gestem wskazał schody prowadzące na pierwsze piętro.
— Też czujesz się tak… — zaczął Harry, gdy weszli do pokoju.
— Tak.
— Twój sylwester zawsze tak wyglądał?
— Nie. Wcześniej chodziliśmy z rodzicami na bankiety, ale odkąd ojciec nie żyje, a połowa przedstawicieli czystokrwistych rodów siedzi w Azkabanie, to nie ma za bardzo, gdzie chodzić — mówił, odpinając spinki od mankietów. Harry nie potrafił przestać się bezczelnie gapić. Ostatecznie uznał, że dobrym rozwiązaniem jest zajęcie miejsca na skraju łóżka, plecami do rozmówcy.
— Aha — rzucił mało ambitnie. Nie był pewny, czy chce zaczynać temat zabójstwa Lucjusza. — Dostałem rano list od Romildy.
— Coś ciekawego?
— Uznała, że możemy zostać, gdzie jesteśmy, bo w Hogwarcie jest o wiele spokojniej bez naszej dwójki.
Draco zaśmiał się krótko.
— To wszystko?
— Odkąd wyjechaliśmy, jesteśmy niemal codziennie na chociaż jednej okładce.
— To było do przewidzenia.
Pokiwał głową. Zebrał się w sobie i odwrócił się do Malfoya z zamiarem kontynuowania rozmowy twarzą w twarz, ale chłopak stał bez koszuli i szperał w szufladach komody. Na jego torsie nie było ani jednej blizny po Sectumseprze i Harry nie był pewny czy napawa go to ulgą, czy jedynie napędza niekończące się w jego przypadku poczucie winy. Fakt, że po ataku nie pozostał jakikolwiek ślad, nieco go przerażał. Sprawiało to, że czuł, że Wybraniec jest bezkarny.
Woskowożółte światło świec eksponowało niemal białe plecy, ostro zarysowane łopatki i kręgosłup ukryty pod cienką warstwą skóry usianej bladymi pieprzykami. Harry’emu wzrok lgnął ku surowo wyciosanemu ciału w poszukiwaniu jakiejkolwiek wady. Nie cierpiał tego w czarodziejskiej arystokracji — wszyscy byli tak boleśnie piękni, że przypominali porcelanowe lalki. A on bał się, że znowu którąś stłucze.
Krew zaszumiała mu w uszach, gdy Draco odwrócił się i uniósł brew. Trudno było nie zahaczyć wzrokiem o Mroczny Znak wijący się na lewym przedramieniu. Harry widział już mnóstwo podobnych wyblakniętych symboli na rozprawach, gdzie zmuszony był do składania zeznań. Czasem skrawek łba węża było widać pod rękawem marynarki, kurtki, szaty. Mimo to ten widok dziwnie spiął mu mięśnie. Może miał nadzieję, że przeszłość Dracona była zamknięta i nie będzie musiał sobie przypominać o jego twarzy w szeregach śmierciożerców.
— Masz tendencję do gapienia się na mnie w najmniej odpowiednich momentach, Potter.
— Przeszkadza ci to?
— Tego nie powiedziałem. — Wywrócił oczami i narzucił na siebie koszulę od piżamy. Znak i gładka skóra zniknęły pod satynowymi rękawami oraz maską obojętności. — Od naszej wczorajszej rozmowy myślałem trochę i czy Dumbledore nie wysłał nikogo w okolicy, żeby cię pilnował u wujostwa? To do niego niepodobne.
Harry’ego ogarnęła fala mdłości na kolejne wspomnienie dyrektora. Usiadł na łóżku po turecku.
— Była pani Figg. Charłaczka. Czasem mnie do niej wysyłali, gdy gdzieś jechali, a nie chcieli, żebym zostawał sam w domu. — Pamiętał zapach kiszonej kapusty, miauczenie kotów i niezręczne rozmowy na temat pupili właścicielki niewielkiej nieruchomości przy Wisteria Walk. Arabella Figg była dziwaczna, ale nigdy na niego nie krzyczała. Pozwalała mu przeglądać swoje bibeloty i prosiła, żeby czytał jej na głos gazety. Czuł się wtedy pożyteczny. Oczywiście nie mogła być dla niego zbyt miła, bo Dursleyowie od razu spostrzegliby, że dobrze się u niej bawi i poszukaliby mu innej opiekunki.
— Czemu nie mogłeś u niej zostać? Nie musiałbyś wiedzieć, kim jesteś.
— U wujostwa chroniła mnie krew ciotki. Co to za różnica, skoro i tak to, co się stało, się nie odstanie? — burknął.
— Po prostu próbuję dociec, jaki ten głupi starzec miał w tym wszystkim cel.
— Nie nazywaj go tak — mruknął, ale na tyle cicho, że Draco chyba go nie usłyszał. Albo udał, że go nie usłyszał.
— To bezsensowne.
— Mówię ci przecież, że pokrewieństwo ciotki…
— Co zmieniło to, że nie wiedziałeś, że jesteś sławny, skoro…
— Malfoy, przysięgam jeszcze jedno twoje słowo.
— Na Merlina, Harry, on po prostu chciał, żebyś nie mógł mu odmówić. — Spojrzał na niego z dziwną mieszanką emocji w oczach. Z jednej strony gdzieś czaiła się ekscytacja z powodu rozwiązania, a z drugiej przerażenie możliwością, że ma rację.
— O czym ty, do cholery, mówisz?
Ta rozmowa nie powinna mieć miejsca. Nigdy nie rozmawiał z nikim o Albusie Dumbledorze — nie w ten sposób. Hermiona i Ron nie próbowali zaczynać. Harry był tym, który zawsze kończył, gdy temat rozpoczynał ktokolwiek inny. Ginny chyba bała się jego potencjalnej reakcji. Ale Draco? Draco nie potrzebował, żeby Harry go lubił, skoro był przyzwyczajony do pogardy z jego strony.
— Bałeś się, że odeśle cię do domu. Miałeś być mu wdzięczny za to, że cię uświadomił, że jesteś czarodziejem. No tak, oczywiście. Miałeś postrzegać Hogwart jako jedyne miejsce, gdzie jesteś akceptowany.
W głowie Harry’ego coś przeskoczyło. W głębi duszy zdawał sobie sprawę z tego, że gra dyrektora nie była tak prosta, na jaką wyglądała w jego oczach z początku. Był świadomy faktu, że Dumbledore z góry planował większość wydarzeń, ale dopiero gdy zaczęto przed nim rozkładać jego życie na czynniki pierwsze, doszło do niego jak wiele z pozoru przypadkowych decyzji, było częścią wielkiego planu. Łączył z zawrotną prędkością każdą sytuację z wcześniejszych lat, w których nie został o czymś poinformowany przez dyrektora, gdy nie powstrzymano go przed jakimś wyborem, przez który mógł stracić życie. Wszystko po to, żeby do końca był posłuszny i na tyle zaślepiony, żeby spokojnie iść na śmierć.
— Harry?
Może Draco miał rację. Może całe życie Chłopca Który Przeżył było jednym wielkim testem skuteczności efektu motyla. Może Dumbledore celowo pożyczył Pelerynę Niewidkę od Jamesa Pottera dzień przed atakiem. Może Harry miał umrzeć nawet wcześniej. Może plany były wysunięte jeszcze dalej i śmierć nadal na niego czekała.
— Kurwa, chyba zaraz zwymiotuję — rzucił pomiędzy coraz szybszymi wdechami i pędzącymi w głowie myślami. Poziom paniki wznosił się coraz wyżej i gwałtowniej, a on nieskutecznie starał się zachowywać zimną krew, żeby Draco nie widział go znowu w tak poniżającym stanie.
Wybraniec zniszczony kilkoma zdaniami; informacjami, do których sam powinien dojść już dawno i sam przez nie przebrnąć. Tyle czasu dawał radę sam, że trudno było mu uwierzyć w potrzebę posiadania drugiej osoby, która by go uspokoiła. Miał ochotę wyrzucić Malfoya za drzwi.
Poczuł coś zimnego w swojej drżącej ręce. Szklanka wody. Wypił jej zawartość jednym haustem, po czym pozwolił, żeby Draco odłożył ją z powrotem na stolik nocny. Ułożył niepewnie dłoń na kościstym ramieniu Harry’ego, a ten bez słowa oparł czoło o jego klatkę piersiową.
Nienawidził takich rozmów. Nienawidził, że dawał się tak łatwo sprowokować. Nienawidził, że Draco Malfoy z wszystkich osób na świecie był w stanie wyciągnąć z niego więcej niż wszyscy przyjaciele. Nienawidził go tak bardzo, że aż bolało go pod żebrami.
Najbardziej nienawidził tego, że jego ciepło i oddalony dźwięk bicia serca przywróciło mu jasność umysłu na tyle, by udało mu się pozornie zaakceptować te nowe fakty. Draco milczał, zawijając sobie wokół swoich pajęczych palców jego loki. Pozwolił mu na to.
— Porozmawiajmy o czymś innym — poprosił.
— O czym? — Jego głos był dziwnie ostrożny.
Harry przymknął oczy.
— Czymkolwiek.
Więc Draco zaczął mówić.
***
Draco jak zwykle nie było obok. Harry mało przytomnie podniósł się do siadu i sięgnął po okulary. Do jego zamglonego snem umysłu zaczynały dochodzić wspomnienia zeszłego wieczoru i świadomość powrotu do Hogwartu. Przerwa świąteczna minęła zaskakująco szybko, choć oczekiwanie na nią ciągnęło się w nieskończoność. Zmusił się do wstania. Pierwsze promienie słońca oświetlały pomieszczenie, demaskując wzbijający się w powietrze kurz, rzucając jasne plamy na ciemne meble i skórę Harry’ego.
Założył przez głowę bluzę, wciągnął jeansy i potargał włosy. Nieco lepiej odnajdywał się w pomieszczeniach Malfoy Manor po kilku dniach spędzonych w dworze, ale poruszanie się po korytarzach bez asekuracji nadal napawało go lękiem. W końcu udało mu się dotrzeć do kuchni, gdzie Draco nieumiejętnie walczył ze świszczącym czajnikiem. Harry rzucił mu rozbawione spojrzenie i kliknął w odpowiednim miejscu.
— Mugole lubią utrudniać sobie życie — mruknął podczas obserwowania, jak Harry zalewa wrzątkiem kawę w kubkach.
— Czemu nie użyjesz magii? — Uniósł brew.
— Astoria powiedziała, że jeśli dowie się, że nie używam czajnika, to rzuci na mnie jakąś paskudną klątwę i para będzie mi lecieć z nosa.
Harry roześmiał się szczerze, kiedy dostrzegł obrażony wyraz twarzy chłopaka.
— O której wracamy?
— Musimy dostać się do Londynu.
Zamrugał powoli, znowu przypominając sobie, że nie mogą pozwolić sobie na podróż kominkiem.
Harry nie pamiętał szczegółów wyroku Dracona. Słuchał za wielu zawieszeń, skazań i wniosków po zakończeniu wojny. Wiedział, że po ostatecznych słowach Naczelnego Maga Wizengamotu ogarnęła go tak ogromna ulga, że był jednym z ostatnich członków Rady, który opuścił gmach Ministerstwa. Nienawidził spędzania tam czasu, fioletowych szeleszczących szat i konieczności siedzenia w niewygodnych ławach całe dnie. Hermiona jako ówczesny Młodszy Podsekretarz Ministra kochała to miejsce, robiła notatki jak szalona i nie traciła koncentracji choćby na moment, jakby miało to zaważyć na jej karierze, podczas gdy Harry czekał jedynie na trzykrotne uderzenie młotkiem i wyjście do domu. Dwa miesiące po Bitwie o Hogwart zapętliły się w jego umyśle w jedno długie wspomnienie ciągłej papierkowej roboty, zeznań i bycia napastowanym przez reporterów przy wyjściu z czerwonej budki telefonicznej.
Harry oderwał wzrok od porcelanowych filiżanek.
— Mam coś na twarzy? — spytał, a Draco przyglądający się do tej pory wnikliwie jego twarzy pokręcił głową.
— Wyglądasz na dziwnie wyspanego — stwierdził, ale widząc zmieszany wyraz twrazy Harry’ego, chrząknął. — W szkole zaczynałeś wyglądać jak zombie. Wiedzieliśmy z Romildą, że to prawdopodobnie przez koszmary, a mieliśmy świadomość, że nie ufasz nam na tyle, żeby brać od nas jakiekolwiek eliksiry, tym bardziej że mnie nienawidziłeś przez pół życia, a Romilda próbowała odurzyć cię kiedyś Amortencją, więc… — mówił ostrożnie, jakby w obawie, że wywoła wybuch jakiegoś mało bezpiecznego kociołka. — Romilda i ja wlewaliśmy ci raz na tydzień kilka kropli Eliksiru Słodkiego Snu do napoi podczas posiłków. To bezpieczna dawka, ułatwia zasypianie i pozbywa się, no wiesz, koszmarów. — Zawahał się na moment. — Nie sądziłem wtedy, że twoje mogą być aż tak intensywne. Ale potem wyjechaliśmy, więc…
— Od kiedy? Od kiedy dawaliście mi bez mojej zgody eliksir?
— Od października.
— Od października… — powtórzył głucho.
— Sam ze swoim kompleksem bohatera nie poprosiłbyś o pomoc.
Harry’emu trudno było wyklarować jedną konkretną emocję, która zakiełkowała w jego wnętrzu. Myślenie, że jakość snu zaczyna się polepszać cały czas było bujdą, a mimo to Romilda obdarowywała go grymasem najbliższym uśmiechowi za każdym razem, gdy mówił jej o dobrze przespanej nocy. Chcieli dobrze. Zawsze wszyscy chcieli dla niego dobrze, więc zatajali przed nim informacje w razie, gdyby odmówił albo miał inne zdanie na dany temat. Był za głupi, żeby sam podejmować decyzje.
— Może nie chciałem pomocy?
— Z pewnością chciałeś cały rok wytrzymać ze średnią ilością snu nieprzekraczającą trzech godzin, Potter. Nie zauważasz, że wykańczasz się przez swoją paranoję. Wiesz, świat się nie zawali, jeśli ktoś ci w czymś pomoże. Może jeszcze to do ciebie nie doszło, ale nie musisz robić wszystkiego sam. — Harry poczuł napływ złości, którą najchętniej spożytkowałby na wgniecenie Malfoya w ziemię. Nawet nie było słychać w jego tonie skruchy, a jedynie chłodne zirytowanie.
— Mogliście to ze mną skonsultować — W jego wnętrzu zaczęła się przelewać czara goryczy. Nić zaufania, jaką rozwinął z Draconem, napięła się między nimi niebezpiecznie.
— Żebyś odmówił? Świetny plan. Jeśli po tym, jak próbowaliśmy ci pomóc, stwierdzisz, że to koniec znajomości, to strzałka na drogę — warknął. Zacisnął palce na kancie kuchennego blatu i zmrużył oczy, gdy w końcu złapali kontakt wzrokowy.
— I do kogo mam iść? Do Rona i Hermiony? — Odwrócił się w jego stronę tak gwałtownie, że magia zadrżała powietrzem. Spokój Malfoy Manor zafalował.
— Jeśli nasz układ niszczy twoje prawdziwe przyjaźnie, to może powinniśmy przemyśleć ciągnięcie tego cyrku. — Pochylił się w stronę Harry’ego, żeby przypadkiem nie ominęło go żadne słowo.
— Nawet ich nie lubisz — parsknął. Posągowa twarz Dracona tak blisko jedynie prowokowała jego umysł do dalszej kłótni. — Od kiedy obchodzą cię moje przyjaźnie?
— Ty mnie obchodzisz, Potter.
Harry zrobił krok do przodu i zadarł głowę, żeby mieć dobry widok na uwięzione w szarych tęczówkach wzburzenie. Chyba nakręcało go patrzenie, jak Draco Malfoy traci przez niego kontrolę.
— Udowodnij. — Słowo wymknęło się z jego ust niemal bez przyzwolenia. Potoczyło się między nimi, zostawiając za sobą kilka sekund milczenia, napięte mięśnie i pole do manewru.
Harry nie zarejestrował momentu, w którym usta Dracona wylądowały na jego. Nie było w tym geście zawahania, jakiego mógłby się spodziewać po śmiałych deklaracjach Malfoya o siódmej rano w dormitorium, nie było czułości zarezerwowanej dla motylich, młodzieńczych wyznań uczuć. Był smak kawy, gwałtowność i sztorm. Płonął, a wraz z nim wszystkie riposty nadal knute z tyłu głowy. Kłótnia wydała mu się dziwnie odległa i rozmyta.
Harry całował się wiele razy, ale nigdy świat dookoła nie wirował, nigdy jego serce nie trzepało z większą zawziętością, nigdy nie czuł, że złość jedynie napędza go do kolejnych mało przemyślanych ruchów. Nigdy nie całował się z nim .
Draco nie miał pojęcia, kiedy jego dłoń znalazła się na karku Pottera. Harry nie był w stanie określić, kiedy jego palce zaczęły przecierać szlak linii szczęki Malfoya. Nie wiedzieli, kiedy w ogóle uznali, że nie powinni się odepchnąć natychmiast.
Draco odsunął się pierwszy, zostawiając Harry’ego bez tchu.
— Musimy się zbierać.
I wyszedł. Po prostu wyszedł.
Harry Potter naprawdę nienawidził Dracona Malfoya.
