Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Fandoms:
Character:
Additional Tags:
Language:
Polski
Stats:
Published:
2022-12-01
Words:
3,382
Chapters:
1/1
Comments:
1
Kudos:
9
Bookmarks:
1
Hits:
64

Beannachtaí na Féile Pádraig!

Summary:

Czyli jak się żyje i dorasta między światami.
Tytuł po polsku: "Szczęśliwego Świętego Patryka!"

To jak dotąd mój najdłuższy Emmettowy fik, więc dedykacja też długa: Cran, Herse, Isamar - dzięki!

Work Text:

W tym roku 17 marca wypadł w środę, więc pełnoprawna impreza urodzinowa miała się przesunąć o kilka dni, ale już teraz w ramach świętowania na stół wjechał czekoladowy tort, a Moira wydobyła zza pleców nowego walkmana – mimo wszystko jednak najlepszym prezentem było urwanie się z tamtego brytolskiego wariatkowa.
Emmett cieszył się, że wrócił do domu, do rodziny i normalnych ludzi, do własnego pokoju, elektryczności, dżinsów i piosenek Nirvany. Rodzina ze swojej strony ucieszyła się, że Emmett wrócił cały, zdrowy i niezeżarty przez rasistowskiego potwora. Ostatni raz takie natężenie czułości ze strony rodziców, siostry i dziadków przetoczyło się po nim, gdy po raz pierwszy jechał do Hogwartu. Było dużo opowiadania, przytulania do matczynej piersi, czochrania po włosach i zaklinania, by już nigdy tak nie znikał. Wszyscy się zgadzali, że był bardzo, bardzo, bardzo dzielny, że to wszystko przetrwał. Nieba by mu przychylili.
W każdym razie do momentu, gdy cudownie przywrócony rodzinie syn sięgnął do lodówki po piwo.
– Emmett! Co zamierzasz z tym zrobić?
Przewrócił oczami.
– A jak myślisz, mamo?
– Odłóż to. W tym domu nie pije się przed osiemnastką.
Emmett wyjrzał zza drzwi lodówki jak zza policyjnej barykady.
– U nas... to znaczy u nich... No, jako czarodziej jestem już pełnoletni.
Ten argument nie zrobił na mamie żadnego wrażenia.
– Tak? – zapytała, wyjmując mu puszkę z ręki. – To idź do spożywczaka i spróbuj sam kupić. Zobaczymy, co ci powiedzą.
– Podobno bardzo się cieszysz, że wróciłem!
– No pewnie, że się cieszę! – Znienacka na czoło Emmetta spadł głośny maminy całus. – A co ty myślałeś?
I weź tu cokolwiek zrozum.

*

Właśnie leżał u siebie na łóżku, rozkoszując się samotnością i nowymi słuchawkami, gdy do pokoju dyskretnie wsunęła się babcia Molly. Emmett podniósł się zaraz. Babcia dzierżyła w ręku swój szczęśliwy długopis.
– Mówiłeś, że w ostatniej klasie też was uczyli wróżbiarstwa?
– Tak?
– Podaj mi numery, złociutki.
– Ale wróżenie to ściema, babciu. Nawet w Hogwarcie wierzy w nie tylko paru nawiedzonych.
– Tak? – Babcia miała ogromne niebieskie oczy, przez co w chwilach rozczarowania wyglądała jak zbity szczeniak, jak dziecko, któremu zabrano cukierka, i jak wystawiona randka jednocześnie. Aż się serce krajało.
– Przykro mi – zapewnił ją szczerze Emmett.
– Ale i tak podaj jakiś numer, wiesz, tak na wszelki wypadek. Potrzebujesz do tego herbaty?

*

W Antrim przeważali pomarańczowi, więc na Świętego Patryka nie robiono jakichś szalonych imprez, ale zawsze odbywało się parę koncertów i potańcówek. Puby też nie mogły narzekać na brak klienteli.
– Wychodzę – oznajmił Emmett, w biegu narzucając kurtkę.
– Dokąd? – zawołał z salonu tata.
– Do Tannersa!
– Z kim? – zapytał dziadek, wyłaniając się z łazienki na półpiętrze.
Jakie to cholerne szczęście, że nie mieli w domu duchów ani gadających portretów; w przeciwnym razie Emmett nie wyszedłby do Sylwestra.
– Z Robem i Oisínem! – odkrzyknął z przedpokoju, znad zawiązywanych butów.
– Tylko nie przesadzajcie z procentami, dzieciaki!
Tata był na szczęście bardziej liberalny, jeśli chodziło o piwo.
– O dwudziestej drugiej masz być w domu – uzupełnił dziadek.
Emmettowi sznurówki opadły.
– Jestem pełnoletni.
Odpowiedział mu dziwny uśmieszek, chytry i wyrozumiały jednocześnie.
– Czyli uznajesz narzucony system imperialnego ciemiężcy?
A to był już cios poniżej pasa.

*

Przez te sześć lat wokół Emmettowej edukacji wyrosła cała mitologia, efekt zbiorowej burzy mózgów w domu Connollych; nie mogli przecież opowiadać sąsiadom, że Anglicy porwali im syna, by nie pozamieniał wszystkich w żaby, a za to nauczył się latać na miotle. I że rzeczony syn rzucił budę, gdy tylko trafiła się okazja. I że stary, rasistowski potwór polujący na niemagiczne dzieciaki to mu właściwie spadł z nieba, i że jeszcze dzisiaj rano Emmett siedział w czarodziejskim zamku, ubrany w czarną kieckę, i zaklęciem wrzucał magiczne księgi do kufra.
No więc tak oficjalnie to jakaś daleka cioteczna babka miała kaprys posłać najbardziej obiecujące dziecko do angielskiej szkoły z internatem i łożyła na ten kaprys z własnej kieszeni. Ale potem w szkole wyszła jakaś sprawa z molestowaniem uczniów przez nauczycieli, więc Emmett stwierdził, że nie chce być kojarzony z tym kurwidołkiem. Pracować pewnie i tak będzie jako mechanik w rodzinnym warsztacie (nad tą kwestią jak dotąd w ogóle się nie zastanawiał, a może powinien; z tego, co mu było wiadomo, żołnierze IRA nie otrzymywali pensji).
Nie ma się czym przejmować.
– O jaaa – westchnął zazdrośnie Oisín. – Weź się zamień!
– Taki to pożyje – zawtórował Rob. – Wakacje od marca, robota po znajomości...
– Zamień się – mruknął Emmett. – Siedź cały rok w brytolskim internacie i uważaj na pedziów pod prysznicem.
– Hej, ale ten zbok-nauczyciel, jak mu tam...
– Snape.
– On ci nic... no wiesz... Ale on się nie dobrał do ciebie, nie?
– Jezu, nie! Stary zbok wolał małe dziewczynki.
– Ja pierdolę.
– Ohyda.
– Angole to dzicz.
– Dolej mi, Oisín.
Oisínowi (który miał bardzo wyluzowanego starszego brata) nie trzeba było dwa razy powtarzać. Trzy szklanki coli zniknęły pod stołem, by po chwili wyłonić się z paroma procentami więcej, a chłopaki przeszli płynnie do narzekania na sprawdziany z fizyki. Emmett fizykę znał akurat tylko ze starych podręczników Moiry, przeglądanych naprędce w wakacje, i chyba dużo nie stracił; i tak magia wykrzaczała to wszystko, z prawem zachowania masy na czele.
Narzekanie na przedmioty było łatwe. Transmutacja guzików czy wzory na gęstość, gumochłony czy chromosomy, wojny goblińskie czy peloponeskie, gadało się o tym tak samo. Grunt to pilnować, by nie wychodzić ani na prymusa, ani na kompletnego głąba. A najlepiej w ogóle zmienić temat.
Knajpowy zespół, grający do tej pory covery Metalliki, na prośbę publiczności przerzucił się na republikańskie piosenki. Beannachtaí na Féile Pádraig!
– Sláinte, jubilacie!
– Długich węży, hehe!
Wszyscy kumple z dzieciństwa znali jego drugie imię („Emmecie Patricku Connolly, marsz do domu!”) i co roku robili sobie z tego jaja. Emmett nie miał im za złe. A że wierzył tylko w samospełniające się wróżby, to… Cała knajpa tupała, waliła o stoły kuflami Guinessa i ryczała pełną piersią Come out ye black and tans. i do rodzinnej legendy przeszło już, że właśnie w taki sposób dziadek dołączył do IRA w latach trzydziestych. Po prostu przed północą przyłączył się do ludzi śpiewających ballady w pubie, a po północy składał już przysięgę wierności.

Come out ye black and tans, come out and fight me like a man
Show your wife how you won medals down in Flanders
Tell her how the IRA made you run like hell away
From the green and lovely lanes of Killashandra!

Z braku kufla Emmett wybijał takt dłonią, adrenalina krążyła przyjemnie w żyłach, a może to były procenty, mniejsza z tym. Oprócz dziadków ze Stickies* na pewno siedzieli tu jacyś Provos, co by mieli robić w Świętego Patryka, jeśli nie imprezować? Emmett uśmiechał się i przepijał do ludzi na chybił trafił. Kto wie, może do północy…?
Spojrzał na zegarek i rzeczywistość walnęła go jak rozpędzony tłuczek. Za pięć dziesiąta.
Emmett dopił szybko swoją colę, pożegnał się z chłopakami i wyleciał na zewnątrz, na tyły knajpy. Przestrzelił tylko odrobinę: zamiast na podjeździe aportował się w salonie, prawie na kolanach babci.
– EMMECIE PATRICKU CONNOLLY!
– Jestem o czasie!
Tego wieczora składał przysięgę, fakt: że jeśli już musi się teleportować, będzie to robił w przedpokoju.

*

Status cudownie odzyskanego miał krótką datę ważności: 18 marca już nie obowiązywał.
– Emmett – zarządziła mama przy śniadaniu – dzisiaj twoja kolej zmywania.
– Okej.
– Tylko ręcznie, dobrze? Nie chcę znowu kupować całej zastawy.
Emmett zastygł z różdżką na wpół wydobytą z kieszeni.
– Nie kupowałaś – zauważył. – Wszystko naprawiłem.
– Babcia prawie dostała zawału.
– Ja też – burknął Emmett. – Jak zobaczyłem, że wszyscy się na mnie gapicie.
W Hogwarcie nie brakowało stresujących sytuacji. Latanie na miotle. Utknięcie z nogą w niewidzialnym stopniu. Szara Dama przepływająca przez męskie łazienki akurat wtedy, gdy bierzesz prysznic. Żadna z tych rzeczy nie mogła się równać z wkroczeniem do kuchni i odkryciem, że cała rodzina przyszła popatrzeć, jak zmywasz. Nawet Dumbledore by wymiękł.
– Tak będzie szybciej. I taniej. W ogóle nie zużywam do tego płynu, patrz… Chłoszczyść!
Czysty talerz uniósł się w powietrze, lśniąc i pachnąc. Emmett złapał go, pokazał mamie z dwóch stron.
– Widzisz? I już suchy!
Mama wzięła talerz, obejrzała uważnie.
– Hm – mruknęła wieloznacznie.
– Nie zużyję ciepłej wody – kusił dalej Emmett.
Mama skapitulowała. Nawet wyszła, zamykając za sobą drzwi, i chyba musiała przestrzec resztę, bo z głębi domu dobiegł radosny okrzyk taty: „Uwaga na latające talerze!”
Naczynia się zmywały. Raz, dwa, trzy, zanim sprzedał podręczniki, mógł jednak ogarnąć zaklęcie czyszczące wszystko od razu… Emmett był już na półmetku, gdy znienacka spadła na niego chuda łapa, uzbrojona w kubek z Garfieldem.
– Młody – zawołała mu w ucho Moira – zmyjesz mi…
Świsnęło. Trzasnęło. Zabrzęczało. Walnąłem w sufit, pomyślał Emmett, osłaniając głowę przed deszczem odłamków.
– Moira!
– Jezu! – Moira zdążyła zanurkować pod stół razem ze swoim Garfieldem; przy okazji ochrzciła podłogę fusami po kawie. – Żyjesz?
– Nie rozumiesz po angielsku!? Miałaś nie włazić!
– Ale się z ciebie zrobił panikarz! Pokaż te łapy, pokaleczyłeś się?
– Spadaj! – Emmett odwrócił się ze złością, ssąc rankę na grzbiecie dłoni.
W tej chwili do kuchni zajrzała mama.
– A widzisz? – zapytała smutno.
Nawet dobrze rzucone Reparo jej nie udobruchało.

*

– Emmett! – zawołał z parteru dziadek. – Do ciebie!
– Kto?
– Pani Flanagan.
Zszedł na dół, zastanawiając się, czego ta starucha może od niego chcieć.
– Słuchaj, kochanieńki, nasza Daisy, wiesz, ta od Jamesa i Lucy, ma teraz dziesięć lat… No więc słabo sobie radzi z francuskim, a Rob opowiadał, że ty się uczyłeś w jakiejś drogiej prywatnej szkole. Ile byś chciał za pomaganie w lekcjach?
Biorąc pod uwagę, że ostatnio widział podręcznik do francuskiego, gdy był w wieku Daisy? Sam musiałby dopłacić smarkuli za przypomnienie mu podstaw.
– Przepraszam, Rob coś pokręcił. Ja się uczyłem nie…
Tfu, wróć. Zaraz ktoś zadzwoni po korki z niemieckiego.
– … nie francuskiego, tylko łaciny.

*

Żołnierz IRA, nawet taki in spe, trzyma język za zębami. Dlatego, kiedy wreszcie wypłynęło pytanie o dalsze plany, Emmett słowem się nie zająknął o wolnej Irlandii, za to zgłosił natychmiastową chęć do roboty w warsztacie. Zresztą od zawsze wiedział, że naprawianie silników jest mu pisane. Rodzinna tradycja.
– No i zrobię prawko, oczywiście.
– Bez sztuczek – pouczył surowo tata. – Masz zrobić ten papier uczciwie, jasne? Wolę zapłacić dwa razy za egzamin niż potem oglądać twoje zwłoki w rowie.
– Sam zapłacę. Mam kasę z podręczników i tak dalej.
Pierwsze kroki na wolności skierował do sklepu ze starzyzną w Hogsmeade. Spieniężył właściwie wszystko: księgi, szaty, teleskop, tę idiotyczną wagę z szalkami, nieporęczny kufer, kociołek. Zostawił tylko podręcznik do eliksirów, na wyraźne życzenie Moiry.
Siostra spędzała teraz wieczory, klnąc pod nosem nad magicznymi receptami. Śmiertelnie ją wkurzało, że czarodzieje znali eliksiry na milion schorzeń i urazów, ale nie raczyli się nimi dzielić ze światem.
– A pamiętasz, jak było z Wielkim Głodem? Angole mają nas w dupie.
– Nie ma czarodziejów z Irlandii? – zirytowała się Moira. – Nie gadaj, że byłeś sam jeden.
– Był jeden dzieciak, ale pomarańczowy.
– Ja pierdolę.
– Głupie chuje.
– A wy znowu o polityce – westchnęła babcia znad rozwiązywanej krzyżówki.
Innym razem Moira przyszła do jego pokoju, śmiertelnie poważna. Podręcznik trzymała przed sobą w taki sposób, jakby to było dziecięce porno.
– Mały – odezwała się – powiedz, że nie robiłeś tego eliksiru.
Emmett spojrzał na przepis: amortencja. No tak.
– Robiłem – przyznał, bo dość już miał tego ściemniania wszystkim dookoła. – Ale tylko na lekcjach. I nigdy nie użyłem, słowo.
Moira wyglądała, jakby miała zwymiotować.
– Serio mówisz, że w tej szkole. Uczyli was. Robić. Jebane. PIGUŁKI GWAŁTU?
Emmett rozłożył ręce, bo co innego mógł zrobić? Przecież nie pochwali się, że za amortencję dostał P.
– Tylko nie mów rodzicom, dobra?
Moira bez słowa wyrwała tę stronę i cisnęła do kosza.

*

Nigdy nie powiedziałby tego na głos – a już na pewno nie w Hogwarcie – ale zaklęcia naprawdę mogły mu się przydać w karierze mechanika. Wystarczyło tylko zrozumieć, co z czym.
– No dobra, synek. – Tata zrobił miejsce, by wpuścić Emmetta pod wóz. – Popatrz tutaj. Już wiesz, co nawaliło?
– Sprzęgło.
– I co z tym zrobisz?
– Reparo.
Upłynęła chwila milczenia.
– Chwiiiila. Teraz będziesz wszystko załatwiał Reparem?
– Przecież działa, nie?
– Cofnij to i zrób jeszcze raz, jak mężczyzna.

*

Emmett został na chwilę oddelegowany z garażu do domu, by uzupełnić termos z herbatą; zaraz za progiem chlasnęły go po twarzy długie, jasne, pachnące włosy Eithne McCormac.
– Sorki! – Eithne odwróciła się z czapką w ręce. Cała rozbłysła w uśmiechu. – Cześć, Emmett! Właśnie o tobie rozmawiałyśmy!
Emmett chrząknął.
– Taa? – zapytał nonszalanckim, głębokim głosem.
Eithne była kumpelą Moiry z poprzednich studiów, początkującą pedagożką i marzeniem każdego mężczyzny w Antrim. Nawet w puchowej kurtce i z nosem zaczerwienionym od zimna miała w sobie coś, co sprawiało, że człowiek odruchowo zastanawiał się, jaką bieliznę dzisiaj założył. Zdaniem Emmetta chodziło o spojrzenie: powłóczyste, nieco zamglone, omiatające faceta z góry na dół, nieważne, miał lat szesnaście czy sześćdziesiąt.
A może po prostu wyprzedzała ją sława. Moira mawiała, że gdyby Eithne obcinała każdemu, z którym spała, w Antrim przestałyby się rodzić dzieci; była w tym mieszanka zazdrości i podziwu dla osiągnięć.
– Co ty na to, żeby się razem pouczyć? – zapytała Eithne.
– Że co?
– Mogłabym ci pomóc z biologią albo matmą.
– Masz na myśli… prywatne lekcje?
Moira za plecami kumpeli popukała się w czoło. Eithne przygryzła pełną wargę i omiotła go pełnym namysłu spojrzeniem (Emmett pogratulował sobie, że się rano nie ogolił).
– W naszej świetlicy ruszył program dla uczniów z trudnościami – wyjaśniła. – A Moira właśnie mówiła, że cię wyrzucili ze szkoły, więc…
Wizja bardzo prywatnych korepetycji rozpłynęła się jak sen złoty.
– Chciałaś mnie zaprosić na świetlicę? – powtórzył Emmett, zbaraniały.
– Hej, nie ma się czego wstydzić! Trudności w nauce nie oznaczają, że jesteś głupszy od innych!
– Nie mam trudności! – zaprotestował, podczas gdy Moirę zgięło w ataku śmiechu. – Rzuciłem budę, bo… bo chciałem iść do pracy. W warsztacie – dodał, jakby bycie upapranym olejem i smarem nie stanowiło wystarczającej wskazówki.
– A, chyba że tak. To sorry.
Ten moment wybrał sobie tata, by podejść pod okno i zastukać niecierpliwie.
– Emmett! Zgubiłeś się czy jak? Co ty tam tak długo robisz?
– Wystraszył się, że Eithne go zgwałci – pospieszyła z wyjaśnieniem Moira.
Emmett pokazał jej środkowy palec.

*

Moira była osiem lat starsza; może dlatego odkąd pamiętał, zachowywała się jak kwoka bojowa, pierwsza do opatrywania skaleczeń, grożenia komuś wpierdolem czy podnoszenia alarmu. Teraz też wpadła jak bomba do kuchni. Emmett nie zdążył się obejrzeć, a już tkwił przygwożdżony do lodówki.
– Gówniarzu! Myślisz, że pozwolę ci rozjebać sobie płuca!?
– Ale o co ci chodzi, wariatko?
Chrzanić. Podniósł ręce do góry, wysoko ponad kędzierzawą głową Moiry, i otworzył paczkę chipsów. I nie, nie dał ich sobie skonfiskować: wystarczyło, że siostra położyła łapę na jego szlugach.
– Nie wystarczą ci dwaj astmatycy w domu!? – piekliła się, machając mu Pall Mallami przed nosem. – Jeśli znowu znajdę u ciebie fajki, to…
– To co, powiesz mamie? – zapytał buntowniczo, chrupiąc chipsy. – Jestem dorosły.
– Zgarnę mamę i zrobimy ci taką młóckę w pokoju, że ci żadna abrakadabra nie pomoże! Cholera, ledwo przeszedłeś mutację! Wiesz, jak to ci rozjebie struny głosowe? Za dziesięć lat będziesz miał płuca jak worki na węgiel, a zęby jak…
Emmett puścił wykład mimo uszu. Moira musiała się popisać wiedzą z kursów pielęgniarskich, okej, nie wnikał. Bardziej zastanawiało go, jak wynorała jego fajki. Nie żeby się jakoś specjalnie wysilał z chowaniem, w końcu jeśli w Hogwarcie nikt mu ich nie zabrał…
– Ty, czego szukałaś w mojej kurtce!?
– Kluczyków, ty młocie! Nie odkładasz ich na miejsce!
Dobrze, że miał przećwiczone czary maskujące.

*

Doceniał, że siostra znalazła czas i siły, by uczyć go jazdy. Jasne. Kiedyś kupi jej za to dobrą whisky. O ile któreś z nich nie padnie wcześniej na zawał; Moira, z natury ruchliwa i nerwowa, szalała teraz na miejscu pasażera jak osa w butelce.
– Skręcaj, skręcaj, skręcaj! Nie, nie wyprzedzaj, za chudy w uszach jesteś! Wykręć bardziej! Prawo! Prawo! Lewo! Uważaj, czerwone!
Emmett po godzinie dzielenia uwagi między komendy siostry, sytuację na drodze i skrzynię biegów, wysiadał z wozu na miękkich nogach, z mocnym poczuciem, że cudem uniknął śmierci. Nieważne, że najgroźniejszą sytuacją, na jaką się nadział, było wjechanie przednimi kołami w pasy, gdy światło zmieniło się na żółte.
Czasami do edukacji włączał się dziadek. To była jazda w ciszy i spokoju, przepełniona filozoficznymi pogawędkami w rodzaju: „Co było pierwsze, obejrzenie się za siebie czy wyjechanie na ulicę?” albo „O czym zapomniałeś?” .
Pasy? Nie, zapięte. Lusterko? Ustawione. Ograniczenie prędkości? Emmett jechał tylko dwudziestkę na godzinę. I zasygnalizował, że skręca. Jechał złym pasem? Też nie. Dziadek, uśmiechnięty jak Budda, gardził podpowiedziami. Kurwa mać, podobno do Ravenclawu biorą bystrych. Nie żeby Emmett się tym kiedykolwiek przejmował.
W końcu zlitował się nad nim któryś ze znajomych dziadka. Zamachał na nich zza żywopłotu.
– Connolly, śpisz?! Masz włączone światła!
Dziadek uchylił szybę.
– Uczę małego jazdy!
Może jednak lepiej było jeździć z Moirą.

*

W 1969, kiedy w Irlandii zrobiło się naprawdę gorąco, dziadek był już za stary na przejście do Provos. Tata nigdy nie należał do armii, ale umiał robić w warsztacie pewne… sztuczki, takie jak wmontowanie schowka w drzwi czy wyklepanie dziur po kulach. Mama niby powtarzała, że nie była typem wyczynowym, ale dziwnym trafem znała się na gaszeniu ognia z różnych substancji. Moira całą energię wpakowała w pobieranie krwi i nastawianie złamań.
Jeśli zaś chodzi o Emmetta, to był uczniem brytolskiej szkoły. Albo gościem, który przy pierwszej okazji rzucił brytolską szkołę. Gdyby był Provo, sam by sobie nie dowierzał. No i nie mógł przecież chodzić po domach, pytając, czy ktoś tu jeszcze należy do IRA; zresztą wiadomości dziadka były po pierwsze niejawne, a po drugie zardzewiałe.
Jasne, w republikańskich rodzinach pewne rzeczy się „po prostu wiedziało”. Ale to za mało. Emmett musiał mieć co położyć na stół. Wybicie szyb na posterunku czy pisanie wolnościowych haseł na ścianach mogło wystarczyć Robowi czy Oisínowi, czy komukolwiek, kto nie spędził sześciu lat wśród Angoli. Parę dni temu ktoś posłał po kulce dwóm angielskim żołnierzom, ale na to Emmett nie mógł sobie pozwolić, nie różdżką, nie potrzebowali w Antrim aurorów. Ktoś postawił znicze na chodniku, odpalenie od jednego fajki smakowało jak nigdy i nawet kosztowało opierdol od dzielnicowego. Jednak wciąż nie było się co czarować. Nie przyjmują do IRA za wkurwianie okupanta.
Można się za to wkupić magią.
Emmett zaczął od prostej sztuczki: rzucał na siebie Zaklęcie Kameleona i stawał przed włączonym telewizorem. Przez tydzień nikt nie kazał mu spieprzać, czyli w domu podziałało.
Potem stawał przed posterunkami, na wprost żołnierzy. Gapił się nieruchomo. Machał rękami. Pokazywał środkowy palec. Przechodził w tę i z powrotem, strona dozwolona, strona zakazana. Zero reakcji.
Tydzień trzeci: chodził za patrolami wracającymi do swoich kwater. Parę razy go usłyszeli, szedł za blisko, za głośno albo trącił butem jakiś kamyk. Spokojnie. Kiedy się oglądali, zastygał nieruchomo, wstrzymując oddech. Czekał, aż odejdą, i ruszał znowu, próbując dostosować odległość. Nie musiał się spieszyć. Nie mógł tego spieprzyć.
Po miesiącu i pięciu dniach nie zostało już nic więcej do przećwiczenia.
Miał już upatrzoną wartę: tych dwóch typów, co wieczorem schodzili sprzed zamku i ruszali taką wąską, starą uliczką. Dużo cienia, chyba żadnych kamer. Stary bruk robił dużo hałasu pod nogami, ale okute buciory zagłuszały kroki w adidasach. Nie masz szans, powtarzał sobie Emmett, nie ma szans, żebyś to spieprzył. Jesteś niewidzialny. Masz różdżkę. Drętwota błyska, ale to nic, potrzebujesz sekundy na rzucenie i nie musisz przeładowywać. Nie chybisz z dwóch metrów. Tamci nie usłyszą, jak wali ci serce.
Na wszelki wypadek wyszeptał formułę; niewerbalne częściej zawodziły.
– Drętwota!
I jeden Angol padł na twarz. Drugi obrócił się błyskawicznie, jednym ruchem podrzucił karabin do oka.
– Widzę cię! Łapy do góry!
Ściemniał. Kiedy Emmett uskoczył w bok, żołnierz nie podążył lufą za nim.
– Drętwota!
I drugi Angol padł jak ścięta kawka. Ockną się niedługo albo ktoś nadejdzie, więc biegiem, biegiem, dwa skoki i już jesteś przy nich, ten blefujący wypuścił karabin z rąk, dobra nasza! Ale drugi zwalił się na swoją giwerę, Emmett szarpał się z nim całe wieki, cholera, kurwa, czy to chujstwo nie powinno być łatwe do zdjęcia i natychmiastowego użytku?!
Plan zakładał, że zgarnie dwa karabiny i aportuje się z jakiegoś zaułku. Kurwa mać. Emmett, zlany zimnym potem, wyciągnął wreszcie broń spod bezwładnego żołnierza – i wymiękł. Aportował się tak jak stał, prosto do swojego pokoju, padł na wyro z dwiema giwerami w ramionach i dopiero wtedy, patrząc w sufit, przypomniał sobie, że jedna jest odbezpieczona. Ta, której lufa opierała mu się czule o policzek. Ale nie wystrzeliła, tak? Emmett doszedł do wniosku, że to jego szczęśliwy dzień.
Drzwi otworzyły się bez pukania.
– Emmett – odezwała się z wyrzutem babcia – ile razy można…
I urwała, a w jej wielkich oczach zamigotało coś bardzo niebabcinego.
– Schowaj to dobrze, złociutki – poradziła, wycofując się z pokoju.
Nie wracali do tego więcej ani Emmett nikomu nie opowiadał, ale w republikańskich rodzinach niektóre rzeczy się po prostu wie.
– Ktoś chce piwo? – zawołała mama, idąc po kolacji do kuchni. – Tato? Tom? Moira? Emmett?
Kiedy jakiś czas później Emmett oznajmił rodzicom, że musi wybyć za miasto na jakiś tydzień-dwa, żadne z nich mu nie zabroniło, ba, nawet nie zrzędziło. W końcu był już dorosły.