Actions

Work Header

Rating:
Archive Warning:
Category:
Fandoms:
Characters:
Additional Tags:
Language:
Polski
Series:
Part 8 of Fikatonowe z 2018
Collections:
Fiki (z) forum Mirriel
Stats:
Published:
2018-03-11
Words:
884
Chapters:
1/1
Kudos:
2
Hits:
20

Wszystko dobre, co się dobrze kończy

Summary:

Doświadczenia z rakietami i dość nieoczekiwany rezultat.

Notes:

Napisane swego czasu na fikaton na Mirriel, jako fik do fika: http://forum.mirriel.net/viewtopic.php?f=15&t=25236
Przerzucone w 2022 w ramach fandomowych porządków. ;)

Work Text:

Dowódca lekkiej kompanii nie miał szans na wygospodarowanie kilku godzin i spotkanie z najmilszą przedstawicielką hiszpańskich partyzantów, jaką znał. Po powrocie z wyprawy zastał rozkaz od samego lorda Wellingtona. Sharpe miał natychmiast udać się w miejsce, w którym chwilowo przebywał i eksperymentował jedyny mag w angielskiej armii, Jonathan Strange.

– Nasz Merlin pracuje właśnie nad zaklęciem, które ma zwiększyć celność rakiet – wyjaśnił major Hogan. – To ty sprawiłeś, że wciąż mamy je na wyposażeniu, dlatego to ty przyjrzysz się wynikom i sporządzisz raport.

Sharpe zrozumiał, że to rodzaj kary za to, że udowodnił przydatność bojową znienawidzonego sprzętu. Zastanowił się, czy Strange zajmował się rakietami z własnej inicjatywy, czy może również naraził się Wellingtonowi. To wcale nie zdziwiłoby kapitana, który uważał, że magia to nic dobrego1. Sharpe, rzecz jasna, nie miał wielkiej ochoty na współpracę z magiem, zwłaszcza tego dnia, rozkaz był jednak wyraźny.

Gdy kapitan dotarł na wskazane miejsce, zastał Strange’a pochłoniętego pracą. Mag notował coś właśnie na świstku papieru i mamrotał pod nosem. Trzeba przyznać, że na widok Sharpe’a nie okazał entuzjazmu.

– Doprawdy, lord Wellington powinien zrozumieć, że zwiększenie liczby wojskowych patrzących mi na ręce nie przyspieszy ani nie ułatwi2 mi pracy – powiedział, gdy kapitan przedstawił mu się i podał cel wizyty. – Pomaga mi już oficer artylerii ze swymi ludźmi, naprawdę nie rozumiem, czemu ma służyć obecność kapitana strzelców, chyba że i pan interesuje się magią? Może pańska rodzina dysponuje jakimiś księgami o magii, które zgodziłaby się wypożyczyć lub odsprzedać?

– W sierocińcu, gdzie się wychowałem, nie oglądaliśmy żadnych książek o magii, nie widzieliśmy nawet elementarza, mieliśmy za to dużo pracy z linami – powiedział Sharpe, pilnie obserwując reakcje rozmówcy. – Przypominam sobie jednak, że w dzieciństwie coś niecoś słyszałem o czarach. Nie wszyscy dawali sobie radę z robotą i dyrektor straszył nas czasem, że odda nas elfom z Faerie, a wtedy dopiero zobaczymy, co to znaczy ciężko pracować.

Zgodnie z przewidywaniami kapitana, Strange się zmieszał.

– Ach, tak. – Chrząknął nerwowo. – Skoro nie ma pan nic wspólnego z magią, przyjdzie panu pełnić rolę zwykłego obserwatora. Zaklęcie jest już prawie gotowe.

Wiadomość ucieszyła Sharpe’a. Wiedział już, że nie zdąży się spotkać z Teresą, ale jeśli prace skończą się szybko, może chociaż zdoła do niej napisać3. Odłożył tę czynność na później, gdyż w danej chwili bez reszty pochłaniało go obserwowanie maga. Strange najwyraźniej wprowadził już ostatnie poprawki do zaklęcia i teraz chodził wokoło rakiet, wypowiadając dziwne słowa. Kapitan przypomniał sobie rejs z Indii i opowieści marynarzy o dzikusach z dalekich krain. Był pewien, że musieli odprawiać podobne ceremonie, choć może nie z rakietami. Strange skończył wreszcie i wydał rozkaz artylerzyście.

– Ognia!

Żołnierz odpalił rakietę. Pozostali profilaktycznie schowali się, gdzie kto mógł, gdyż rakiety miały tę niemiłą właściwość, że czasami wracały i raziły Brytyjczyków. Ukrywanie się nie było jednak potrzebne. Rakieta poszybowała w górę, po czym obniżyła lot i trafiła dokładnie w wyznaczony punkt. Sharpe uznał to za dobry znak, pomyślał jednak, że to ciągle nie był poziom celności, jaki osiągali jego strzelcy, poza tym i bez zaklęcia zdarzało się, że rakiety trafiały w cel.

– Nie widzę różnicy – oznajmił złośliwie. – Jeden raz się nie liczy.

Strange, niezrażony sceptycyzmem kapitana, kazał wystrzelić drugą rakietę. Ta również trafiła dokładnie w wyznaczony cel. Sharpe zaczął się ostrożnie cieszyć. Nosey może nie będzie szczęśliwy, ale na pewno nie pogardzi żadną bronią, która pomoże mu pokonać żaby.

– Do trzech razy sztuka – zdecydował mag i wydał rozkaz po raz trzeci.

Rakieta poszybowała jak jej poprzedniczki, po czym nagle skręciła między sosny. Żołnierze padli na ziemię. Tylko mag i Sharpe w dalszym ciągu obserwowali pocisk, a widok był tego wart. Rakieta gwałtownie straciła na prędkości, potem pogrubiała, następnie poszarzała, aż wreszcie przybrała postać wielkiego rekina z wyszczerzonymi zębami i wybałuszonymi oczami. Ryba przeleciała kilka jardów, po czym z impetem uderzyła w sosnę i pękła. Na las z mokrym plaśnięciem spadła kupa rybiego mięsa.

– Nie rozumiem… zupełnie nie rozumiem – wyjąkał Strange.

Sharpe roześmiał się i trochę potrwało, zanim odzyskał oddech.

– Mam dziś rekini dzień – wyjaśnił zdumionemu magowi. – Zanim tu przyszedłem, spotkałem się z partyzantem, który kazał się nazywać El Tiburón i nosił naszyjnik z zębów. Moi ludzie byli nim bardzo zainteresowani, naszyjnikiem, nie partyzantem. Jeden z nich nawet zapragnął mieć podobny. Szkoda, że nie wziąłem go ze sobą, nazbierałby sobie zębów.

Kapitan nie dodał, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Po takim wypadku Wellington z pewnością zdoła się wreszcie pozbyć4 znienawidzonych rakiet, co wszystkim wyjdzie na zdrowie. Dobre samopoczucie naczelnego wodza bardzo ułatwiało życie jego podkomendnym.

 

 

1 Jonathan Strange naraził się kapitanowi Sharpe’owi, gdy pewnego razu przesunął hiszpańską drogę w taki sposób, że South Essex musiał maszerować dzień dłużej niż pozostałe pułki. Nie wynikało to z błędu maga, a z niekompetencji oficera sporządzającego mapę, niemniej jednak niesmak pozostał.

2 W danym momencie lordowi Wellingtonowi nie zależało na tym, by ją specjalnie ułatwiać. Kapitan Sharpe słusznie zgadywał, że Strange naraził się głównodowodzącemu. Generał nie mógł zrozumieć, dlaczego mag potrafi przesunąć rzekę w dogodne dla Anglików miejsce, a nie jest w stanie zrobić tego samego z armatami nieprzyjaciela.

3 To rzeczywiście się udało, ale nie było łatwe. Pisanie listów wymaga, bądź co bądź, ciszy i spokoju, a o te dwie rzeczy było trudno w brytyjskiej armii.

4 Przewidywania kapitana okazały się błędne. Zaprzestano jedynie doświadczeń z użyciem magii. Rakiety towarzyszyły brytyjskiej armii aż do bitwy pod Waterloo, dokąd w końcu pomaszerował również Sharpe.

Series this work belongs to: