Work Text:
- To się… trzymaj? – nauczył się już, by jego jednego żegnać tamtego wieczoru innymi słowami niż całą resztę znajomych, bliższych i dalszych, i nawet tych całkiem nieznajomych, jak ekspedientkę w sklepie i stróża w szkole.
Ta nieoczekiwana gałązka oliwna była jedną z najmilszych niespodzianek w jego życiu. Uśmiechnął się zupełnie szczerze, dużo słabiej niż uśmiechał się w sztuczny, wyuczony sposób. Ludzie źle reagowali na niepełne uśmiechy, doszukując się w nich cech ostrzegawczego sygnału, że oto rozmawiają z w jakiś sposób niepełnym człowiekiem. Jeśli nie chciał, by szukali w jego osobie argumentu za tą tezą, dla własnego spokoju winien uśmiechać się pełniej, choćby i sztucznie, choćby tak naprawdę wcale nie widział w tym sensu. Takie reklamowe, odarte z emocji uśmiechy ludzie lubili oglądać na twarzach rozmówców.
Andrzejowi nie przeszkadzało jednak ani unoszenie kącika ust w ramach uśmiechu, ani wyrażanie radości samym jedynie spojrzeniem. Nie peszył się na widok pozornie obojętnej miny, nie dopytywał się, czy zdążył już czymś Smugę urazić, że ten się ani nie śmieje, ani nie krzywi, tylko po prostu na niego patrzy i słucha, bez śladu wylewności, bez obłudy. Może to dlatego właśnie do niego było miło się uśmiechać?
- Ty też – nie próbował tłumaczyć się, czemu przystanął na skrzyżowaniu, przecież Andrzej wiedział, że to tutaj się rozdzielą, jak każdego dnia wspólnego dyżuru.
Mógłby po prostu skręcić już w swoją stronę, jak uczynił w zeszłym tygodniu i jak wiedział, że zrobi za tydzień. Andrzej nie miałby mu tego za złe. Może co najwyżej byłoby mu trochę smutno. Tak czasem to określał. Kłócić się Smuga nie miał zamiaru i nie uśmiechało mu się smucenie przyjaciela, bez względu na to, jaki był akurat dzień.
- Pozdrów wszystkich, uściskaj ode mnie dzieciaki – nie musiał się uśmiechać, Andrzej dobrze wiedział, jak szczerze Smuga lubił jego rodzinę – Wesołych Świąt.
Bez wątpienia minęły już czasy, gdy Andrzej peszył się i przepraszał, że nie zrozumiał, co właściwie Smuga miał na myśli, mówiąc do niego i wobec tego nie ma pojęcia, co z tym zrobić. Teraz jedynie ślad dawnego zmieszania przewinął się przez jego twarz, gdy mruknął pozbawionym pewności głosem:
- Przecież nie obchodzisz świąt.
- Ale wy już tak – wielkiej filozofii w tym nie było, on jej przynajmniej nie dostrzegał.
Wyraźnie nawet ktoś tak często przebywający z ludźmi nie znał odpowiedzi innej niż „I tobie też Wesołych, nawzajem” na ten zwrot, bo Andrzej rzucił mu dość niezręczne spojrzenie. W odpowiedzi otrzymał spokojne skinienie głową. Smuga właśnie na swój własny sposób uściskał go na pożegnanie, tak to przynajmniej obaj rozumieli.
Nie miał zamiaru niczego więcej już mówić. Otrzepał buty ze śniegu, przechodząc dwa kroki w bok, na bardziej odśnieżoną część chodnika przed przejściem dla pieszych. Może trochę za późno odwrócił wzrok i to dało Andrzejowi dość czasu, by podjąć decyzję?
- Poczekaj… o której masz tramwaj?
- Nie jadę, pójdę na nogach. Zawsze to jakiś spacer po całym dniu w budynku.
Sceptyczne uniesienie brwi i poprawienie przez Andrzeja kołnierza kurtki starczyło mu za jego opinię na temat pieszych powrotów do domu przy dziewięciostopniowym mrozie. Smuga uśmiechnął się odrobinę, samym spojrzeniem karcąc ten niewypowiedziany przejaw niańczenia go. On wszystko rozumiał, dwoje dzieci, żona, pies i świnki morskie, to wszystko musiało przecież wpływać na instynkty opiekuńcze i tak dalej, ale no mógłby Andrzej choć ciut lepiej to kryć w stosunku do niego.
- Czyli nie biegniesz jeszcze?
- Nigdzie się nie spieszę, dzieci mi w domu nie płaczą – wyczekująco skinął głową na znak, że cokolwiek Andrzeja motywuje, by go teraz zatrzymywać, jest gotów to usłyszeć.
Najwyraźniej jednak sam Andrzej nie był gotowy tego powiedzieć. Smuga zniósł jeszcze trzy niezręczne zerknięcia, jedno poprawienie teczki na ramieniu i otrzepanie konkretnie nosków obu butów, nim bardziej jednoznacznie przerwał przyjacielowi tę pantomimę.
- O co chodzi? Stało się coś?
- Nie…, ale chciałem spytać…, bo skoro rozumiem, że nie masz planów na święta… na te dni teraz, co będą.
- No nic wyjątkowego, tak. Trzeba dyżur wziąć za ciebie? – spróbował odgadnąć, co nie zawsze bywało dobrym pomysłem, ale Andrzeja znał już dość długo, by jako tako wypracować sobie schemat wymowy jego zachowań – Kiedy, który dzień?
- Nie! W żadnym wypadku – nie spodziewał się aż tak żywego oponowania, zwykle Andrzej reagował z ogromną wyrozumiałością, gdy się źle zrozumiało jego intencje. Takie spaczenie nauczycielskie chyba.
- No to w czym rzecz?
- Nigdy bym cię o coś takiego nie poprosił.
- Czemu? – teraz to Smuga uniósł brwi – Dla mnie to dzień jak każdy inny, dla ciebie święta i okazja do spędzenia więcej czasu z rodziną. To żaden problem. Nie jestem ekspertem, jak ty, ale coś tam przecież z geografii ogarniam, poradzę sobie.
- Nie chodzi mi o branie za mnie dyżuru przy budowie skrzydła… - zapewnił go zbyt poważnie Andrzej i zaraz wyjaśnił to wrażenie, jakoś delikatniej dodając – Choć to miłe z twojej strony, bardzo miłe.
- Nie ma problemu. Jakby co, pisz, mam wolne wtedy.
- Masz wolne na święta też? – upewnił się Andrzej, jakby to cokolwiek znaczyło.
- W znaczącej większości – nie było potrzeby się rozdrabniać na poszczególne dni – Powiesz mi, o co chodzi, żebyś mógł już iść na tramwaj, bo zaczynasz się telepać?
Został uraczony pełnym godności prychnięciem.
- Chciałem spytać, czy wobec tego miałbyś coś przeciwko, by do nas jutro wpaść wieczorem?
- Jutro? – powtórzył powoli, przyglądając się Andrzejowi z dostatecznym w swoim mniemaniu niedowierzaniem, by wystarczyło za odpowiedź – Wieczorem? – otrzymał podwójne, potwierdzające kiwnięcie głową – Po co?
- Na kolację.
- Żartujesz?
- Nie, mówię zupełnie poważnie – zapewnił Andrzej swoim poważnym tonem, zatem naprawdę musiał mieć to na myśli.
- Jutro wieczorem? Jutro jest Wigilia, to że nie obchodzę świąt, nie znaczy, że nie wiem.
- Powalająco celna dedukcja – syknął na niego Andrzej, zacierając odrobinę dłonie, zatem widocznie zapominając, że zamierzał ukrywać to, jak mu było zimno.
Wytknąłby mu to na pewno, gdyby tylko nie to, że miał teraz znacznie ważniejszą i bardziej skomplikowaną rzecz do rozmyślania o niej. Długo się tym też nie trudził, Andrzej musiał zrozumieć, że nie osiągnął zamierzonego celu, bo wyjaśnił już dobitniej:
- Czy przyszedłbyś jutro do nas na Wigilię?
- Jako Święty Mikołaj?
- Co? – Andrzej powoli pokręcił głową – Nie…, aczkolwiek… byłoby to ciekawe – przyznał jeszcze wolniej, z namysłem.
- No to po co?
- Z racji świąt…
- Czyli jako zbłąkany wędrowiec, czy co to tam było, tak?
- Nie! – tym razem Andrzej zaprzeczył już stanowczo – Po prostu. Jako ty. Żeby spędzić z nami święta.
Nie odpowiedział i przez chwilę miał naprawdę nadzieję, że to w zupełności wystarczy. Przecież Andrzej wiedział, że ta rozmowa nie miała najmniejszego sensu. Musiał wiedzieć. Przecież już o tym rozmawiali.
Mimo to jego milczenie nie zostało zrozumiane jako jednoznaczna i usprawiedliwiona kontekstowo odmowa. Andrzej wysilił się na bardziej wyjaśniający niż perswazyjny ton, patrząc na niego w ten swój na poły stroskany, na poły zdeterminowany sposób.
- Wiem, że nie obchodzisz świąt i nie oczekuję tego od ciebie. Jednak byłoby nam bardzo miło, gdybyś po prostu przyszedł i spędził z nami ten wieczór. Rozmawialiśmy o tym z Anią i obiecałem, że cię zaproszę. Jeśli nie chcesz jeść karpia, możesz przynieść schabowe, Tomek będzie ci wdzięczny, to jego ulubiony gatunek ryby…
Mimowolnie uśmiechnął się na te słowa. Tak, tego też był świadomy i po prawdzie to rozumiał niechęć chłopca do grzebania w talerzu lub własnych ustach w poszukiwaniu zdradzieckich ości.
Andrzej zrozumiał tę reakcję na własną korzyść.
- Pierogów mamy aż za dużo, więc choć tyle – dodał tonem, jakby już ustalali szczegóły obchodzonych wspólnie świąt – No i ze strony Tomka zobowiązałem się przekazać, że foremki zwierzątka robią smaczniejsze pierniczki niż jakieś tam prostackie serduszka i gwiazdki.
Teraz już Smuga zaśmiał się bezgłośnie, samym drżeniem ramion.
- To się cieszę – miał nosa do wybrania tych konkretnych foremek, ha!
- Jakbyś chciał pomóc z szykowaniem wszystkiego, to możesz przybyć już koło trzeciej, coś się na pewno do roboty znajdzie… ewentualnie na samą kolację, to pewnie przed piątą będzie i…
- Andrzeju – nie miał serca pozwolić mu dalej snuć tych wizji – Przepraszam, nie… ja… to bardzo miłe z waszej strony, dziękuję za zaproszenie i podziękuj też Tomkowi i Annie. Ale nie dam rady się pojawić.
Cały entuzjazm, który widział już, kiepsko utajniony pod oficjalnie spokojną miną pana profesora, zgasł w mgnieniu oka. Nim zdążyłby zostać skonfrontowany z własnymi zapewnieniami, że ma w święta wolne i może wziąć za Andrzeja dyżur, Smuga wytłumaczył się bardziej przepraszającym tonem, niż w istocie zamierzał:
- Wziąłem nockę w zoo na tę dobę. Dałem znać, że pojawię się koło obiadu, bo wiele osób wychodzi wcześniej i coś pomogę.
- No tak… Wigilia, pusto będzie…
- Dokładnie – pokiwał głową odrobinę bezsensownie – Także przepraszam, nie mam jak.
Widział, że Andrzej chce go spytać, czemu u licha wziął nockę akurat w Wigilię. Musiał jednak domyślić się, co usłyszy, bo tylko raz jeszcze skinął głową, w bardziej posępny sposób.
- W każdym razie, zaproszenie jest aktualne. Jakbyś zmienił zdanie i zamienił dyżur czy coś, przychodź śmiało, będziesz bardziej niż mile widziany.
Na te słowa Smuga uśmiechnął się do niego szeroko i uprzejmie, dziękując kilkukrotnym skinieniem. Andrzej spochmurniał jeszcze bardziej i choć z jego głosu wynikało, że sam uważał to za zły pomysł, by pytać, podsunął ostrożnie:
- Może wobec tego za rok?
Chciał odpowiedzieć po prostu kręcąc głową, rozwiać jego złudzenia raz na zawsze i nie musieć już nigdy do tego wracać. Jednak coś w nadziei, z jaką przyjaciel na niego patrzył, było zbyt kruche i zbyt piękne, by ją tak bezdusznie zamordować.
Wbrew powszechnemu wrażeniu, Smuga jednak był człowiekiem.
- Tak, za rok się postaram.
Będzie musiał jakoś to strategicznie rozegrać, wobec tego, jeśli nie było to zwyczajnie grzecznościowym pustosłowiem. Andrzej uśmiechnął się do niego w smutno pokrzepiający sposób i to musiało wystarczyć za pewność, że tak tego roku, jak i kolejnego, Wilmowscy będą na niego czekać przy wigilijnym stole.
Szkoda. Miał nadzieję, że choć ich do siebie nie zrazi.
* * *
Położony w głębi ogrodu zoologicznego wybieg tygrysi był odsunięty dość spory kawałek od wszelkich mieszkalnych zabudowań, by nie docierał tutaj ani blask świateł, ani jakiekolwiek echo zwyczajnego, miejskiego zgiełku. Schowane na zimę w pawilonie zwierzęta były dzięki temu zupełnie spokojne, noc trwała bez zakłóceń. Gorzej będzie w Sylwestra.
Sylwestrem jednak na razie nie miał zamiaru się martwić. Nawet kryzysy się segreguje, a powody ku nim należy porcjować.
Świadomy, że jak raz zacznie o tym rozmyślać, nie przestanie aż do rana, Smuga zaserwował sobie bardziej intensywny dzień poprzedzający nocny dyżur. Odpowiednio wczesna pobudka, jedna rundka biegu po śniegu więcej niż zazwyczaj i odmówienie sobie drugiej kawy mogło zdziałać cuda, gdy człowiek był przy tym zbyt upartą mendą, by przysnąć na dyżurze. Dodatkowo z racji przyjścia do pracy za wcześnie, wpakował się oczywiście w obowiązek składania i rozładowywania kolejnych pakunków, przygotowywania żywności, mycia kubłów, a nawet naprawiania jednej rurki z wodą, którą rozsadził zaskakujący wszystkich mróz. Kto by się spodziewał minusowej temperatury pod koniec grudnia, na pewno nie ktoś odpowiedzialny za hydraulikę w ogrodzie zoologicznym.
Miał serdecznie dosyć jeszcze nim nastały godziny jego pracy. Nawet nie starczyło mu siły, by rozmyślać nad bezsensownością życzenia „Wesołych Świąt” komuś, kto bierze za kolegów dyżur w Wigilię, bo sam nie ma rodziny. Plus był taki, że ludzie w ten jeden dzień wynosili się z pracy szybciej niż zazwyczaj, gdy tylko na horyzoncie pojawił się ktoś, kto mógł ich zastąpić. Jemu to było bardziej niż rękę.
Jeszcze się nawet całkiem nie ściemniło, już cała okolica opustoszała, wszystkich wywiało do domów. Na terenie ogrodu zoologicznego został on sam, z przydzielonym czuwaniem nad wybiegami kotowatych – na swoją wyraźną prośbę do szefostwa – parę osób przy głównym budynku, no i ochrona w kilku punktach przy ogrodzeniu. Płoty obłożono alarmami, kamery trzy razy sprawdzono i wszyscy mogli iść sobie w jasną cholerę.
Przynajmniej on poszedł. Zaszył się w ciszy i spokoju odległych wybiegów. Skrzypienie samotnych kroków na ściętej mrozem, zaśnieżonej alejce było jedynym dźwiękiem towarzyszącym mu, gdy odhaczał na liście kolejne budynki, zaglądając do nich, kontrolując stan schowanych i w ogromnej mierze śpiących zwierząt. Nikt nie zawracał mu głowy, pozostawili go samemu sobie i gdyby rozegrał to gorzej, już zatraciłby się bez reszty w myślach. Dlatego właśnie pozbawił się wszelkiej siły na rozmyślanie.
Zostawił też telefon w szafce, by absolutnie nic nie mogło wyrwać go ze stanu skupienia przechodzącego miejscami w apatię, czego spodziewał się doświadczyć koło drugiej czy trzeciej w nocy. Wtedy przejdzie się do ochroniarzy na herbatę, coś z nimi pogada, jeśli nie będą mieli żadnego pseudoświątecznego poczęstunku i wróci do roboty, bo będzie pora karmienia tych bardziej nocnych zwierząt. Gdzieś się na pewno przyda.
Andrzej nie pisał do niego świątecznych SMS-ów, choć tyle. Tadek wysłał mu jednego GIFa z reniferami, ale Smuga to akurat był w stanie znieść. Odesłał mu tańczące bałwanki w mikołajowych czapkach, uznawszy je za wystarczająco świąteczne. Nikt więcej i tak nie mógł do Smugi pisać czy dzwonić. Poza tym był w pracy, gdyby nawet ktoś coś chciał, to niech zaczeka. Ruszył samotnie w głąb ogrodu zoologicznego, uzbrojony w krótkofalówkę, którą zamierzał taktowanie ściszyć, gdyby wołali go na ów świąteczny poczęstunek. Poważnie rozważał wmówienie im na przyszły rok, że wyznawał inną religię i inne święta obchodził. Tych to nigdy nie ruszali, przepisy o poszanowaniu i wolności religijnej i tak dalej. Tylko ateiści gębę na kłódkę musieli trzymać, jak chcieli mieć jako takie stosunki w miejscu pracy i jedli kolejne opłatki popijając barszczem z saszetki za dwa złote.
Miał nie myśleć. Zmachał się dostatecznie, biorąc dosłownie każdą, najmniej nawet potrzebną robotę podczas początku dyżuru. Łykając lodowate powietrze i mimo mrozu czując gorąc na policzkach i pod kurtką, nie był w stanie myśleć o niczym innym, poza tym, jak go ręce paliły od targania kolejnych wiader, sprawdzania wzmocnienia ogrodzeń i ocieplenia budynków mieszkalnych dla zwierząt. Łażenie po śniegu dodawało do tego swoje trzy grosze i naprawdę musiał przyznać, że był zmęczony.
Zrobił, co było w jego mocy.
A i tak dopadły go myśli.
Usiadł na chwilę w pawilonie wielkich kotów, by się trochę ogrzać. Zameldował się przez krótkofalówkę, że wszystko u niego w porządku, posprawdza jeszcze instalacje i zajrzy do tych z terrarystyczynego, więc do dwóch godzin powinien się pojawić, chyba, że tam zostanie na dłużej. Nie chciał, by czekali na niego o konkretnej porze. Nikt nie mógł dysponować jakimkolwiek wzorem, według którego rozliczyłby go z tego, co, gdzie i jak długo robi.
Poza tym zamierzał znaleźć sobie miejsce do zakurzenia, a niekoniecznie uśmiechało mu się z tego spowiadać.
Starannie zaplanował ten dzień i przygotował się na niego, jak tylko umiał najlepiej, a i tak ostatecznie dopadły go myśli. Nie wyzwolił ich żaden bodziec. Nikt mu nie wysłał epopei o tym, jak to życzy mu ciepłych, zdrowych i spokojnych świąt, spędzonych w gronie rodzinnym, pełnych uśmiechu i błogosławieństwa bożego. Znikąd nie rozbrzmiała nagle zbyt znajoma nuta tej jednej kolędy, którą wbrew woli pamiętał doskonale mimo upływu lat. Nawet tamtego dnia nie spotkał nikogo o tym imieniu.
Nie. Nie było usprawiedliwienia dla niego. Myśli przyszły, bo zabrakło mu samokontroli. Przewidział wszystko i zapobiegł wszystkiemu, poza własną chwilą słabości.
Zerknął na zegarek i widząc dokładnie jedenastą wieczór, zamyślił się nad tym, że wciąż pozostało mu paręnaście minut do rocznicy…
I wszystkie jego starania szlag jasny trafił.
Ustępujące z niego powoli, ciepło wzmogło się gwałtownie, uderzając mu w twarz i okolice serca. Zaczerpnął więcej powietrza, pachnącego sianem, paszą dla zwierząt i ich futrem. Zerwał się nawet na nogi i z opóźnieniem zakładając czapkę na głowę, wyszedł z pawilonu na mróz.
Za późno. Myśli już go dosięgły. Już darły jego umysł, już wnikały w każdy jego zakątek, już czuł je, tętniące i rozsadzające najmniejsze z jego naczyń krwionośnych. Nawet gdy przestał oddychać, nie zniknęły.
Nie uciszył ich chłód śniegu, przyłożonego do policzków i czoła. Nawet lodowata dłoń, którą oparł sobie na karku, nijak ich nie odegnała. Zagnieździły się. To już był koniec.
Wrócił pamięcią do nocy sprzed dziesięciu lat…
Nie podjął decyzji, by wejść na zasypany śniegiem, kompletnie pusty wybieg tygrysi. Właściwie to zorientował się, gdzie szedł, dopiero zamykając za sobą boczną furtkę. Niezdeptany niczyimi butami śnieg pokrywał zbocze, schodzące łagodnie w stronę instalacji stworzonej z pni, lin, wielkich gumowych opon i drewnianego podestu na gałęziach.
Skierował się właśnie w tamtą stronę, sam właściwie nie wiedząc, czemu. Nie miał tam czego szukać. Nawet nie próbował łudzić się, że się za czymkolwiek rozglądał.
Nie opuścił jednak także spojrzenia pod nogi. Powinien był.
Zamiast tego ruszył szczytem zbocza, nie patrząc w żaden konkretny i możliwy do wskazania punkt czy to w otaczającym go, śpiącym i zaśnieżonym zoo, czy na samym wybiegu. Ostre, mroźne powietrze wkradało się pod kołnierz kurtki, gryzło odsłoniętą twarz i dłonie, na które nie naciągnął rękawic po wyjściu z pawilonu. Raz jeden ledwie przez jego umysł przebiegła myśl, by zawrócić i zabrać położone przy pakunkach rękawice, a może całkiem schować się przed mrozem pod dachem.
W przeraźliwym, piekącym zimnie jego dusza odnajdywała jednak swoisty stan otępienia tak podobny uldze, że nie zdołał się wyrwać z jej trupich, powoli zaciskających się na nim ramion.
Nie zaciskał nawet palców, choć naprawdę szybko zgrabiały. Martwiejące od chłodu wrażenie tak szorstkich, że aż obcych dłoni stanowiło kolejny bodziec, na którym mógł się skupić. Nienaturalny gorąc całkiem wyparował spod zderzonej z zimnem skóry, wraz z pierwszym dreszczem, który przebiegł po jego ramionach, zdołał otrząsnąć się na tyle, by wypuścić powoli powietrze z płuc.
Śnieg chrzęścił mu pod stopami, nieubity otaczał wysokie buty, sięgając ich cholewek. Brodził w białej, pofalowanej toni, przełamując jej zmrożoną pokrywę każdym kolejnym krokiem. Wydychane powietrze nie skraplało się na krawędzi kołnierza. Smuga nie dopiął wciąż kurtki, opuściwszy budynek w pośpiechu, pochłonięty gonitwą za własnymi myślami, szedł po wybiegu, odczuwając co prawda coraz dotkliwiej zimno nocy, jednak ignorując je zupełnie nieświadomie. Nie zamierzał przecież zamarznąć. Nie miał żadnego celu ani w niezapinaniu kurtki, ani w wychodzeniu na ten posępny, samotny spacer po owiniętym lodowatą pierzyną wybiegu.
Rozważając to zarówno pod kątem jego świadomych, jak i nieświadomych planów i motywacji, Smuga naprawdę mógł pozostawać całkowicie pozbawiony celu swej wędrówki, nawet z chwilą, gdy nie bacząc na względy bezpieczeństwa, zaczął niespiesznie schodzić zboczem w stronę drewnianej aranżacji w głębi wybiegu. Nie była to dla niego pierwszyzna, brnąć przez wysoki śnieg na mrozie. Wcale nie musiał czuć się zagrożony.
Wokoło panował spokój. Był tylko on jeden, obłok wydychanego przez niego powietrza i skrzyp śniegu pod jego butami. Stopniowo z tej mieszaniny ustąpiły bowiem zadręczające go myśli. Dziełem zmęczenia lub może w wyniku wszystkich tych starań, zdołał porzucić rozpoczęty już trop rozmyślań. Cisza w głowie brzmiała tym mocniej, że zdał sobie z niej sprawę dopiero, gdy mróz wydusił z niego szczękanie zębami.
Oprzytomniał nieco i zgrabiałymi dłońmi zasunął zamek kurtki jakoś do połowy. Nie przestał jednak iść przed siebie. Za to można by winić dalsze koleje losu…
Równie dobrze mógłby jednak zrzucić odpowiedzialność na apatię, która choć spodziewana, dopadła go znacznie szybciej niż zakładał. Gdyby był to jedynie nieszczęśliwy przypadek, broniłby się przecież. Chociaż zasłoniłby twarz. Zamachałby rękoma, rozstawił nogi, walcząc o zachowanie równowagi. Może impetem szarpnięcia urwałby do końca wystającą spod ziemi, naderwaną pętlę gumowej rurki doprowadzającej wodę do sadzawki na wybiegu, stanowiącą kolejny element, z którym mróz obszedł się szczególnie okrutnie. Mógłby naderwać sobie któreś ścięgno w kostce, może nawet uderzyłby ostatecznie o ziemię. Walczyłby jednak, choćby najsłabiej, najbardziej odruchowo…
Nie walczył.
Podcięty, nie rozłożył nawet rąk.
Jedynie pijani ludzie padają na ziemię miękko. Smuga był tamtej nocy całkowicie trzeźwy i całkowicie pozbawiony miękkości w obchodzeniu się z czymkolwiek, poczynając od samego siebie.
Gdyby to wszystko było jedynie nieszczęśliwym wypadkiem, prawie na pewno krzyknąłby z bólu, nim zamroczyłoby go uderzenie. Nie krzyczał. Może gdyby sam siebie usłyszał, uznałby, że należy mu się pomoc?
Gdyby miał komuś to opowiedzieć, powiedziałby, że nawet nie spostrzegł, gdy się to stało. W jednej chwili szedł przez śnieg, dygocząc i walcząc z zamkiem kurtki, bo palce odmawiały mu posłuszeństwa, zlodowaciałe do kości. W kolejnej poczuł krótkie, silne szarpnięcie za nogi…
Później była chwila ciemności przetkanej bielą śniegu. Spodziewał się zimna, gdy go dosięgła. Okazała się całkiem spokojna, niemal delikatna w tym, jak zamknęła mu się nad głową…
* * *
- Jak jest w pracy, to raczej nie odbierze? – odwrócił się od razu, właściwie jeszcze nim skończyła mówić.
Nie próbował ukrywać przed samym sobą, że wręcz czekał na to pytanie, by móc się wytłumaczyć z wyniku naprawdę długiego i złożonego procesu myślowego. Mógłby wtedy spojrzeć na to nieco z dystansu, przyjrzeć się swoim słowom i samemu ocenić, na ile zaczynał już przesadzać, a na ile miał wciąż rację.
- Prawda. Ale chcę, by do mnie rano oddzwonił. Jak zobaczy, ile razy dzwoniłem, to uzna, że wręcz musi oddzwonić.
Anna nie uniosła w odpowiedzi brwi z powątpiewaniem w cokolwiek, nie spytała go, czy nie ma nic lepszego do roboty i naprawdę należy mu wskazać, w którą stronę w ich mieszkaniu należy iść, by odszukać zlewozmywak, aktualnie zakopany pod czekającymi na zlitowanie się kogoś z domowników, naczyniami po kolacji.
Przymknęła tylko drzwi do pokoju dzieci, zaglądając na krótką chwilę i upewniając się, że choć ani Tomek, ani czteroletnia personifikacja pisku i chichotu, siejąca postrach wśród wszystkich kruchych i łamliwych przedmiotów w domu, przez wszystkich nazywana Renią – Anna poddała się już ponad dwa lata temu z tłumaczeniem, że to zdrobnienie dużo bardziej kojarzy się z „Renatą” niż „Terenią” i od niedawna sama się na nie przerzuciła niemal całkowicie – nie zgodzili się odłożyć do szafy z zabawkami otrzymanych pod choinkę pluszaków, spali już snem kamiennym, optymistycznie zakładając, zbyt zmęczeni, by obudzić się wcześniej niż o ósmej rano. No dobrze, może siódmej… właściwie to ich rodzice byliby gotowi przyjąć nawet szóstą trzydzieści, z pocałowaniem ręki i cukierkiem w nagrodę.
Anna cicho przymknęła drzwi do pokoju dzieci, upewniwszy się, że żadne nie skopało przez sen kołdry albo nie wpadło na jakiś wspaniały pomysł, wpół przytomne ze zmęczenia po zabawie ciągnącej się znacznie dłużej niż zwykłego dnia. Andrzej zdążył przez ten czas zadzwonić jeszcze raz, poczekać do sygnału poczty głosowej i się rozłączyć. Teraz powiadomienie na telefonie Smugi musiało wskazać przynajmniej dziesięć prób połączenia… to powinno wystarczyć, by się odpowiednio zestresował i zadzwonił, gdy tylko skończy dyżur.
- Szczerze mówiąc, zaskoczyło mnie, że odmówił… - mruknął, usprawiedliwiając się sam nie wiedział komu właściwie.
- Można uznać, że szczytem kultury to nie było – natychmiast wychwycił w tonie żony namysł.
Zwrócił się już bezpośrednio do niej.
- Przecież to nie tak, że kazalibyśmy mu śpiewać kolędy, czy łazić na pasterkę. Po prostu spędziłby z nami wieczór, jak to już nie raz miało miejsce. Rozumiem, że nie lubi świąt, ale…, ale naprawdę myślałem, że przyjdzie dla świętego spokoju.
- I wydzwaniasz do niego w ramach zemsty, czy coś innego nie daje ci spokoju? – Anna pierwsza skierowała się do kuchni, posyłając budowli z naczyń pełne niechęci spojrzenie.
Początkowo Andrzej chciał odpowiedzieć przekąsem na przytyk, jednak szybko dotarło do niego, że pytanie wcale nie brzmiało niepoważnie.
- Nie wiem… chyba ten brak kontaktu… niby tylko od wczoraj, ale…
- Ale zwykle by tak tego nie zostawił. Nie, gdy ty go zaprosiłeś.
- My go zaprosiliśmy – zaraz doprecyzował, choć nie mógł powiedzieć, że nie rozumiał, do czego piła.
Anna sceptycznie wzruszyła ramionami, sama sobie korygując podejście.
- Ze mną nie poszłoby mu tak łatwo…
Uwłaczające, ale kłócić się nie było jak.
- Za rok ty go zapraszasz.
Skinęła głową jakoś bez przekonania. Nim zdążył zapytać, co się za tym kryło, spojrzała na niego jeszcze mniej pewnie, bez śladu rozbawienia, za to z niespodziewanie posępną zadumą.
- A może po prostu powinniśmy dać mu spokój?
Zważywszy, że jeszcze uprzedniego dnia, kierując się wspólnymi ustaleniami, Andrzej usiłował dobre dwie godziny doprowadzić do rozmowy ze Smugą o świętach tak, by nie dało się mu zarzucić, że mówi o tym z kimś, kto jawnie sobie takich rozmów nie życzy, aż ostatecznie rozegrał to rodem ze słabego skeczu, trzęsąc się na mrozie i usiłując nie posyłać tęsknych spojrzeń w stronę tramwaju, taka nagła zmiana zdania nie była czymś, co mógł sobie tłumaczyć chwilowym zniechęceniem.
- Zapomnieć o sprawie? – dopowiedział bez przekonania.
- W żadnym wypadku, po prostu… uszanować to i więcej nie wyciągać tego tematu.
To nie tak, że zdaniem Andrzeja powinni cokolwiek komukolwiek narzucać. Zdumiała go zmiana samego podejścia i to wszystko. Szczęśliwie, nie musiał nawet ubierać tego wrażenia w słowa, Anna zerknęła jeszcze raz na pomnik ku chwale sałatki jarzynowej i karpia, a gdy ten nie drgnął samowolnie ani odrobinę, wpakowała myśli o nim daleko w niebyt wyparcia. Rzuciła mężowi oceniające spojrzenie i najwyraźniej uznała jego wyczekujące milczenie za wystarczająco wymowne. Sama z siebie podjęła się wyjaśnień, po krótkim wahaniu i jednym markotnym westchnięciu pod nosem.
- Po prostu może nie chodzi o same święta… jakoś tak… może po prostu należałoby dać sobie na wstrzymanie. Skoro nie chce, to nie chce. Może przyjść w inny dzień. Zmuszaniem go niczego mu nie ułatwimy.
Andrzej się w zupełności z tym zgadzał, oczywiście, ale…
Wystarczyło mu jeszcze jedno spojrzenie i mgnienie oka na namysł, by odnieść nieodparte wrażenie, że coś mu umknęło i to raczej jednak nie z jego winy.
- Ty coś wiesz.
Anna skinęła głową dość niemrawo.
- Coś, czego nie widzieliśmy jeszcze wczoraj, gdy go zapraszałem…, gdy go zapraszaliśmy – zrozumieliby się, choćby się nie poprawił, w to nie wątpił, ale szczególnie nie znosił nieścisłości w rozmowie.
- Może nie tyle wiem, co mam teorię.
Może powinien częściej ufać swoim wrażeniom?
- Mianowicie? – normalnie zapytałby jeszcze, czy do sformułowania jej nagięła jakieś zasady prywatności, a jeśli tak, to na ile poważnie, ale dziwnie posępna mina Anny upewniła go, że choćby nawet dopuściła się naruszenia szeregu praw, to w tej chwili nie było sprawą najpilniejszą.
Pierwszy przysiadł na ławie przy kuchennym stole, dołączając do milczącej zgody na ignorowanie konieczności sprzątnięcia do reszty po Wigilii. Anna nie usiadła i to już wystarczyło, by wiedział, że się nie tyle denerwowała, co naprawdę martwiła. Dwukrotnie splotła i znów rozplotła dłonie, nim zaczęła mówić.
- Bo to nie tak, że ja komuś z butami w życie włażę, tak…?
- To nie tak, oczywiście – zgodził się Andrzej, bo chciał się wreszcie dowiedzieć, czego się dowiedziała. Dyskusja o słuszności, etyczności i upoważnieniu do prywatnych śledztw wokół ich przyjaciół mogła sobie poczekać na inną okazję.
- Po prostu rzuciło mi się w oczy…, bo jednak to trochę dziwne. Janek może i ma swoją opinię o kościele katolickim i jego tradycjach… - osobiście Andrzej uważał słowo „opinia” za ogromne niedopowiedzenie, ale ponownie, mógł się z tym póki co wstrzymać – Ale zna przecież nasze podejście, wie, że nie chodzi nam o leżenie krzyżem z racji świat ustalonych w dniu rodzimowierczego święta, które katolicy sobie przekuli na swoje – o, skoro o tym mówiła, to Andrzej nic już dodawać nie musiał, najpewniej Smuga sam zdążył z Anną o tym mówić – I nigdy nie wymusilibyśmy na nim niczego, choćbyśmy nawet chcieli bardziej tradycyjnie obchodzić Wigilię.
- Poza faktem, że dochodzi północ, a my drążymy kwestię, czemu odmówił przyjścia – dopowiedział gwoli sprawiedliwości.
- Ale nie z racji tego, że nie przyszedł na święta, tylko się martwimy.
Tak, tak to przynajmniej nazywali.
- Może założył, że jednak odstawimy jakąś szopkę? – niechętnie dopuścił do siebie tę myśl. Sutanna może i by mu nie pasowała, zdecydowanie wliczyliby go do kolejki na stos, jeśli już, ale przecież ślub kościelny z Anną mieli, święta obchodzili… Smuga mógł na tym zbudować swoją opinię i nie byłoby to nic dziwnego.
- Albo może nie chodziło wcale o święta? – o ile Anna wcześniej wydawała się zmartwiona, teraz już jawnie ponuro podjęła, nie dając mu czasu na zaprzeczanie – Bo widzisz, zastanowiłam się nad tym dość… i jakoś tak mi wyszło… to znaczy nie, od początku… rozmawiałam dziś z Ninką, wiesz, tak?
Andrzej pokiwał głową bez entuzjazmu, bo świadomy tego, owszem był, ale teraz to już ni w ząb mu się jedno z drugim nie kleiło. Nauczony, że często tok myślowy Anny po prostu musiał zahaczyć o kilka – kilkanaście czasem – dygresji, by dotrzeć do sedna, poczekał jednak cierpliwie.
- I jakoś tak nam zeszło też na aktualne wiadomości. Wiesz, że w Tatrach był wypadek ostatnio?
- Jakiś idiota polazł w tenisówkach na Orlą w grudniu, tak, słyszałem. Co roku tacy są – i na ten temat mieli opinię zarówno oni, jak i nieobecny przyjaciel rodziny – Nie znam szczegółów, ewentualnie Janek pewnie…
- Wie więcej, dokładnie, on w tych tematach zawsze najbardziej jest oblatany. Cholera wie, skąd bierze te wszystkie informacje, ale zawsze wie więcej o tym, otóż to, to też Nince powiedziałam, że jego by pasowało spytać.
- I co, obraziła się? – doskonale wiedział też o tarciach, jakie istniały między obojgiem wspomnianych, nie próbował tego łagodzić.
Nie chciał być wredny, tym bardziej w święta, ale nie żeby go to jakoś szczególnie przerażało i zdołowało, gdyby szwagierka postanowiła się na jakiś czas na nich obrazić za brak poparcia jej w tej sprawie.
- No właśnie nie, bardziej zmieszała. Kazała mi obiecać, że jakbym z nim o tym mówiła, to w żadnym wypadku nie wspomnę, że to od niej ten temat wyszedł…
W porządku, to akurat było nieco zaskakujące. Wciąż nie widział tutaj sensu, ale dokądś to zmierzać musiało, więc wyczekująco uniósł brwi.
- Podpytałam ją z subtelnością kowadła – o tak, w to nie wątpił, skrył uśmiech tylko siłą woli – I mi tak po kawałku wyjaśniła, że odkąd się pokłócili strasznie o jeden z górskich wypadków, woli ze Smugą o tym nie rozmawiać.
„Tylko o tym?” – cisnęło się Andrzejowi na usta, ale naprawdę chciał wreszcie dotrzeć do meritum historii, a nie po drodze odhaczyć jeszcze kwestię, jak bardzo tamta dwójka mogłaby się wykłócać i znienawidzić, gdyby ich tak skłonić do dyskusji na ogólnie uważane za proste tematy.
- No i?
- No i udało mi się wreszcie wyciągnąć, że chodzi o Karakorum…
Andrzej spoważniał już ostatecznie, zaczął się nawet niepokoić.
- O Broad Peak?
- Nie. O Teram Kangri… na terenie Parku Narodowego Hemis. Zeszła lawina i…
- Pamiętam – pokiwał głową powoli, po namyśle uznając, że gdyby dłużej powspominał, to pewnie potrafiłby nawet przytoczyć, co robił tamtego dnia, w chwili, gdy dowiedział się, co się stało.
Wypadek poruszył wówczas nie tylko obiema stronami sporu o sens i karkołomność wypraw wysokogórskich, ale i środowiskiem znacznie mu bliższym. Szczegółów dowiedział się od kolegów z pracy. Tragiczną w skutkach lawinę poprzedziła mniejsza, która strąciła ze zbocza kilkunastoosobową grupę turystów. Nim na miejsce dotarli ratownicy, na pomoc ruszyła rozłożona nieopodal obozem grupa badawcza, spośród których znał paru ze słyszenia, łącznie z jednym profesorem katedry geologicznej. Dotarli tam już po zmroku, dopadło ich załamanie pogody, ale pomimo zagrożenia starali się uratować zasypanych. I wtedy właśnie druga lawina zabrała w przepaść wszystkich, którzy utknęli na zboczu. Po kilkudniowej akcji ratunkowej spod śniegu wydobyto tylko kilka ciał.
Może i dobrze, że Janina nie rozmawiała z nim o tym, też by się zirytował, jeśli przyjęłaby jakieś dziwne stanowisko. Właściwie to zastanawiające było bardziej to, że to właśnie Smuga najczęściej mówił, że gdy się banda matołów pcha w góry w zimie bez sprzętu i przeszkolenia, to tylko ratowników mu szkoda, że muszą po nich iść i się narażać, bo ktoś polazł w polarze i trampkach na Zawrat po śniegu i dziwnym trafem poślizgnął się i rozwalił. Jednak w takim wypadku chyba nie mógł sądzić podobnie. Jeśli tak, to chyba oni dwaj też się tu nie zgadzali…? Sam już nie wiedział, co myśleć.
- I jak ma się to do aktualnej teorii? – spytał wreszcie, odkładając sobie na potem resztę rozmyślań.
- Nie pasowało mi to, że zdaniem Ninki Janek tutaj twierdził zupełnie co innego, niż przy innych sytuacjach, a gdy mu to wytknęła, to się wściekł.
- To nawet nie brzmi jak on – najczęściej to Smuga mroził spojrzenie i wymownie ripostował argumenty pani Karskiej, gdy go szczególnie irytowała. Żeby się wkurzył tak konkretnie, to Andrzej naprawdę nie pamiętał.
- No właśnie… - Anna zawahała się jeszcze na moment, nim wyznała, tonem zbyt zbolałym, by komukolwiek mogło to umknąć – Więc odświeżyłam sobie trochę informacje. Nie pamiętałam już szczegółów, poczytałam… to już parę lat minęło.
- Co znalazłaś takiego? – szczerze się już niepokoił.
- Nazwisko… jedno nazwisko się powtarza. Na liście ofiar, których ciała nigdy nie znaleziono figuruje jeden Smuga – Anna ściszyła ton ni to z szacunku, ni w posępnej zadumie.
Cholera jasna. O tym Andrzej nie pomyślał. Nie zdążył się zastanowić, dopytać, czy nie ma więcej danych. Anna równie cicho, powoli dodała:
- Z tej wyprawy, co poszła z pomocą trekkingowcom. Geolog.
Nie odpowiedział wciąż, nie mając pojęcia, co właściwie wypadło w takiej chwili powiedzieć. Nie musiał. Anna jeszcze nie skończyła wyjaśniać.
- I teraz… pamiętasz, kiedy to było?
Zawahał się.
- Osiem lat temu…? Nie, Tomka jeszcze nie było na świecie – zamyślił się na moment, z mniejszym już przekonaniem podsunął – Raczej dziesięć lat temu.
- Tak. Dokładniej?
- W zimie – tego akurat był pewien, dobrze pamiętał dyskusję o tym, że oto jest kolejny przykład, czemu puszczanie komercyjnych wycieczek w zimie w Karakorum, nawet na „najłatwiejszy sześciotysięcznik” to szczyt głupoty i proszenie się o tragedię.
Anna patrzyła na niego chwilę bez słowa, czekając wyraźnie, aż sam wysnuje końcowy wniosek. Nie bardzo rozumiał, czemu nie mogła mu po prostu tego powiedzieć. Wytężył pamięć, usiłując sobie przypomnieć, co on wtedy robił, wobec tego… szarpał się z choinką, która blokowała mu wejście na balkon, gdzie chował garnek z sałatką jarzynową. Usłyszał w telewizji skrót wiadomości… nie domknął balkonu, bo ruszył pogłośnić telewizor.
Zrozumienie nie tyle na niego spłynęło, co uderzyło go w potylicę niby obuch topora. W pierwszej chwili nie rzekł nic, pokiwał tylko ponuro głową.
- Wigilia. To stało się w Wigilię.
* * *
Nie obudził go chłód. Było mu piekielnie zimno jeszcze nim stracił przytomność. Prawdę powiedziawszy, nie był całkiem pewien, czy ją odzyskał, budząc się. Wokoło nie miał żadnego punktu zaczepienia, na którym mógłby zbudować tutaj chociaż ślad wrażenia.
Noc była mroźna. Ciemna. Dziwnie przytłaczająca, ale i piękna zarazem.
Nie był w stanie ocenić, czy przyglądał jej się kilka sekund, kilka minut, czy jeszcze dłużej, nim zdołał ocenić, że właściwie to miał znów otwarte oczy. Nie widział nad sobą nieba ani koron drzew. Nie leżał też twarzą w śniegu, wtedy widziałby jedynie biel, raniącą i czystą, mieniącą się od mrozu. Nie miałby wtedy po co otwierać oczu.
To nie ból skłonił go do tego. Otępiały i wychłodzony, w pierwszej chwili nawet go nie zarejestrował. Całe ciało było dziwnie cięższe, niemożliwe do podniesienia się i wiedział to nawet bez sprawdzania. Było tak cicho, tak zimno i tak pusto wokoło. Nie miał po co wstawać. Równie dobrze mógł tu sobie poleżeć jeszcze chwilę lub dwie. Leżał, to akurat czuł. Igiełki bólu przeszywające rozbitą głowę już dawno przytłumił chłód śniegu, w który uderzył. Zdrętwiałe dłonie były dość pozbawione czucia, by i w nich nie mógł się doszukiwać powodu, dla którego się przebudził.
Maleńki, mokry punkcik wbił się chłodem w jego policzek. Nie zdążył spłynąć, gdy w kąciku oka opadł kolejny. Smuga nieświadomym odruchem zamrugał oczami. Kolejny płatek śniegu wylądował mu na skroni. Za szóstym stracił rachubę. Wtedy też dotarło do niego, że musiał zmrużyć oczy, by śnieżynki nie wpadły mu pod powieki.
Nie mógł leżeć ani na brzuchu, ani na plecach. Wstrząs zimna, który przemknął mu po barkach pod wpływem kolejnych płatków lądujących mu na twarzy, pomógł otrząsnąć się z otępienia. Leżał, częściowo zakopany w zaspie, w średnio fizjologicznej pozycji. Głowę miał niżej niż nogi, skąd wysnuł w miarę już spójny wniosek, że poślizgnąwszy się, musiał spaść po zboczu na wybiegu i o coś uderzyć. Nie, wcale się nie poślizgnął, przecież umiał chodzić po lodzie. Zaczepił o coś butem. Wspaniale. Nie ma to jak profesjonalizm.
Bardzo ostrożnie poruszył zsiniałymi dłońmi, stopniowo napinając mięśnie ramion. Głowy nie podniósł, najpierw zbliżył do niej palce, z wyczuciem przesunął nimi wokół siebie. Skostniałe, ruszały się niezdarnie, nie dawały opcji rzetelnego wyczucia położenia.
Gorąc krwi na włosach poczuł jednak całkiem wyraźnie, podobnie jak lodowaty chłód metalowej powierzchni, którą wymacał tuż przy swojej głowie. Wiadro? Poidło? Kawałek ekspozycji? Wszystko jedno, nie miał niczego wbitego w głowę, przynajmniej niczego nie czuł, to się liczyło.
Podciągnął się do półsiadu bardzo powoli, ściskając głowę między dłońmi. Zawirowało mu przed oczami i odrzucający posmak żółci podszedł do gardła, ledwie oderwał głowę od śniegu. Krew jeszcze nie przestała z niej płynąć, czuł pod palcami śliską, lepką pokrywę na włosach, sączącą mu się po skroni, za kołnierz i na czoło. Zabrakło mu ręki, by ją otrzeć i zamknął oczy bardziej odruchowo. Zimne powietrze w pełni dosięgło jego płuc dopiero chwilę później, gdy zdołał zapanować nad sobą na tyle, by zmusić się do spokojniejszego, głębokiego oddechu.
Otarł twarz z krwi niepewnym, chwiejnym ruchem, jedynie na tyle, by móc spojrzeć wokoło. Głowa pulsowała mu tępym, wypełniającym go bólem, którego nie miał, jak zignorować. Z trudem skupił wzrok na śniegu przy sobie.
Czarna plama krwi na śniegu była dużo większa niż powinna. Nie, wcale nie powinno jej tam być. Tak samo, jak jego na wybiegu i w samym zoo ogólnie. Powinien być w ciepłym, przytulnym i dobrze znanym mu domu.
Gorzki, histeryczny wręcz śmiech wstrząsnął nim bezgłośnie. A więc tak go los karał za odrzucenie oferty Wigilii u przyjaciół, no wspaniale. Pieprzyć wolną wolę i tak dalej.
Z przerwami na nabranie tchu, zdołał podciągnąć się do siadu na tyle, by oprzeć się łokciami o kolana i przytrzymać ciężką, rozrywaną bólem głowę. Znów pociemniało mu w oczach. Obawiając się, że straci równowagę i znów spadnie w śnieg, nie mogąc jej utrzymać, nie puścił głowy obiema dłońmi. Odsunął powoli lewą od skroni, by sięgnąć po garść śniegu i przycisnąć ją do boku głowy. Chrzanić wychłodzenie organizmu, najpierw fajnie byłoby się nie wykrwawić. Choć wnosząc po plamie i tym, jak mokre od krwi miał włosy, kurtkę i ramię, to już powinien być bliski przejściu w totalny stan apatii, mając przed oczami mroczki i czując kołatanie swojego serca nawet w najmniejszym naczynku krwionośnym. Prawie na pewno już miał bladą błonę śluzową w jamie ustnej. Dłonie mógł mieć zimne zarówno przez mróz i śnieg, jak i utratę krwi. Teraz to już tylko czekać na wstrząs. Ile krwi stracił, pół litra, litr? Był już sztywniakiem jak nic. Cholerne kursy pierwszej pomocy, już chyba wolałby nie wiedzieć, co mu się dzieje.
Zastanowił się nad zdjęciem kurtki, by jakoś zabandażować głowę, jednak przy tej temperaturze nie wydawało mu się to mądrym pomysłem. Czapki nigdzie wokół siebie nie widział, a rękawice zostały w pawilonie, zaś pawilon był… hm, pawilon był daleko, bo kilkanaście kroków od bramki na wybieg, na którym to wybiegu on siedział aktualnie prawie po drugiej stronie, u stóp wzniesienia, na zakrwawionym śniegu. Telefonu nie miał. Ale miał przecież krótkofalówkę! Myśl o niej dopadła go dopiero, gdy zdołał już skupić się na tyle, by myśleć choć śladowo racjonalnie.
Odszukanie jej w kieszeni kurtki zajęło mu znacznie więcej czasu niż zakładał. Czuł kapiącą mu na ramię krew, czuł ją na całej głowie, czuł chłód wgryzający się w odsłonięte dłonie, w mokrą i odsłoniętą zupełnie głowę.
Gdyby nie otępienie i utrata krwi, krzyknąłby z radości, gdy wreszcie wydostał z kieszeni krótkofalówkę. Dygoczącą dłonią z trudem utrzymał ją na tyle, by zajrzeć na cyferblat. Wcisnął od razu podstawowy przycisk do komunikacji na jedynym powszechnie używanym kanale. Przerażająca cisza, jaka temu towarzyszyła zaniepokoiła go dopiero, gdy urządzenie nie wydało z siebie żadnego odgłosu choćby próby nawiązywania połączenia, choć wcisnął guzik kilkanaście razy.
W ciemności ledwo widział jej zarys. Namacał ułamany brzeg i tym razem słabość przeszkodziła mu w zasypaniu świata obelgami. Plastikowy nadajnik w charakterze antenki na samym szczycie krótkofalówki był urwany, w jego miejscu ziała niewielka, lecz bardzo komplikująca sytuację dziura. Wyczuł dłonią w kieszeni miazgę, jaka została z antenki. Musiał upaść akurat tak, że ją złamał. Coraz lepiej to wyglądało.
Odrzucił nieprzydatną krótkofalówkę w śnieg i powoli odwrócił się tak, by spojrzeć w stronę ogrodzenia. Ledwo majaczyło w ciemności, chowając się pod falami śnieżnych zasp na wybiegu. Przynajmniej dwadzieścia metrów i to pod górę.
Świadomość, że nie zdoła tam wyjść dosięgła go już wtedy. Spróbował co prawda podnieść się na nogi. Nawet wstał za pierwszą wywrotką, za drugą. Nawet spróbował nie unosić się całkiem do pionu, a i tak ruszyć po śniegu. Naprawdę próbował.
Próbował. Z zimnego, zaniesionego chmurami nieba coraz gęściej sypały się bolesne, lodowate drobiny. Ręce omdlały mu całkowicie i spłynęły krwią, wpadając w dygot od darcia nimi zmrożonego śniegu. Przesycone chłodem powietrze przestało wypełniać płuca i zaczęło ciąć je na kawałeczki z każdym kolejnym łykiem, jaki brał. Gdy opadł z sił na tyle, by przystanąć, skulony na kolanach w śniegu, ciężko łapiąc płytkie, wstrząsane kaszlem oddechy, na nosie skropliła mu się płynąca z głowy krew.
Patrzył, jak powoli kapie na śnieg przed nim. Wsiąkała w zlodowaciałą pokrywę skopanego jego dłońmi śniegu, drążąc w nim dziurę i znikając w jego bieli. Jedna kropla, druga, dziesiąta.
Nie miał już siły.
Obejmując dłońmi głowę, skulił się w śniegu. Serce łomotało mu w piersi, jakby zaraz miało wybuchnąć i rozerwać go na setki małych, zmarzniętych i obolałych kawałeczków. Odrętwienie rąk sięgnęło już do ramion. Czuł suchy od mrozu, obcy nacisk na płuca, wzmagający się z każdym oddechem. Przed oczami było ciemniej niż przed chwilą. Zamknął je? Możliwe. Nie miało to już znaczenia. Nic już nie mógł zrobić… już nic, już nie było sensu…
Nie podjął świadomej decyzji. Nie wybrał sobie śmierci z wychłodzenia czy upływu krwi. Niczego nie wybierał i na nic się nie decydował. Po prostu za którymś razem już nie stoczył walki o to, by ruszyć dalej po skarpie. Zamknął oczy i pozwolił sobie zatracić się w tym, jak cholernie zimno mu było. Był tak strasznie zmęczony.
Chciało mu się spać.
Może jeśli na chwilę by odpoczął, może gdyby zebrał siły, dał się ranie zakleić, może gdyby złapał oddech na dłużej, otrzeźwiał i przemyślał sprawę. Może to zdoła go ocalić. Może musi tylko troszkę odpocząć…
Ostatecznie nigdzie mu się nie spieszyło.
Powieki miał ciężkie. Może to oczy nabiegły mu też krwią? Może i one zaczynały zamarzać? W gruncie rzeczy, nie mógł powiedzieć, by go to jakoś szczególnie przerażało.
Przestały go obchodzić zamykające się oczy, śnieg sypiący się z nieba, śnieg pod nim i wokół niego, śnieg mrożący mu dłonie i ten rozpierający mu pierś w rytm oddechu.
Przestało obchodzić go wszystko.
Był tylko chłód.
Jednostajny. Wszechobecny. Wszechmocny. Ostateczny.
Chłód.
Ani ciemności nie zmącił żaden promień światła, ani ciszy w ogrodzie zoologicznym nie rozdarł żaden pisk, żadne zawodzenie, żaden krzyk, ani nawet ogarniający go z okrutną precyzją ziąb nie ustał, nie wycofał się i nie zelżał. Wszystko wokoło pozostało równie zimne, nic nieznaczące, spokojne i ciemne. Ból się nie nasilił ani nie osłabł, krew nie zastygła, ani nie płynęła szybciej. Nic nie uległo zmianie.
A jednak z jakiegoś powodu Smuga znów otworzył oczy i podniósł spojrzenie na skarpę, pod którą przestał się piąć. Mdły, chyboczący się blask zakłócał mrok nie dość silnie, by snop światła spadł na niego, jednak wyraźnie odcinał się na tle czerniących się konturów drzew i budynku przy wybiegu.
- No to już są kurwa jakieś żarty – warknął szeptem Smuga, wpatrując się w ów blask, a raczej zdawało mu się, że to powiedział.
W istocie ani w tej, ani w kolejnej chwili nie wyartykułował na głos żadnego zrozumiałego słowa. Możliwe, że nawet nie patrzył wtedy wcale w stronę budynku, wcale nie otworzył oczu i wcale nie podniósł głowy.
A jednak blask go zrozumiał, zrozumiała go postać, w której kształty ten blask się przyoblekł, zastygając dwa kroki od Smugi. Nie stał w śniegu, choć zdawało się, że zwyczajnie stąpa po ziemi. Zawahał się, choć jednocześnie jego twarz nie straciła pewności, a oczy wyrazu odległego spokoju, niedostępnego w swej idylliczności dla żadnego rozumnego człowieka.
- Janie Smuga – odezwał się głos jednocześnie donośny i cichy, nie wyrażający ani śladu zaskoczenia ze spotkania, które wcale nie miało miejsca.
Nie mogło mieć. Smuga wstrząsnąłby głową wymownie, gdyby tylko tak cholernie go nie bolała. Sceptycznie zjadliwy głos musiał mu wystarczyć.
- Musiałem się mocno uderzyć w głowę.
- Śmiertelnie – odpowiedział mu przybysz, od którego bił zimny, niebieski blask.
- Umarłem? – w porządku, to by sporo wyjaśniało.
- Jeszcze nie.
- No to co tu robisz? Wynocha do swojego wymiaru i daj mi umrzeć w spokoju.
Spokojna twarz nie zdradziła irytacji ani dezaprobaty, ale skądś wiedział, że zjawa czuła się rozczarowana, może nawet dotknięta tą odpowiedzią. Nie bardzo go to przejmowało. Nie zapraszał jej tutaj. Zamarzał, wykrwawiał się i nie miał żadnego obowiązku być uprzejmy dla nachodzących go zwidów.
- Jesteś majakiem?
- Nie.
- Mam powiedzieć trzy razy twoje imię i wrócisz zza grobu jako upiór?
- Janku – łagodny i dudniący zarazem głos napomniał go, nie zmieniając przy tym brzmienia – Nie zgrywaj się, wiesz, kim jestem.
- Nie. Nie jesteś nim – teraz to nawet zdobył się na wysiłek pokręcenia głową, a przynajmniej tak mu się wydawało – On nie żyje – zauważył z dobitnością osoby na skraju maligny, pomieszania zmysłów i śmierci.
Zjawa ani drgnęła, a jednak jemu zdawało się, że uniosła brwi w grymasie wymownego rozczarowania jego brakiem domyślności. Zawahał się i przyjrzał jej bliżej, nie kryjąc sceptycyzmu, podsunął:
- Jesteś duchem?
- Owszem.
Czyli jednak się w czymś pomylił. Zdarza się.
- I co w związku z tym? Umarłeś tu i temu to miejsce nawiedzasz?
- Wiesz, kim jestem, Janku.
- Nie jesteś nim – powtórzył z uporem, który musiał do ducha dotrzeć, bo nie zaprzeczył ponownie.
- Nie umarłem tu. Jestem tutaj dla ciebie.
- W Wigilię przychodzi aniołek z prezentami i zwierzęta mówią ludzkim głosem, coś ci się pomyliło.
- Janku…
- Przestań! – warknął, gdy uparta zjawa niezrażona jego słowami, wciąż stała i wciąż na niego patrzyła, i wciąż do niego mówiła – Mów, czego chcesz albo wynocha.
- Jaki jest dziś dzień, Janku?
- Przestań – zażądał z większą dozą urazy niż gniewu – Nie masz prawa mnie tak nazywać. Nie jesteś nim. Ktokolwiek cię tu wysłał, nie miał prawa dawać ci jego twarzy.
- Jaki dziś dzień? – powtórzył duch, jakby wcale go nie słyszał.
A jego jakoś przestawało już dziwić, że rozmawiał ze zjawą, która choć jednocześnie zdawała się mieć twarz całkowicie pozbawioną rysów i wyrazu, zarazem była tą jedną, drogą mu twarzą z przeszłości. Zastanowił się nad jej słowami i po namyśle przyznał bez śladu animuszu:
- Aktualnie trwa noc pomiędzy dwudziestym czwartym a dwudziestym piątym grudnia.
- I jak sądzisz, co się z tym wiąże?
Westchnął w teatralnie przerysowany sposób, by duch na pewno tego nie przegapił, jak bardzo działał mu na nerwy.
- Niech zgadnę. Jesteś duchem minionych świąt, który ukazał mi się, by odwieść mnie od zgubnej drogi, którą kroczę. Tej nocy przyjdą do mnie jeszcze dwa duchy, każdy pokaże mi…
- Nie będzie tej nocy już żadnych duchów. Jestem tutaj tylko ja.
- Cięcia kadr? – Smuga uniósł brwi i skrzywił się, nim nabrał więcej powietrza, by wyłożyć w tempie uniemożliwiającym zjawie ponowne wtrącenie się – Pozwól, że ci powiem, czemu to bez sensu. Po pierwsze, żaden ze mnie Scrooge, nawet na Grincha się nie nadaję. Po drugie, kontekst tej chwili ma się jak pięść do nosa do fabuły i przesłania „Wigilijnej Opowieści”. To historia o tym, że bogaczy trzeba wystraszyć śmiercią, zjawami i torturować psychicznie, by podzielili się kasą z biednymi. Wybacz, naprawdę próbuję, ale no nie widzę tutaj krzty sensu, dlaczego miałbyś mi się pokazywać, o duchu świąt, co były kiedyś.
- Nie jestem duchem minionych świąt.
- Bądź sobie, kim chcesz, bylebyś był szczęśliwy – Smuga rozłożył ręce i wobec braku reakcji zjawy, dodał jednoznacznie ponaglająco – Pójdziesz już sobie? Skoro jeszcze nie umarłem, to średnio twoje miejsce i czas, by ze mną gadać.
- To jest jedyny czas na to, jedyne miejsce.
- Aha. To fajne wybrałeś – starł krew z czoła i spojrzał na ducha, powoli rezygnując z bezcelowego oporu, znużonym tonem pytając – To czego chcesz?
- Porozmawiać z tobą o tym, czemu nienawidzisz świąt.
- Nosisz jego twarz i tego nie wiesz?
- Może i on nie wie?
- Wiedział. On wiedziałby, gdyby tu był.
- Ale go nie ma… i to temu nienawidzisz tego dnia?
Nie odpowiedział zjawie ani słowem. Spojrzał tylko na nią, jakby chciał samą siłą tego spojrzenia wydrzeć jej widmowe, nieistniejące serce, rozerwać na strzępy i kazać jej to zeżreć. Może wtedy wreszcie miałaby jakiś grymas na twarzy.
Jeśli duch poprawnie odczytał i zinterpretował te groźby, nie okazał tego po sobie. Odczekał chwilę w ciszy, nim podjął monolog bardziej już niż rozmowę, jak gdyby brak reakcji ze strony Smugi nic go nie obchodził.
- Nie miałeś w życiu wielu szczęśliwych świąt, które mogłyby zostawić po sobie miłe wspomnienia. To zrozumiałe, że nie lubisz tego dnia. Zrozumiałe, że nie lubisz wszystkiego, co ci o nim przypomina. Nie ubierasz choinki, nie trzymasz w domu ozdób świątecznych, nie wieszasz lampek. Nie składasz ludziom życzeń i gdy tobie ktoś je składa, reagujesz, jakby ktoś chciał sprawić ci przykrość, choć wiesz, że tak wcale nie jest. Poza Andrzejem, jemu życzyłeś Wesołych Świąt. Ale Andrzej to co innego, prawda? A mimo to nie zwalczyłeś tej niechęci do świąt, nawet dla niego.
- Nie mam nic do dodania – mruknął, gdy zjawa zamilkła, patrząc na niego obojętnie i wyczekująco zarazem.
- Dorosłe dzieci z rodzin dysfunkcyjnych na ogół nie lubią świąt i wszystkiego, co się z nimi kojarzy. To przypomina, że jest coś tak pięknego, magicznego i radosnego, czego ty nigdy nie miałeś i choć nie masz jak za tym tęsknić, to wiele byś dał, by móc powiedzieć, że choć jedne święta miałeś w życiu szczęśliwe.
- Nieprawda.
- Gdyby to było nieprawdą, nie wziąłbyś specjalnie dyżuru dziś, byle uniknąć świąt u Wilmowskich.
- Nie. Nieprawdą jest, że nie miałem nigdy szczęśliwych świąt – nie miał pojęcia, po co mu to mówił, ale skoro zjawa nigdzie się nie wybierała, równie dobrze mógł jej wypunktować, jak bardzo się myli co do niego – Dla twojej wiadomości, mam wspomnienie niejednych wspaniałych świąt. I nie mam nic do choinki ani ozdóbek świątecznych. W zeszłym roku dekorowałem z Tomkiem i Renią pierniczki. W tym roku dostali specjalnie zestaw z foremkami zwierzątek do ich wycinania.
- A jednak do nich nie przyszedłeś…
- No i co z tego? Przyjdę jutro.
- Nie przyjdziesz – duch zaczekał chwilę na jego odpowiedź, a gdy Smuga milczał, wrócił do swojego pytania – Dlaczego nienawidzisz świąt? Które z nich złamały ci serce?
- On by wiedział…
- Może nie. A może po prostu sam nie wiesz.
- Wiem lepiej niż możesz sobie to wyobrazić – wycedził szeptem.
- Które zatem? Te pierwsze, które pamiętasz? Te z przewróconą choinką, rozbitymi talerzami, krzykami i siedzeniem na mrozie na balkonie, gdzie matka zamknęła cię, byś nie oberwał podczas awantury? Pamiętasz jeszcze te święta? Ile miałeś wtedy lat? Byłeś dość mały, że mógłbyś przecisnąć się między słupkami balustrady… pamiętasz? Padał śnieg, w oknach sąsiadów paliły się światła, słyszałeś, jak śpiewają kolędy… a za drzwiami balkonu krzyczała twoja mama… pamiętasz, jak nie rozumiałeś, czemu nikt nie przybiega jej pomóc? Może za głośno śpiewali „Cichą Noc”, by usłyszeć?
- Pamiętam lampki w oknach i śnieg na parapecie. To było dawno temu – Smuga skrzywił twarz w nieszczerym uśmiechu – Jeśli chcesz mnie zdołować, to musisz się dużo bardziej postarać, duchu dawnych świąt.
- Nie chcę. Chcę tylko, byś powiedział mi, które święta zapędziły cię tutaj… czy może były to te kolejne? Te ciche, puste święta, których tak naprawdę nie było? Nie było ani choinki, ani kolacji, ani światełek. Byłeś tylko ty i mama płacząca w kącie, że cię jej zabiorą, bo nie ma dość dobrej pracy, by udowodnić, że może sama się tobą zająć. Pamiętasz te święta?
- Pamiętam, jak mówiła, że jeśli w sądzie jej się nie uda, to i tak mnie zabierze, wsiądziemy razem do pociągu i pojedziemy na Dziki Zachód, gdzie nikt nas nie znajdzie – tym razem uśmiech stał się gorzko czuły, Smuga wzruszył ramionami – Próbuj dalej.
- Co ze świętami w obcym domu, który miał być podobno też twoim?
- To były dziwne święta…, ale nie były najgorsze – zaśmiał się słabo i cicho, niemal niedosłyszalnie nawet dla niego samego.
- Dziwne, bo nie pozwolono ci niczego dotykać w tym domu? Dziwne, bo nie miałeś w nim swojego miejsca? Czy dziwne, bo obcy człowiek, który podobno miał stać się dla ciebie brakującym rodzicem, tak naprawdę nie dbał nawet o własne dziecko?
- Nie – Smuga tym razem nie dał duchowi dokończyć, stanowczo uciął jego wprowadzenie – Od tych świąt to mi wara. To były pierwsze święta, jakie miałem z Michałem. Były naprawdę znośne, były śmieszne. Pamiętam z nich liczenie pierogów na półmisku, szukanie gwiazdki i papier w renifery na prezentach – zaśmiał się bezgłośnie, popadając na moment w zadumę – Nie pamiętam, co było w środku…, ale potem z papieru zrobiliśmy kulki i rzucaliśmy w siebie nimi aż do nocy… a przynajmniej dla mnie była to noc wtedy.
Chwilę milczeli, gdy Smuga urwał i zapatrzył się w śnieg przed sobą. Duch nie popędzał go, zaczekał, aż pokręcił głową i odparł już w pełni opanowanym, pewnym swego tonem:
- Wciąż nie były to te najgorsze święta.
- Te w szpitalu u mamy nimi były?
- Nie. Tamte były złe, ale dałem sobie radę.
- Bo Michał był obok?
Wzdrygnął się i posłał duchowi dość wrogie spojrzenie, by nawet niecielesna zjawa poczuła przymus usprawiedliwienia się.
- Pierwszy wspomniałeś jego imię.
- Nie, te święta tuż przed śmiercią matki nie były najgorsze – odparł sucho, obserwując ducha w jawnie odradzający mu podejmowania tamtego tematu sposób, który najwyraźniej odniósł zamierzony skutek.
Zjawa nie spytała przez moment ani o Michała, ani o to, czemu wspomnienie jego imienia miałoby cokolwiek zmieniać w tej chwili. Smuga nie chciał jednak ryzykować, że znów rozmowa stanie się przesłuchaniem. Nie kryjąc w głosie zapowiedzi kłótni na wypadek protestów ducha, sam zaczął kolejne wspominanie:
- Dalej to cię sam ubiegnę. Nie, żadne ze świąt z ojczymem nie były najgorsze. Właściwie to były całkiem dobre. Siedział u siebie, nie było go właściwie. Ciotka Michała zapraszała nas do siebie albo wpadała na chwilę, przynosiła barszcz i pierogi, czasem makowiec. Michał chodził ze mną na górkę pod blokiem, robiliśmy ślizgawki, lejąc wodę na najstromsze zbocze górki i zjeżdżaliśmy z niej na butach. Choinkę ojczym dla świętego spokoju wyciągał nam z piwnicy. Była stara, paskudna i śmierdziała szczurami, ale Michał wieszał ozdoby, które kiedyś należały do jego matki i wtedy nawet tamten badyl nie był taki szpetny. A potem mówiliśmy, że idziemy na pasterkę i szliśmy bić się śnieżkami w parku.
- Brzmi jak fajne wspomnienie – duch uśmiechnął się do niego niewzruszoną twarzą – Czemu nie lubisz świąt, skoro nie zawsze były złe?
- Żeby spartolić dżem wystarczy jeden zgniłek i jeden zbuk, by cała jajecznica szła do śmieci – syknął, marszcząc brwi – Były kolejne święta…
- Tak, te, gdy ojczym dowiedział się o Pawle. One były złe, prawda?
- Zależy, jak na to spojrzeć…
- Raczej nie, raczej to oczywiste – zjawa łagodnie i beznamiętnie zauważyła coś, czego nie miał prawa nie wiedzieć, a jednak uznała, że musi to podkreślić – Święta, gdy ojczym najpierw przejrzał ci telefon, przetrzepał rzeczy w pokoju, a potem urządził awanturę o to, że spotykasz się z Pawłem. Miałeś wtedy szesnaście lat, pamiętasz? Był wściekły. Przez chwilę bałeś się, że cię zabije. Przez chwilę byłeś całkiem sam. Kto wie, jakby się to skończyło, gdyby nie…
- Gdyby Michał nie wrócił akurat do domu, tak – Smuga dokończył za ducha – I widzisz, znów się mylisz. Tak, to był zły dzień poprzedzający noc wigilijną…, ale skończył się. I to były jedne z najlepszych świąt, jakie kiedykolwiek miałem. Michał wściekł się nawet bardziej od ojczyma. To był ostatni dzień, jak spędziłem w cudzym domu. Zabrał mnie do siebie, na stancję. Jechaliśmy tramwajem przez ośnieżoną Warszawę, a Michał uparł się kupić małego, koślawego świerka pod supermarketem. Siedzieliśmy potem u niego, przy jednym małym stoliku, jedliśmy frytki z mrożonki i oglądaliśmy jakiegoś idiotycznego akcyjniaka. Na drugi dzień Michał uparł się na wycieczkę do swojej ciotki, ale że to były święta, nic nie jeździło, utknęliśmy na pół dnia w jakiejś dziurze, co się nazywała Królewskie Brzeziny czy jakoś tak, bo tam nawet pług nie jechał. Ostatecznie ciotka przyjechała po nas skuterem znajomego – teraz już nawet nie krył, że się uśmiechał, sam do siebie pokręcił głową – To były naprawdę dobre święta.
- I kolejne też, prawda? I jeszcze kolejne? Spędzałeś je z Michałem, potem przez kolejnych parę lat, rok w rok, nieważne, gdzie was los rzucał, wracaliście na święta i na stole poza barszczem i tak dalej, były też frytki.
- Cudowna tradycja – zaśmiał się słabo, na moment opuszczając gardę.
Duch wykorzystał to momentalnie.
- Czemu więc nie przyszedłeś dziś do Wilmowskich z frytkami? Czemu dopiero po tym wszystkim znienawidziłeś ten dzień…? – gdy Smuga na to nie odpowiedział, zjawa sama wyjaśniła, bez wyczucia, bez okrucieństwa i bez zrozumienia – Bo na jedne święta Michał nie wrócił.
- To nie ma znaczenia, że nie wrócił na święta. Nie wrócił. Kropka. Gdyby to był Popielec, znienawidziłbym Popielce, tak samo Sylwester, pierwszy dzień wiosny, cokolwiek – wycedził, posyłając zjawie niechętne spojrzenie.
- Tak sądzisz? A nie było to raczej tak, że to właśnie Michał czynił święta wspaniałymi, to dzięki niemu przetrwałeś te złe i cieszyłeś się z tych dobrych? Gdy go zabrakło… święta przestały mieć jakikolwiek sens – duch patrzył na niego w ciszy, oczekując odpowiedzi, a gdy jej nie otrzymał, poprosił i rozkazał jednocześnie – Opowiedz mi o tych świętach.
- Z jakiej racji niby?
- Upierasz się nazywać mnie duchem minionych świąt. To są święta, których duchem jestem w istocie. O nich przyszedłem rozmawiać. Opowiedz mi… co było w nich najgorsze? – tym razem już nie otrzymał odpowiedzi, po krótkim oczekiwaniu mówił więc dalej – Co z nich pamiętasz najbardziej? Waszą rozmowę kilka godzin przed tamtą pierwszą lawiną? Michał zadzwonił, przeprosić, że wraca dopiero za tydzień i życzyć ci „Wesołych Świąt”, pamiętasz? Miało go już tam nie być, miał już dawno wrócić do Polski. Ale nie byłeś na niego wtedy zły… nie potrafiłbyś, prawda?
- Coś tam znaleźli… nie mógł mi jeszcze podać szczegółów, ale bardzo się cieszył – wspomniał cicho Smuga – Dostali pozwolenie na oznaczenie miejsca, siedzieli tam już kawał czasu, więc po tygodniu musieliby się i tak zebrać, ale ruszyła już papierologia pozwoleń na wyprawę w lecie. Był taki dumny – uśmiechnął się z goryczą i pokręcił głową sam do siebie – Wciąż nie wiem, co takiego znaleźli…, ale tak strasznie się tym cieszył.
- Obiecał zadzwonić za kilka dni, gdy będą wracali do Leh na lotnisko. A ty obiecałeś, że zostanie dla niego trochę świątecznego jedzenia.
- Obiecałem kupić susz na ten jego kompot.
- I tak się cieszył wtedy, prawda? Takim go zapamiętałeś… przejęty odkryciem, marzący o kompocie z suszu i ściskający cię wirtualnie Michał, na drugim końcu świata na wyprawie w Karakorum – zjawa tym razem dała mu ledwie mgnienie oka przerwy, nim zapytała bezdusznie – Ale potem wszystko diabli wzięli, prawda? Pamiętasz, co robiłeś, gdy się dowiedziałeś…? – nie otrzymawszy odpowiedzi, sam to wspomniał – Uczyłeś się wtedy na sesję.
- Udawałem, że się uczę, tak – Smuga przerwał mu sucho, z pozoru zobojętniałym tonem – U nas był wieczór, u nich środek nocy. Znajomy Michała do mnie zadzwonił, zobaczył informację w telewizji. Nadawali na żywo akcję ratunkową… tak to nazwali. W praktyce jeden typ w kurtce ratownika stał przed kamerą i tłumaczył, czemu po nocy nie mają, jak odkopać kogokolwiek i naprawdę próbowali, ale nie ma żadnych sygnałów i trzeba zaczekać, jaka to straszna tragedia i prosi o wsparcie modlitewne.
- Modliłeś się wtedy? – spytała go zjawa – Gdy dowiedziałeś się, że Michał jest wśród zaginionych?
- Nie pamiętam… robiłem wszystko, co się dało.
- Czyli nic.
- Pojechałem na lotnisko… nie było niczego przez noc, siedziałem tam i czekałem na poranny lot do Katmandu.
- Na ścianie w strefie przed odprawą był taki duży telewizor. Wszyscy mówili o wypadku. Pokazywali zdjęcia zaginionych, wyjaśniali od nowa i od nowa… wałkowali, jak to heroicznie wyprawa badawcza ruszyła ratować turystów… i jak nikt najpewniej nie ocalał. A ty tam siedziałeś… próbowałeś nawet dzwonić do Michała, pamiętasz? Wielu rzeczy próbowałeś. Może to był tylko sen? Może ktoś się pomylił? Może Michała wcale tam nie było, może zaraz odbierze? A może chciałeś po prostu usłyszeć jego głos na sekretarce i przez chwilę udawać, że to wszystko się nie dzieje…?
Nie patrzył już wcale na ducha. Może wcale go tu nie było. Może to też nigdy się nie wydarzyło. Może wciąż był nieprzytomny. A może zaczynał już umierać? Co za różnica i tak nic nie mógł zrobić.
- Ale to jeszcze nie było wcale najgorsze, prawda? To jeszcze nie wtedy… wtedy jeszcze wierzyłeś, że jest nadzieja, że Michał się znajdzie, że ocalał, że to nie mógł być on.
- Pierdol się – warknął zbyt cicho i zbyt zdartym głosem, by sam siebie rozpoznać – Po co ty to robisz? Po co każesz mi o tym mówić?
- Byś mi odpowiedział.
- Odpowiedziałem! Tak, to były tamte święta, ze wszystkich najgorsze. Tamte, gdy siedziałem całą noc na lotnisku, oglądając w telewizji bezruch innych ludzi na drugim końcu świata. Te, gdy w kółko słyszałem, jakie to było bohaterskie z ich strony, jaka szkoda, jaki smutek, jak bardzo proszą o modlitwę – zapanował nad swoim głosem, zaczerpnął więcej powietrza i spojrzał na ducha z nieskrywaną nienawiścią – Te święta, gdy nie mogłem nic zrobić, poza oglądaniem na ekranie, jak ratownicy wiedzą, że nie mogą nijak ich wyciągnąć, a do rana wszyscy tam i tak umrą.
- I byłeś sam… tak bardzo, tak strasznie sam wobec tego wszystkiego. Tak bardzo sam, że przez chwilę chciałeś zadzwonić do ojca Michała, spytać, czy widział, co się stało, czy ma jakiś plan, co teraz robić, czy zna sposób, jak można by go ocalić… cokolwiek, ktokolwiek… może jednak dało się coś zrobić, tylko ty po prostu na to nie wpadłeś?
- Nie dało się nic zrobić – odpowiedział Smuga szeptem, zimno i wrogo – Nikt nie mógł im pomóc. Już było wtedy po wszystkim.
- Ale potem… te światła na zboczu…
- To mógł być ktokolwiek inny z ocalałych – przerwał duchowi głuchym, cichym głosem – Ktokolwiek z latarką.
- Ale ty wierzyłeś, że to był Michał…, że się wydostał… że to on błyskał wtedy w ciemnościach latarką. To on nadał S.O.S., to on wciąż gdzieś tam był… wierzyłeś, że to wtedy widziałeś go po raz ostatni.
- Sygnał trwał tylko krótką chwilę… - Smuga brzmiał, jakby referował coś zupełnie mu obojętnego, zimno i powoli wypowiadając słowa – Ktokolwiek to był, musiał spaść w rozpadlinę, a może nigdy nie wyszedł spod śniegu… w każdym razie nigdy go nie znaleźli.
- Nigdy nie znaleźli też ciała Michała. I tobie to przez pewien czas dawało nadzieję, tak silną nadzieję, że spędziłeś tam cztery miesiące, szukając go w górach, w miasteczkach, w wioskach. Wszędzie. Zajrzałeś wszędzie, gdzie się dało. Nawet wszedłeś na Teram Kangri. I nie znalazłeś go. Nigdzie go nie było. Nie mogłeś nic zrobić.
Tym razem duch milczał najdłużej, jak dotąd. Smuga nie powiedział nic od siebie, nie zwyzywał go i nie zbył. Trwał tylko na śniegu, wpatrując się daleko przed siebie spojrzeniem, które omijało nawet zjawę. Gdy wreszcie pokiwał głową, wydawał się już całkowicie spokojny, a jego ton znów zdradzał rozdrażnienie zmieszane ze znużeniem.
- Tak. To właśnie były moje najgorsze, minione święta. Później nie było już jak, z kim i po co ich obchodzić. To chciałeś usłyszeć?
- W teraźniejszych świętach mógłbyś znaleźć wszystkie te powody – duch musiał już spodziewać się charakteru jego odpowiedzi, a mimo to nie zrobił nic, by jej zapobiec.
- Oczywiście… teraz pogadamy o teraźniejszych, tak? Nie wysilaj się, wiem, co teraz będzie. Moje teraźniejsze święta to dom Wilmowskich. Święta, które mogłem mieć i z których zrezygnowałem, zaproszenie, które odrzuciłem, a oni mimo to wciąż darzą mnie sympatią. Wiem. Ciul ze mnie, nieświadomy, że komuś na mnie zależy.
- A czy jesteś świadomy, jak bardzo?
- Jestem świadomy, że teraz już pora na moje przyszłe święta, wielki moment prawdy, nawrócenie i błaganie o drugą szansę – westchnął Smuga z rezygnacją – Dawaj dalej, co ciekawego w przyszłe święta mnie czeka? Czy ma mnie zszokować, że umrę wtedy i Wilmowscy pojawią się na moim pogrzebie? Nie szokuje. Wow, popsułem zwrot akcji.
- Nie będzie już żadnych przyszłych świąt, Janku – duch mimo swej niewzruszoności wydawał się zasmucić, gdy to mówił – Ani dla ciebie, ani dla ludzi, którym na tobie zależy.
- Ponieważ…? – w porządku, tego się nie spodziewał.
- Ponieważ umierasz. Straciłeś bardzo dużo krwi i jesteś bardzo wychłodzony. Umrzesz za kilkanaście minut.
Zawahał się, nim mimo wszelkich starań musiał orzec, że jakoś szczególnie go to nie oburza. Wzruszył ramionami bez stuprocentowej pewności jeszcze, ale powiedzenie tego na głos już mu ją dało.
- Może to i lepiej?
Duch przyjrzał mu się uważnie, uniwersalna i znajoma zarazem twarz odbiła troskę, w której czaił się gniew.
- Lepiej? Nie sądzę, że Wilmowscy się z tym zgodzą.
W porządku. Skrzywił się trochę, kiwając nieco ponuro głową. No tak, im będzie z tego powodu pewnie dość przykro. Nie bardzo mógł z tym cokolwiek zrobić, ale rozumiał i żałował, że ich to dotknie.
Nie powiedział tego zjawie, a ta jednak zdawała się wiedzieć, jakie wysnuł wnioski. Jej głos zabrzmiał straszliwie, zimno i stanowczo, tnąc ciszę wokoło:
- Następne święta będą całe o tobie, następne święta będą pierwszą rocznicą twojej śmierci. I każde kolejne. I już zawsze ten dzień będzie dniem twojej śmierci, zawsze będzie najgorszym dniem w roku dla ludzi, którzy cię kochają.
Nie odpowiedział, jednak duch nie czekał ani na potwierdzenie, ani na zaprzeczenie tego oświadczenia. Cień twarzy Michała na obliczu zjawy wyrażał teraz ogromny ból. Smuga przestał patrzeć duchowi w oczy.
- Tak, Wilmowscy przyjdą za rok na cmentarz. Przyjdą na twój pogrzeb za kilka dni. Za rok też się pojawią. Andrzej nigdy nie wybaczy sobie, że nie naciskał na ciebie bardziej i nie skłonił cię, byś jednak spędził te święta z nimi. Za rok spędzi święta w milczeniu, usiłując udawać, że się trzyma. Za rok Tomek nie tknie ani pierników, ani prezentów spod choinki, czy na swoje urodziny. Będzie wściekły, gdy Renia zacznie kłótnię, że chce wycinać tygrysy i koale na choinkę, a nie gwiazdki. Anna będzie musiała jej wytłumaczyć, dlaczego ludzie umierają, a Tomkowi, że wcale nie chciałeś ich zostawiać i to był tylko nieszczęśliwy wypadek. Za rok każda z bliskich ci osób będzie nienawidzić tego dnia, będzie robić wszystko, by unikać innych w te święta i żałować, że w ogóle muszą one istnieć. I tak będzie już co rok… rok w rok… Andrzej będzie szukał opcji dyżuru na nie, Tomek znienawidzi końcówkę grudnia… święta, swoje urodziny, sylwester… wszystko to począwszy od dziś będzie już zawsze zniszczone, będzie złe… będzie najgorszym okresem roku dla ludzi, którzy za parę godzin dowiedzą się, że nie żyjesz. Dostaniesz każde kolejne święta. Zabierzesz im je. Tak, jak Michał odebrał je tobie…
- Nie chciał. Ja nie chciałem. Nic z tego nie było planowane – warknął na ducha, winiąc mróz za to, jak szorstko zabrzmiał jego głos i jak bliski złamania się wydawał – Nie mógł nic zrobić… ja nie mogłem… próbowałem przecież…
- Nie próbowałeś dość mocno. Uznałeś, że tak może będzie lepiej – duch okrutnie spokojnie patrzył, jak zaczyna tracić siły, by zachować opanowanie – Michał walczył do końca. Wyszedł spod śniegu i świecił na pomoc. Nie jego wina, że jej nie doczekał. Ty nie próbowałeś. Poddałeś się. Siedzisz na śniegu i czekasz na śmierć.
- Nieprawda, próbowałem…
- Nie próbowałeś. Tak ci lepiej. Tak wygodniej. Łatwiej.
- Nieprawda, nigdy nie chciałem…
- Wszedłeś tutaj, szukając guza, znalazłeś zgubę.
- Nie chciałem, by mi się cokolwiek stało!
- Tak nie zachowują się ludzie, którzy chcą żyć. Lepiej ci tak, łatwiej… to był tylko wypadek, prawda? Straszny wypadek, zamarzłeś na wybiegu, z rozbitą głową, bez czapki, bez rękawic, w rozpiętej kurtce… to mogło spotkać przecież każdego, tak? Na pewno Wilmowscy uwierzą, że zrobiłeś wszystko, by przeżyć. Będzie im się dobrze żyło ze wspomnieniem, że nie zrobili nic, by temu zapobiec i pozwolili ci iść do pracy w tę noc, i umrzeć.
- Nie chciałem się zabijać! – jego krzyk nie zmącił ciszy wokoło, a mimo to rozbrzmiał echem w głowie, której od jakiegoś czasu już nie miażdżył nawet ślad bólu.
- Im to powiedz! – duch z obojętną złością przyglądał mu się, gdy Smuga sięgnął dłońmi do głowy, zdając sobie naraz sprawę, że nie czuł już ani bólu, ani zimna wokół siebie – Tak. Już niewiele czasu ci zostało… nie martw się, to nie boli. Po prostu zaśniesz…
Właściwie to już czuł się senny. Powieki miał ciężkie, głowa może i nie bolała, ale musiała mu straszliwie spuchnąć, tak bardzo ciągnęło ją ku ziemi. Ręce nie chciały go słuchać, opadły bardzo powoli, odmawiając mu posłuszeństwa. Ciemność przed oczami wydawała się jakaś bliższa, miększa… podeszła do niego, jakby chciała w geście miłosierdzia osłonić mu twarz całunem, by nie musiał na to patrzeć i już się nie męczył.
- Czekaj! – otrząsnął się nadludzkim wysiłkiem, choć słabość już podcinała mu ramiona, na których się wsparł – Nie chcę! Wcale nie chcę umierać! Nie dziś, nie w taki sposób!
- Nie możesz już nic zrobić, Janku… - duch patrzył na niego z żalem na wyzutym z wyrazu obliczu – Nigdy nie mogłeś. Oni to w końcu zrozumieją… popatrz, ty przecież zrozumiałeś, prawda? Wybaczyłeś Michałowi, że cię opuścił. Oni kiedyś wybaczą tobie.
- Ja… czekaj, nie, to nieprawda, to wcale nie tak…
- Nie ma już na co czekać, Janku. Przecież i tak nie dasz rady nigdzie już iść. Nie dałeś rady ocalić Michała. Nie dasz rady ocalić siebie. Wiesz to. Próbowałeś.
Nie czuł bólu w pokrwawionych dłoniach, gdy wczepił się nimi mocniej w śnieg. Uniósł się wyżej, podparł kolanem i podniósł na tyle, by przesunąć krok wyżej. Duch ani drgnął, zupełnie jakby wiedział, że Smuga nie zdoła i tak do niego dotrzeć.
- Mówiłem ci, nie jestem duchem minionych świąt. Jestem duchem świąt, których nie było. Tych odebranych, tych, które mogły być, ale ich nie ma, tych, które niemal otrzymaliście…, ale których nie było, nie ma i nigdy ich nie uda się ocalić. Chociaż próbowałeś ty, Michał próbował… ktoś inny spróbuje też. One nigdy się nie wydarzą.
- Przestań! – nie wiedział już sam, czy krzyczy, czy na niego syczy, to równie dobrze mógł być wyraz desperacji, gdy z ogromnym wysiłkiem pociągnął się jeszcze jeden krok w górę.
Podniósł wzrok w poszukiwaniu zjawy. Wciąż stała dwa kroki od niego, jakby wcale się nie ruszył. Jednak wiedział, wiedział przecież, że próbował, że walczył. Wiedział, że ruszył znów pod górę po śniegu.
Mimo to duch wciąż był blisko niego i daleko zarazem, poza zasięgiem dłoni. Nawet po kolejnych trzech krokach pod górę.
- Pomóż mi… - nie wiedział, czy powiedział cokolwiek.
A jednak zjawa odpowiedziała.
- Och, już ci przecież pomogłem. A teraz wstań, Janku. Wstań i idź do pawilonu. To czterysta metrów stąd. Nie dasz rady zawołać, ale może choć cię zobaczą…
Daleko. Za daleko. Przerastało go przejście dwóch kroków, jak niby miałby przejść czterysta. Nie wiedział. Nie wiedział nawet, kiedy zaczął iść.
Śnieg pod stopami był grząski, ostry od lodu i wciągający go w swą toń. Oczy zasnuwała mgła czarniejsza od dymu, wgryzała się w nie, wyciskając z nich łzy, które zamarzały jeszcze nim opadły z rzęs na policzki. Obłok oddechu znikał na długie chwile, gdy Smuga kulił się, dławiąc lodowatym powietrzem.
Zakrzepłą na włosach krew zalewały jej nowe, ciężkie krople, których ciepło ledwo wyczuwał na nadgryzionej mrozem skórze, jakby jakieś echo, ostatnie uderzenie podmuchu uciekającego z niego życia.
Czy dotarł do budynku przy wybiegu, czy minął go? Nie wiedział. Nie widział niemal nic. Szedł na oślep, upadając, zataczając się i podnosząc. Czy kierował się w ogóle we właściwą stronę, także nie wiedział i nie miał skąd wiedzieć.
Widział jedynie ducha, jego jarzącą się słabym, niebieskawym blaskiem postać, wciąż obojętnie zawieszoną dwa kroki przed nim, nieważne, jak wiele już ich postawił. Zjawa wciąż była przed nim, wciąż bez emocji przyglądała się jego wędrówce. Nie śledziła wzrokiem kolejnych kropel krwi, których szlak po sobie zostawiał. Nie motywowała go, nie pocieszała. Patrzyła jedynie, jak brnął przez śnieg, jak upadał i jak wstawał, coraz wolniej i z coraz większym trudem, ociężale przenosząc ciężar z nogi na nogę, by wykonać kolejny posuwisty, chybotliwy krok.
Gdy wywrócił się po raz ostatni, także nie zareagowała. Walczył. Naprawdę walczył, zdarł dłonie, szarpiąc nimi śnieg, zaciskał szczęki z rwącego go na strzępy bólu, który rozsadzał mu całe ciało. Usiłował podnieść się znów z ziemi, choćby na kolana. Choćby odrobinę.
Nie był w stanie nawet zobaczyć, ile mu jeszcze zostało drogi. Powietrze przestało docierać do płuc, których pęcherzyki skurczyły się z bólu i zimna, odmawiając nabrania kolejnego haustu lodowatych igieł. Ciężka od bólu głowa opadła w śnieg. Ramionami wstrząsał jeszcze chwilę atawistyczny skurcz przemęczonych, pozbawionych krwi i przemarzniętych mięśni. A może był to szloch rozpaczy, którego nie słyszał nawet on sam?
Nie zdołał już wstać.
Nie starczyło mu siły nawet na przeprosiny.
Nie zamknął oczu.
Ciemność, która nastała, nie miała nic wspólnego z jego świadomymi decyzjami. Zrobił wszystko, by jej zapobiec. Próbował, naprawdę próbował.
I wiedział dobrze, że w ostatecznym rozrachunku to nic nie znaczy.
* * *
W ciemnościach pojaśniał mrok. Nie na długo, nie w imponujący sposób ukradzionego gwiazdom blasku, który przyćmiłby wszystko wokół.
Światło było małe, mizerne i chybotało się na boki.
Uderzyło w mrok falami. Pierwsza z nich była krótka, podobnie jak druga i trzecia. Następnie zabłysły dłużej. Raz, drugi, trzeci. I znów błysnęły krótko, trzykrotnie, wymierzone przeciwko mrokowi, który wchłonął ich blask żarłocznie, na powrót topiąc zakopane pod śniegiem pustkowie w swojej bezkresności, obojętnie okrutnej, gęstej i zimnej.
Z nieba powoli sypały się małe płatki śniegu.
Nie tak daleko, a jednak zdawałoby się, że za krawędzią innego świata, ktoś nucił pod nosem „Cichą Noc”.
* * *
Miękki kokon ciemności wydawał się przepuszczać jakieś pozostałości ziemskiego, migotliwego światła trzeszczącej potępieńczo jarzeniówki.
Zupełnie jakby zawinięto go w chustę, taką plecioną, niczym wielki, miękki i całkiem silny bandaż.
Równie dobrze mógł też patrzeć na świat zza tkanej zasłony o zbyt gęstym hafcie, by ujrzeć cokolwiek poza bijącym od niego światłem.
Nie była to jednak taka całkowita ciemność. Podobnie jak cisza, która zaciskała mu się okowami na głowie nie pochłaniała wszystkich dźwięków. Słyszał przegłos wypowiadanych nad nim słów, jednak nie do końca rozumiał ich znaczenie. Słyszał brzmienie, które powinien rozróżniać, jednak było to wrażenie podobne do siedzenia za grubą szybą i przyglądania się dobrze znanej osobie, która mówi w dość specyficzny sposób, by człowiek siłą rzeczy wyłapywał z jej ruchu ust, gestów i mimiki pojedyncze słowa, nie będąc jednak w stanie zrozumieć całych wypowiedzi.
Świat docierał do niego właśnie jak zza takiej grubej, pancernej szyby. Przyglądał mu się, a Smuga nie był w stanie oddać spojrzenia. Nie widział nic poza prześwitującymi przez ciemność odrobinami światła. Może szyba, za którą była, była także lustrem weneckim? Może to jemu się przyglądano, może czekano na jego reakcję. Wobec tego życzył owemu obserwatorowi pomyślności, nie zamierzał, póki co na nic reagować.
Wraz z solidniej zbudowanymi myślami, zaczęły docierać do niego bodźce, przede wszystkim straszliwy ból, pulsujący mu pod skórą. Zbierał się w postaci ciężkiego, miażdżącego mu palce nacisku na dłoniach i stopach. Podkurczyłby je odruchowo i cofnął od tego zgniatającego czegoś, gdyby tylko miał dość siły napiąć mięśnie w ręce. Aktualnie jednak przerastało go nawet uniesienie powiek, leżał więc bezwładnie, nic nie mogąc poradzić na rozchodzące się po ciele wrażenie ścisku i bólu.
Tracąc znów przytomność, czuł jedynie, jak nieznośnie bolały go całe ręce. To była jego ostatnia świadoma myśl, nim znów stracił siły na ich zbieranie i zarazem pierwsza, gdy obudził się ponownie. Tym razem ocknął się na tyle, by zacząć kontemplować, co widział, a czego nie, już po otworzeniu oczu.
Intensywny snop światła wdarł mu się pod powieki tak gwałtownie, że rozbitą głowę przeszył ból. Natychmiast zamknął oczy, jeszcze nim szarpnął się na bok, bezwiednie i bezmyślnie, ku udręce całego ciała, które z miejsca również przeszył ból. Zwłaszcza dłonie. Tak strasznie bolały go dłonie…
I ciało nie chciało go słuchać. Nie mógł się ruszyć. Ale i tak bolało.
Za szybą znów ktoś rozmawiał o czymś, czego Smuga nie rozumiał. Starał się skupić na dźwiękach, jakie do niego docierały, by wyłapać jakikolwiek sens i wysnuć choć najprostsze wnioski. Zajęło mu chwilę, ale odrobinę głośniejszy, gorzko rozbawiony głos obok niego mówił dość wyraźnie, by zdołał zrozumieć.
- To jeszcze nic! Zaczekaj do Sylwestra! Ten sobie przynajmniej łapska nie oderwał petardą, żadnego szampana w dupę sobie nie wsadził ani sztucznych ogni do gęby. Co ludziom do łba strzela po kilku głębszych, to byś nie uwierzyła!
No jasne. Był w szpitalu.
Przetrawienie tej informacji zajęło mu kolejną chwilę. Skoro był w szpitalu, wszystko go bolało i słyszał, co mówili, to musiał jeszcze wliczać się do grona żywych i miano go tutaj odratować do reszty. Albo czekał, aż zwolni się miejsce w kostnicy.
Zamrugał oczami z wysiłkiem, tym razem nie otwierając ich do końca, tylko spod przymkniętych powiek zerkając w górę i pozwalając sobie samemu przyzwyczaić się najpierw do dziwacznie intensywnego światła. Nie było już nocy. Czy może wciąż była i leżał po prostu pod lampą? Na pewno nie było mu już zimno.
Tylko bolało cholernie. Chciał zacząć rozmowę trochę inaczej, ale nie widząc jeszcze nikogo wokół siebie, spróbował obrócić głowę i momentalnie silna dłoń przytrzymała go w miejscu.
- Pan się nie rusza – został ofuknięty przez głos, którego właścicielki nadal nie widział – Miał pan niewyobrażalne szczęście, ale niech pan go lepiej nie testuje.
Chciał się odezwać, przeprosić za kłopot i podziękować, dopytać, czy będzie żył i czy mu rąk nie utną, bo je odmroził całkiem. Zamiast tego tylko przymknął słabo powieki. Nie miał siły nawet na to.
Za trzecim razem obudziło go badanie i zdołał już nawet dać znać chrypiącymi urywkami słów, że nie jest w stanie się odezwać. Dostał wody i kolejny raz usłyszał, że jest szczęściarzem. Ośmielił się więc założyć na głos, że nie amputowano mu niczego.
- Miał pan szczęście – uświadomiono go ponownie – Niebywałe wręcz. Nie, nie trzeba było amputować panu dłoni. Czaszkę też ma pan całą. Uratowała pana szybka pomoc kolegów z pracy. Ogrzali pana i zatamowali krwawienie jeszcze nim dotarła karetka. Przeszedł pan transfuzję krwi, ma pan zszytą głowę i opatrzone ręce. Zapalenie płuc dostał pan w pakiecie, ale to pana najmniej powinno martwić – zdołał się doprosić, by mu wreszcie wyjaśnili więcej, niż fakt, że żył i miał szczęście.
Słysząc to, naprawdę zaczynał wierzyć, że mieli rację. Chciał podziękować, ale nikt poza nim nie miał tutaj czasu na pogaduszki, on sam zaś nie miał na nie kompletnie siły. Uspokojony, że przetrwał w całości, tym razem już niemal świadomie pozwolił sobie znów odpłynąć.
- Miałem cholerne szczęście – orzekł osobiście, gdy kilka godzin później, po rozmowie z lekarzem, w pełni zrozumiał swoje położenie i stan – To aż dziwne, że… aż dziwne, że przeżyłem. Nie żebym zgłaszał zażalenie, nic z tych rzeczy…
Otaksowało go zmęczone, nawet śladowo nierozbawione spojrzenie.
- Niech pan odpocznie. Posiedzi pan tu sobie kilka dni na pewno.
No dobrze, może faktycznie trochę go ścięły leki przeciwbólowe, jakie dostał, nie jego wina, że miał takie poczucie humoru. Mógł nic nie mówić, w porządku, rozpaczać nie zamierzał. Nawet myślenie przychodziło mu wciąż opornie i sam zdążył się zgubić, co on właściwie chciał powiedzieć.
- Jaki dziś dzień? – pierwsza chłodna refleksja na temat położenia przyszła mu dopiero kolejną, bliżej nieokreśloną długościowo, chwilę później.
- Jest wieczór 25 grudnia. Wesołych Świąt? – zaryzykowała pielęgniarka, po namyśle chyba wątpiąc, czy te jego święta były, aby wesołe i udane, skoro leżał sobie pod kroplówką, nie mógł się ruszyć, rozbił sobie głowę i prawie odmroził dłonie, ledwo uchodząc z życiem.
Smuga mimo wszystko musiał jednak zwrócić honor temu wyrażeniu. Żył. Miał cholerne szczęście. Ona nie, skoro w ten dzień miała dyżur, ale i tak odwzajemnił życzenia. Myślał już na tyle trzeźwo, by zdać sobie sprawę, że wobec tego wypadałoby się skontaktować chociaż z jedną osobą, dać znać, co się stało i czemu nie przyszedł na urodziny Tomka.
Na pytanie, czy istnieje szansa pożyczenia od kogoś telefonu albo opcja, by ktoś zadzwonił pod wskazany numer z informacjami, że jest w szpitalu, otrzymał kolejny dowód na to, że wbrew wszelkim podejrzeniom, szczęście jednak nadal mu sprzyjało.
- Pana współpracownik podrzucił kilka godzin temu pana torbę z rzeczami. Mówił, że włamał się panu do szafki i przepraszał, ale nikt nie umiał powiedzieć, czy ma pan jakąś rodzinę, więc dostarczyli pana telefon.
Pozytywnie go zaskoczyli, dranie.
- Miał pan szczęście… - utwierdziła go pielęgniarka w tym przekonaniu, podając mu telefon do ręki, by nie ruszał się z łóżka – Gdyby pana nie znaleźli tak szybko, wykrwawiłby się pan albo zamarzł na dobre. Całe szczęście, że starczyło panu sił, by świecić w okno…
- Świecić? – Smuga zerknął tylko na ekran i widok naprawdę wielu nieodebranych połączeń i nieodczytanych wiadomości odrobinę go zaniepokoił, więc tylko śladowo zawahał się nad jej słowami.
- To zwróciło uwagę pana kolegów na dyżurze. Miał pan szczęście. Zaświecił pan jednemu prosto w twarz, tak przynajmniej opowiadał. Siedzieli sobie spokojnie i jedli pierogi ze styropianu, gdy w ciemności zobaczyli błyski. Początkowo myśleli, że się pan wygłupia, ale jeden odczytał sygnał ratunkowy Morse’a i wyszli z budynku. Leżał pan ze sto metrów dalej, ale w zupełnej ciemności. Nie zauważyliby pana aż do obchodu nad ranem… przynajmniej tak mówili. Ma pan bardzo gadatliwych znajomych. Ostatecznie zostali stąd wyproszeni, temu nie zaczekali, aż się pan obudził.
Przyglądał się uważnie, jak z powagą i odrobiną niedowierzania tłumaczyła mu to wszystko. Nie wydawała się kłamać, nie miałaby powodu sobie z niego tak żartować. A mimo to…
- Nie pamiętam, bym świecił w ich stronę.
- A pamięta pan cokolwiek z tej nocy?
- Niewiele… - musiał przyznać niemrawo, choć strzępy obrazów już dawno wróciły do niego i zdążył się nad nimi zamyślić – Majaczyłem… zdawało mi się, że rozmawiam z… tak, sporo majaczyłem. Nie jestem niczego pewien.
- Musiał pan instynktownie się ratować. Ma pan jakieś przeszkolenie taktyczne, czy coś w tym stylu? Niewielu ludzi w takim stanie byłoby zdolnych nadać S.O.S. latarką…
Powinien jej odpowiedzieć, wyjaśnić lub chociaż podjąć tego próbę. Była naprawdę miła i naprawdę mu pomogła. W tej chwili jednak nie potrafił się skupić nawet nad własnymi myślami. Usiłując ukryć poruszenie, spojrzał na nią uważnie.
- Czy znaleziono przy mnie latarkę?
- Nic mi o tym nie wiadomo. Jeśli jednak nie, to na pewno jest gdzieś w śniegu.
On z kolei był pewien, że jej tam nie ma. Podobnie, jak doskonale pamiętał, że wychodząc na wybieg zabrał ze sobą jedynie krótkofalówkę.
Zdołał opanować nawał myśli na tyle, by podziękować jej za wszystko i popaść w ciężką zadumę dopiero, gdy został na moment sam.
Wspomnienie obcej zupełnie, pozbawionej rysów, wyrazu i cech szczególnych twarzy, w której on widział kontur dobrze znanej mu, drogiej osoby, powróciło z całą mocą, tak różną od mglistych, bezsensownych skrawków majaków, które czasem przypominają się po gorączce. Pomyślał o głosie, którego barwy nie potrafił sobie przypomnieć, jakby nigdy go tak naprawdę nie słyszał… choć zarazem słowa, które wypowiedział, zapadły mu głęboko w duszę. O oczach, które patrzyły na niego bez wyrazu i przy tym oddawały tak głęboką tęsknotę, taki żal… taki gniew, gdy chciał się poddać.
Pamiętał rozmowę z duchem, którego nie było i drogę, którą przebył tylko dzięki niemu. Pamiętał swoją własną rozpacz i determinację, pamiętał, jak zjawa wyliczała mu co go spotkało i co spotka z jego winy Wilmowskich, jeśli się podda i po prostu umrze. Pamiętał, że wywrócił się bez zmysłów w śnieg i nigdy nie sięgnął po żadną latarkę…
Jego wzrok padł znów na ekran telefonu. Andrzej wydzwaniał do niego osiemnaście razy, Anna dwanaście, Tadek siedem. Ilości nieodczytanych SMS-ów nawet nie dzielił pomiędzy nich. Przez moment po prostu patrzył na ten licznik. Nie było go tylko dobę. Tylko jeden dzień zniknął… i to prawie na dobre. Tylko przez jedną noc i jeden dzień nie odbierał od nich telefonów.
Miał cholerne szczęście.
Wybrał numer Andrzeja, uprzednio oddychając głębiej przez chwilę głębiej, by w miarę możliwości zabrzmieć jak najbardziej naturalnie i nie wywołać u nikogo paniki.
- Pan Smuga! – znajomy, przejęty głos zabrzmiał mu przy uchu zaraz w kolejnej chwili i choć zamierzał od razu prosto i szczerze im wyjaśnić, co się stało, nie zdołał opanować uśmiechu.
- Cześć, Tomku – naprawdę miło było go usłyszeć – Posłuchaj, bardzo cię przepraszam, że dzwonię dopiero teraz i nie przyszedłem na obiad urodzinowy, za nic bym tego nie przegapił… - chciał wyjaśnić w jakiś ocenzurowany sposób, że wylądował w szpitalu, ale Tomek wszedł mu natychmiast w słowo, ledwie Smuga zrobił krótką przerwę na oddech.
- Nie szkodzi! Tata mówi, że pan pewnie śpi, bo pan w nocy pracował. Ale na tort na pewno pan przyjdzie! Przyjdzie pan, prawda? Idzie pan już? Gdzie pan jest? – szelest po drugiej stronie upewnił go, że Tomek już wspinał się na okno, by wyjrzeć na ulicę.
Nie było go tylko jeden dzień. Przegapił tylko jeden obiad. Szczery entuzjazm w głosie chłopca dudnił mu w uszach mocniej niż najgłośniejszy dzwon i najpiękniejsza melodia.
- Na razie nie idę. Przyjdę, na pewno przyjdę. Przepraszam cię, ja… - chciał powiedzieć „rozbiłem sobie głowę i jestem w szpitalu”, ale ugryzł się w język – Ja będę najszybciej jak to możliwe, dobrze?
- Dobrze – Tomek nawet się nie zastanowił – Pokażę panu jakie sanki dostałem! Są genialne! Pójdziemy z nimi na górkę jutro! Pójdzie pan? Tata chce nam zrobić ślizgawkę, żeby szybciej jechały!
- Tomku? – stłumiony odległością głos po drugiej stronie przedarł się przez rozmowę.
- Przepraszam cię, Tomku, zaraz porozmawiamy, dobrze? Póki co, życzę ci wszystkiego najlepszego i daj proszę telefon tacie, dobrze?
- No dobrze – tym razem chłopiec niezbyt się z tego cieszył.
- I na pewno pójdę z wami na sanki… i pomogę ze ślizgawką na górce – obiecał, odratowując jego zapał.
Radosny monolog Tomka docierał do niego jeszcze długo po tym, jak sam Tomek zniknął z rozmowy, przekazując telefon.
- Janku? – wyraźnie zaniepokojony głos wydał mu się zarazem tak pełen otuchy, że w pierwszej chwili nawet się nie odezwał – Coś się stało, prawda? Gdzie jesteś? Co się dzieje? Zajrzałem do ciebie do domu, nie było nikogo, dzwoniłem do zoo, ale tam jest dzienna zmiana i nikt nic nie wie…
- Jest lepiej, niż mogłoby być – zaczął wreszcie cicho, próbując go całkowicie nie zdruzgotać – Mogło być źle. Było źle. Ale już jest lepiej, już jest prawie, że dobrze. Jestem w szpitalu, tylko proszę, nie denerwuj się.
- Jestem zupełnie spokojny! – ofuknął go Andrzej bardzo nieswoim, niemal niezrozumiałym z napięcia głosem – Aniu! Aniu, chodź tutaj…
- Tak, to brzmi bardzo spokojnie…
- Ty mnie nie denerwuj!
Smuga nie był pewien, czemu zaczął się wtedy śmiać. Zakrył tylko usta dłonią, by go nie słyszeli. Choć wszystko go bolało, nie walczył z tym, jak zadrżały mu barki. Przymknął oczy i na moment znów widział przed nimi wspomnienie lśniącej na mdło niebieski kolor twarzy. Wszystkim, co słyszał był szum Wilmowskich, usiłujących dowiedzieć się czegokolwiek od siebie nawzajem, co było tyleż trudniejsze, że nic im jeszcze nie powiedział.
Za oknem delikatnie prószył śnieg, a jazgoczące w sąsiedniej salce radio wypluwało z siebie kolejne zniekształcone szumem wersy „Cichej Nocy”.
Wiwatów krzyczeć nie zamierzał i za Scrooge’a dalej się nie uważał, ale tak dziwnie spokojny w święta nie czuł się od bardzo wielu lat.
- Muszę wam co opowiedzieć – zaczął, kilka godzin później, gdy już wykombinowali, jak mógł się przywitać z dziećmi, skoro ani wstać i dać się uściskać, ani piątki przybić na razie nie miał jak, a na łóżko Anna zabroniła im wchodzić – Nie wiem tylko, czy mi uwierzycie…
Został uściśnięty przez nich wszystkich kolejno w łokieć, by nie urażać opatrzonych dłoni. Wilmowscy wymienili się spojrzeniami.
- Możesz na nas liczyć, Janku – nie wiedział, co było w tych ludziach takiego wyjątkowego, ale nawet szumne frazesy brzmiały całkowicie wiarygodnie od nich i czuł, że naprawdę mają to na myśli.
Może równie poważnie mieli na myśli wszystko, co dotąd mówili…
- Zacznijmy od tego, że od przyszłego roku, dla bezpieczeństwa, będę siedział u was przez święta…
