Chapter Text
- Giń! - wykrzyczał Diluc, po czym przybił Maga Otchłani do ziemi swoim claymorem. Ten momentalnie stał się tylko bezwładnym ciałem."Albo kłamał, albo to tylko następny pachołek" , pomyślał i westchnął. Kolejna bezsensowna walka, po której nic się nie dowiedział. Z każdą kolejną robił się coraz bardziej niecierpliwy i zmęczony.
W podróż wyruszył gdy tylko dostał informacje o podejrzanej aktywności potworów w okolicy miasta. Stawały się one bardziej agresywne i podchodziły coraz bliżej bram. Po przeszukaniu jednego z obozowisk, znalazł list, z którego treści wynikało, że ktoś próbuje przejąć kontrolę nad Hilichurlami. Nie podobało mu się to. Od tego czasu minął już ponad miesiąc i wciąż wiedział tyle o ich planach, co na początku. Sfrustrowany oparł się o swój miecz i dopiero wtedy zauważył że jeden z ataków Maga trafił go w rękę.
- Szlag by to - mruknął do siebie po czym wyciągnął z torby podróżnej bandaż i opatrzył ranę. "Robię się coraz wolniejszy" skarcił się w myślach. Z westchnieniem wziął torbę i broń na plecy, po czym wyruszył w dalszą drogę.
Podczas wędrówki jednym towarzyszem był mu miecz i jego jastrząb, co jakiś czas przynoszący listy. Większością z nich były regularne raporty dotyczące sytuacji w mieście i winiarni. Tylko dzięki nim utrzymywał jakiekolwiek poczucie czasu. Rzadko odpisywał, wiedział że Elzer świetnie daje sobie radę w zarządzaniu dobytkiem Ragnvindrów. W końcu to właśnie on i Adelinde opiekowali się winiarnią podczas jego czteroletniej nieobecności.
Cztery lata. Tyle czasu przemierzał Teyvat w poszukiwaniu odpowiedzi na pytania dręczące go od momentu napadu na konwój jego ojca przez straszliwą bestię. Czym była dziwna moc, której użył Crepus, a która doprowadziła do jego śmierci? Jak wpadła w jego ręce? I wreszcie, co ma teraz zrobić?
Wcześniej wszystko było takie proste. Mimo swojej pozycji jako Kapitan Kawalerii, nie przestawał ćwiczyć dalej, by stać się jeszcze lepszym. Do działania zachęcały go pochwały ojca, człowieka, którego cenił najbardziej w swoim życiu. Wyraz dumy na jego twarzy był najlepszą nagrodą, jaka mogła go spotkać. Jednak te czasy już dawno minęły. Teraz wszystko jest inaczej.
Zamyślony prawie przeoczyłby unoszący sie niedaleko słup dymu. Ostrożnie podszedł bliżej, by zobaczyć co to takiego. Wyglądając zza krzaków, było można zaobserwować obozowisko. Cicho stawiając kroki zbliżył się, ale nikogo tam nie było. Cisza. Jedynym dźwiękiem było skwierczenie dogasającego ogniska i ćwierkanie ptaków. Po chwili jednak nawet one ucichły. "Gdzie wiatr?" pomyślał "w końcu jesteśmy w Mondstadt..." Nie zdążył jednak dokończyć myśli, gdyż usłyszał trzask łamanych gałęzi i nim zdążył cokolwiek zrobić, został otoczony przez potwory. Wyciągnął claymore i przyjął pozę do walki, jednak one nie atakowały. Jakby czekały na czyiś rozkaz...
- Proszę, proszę. A kogo my tu mamy? - odezwał się z tyłu skrzeczący głos. Natychmiast się obrócił i zobaczył szybującego w jego stronę Pyro Maga Otchłani. - Diluc Ragnvindr, zwany też przez niektórych jako Rycerz Zmroku...
- Czego ode mnie chcecie? - zapytał przez zaciśnięte zęby. Trybiki w jego głowie pracowały na najwyższych obrotach, próbując znaleźć wyjście z sytuacji. W tym samym czasie Mag Otchłani wydał Hilichurlom kilka rozkazów w nieznanym języku, a te zacieśniły krąg wokół mężczyzny.
- Obserwujemy cię od dłuższej chwili. Musimy przyznać, że twoje wyczyny są imponujące. Jednak nie możemy pozwolić na to, aby jakiś człowiek dziesiątkował nasze oddziały. Tak więc... szykuj się na śmierć - powiedział Mag, po czym bez ostrzeżenia zaatakował.
Diluc ledwo dał radę uniknąć płomienia wystrzelonego w jego stronę. Jednocześnie pozostałe potwory również ruszyły do ataku. Nie był to pierwszy raz kiedy był w takiej sytuacji, jednak tym razem wrogów było za dużo, a zmęczenie długą podróżą również nie pomagało. Jego ataki stawały się coraz wolniejsze, a uniki mniej dokładne. W pewnym momencie poczuł jak jego ramię przeszył palący ból. Syknął przez zęby jednak nie przestawał walczyć. Napełnił swój claymore mocą Pyro i zaczął nim wymachiwać, siejąc wokół siebie śmierć i zniszczenie. Wokół niego paliła się już trawa, a on sam był poharatany, ale nie mógł się poddać. Kiedy w jego bok trafiła strzała jednego z Hilichurli, na chwilę zabrakło mu powietrza w płucach. Musiał skończyć tę walkę jak najszybciej. Rozejrzał się w pośpiechu szukając czegoś, co mogłoby posłużyć do zniszczenia tarczy Maga. Niedaleko zauważył mały staw. Pomału zaczął wycofywać się w jego kierunku, a Mag próbując teleportować się za nim, wpadł prosto w pułapkę i wkrótce nie było już po nim śladu. Część wrogów gdy to zobaczyła zaczęła uciekać, a Diluc szybko uporał się z pozostałymi.
Kiedy po walce pozostała już tylko spalona trawa i gdzieniegdzie plamy krwi, a poziom adrenaliny w ciele mężczyzny zaczął spadać, zdał sobie sprawę z tego, że jest ranny. Próbując oszacować obrażenia pokuśtykał do najbliższego drzewa i opierając się o nie ciężko usiadł. Spróbował zatamować krwawienie w boku, jednak bandaż przesiąkał gdy tylko przyłożył go do ciała. Oprócz tego miał jeszcze rany na rękach oraz brzydkie poparzenie na nodze. "Muszę kogoś zawiadomić" pomyślał, po czym ostrożnie wyciągnął papier, atrament oraz pióro z torby i zaczął pisać. Szło mu to mozolnie, jednak po jakiś piętnastu minutach list był gotowy. Z wysiłkiem zagwizdał by wezwać swojego ptaka i gdy ten przyleciał, resztkami sił przywiązał mu złożoną kartkę do nogi.
- Leć, znajdź ją i dostarcz jej ten list - wyszeptał, po czym osunął się w ciemność.
___________________________________________
Dla Jean był to kolejny typowy dzień w pracy jako Działająca Arcymistrzyni Rycerzy Fawoniusza. Mimo że pracowała od świtu, sterta papierów na jej biurku nie malała ani o trochę. Oprócz codziennych spraw takich jak pomoc mieszkańcom lub listy do Arcymistrza Varki, w ostatnim czasie doszła do nich sprawa Sił Otchłani. Potwory zaczęły być coraz pewniejsze siebie, napadając na transporty handlarzy i podchodząc praktycznie pod same mury miasta. Właśnie podpisywała list z poleceniem do Huffmana o wystawienie dodatkowej straży przy głównej bramie, kiedy usłyszała pukanie w okno. Zdziwiona spojrzała w tamtą stronę i zobaczyła na parapecie znajomego jastrzębia z przywiązanymi do nogi dwoma kartkami papieru. Było to o tyle dziwne, że nie oczekiwała na żadną wiadomość. Gdy uchyliła okno, ptak posłusznie wystawił nogę, czekając aż Jean odwiąże od niej starannie złożony list. Po rozłożeniu pergaminu, jej oczom ukazało się znane jej pismo. Nie była jednak tym razem elegancko napisana wiadomość, lecz skrobana niedbale notatka. Litery wyglądały na pisane w pośpiechu, a sama kartka była poplamiona pomału zasychającą krwią. Niepokój zaczął rodzić się w jej sercu, a z czasem gdy czytała treść, krew odpłynęła jej z twarzy.
Do J.G.
Siły Otchłani coś knują. Zostałem zaatakowany, nie wiem czy się z tego wyliżę. Ale w tej chwili nie to jest ważne. Musisz bronić naszego miasta. Na drugiej kartce są rozkazy, które znalazłem przy Magu Otchłani. Planują atak na miasto. Uratuj je, proszę. Przekaż Ezlerowi, żeby zajął się majątkiem. Będzie wiedział co robić.
Diluc
Po chwili szoku otrząsnęła się i podeszła do biurka, wyciągając pergamin i pisząc na nim krótką wiadomość. List od Diluca schowała do kieszeni munduru. Po chwili wezwała do siebie rycerza stojącego za drzwiami, każąc mu dostarczyć list z rozkazami do Kaeyi. Ten zasalutował i pobiegł w stronę gabinetu Kapitana Kawalerii, a ona sama udała się do wyjścia z budynku, ledwo powstrzymując się od biegu. Stojący w drzwiach wartownik spojrzał na nią że zdziwieniem i próbował o coś spytać, jednak Jean uciszyła go ruchem dłoni i wyszła na zewnątrz. Od razu skierowała się w stronę stajni, odprowadzana przez pytające spojrzenia. Szybko osiodłała konia i galopem wyruszyła na poszukiwania.
Pierwszym miejscem do którego się udała była Winiarnia Świtu. Jako iż nie miała żadnych poszlak, musiała spytać służbę o miejsce, gdzie udał się ich pan.
Gdy dotarła na miejsce, szybko zeskoczyła ze zmęczonego wierzchowca i pobiegła do głównych drzwi posiadłości. Zapukała i prawie od razu otworzyła jej Adelinde.
- Jean? Co tutaj robisz? Wejdź może do środka, wyglądasz na zmęczoną.
- Nie ma czasu na zbędne formalności. Wiesz może, gdzie udał się Diluc? - zapytała ze słyszalnym napięciem w głosie, co nie umknęło uwadze pokojówki.
- Ostatnią wiadomość od Pana Diluca otrzymaliśmy dwa dni temu. Pisał w niej, że znajduje się koło Doliny Spadających Gwiazd. Jean, dziecko, wyglądasz na zmartwioną, coś się stało? - W odpowiedzi Jean wyjęła z kieszeni i podała jej list, który kobieta zaczęła od razu uważnie studiować. Po przeczytaniu treści jej twarz stężała, a usta zacisnęły się w wąską linię. Po chwili odwróciła głowę i zawołała w głąb domu, przywołując służbę. Z pokoju obok podszedł do niej młody mężczyzna.
- Zajmijcie się proszę wierzchowcem Arcymistrzyni i osiodłajcie naszego najszybszego konia.
- Tak jest - odpowiedział, po czym udał się ze zwierzęciem w stronę stajni. Adelinde spojrzała na Jean, po czym powiedziała jej, by poszła za nią. Ta kiwnęła głową i wkrótce obie były na miejscu. Oczekiwał tam na nie koń, gotowy do podróży. Kiedy zwierzę je zauważyło, parsknęło przyjaźnie i zatupało kopytami.
- To nasz najnowszy nabytek. Pan Diluc kupił go od poprzedniego właściciela po tym, jak wygrał wyścig. - Otrząsnęła się jednak i powiedziała - Leć, nie zatrzymuje cię już dłużej. Uważaj na siebie i proszę, przyprowadź go do domu - powiedziała z troską w głosie. Jean kiwnęła głową po czym wsiadła na konia i wyruszyła w kierunku, gdzie prawdopodobnie właśnie umierał jej dawny przyjaciel. Cicho modliła się do Barbatosa, aby pomógł mu wytrzymać jeszcze chwilę.
Gdy dotarła na miejsce, od razu poczuła z oddali delikatny zapach spalenizny. Natychmiast skierowała się w tamtą stronę, a widok pobojowiska który tam zastała, zmroził jej krew w żyłach.
