Actions

Work Header

Młodości rozmach bezczelny (czyli sceny z jednego krakowskiego mieszkania)

Summary:

"Któregoś dnia, powtarzał sobie w myślach Tadeusz, próbując znaleźć cokolwiek przypominającego kawę w kuchennych szafkach, któregoś dnia Witkacy nauczy się nie trzaskać drzwiami. I robić zakupy zgodnie z listą wywieszoną na lodówce. I może nawet umyje po sobie kubki, zwłaszcza ten, który jest jednocześnie ulubionym kubkiem Tadeusza.

A któregoś dnia świnie zaczną latać."

 

Znane również jako: Modern AU ze wszystkimi możliwymi kliszami, bo każdy fandom musi je mieć!

Notes:

Ostatnie, czego bym się po sobie spodziewała, to napisanie tego fika. A jednak.

Napisane totalnie dla funu (i twitterowej banieczki, mam nadzieję, że was ten fik nie zawiedzie, kochani!), cały research do tego zawiera się w dwóch stronach na Wikipedii i połowie biografii (jeśli napisałam jakieś głupotki o studentach medycyny to serdecznie przepraszam) i przeniosłam całe zakopiańskie towarzystwo do Krakowa, bo mi się tak podobało. I tyle. Mam nadzieję, że będziecie się bawić tak dobrze przy czytaniu, jak ja bawiłam się przy pisaniu!

Bety brak, za wszelkie braki przecinkowe i zawikłane struktury gramatyczne jestem odpowiedzialna tylko i wyłącznie ja.

Tytuł pożyczony od Tadeusza Boya-Żeleńskiego, z wiersza Spowiedź Poety, zawartego w zbiorze Słówka.

Work Text:


 

 

Był czwartek, a Tadeusz po raz dwunasty (w tym dniu) zastanawiał się nad sensem swojego życia.

 

To całkiem dobry wynik, jeśli weźmie się pod uwagę fakt, że jest się (zmęczonym) studentem medycyny i żyje się z ludźmi, którzy nie mają za grosz szacunku do swoich śpiących po dyżurze współlokatorów.

 

Któregoś dnia, powtarzał sobie w myślach Tadeusz, próbując znaleźć cokolwiek przypominającego kawę w kuchennych szafkach, któregoś dnia Witkacy nauczy się nie trzaskać drzwiami. I robić zakupy zgodnie z listą wywieszoną na lodówce. I może nawet umyje po sobie kubki, zwłaszcza ten, który jest jednocześnie ulubionym kubkiem Tadeusza.

 

A któregoś dnia świnie zaczną latać.

 

– Robisz kawę, Tadziu? Zrób mi też, z cukrem – proszę bardzo, o wilku mowa. Witkacy, w pełni glorii i chwały wparadował do kuchni, ignorując burdel w zlewie i na blatach, jakby nie był odpowiedzialny za jego wytworzenie. Miał na sobie najdziwniejszy zestaw ubrań: białą koszulę, sweter w jodełkę (Tadeusz był prawie stuprocentowo pewny, że należał on do Bronia), spodnie z parzenicami i różowe, puchate kapcie. Całość zwieńczał beret i ogromne gogle, które miał na twarzy. Tadeusz nie umiał znaleźć ani jednego wytłumaczenia dla tego stroju i nawet nie chciał go szukać, zwłaszcza że Witkacy miał wiele wad, ale jego wyczucie stylu zwykle było dość dobre. 

 

– Jak jakąś znajdę – odburknął Tadeusz, bo ciągle nie znalazł kawy.

 

Witkacy jednak nie wyłapał subtelnej prośby o uprzejme wypierdalanie z kuchni, którą Tadeusz próbował przekazać swoim jakże radosnym usposobieniem i zaczął beztrosko smarować kromkę masłem.

 

Był czwartek, ósma rano, a Tadeusz miał dość.

 

– Witkacy?

 

Odpowiedziało mu mruknięcie znad gazety.

 

– Co robi kawa w lodówce? – zapytał Tadeusz, bo w istocie, tam właśnie znalazł opakowanie kawy, której, jak był pewny, jeszcze wczoraj tam nie było.

 

– A skąd ja mam to wiedzieć, Żeleński, czy ja wyglądam ci na wróżkę?

 

– Wyglądasz mi na kogoś, kto wkłada kawę do lodówki – wymamrotał, korzystając z błogosławieństwa bycia zagłuszonym przez płynącą do zlewu wodę, bo oczywiście, w domu nie było ani jednego czystego kubka. Tadeusz mógł się założyć o dychę (której nie miał), że przynajmniej ze trzy widział ostatnio w pokoju Witkacego (i każdy z nich miał w środku dwa pędzle; Tadeusz nie wiedział, czy te pędzle trafiały tam przypadkiem podczas malowania, czy Witkacy zastępował nimi łyżeczki, bo w szufladzie oczywiście żadnych nie było).

 

Woda gotowała się w ich antycznym czajniku całą wieczność. Wieczność, którą obaj spędzili w ciszy – Tadeusz był zbyt zmęczony, żeby zrobić cokolwiek poza oparciem się o blat i tępym patrzeniem się przez okno, a Witkacy nie odrywał wzroku od swojej gazety, co jednak nie przeszkadzało mu w smarowaniu następnej kromki chleba.

 

To nie tak, że Tadeusz nienawidził swojego współlokatora. No dobrze, może o trzeciej w nocy trochę go nienawidził, ale jeśli dżentelmen nie potrafi zamknąć papy o takiej godzinie, to inny dżentelmen, dzielący z nim pokój przez ścianę, ma prawo trochę go nienawidzić. Nie, Tadeusz miał inny problem ze Stanisławem Witkiewiczem, a mianowicie: trochę mu zazdrościł. Ale tylko trochę. Ociupinkę. Ciut ciut.

 

Witkacy miał łatwość nawiązywania kontaktów z ludźmi, której Tadeusz nie widział u nikogo innego. Owszem, generalnie nie przepadał za przynajmniej połową z poznanych osób, ale jakoś i tak schodzili się w ich mieszkaniu przynajmniej raz na dwa tygodnie (Tadeusz również zazdrościł Josephowi, który miał szósty zmysł w wyczuwaniu kiedy można zastać połowę Krakowa rozsianych między kuchnią, a pokojem Witkacego i po prostu nie wracał wtedy do domu). Witkacy prawie zawsze wyciągał go z jego własnej dziupli, bo “brakuje nam czwartego do brydża, Tadziu”, nie żeby Tadeusz stawiał zbyt wielki opór. 

 

Stanisław brylował w towarzystwie. A Tadeusz nigdy nie spuszczał z niego wzroku.

 

Gwiżdżący czajnik wyrwał go z zadumy.

 

– Następnym razem dostaniesz bezkofeinową – powiedział Tadeusz, stawiając przed Witkacym kubek z najbardziej fusiastą, czarną kawą jaką można było dostać po tej stronie Wisły.

 

– Tadeusz, nie bluźnij – odparł Witkacy, rzucając w jego stronę paczkę fajek, żeby się poczęstował. Tadeusz bez słowa wyciągnął jedną, włożył do ust, chwycił swój własny kubek z kawą i wyszedł. Daleko nie uszedł, kiedy dosięgł go krzyk Stanisława:

 

– Tadziu, gdzie mamy cukier?!

 

Ale to już nie był jego problem w dniu dzisiejszym.

 


 

 

Tadeusz lubił mieszkanie, które wynajmował wraz z trzema wariatami (w zasadzie to dwoma, bo a) mieszkanie tak naprawdę należało do Josepha, ale było za duże tylko dla niego, a z powodu długich podróży i tak rzadko w nim bywał oraz b) Joseph nie był wariatem; no dobra, może był, ale tylko trochę). Było przestronne, jasne i w dobrej lokalizacji. Swoich współlokatorów też lubił – a najbardziej to, że wszyscy byli zgodni, że nie jest wymagane bycie cywilizowanym członkiem społeczeństwa przed dziewiątą rano; że jakimś cudem w domu zawsze były najpotrzebniejsze rzeczy, niezależnie od tego, ile ich schodziło (kawa, chleb, ogórki kiszone, pół litra czystej i boczek do kanapek); że czasami nawet jedli razem kolację, rozmawiając (bądź kłócąc się) o najróżniejszych rzeczach.

 

Były też rzeczy, których nie lubił – tego, że w przedpokoju zawsze potykał się o czyjeś buty; że Broniu zawsze gubił pieniądze i potem szukał ich na ostatni moment; że w łazience leżały mokre ręczniki, których nikomu nie chciało się powiesić ich na grzejniku; że ktoś wyjadał część z obiadu, który Tadeusz zostawiał sobie na drugi dzień.

 

Były również momenty, których ocena musiała ulec odroczeniu w czasie, bo nastawienie do nich zależne były od dość zmiennego nastroju Tadeusza (który opierał się zwykle na wypitej przez niego kawie, ciśnieniu atmosferycznym, ilości idiotycznych pytań, na które musiał w danym dniu odpowiedzieć oraz tramwajach, które miały tendencję do uciekania mu prosto sprzed nosa). Te momenty były również znane jako “Witkacy organizuje imprezę”. Był również wariant odrobinę potężniejszy, pod tytułem “Witkacy i Malinowski organizują imprezę”. O ile te pierwsze mogły oznaczać schadzki ludzi od trzech do trzydziestu osób i przeważnie były mniej bądź bardziej kulturalne, to te drugie zwykle wiązały się z ciężką popijawą, po których wszyscy, łącznie z Tadeuszem, ciężko zgonowali.

 

I była też ta jedna rzecz, którą notorycznie robił Witkiewicz. 

 

Portretował ludzi.

 

To może trochę głupiutkie ze strony Tadeusza, być tym zaskoczonym, gdyż Witkiewicz mimo wszystko był studentem ASP, więc powinien się czegoś takiego po nim spodziewać. Jego prace były wszędzie, mieszkanie nie raz wypełniał zapach terpentyny, a ręczniki kuchenne regularnie były uwalone pastelami. Tadeusz nie raz siedział w kuchni, gotując coś czy czekając aż zagotuje mu się woda na herbatę i obserwował kątem oka pochłoniętego pracą młodego artystę. 

 

W takich momentach wychodziła na wierzch inna jego cecha charakterystyczna, na którą Tadeusz po prostu nie mógł przestać zwracać uwagi kiedy już raz ją zauważył: Staś miał niespokojne ręce.

 

Jeśli nie malował obrazów, to szkicował coś na jakiejkolwiek pobliskiej kartce, zwłaszcza jeśli rozmawiał z kimś przez telefon. Jeśli nie szkicował czegoś, to obracał w rękach jakąś pierdółkę, którą od kogoś dostał. Jeśli nie obracał pierdółki, to gestykulował. Wybijał rytm do muzyki, zawsze wypełniającej eter mieszkania. Bawił się sztućcami. Tasował karty, polewał wódkę, chwytał na przywitanie cudze ręce, płaszcze, twarze. Zapalał papierosy, sobie i innym ludziom, a potem je gasił. Szukał drobnych po kieszeniach, a potem obracał monety na kostkach paliczków, w prostej, jarmarcznej sztuczce, która zawsze wywoływała uśmiech na twarzach gości. I rzucał wszystkim w każdego, kto tylko poprosił go o podanie jakiegoś przedmiotu (i jakimś cudem, zawsze trafiał do celu – chyba że był już bardziej chodzącą gorzelnią niż człowiekiem, wtedy horrendalnie pudłował).

 

Ale przede wszystkim portretował ludzi.

 

To Joseph zwrócił uwagę na to, że Witkacy wyraża swoje zainteresowanie ludźmi poprzez prośby o zapozowanie do portretu. Tadeusz, oczywiście, był świadomy procederu, który zwykle kończył się nieznajomą mu kobietą (w przeróżnych stadiach negliżu), która spijała w kuchni Tadeuszową, zrobioną w wielkim pośpiechu, poranną kawę. Nigdy wcześniej jednak nie wywoływał w nim takiego uczucia jak teraz. Gdyby nie wiedział lepiej, to powiedziałby sobie, że powinien odstawić kofeinę, gdyż takie bóle w klatce piersiowej nie powinny przytrafiać się mężczyźnie w jego wieku. 

 

Parę prawd na tym świecie było niezmiennych. Słońce wschodziło na wschodzie, Tadeusz kontynuował nadmierne spożycie kofeiny, a Witkacy portretował ludzi, z którymi chodził do łóżka. 

 

(I może to właśnie dlatego Staś nigdy nie zapytał Tadeusza, z tym rozbrajającym uśmiechem, roztapiającym nawet najtwardsze z serc, czy nie zapozowałby mu “na minutkę tylko” do rysunku.)

 


 

 

To nie była pierwsza taka sytuacja, a co więcej, Tadeusz mógł się założyć o wszystkie pieniądze świata (mimo że nie powinien), że nie była ona również ostatnia.

 

Rzecz była w tym, iż Tadeusz, pomimo tego, że generalnie nie miał problemów z zasypianiem, spał dość lekko. Mając pierwszy pokój od wejścia, Tadeusz uważał to za irytujące (to eufemizm), gdyż Joseph czasami wracał do domu w środku nocy, zapominając że jest środek nocy i jego walizki można było usłyszeć już na parterze; Broniu nie zachowywał się ciszej, kiedy wracał (zwykle ze Stasiem i towarzystwem) do domu, również w środku nocy. Witkacy zwykle zachowywał się głośno niezależnie od pory dnia, ale jeśli chodzi o Witkacego to jedna rzecz w jego zachowaniu była znamienna, zwłaszcza jeśli wracał do domu bez towarzystwa i Tadeusz nie wiedział jak ma się do niej ustosunkować.

 

Witkacy czasami zapominał drogi do swojego pokoju.

 

Tak, Tadeusz również uważał to za kuriozalne, gdyż mieli pokoje obok siebie, a w ich mieszkaniu naprawdę trudno było się zgubić. Ale czasami, kiedy w ich domu była, dla odmiany, błoga cisza, Tadeusza ze snu wyrywało delikatne skrzypienie starych, drewnianych drzwi. Witkiewicz był cicho tylko wtedy, kiedy chciał – gdy wchodził do jego pokoju, można było pomylić go z duchem młodopolskiego poety, ciągle nawiedzającego ściany, które sobie przed laty ukochał. Tadeusz jednak zawsze wiedział, zawsze słyszał, zawsze wyczuwał. 

 

Tak samo cicho wślizgiwał się do łóżka, które było na tyle duże, żeby dwie osoby mogły wygodnie w nim leżeć, lecz też na tyle małe, żeby nie dało się nie czuć bliskiej obecności śpiącego. Tadeusz zwykle spał plecami do drzwi, na prawym boku, więc Witkacy, kładąc się obok niego, leżał za nim, prawie chowając twarz w jego karku (jednak nigdy tego nie zrobił; były noce, podczas których Tadeusz nie umiał z powrotem wrócić do snu, bo na jawie trzymała go fantazja o chwili, w której Staś jednak przesuwa się parę centymetrów w jego stronę). I za każdym razem Tadeusz wiedział, kiedy Witkacy wkradał się do jego łóżka ( do jego serca ), bo budził się, żeby go zapytać:

 

– Co robisz, Stasiu?

 

A Staś odpowiedzi miał mnóstwo:

 

– Mój pokój jest za daleko.

 

Albo:

 

– W moim pokoju jest za zimno.

 

Lub:

 

– W moim łóżku już ktoś śpi.

 

Raz nawet nie krył się zbytnio i powiedział:

 

– Smutno mi było samemu.

 

(Tadeusz podejrzewał, że powiedział to tylko dlatego, że wyczuł, iż tego dnia Tadeusz był wyjątkowo zmęczony i nawet skrzypiące drzwi go ledwo co wybudziły.)

 

Tym razem było tylko trochę inaczej. Tadeusz leżał plecami do drzwi, a Staś, cichutko jak myszka, wślizgnął się pod koc. Nie usłyszał jednak pytania, bo Tadeusz stwierdził, że nie ma sensu go zadawać – skoro do tej pory Witkacy nie przestał zapraszać się na niespodziewane nocowanie w pokoju Tadeusza, to już raczej nie zmieni swoich przyzwyczajeń. Zresztą, sam Tadeusz przyzwyczaił się do tego nocnego procederu i nawet go polubił (nie, żeby przyznał się głośno do tego, że były dni, kiedy wręcz brakowało mu jego obecności i cichego oddechu za plecami).

 

Jednak nie tylko ten drobny szczegół wyróżniał tę noc od innych. Tadeusz zazwyczaj spał spokojnie i rzadko kiedy pamiętał sny, chyba że były wyjątkowo kuriozalne. Tym razem, wyprostowany jak struna, wpatrywał się w ciemną pustkę pokoju, oddychając płytko w nieudanej próbie odzyskania kontroli nad sobą i swoimi galopującymi w panice myślami.

 

Cichy szelest materiału nie wystarczył, żeby wyrwać go z zadumy, ale głos, wołający jego imię, już tak.

 

– Tadziu? – wymamrotał Staś, który chyba nie do końca się obudził, ale jakimś cudem wydawał się wiedzieć, że coś jest nie tak. – Koszmar miałeś?

 

Tadeusz wydał z siebie dźwięk, który w odpowiednich okolicznościach mógł być uznany za twierdzący.

 

– Chcesz o tym pogadać?

 

Pocierając mostek, Tadeusz położył się z powrotem (nawet nie pamiętał kiedy usiadł!), tym razem jednak ułożył się na drugim boku, twarzą do Witkacego.

 

– To nic takiego – wyszeptał Tadeusz, przełknąwszy ciężko ślinę.

 

– Nieważne, powiedz mi, co ci się śniło.

 

Tadeusz leżał chwilę w ciszy, przyzwyczajając się do ciemności, a przede wszystkim zbierając myśli.

 

– To nie był taki straszny koszmar per se, ale… Śniło ci się czasem, że jesteś w miejscu, z którego nie umiesz wrócić do domu i z jakiegoś powodu napawa cię to wielkim niepokojem? Albo że musisz gdzieś wystąpić i się spóźniasz?

 

– Nie, ale czasami śni mi się, że wszystkie moje płótna stają się na powrót białe tuż przed wystawą.

 

Och, oczywiście. Nie wszyscy tak nienawidzili się spóźniać jak Tadeusz Żeleński.

 

– No więc wiesz, że to nie jest tak do końca koszmar, ale w jakimś sensie, to jednak jest bardzo koszmarny scenariusz – Tadeusz westchnął ciężko i obrócił się na plecy. Wpatrywanie się w śnieżnobiały sufit było w tym momencie znacznie lepszą perspektywą niż coraz wyraźniejsze spojrzenie Witkiewicza, które było intensywne nawet kiedy nie zwracał na ciebie zbytniej uwagi. Bycie pod jego oglądem było w tym momencie prawie nie do zniesienia. – Najgorszy wręcz.

 

– To skąd nie umiałeś wrócić do domu?

 

– Znikąd. A przynajmniej nie sądzę, że o to chodziło. Pamiętam, że ktoś wypchnął mnie na scenę w teatrze i kazał coś powiedzieć, ale nie wiedziałem co. Dziesiątki oczu wpatrywały się we mnie wyczekująco, a ja nie wiedziałem, co mam zrobić, więc zacząłem wylewać swoją frustrację na całą tę sytuację, bo była naprawdę kuriozalna. I wtedy… – jeszcze jeden ciężki oddech i potarcie mostka, prawie machinalne. – I wtedy ktoś mnie postrzelił.

 

– Co? – Tadeusz odniósł wrażenie, że w głosie Witkacego pobrzmiewało oburzenie, co szczerze mówiąc, bardzo go ucieszyło. Może i była to tylko i wyłącznie hipotetyczna sytuacja wykreowana przez jego zestresowaną podświadomość, ale tak miło zrobiło się mu na sercu.

 

– Bang i po Żeleńskim! Przeleciałem przez scenę i obudziłem się, Bogu dzięki.

 

Leżeli tak przez moment w komfortowej ciszy. Serce Tadeusza przestało w końcu galopować jak dzikie. Powiedzenie tego na głos sprawiło, że koszmar przestał być aż tak bardzo straszny.

 

W końcu Witkacy, bardzo kontemplacyjnym tonem głosu, skomentował całą sprawę następująco:

 

– Gdyby ktoś cię zabił, to znaleźlibyśmy go z Broniem i Josephem i pożałowałby swoich czynów. I nawet wykradlibyśmy cię z kostnicy, żebyś nie leżał w niej zimny i samotny.

 

Tadeusz szczerze nie wiedział jak zareagować na tę informację. Z jednej strony był to bardzo uroczy sentyment ze strony Stasia, ale z drugiej ciężko było mu wyłączyć część mózgu, która – zwykle zajęta studiowaniem medycyny – krzyczała jak bardzo zły jest to pomysł. Zresztą, gdyby doszło do takiej sytuacji, to pewnie Tadeusz zmuszony byłby zmartwychwstać, żeby wyciągnąć całą trójkę swoich współlokatorów z kicia (zakładając, że jako zmartwychwstały i na powrót funkcjonujący, a tym samym zdolny do bycia pociągniętym do odpowiedzialności karnej, członek społeczeństwa nie wylądowałby w nim razem z nimi).

 

No cóż. W każdym razie, Tadeusz wcale nie planował występów publicznych ani tym bardziej postrzałów, więc nie ma co się martwić nadaremno.

 

– Dzięki, Stasiu.

 

– Żaden problem, Tadziu. Możemy już wrócić do spania, czy coś jeszcze dręczy twoją duszę o trzeciej dwadzieścia trzy w środę? Może jakieś grzeszki, z których chciałbyś się wyspowiadać? Albo fanta–

 

Tadeusz nie dał mu dokończyć myśli, bo nie, zdecydowanie nie miał ochoty dzielić się grzeszkami, ani tym bardziej fantazjami z Witkiewiczem w środku nocy.

 

– Nie sądzę. Dobranoc, Witkacy.

 

Witkacy mamrotał przez chwilę coś pod nosem; za cicho, by Tadeusz mógł go zrozumieć. Po chwili wiercenia się w łóżku Tadeusz ułożył się na prawym boku, a Witkacy tuż za nim.

 

I równowaga we wszechświecie została przywrócona.

 


 

 

– Tadziu. Tadziu. Taaadziu.

 

– Czego chcesz, Witkiewicz? – warknął zirytowany Tadeusz, gdyż ostatnie, czego sobie w tym dniu życzył, to dystrakcje w osobie zawracających mu dupę artystów.

 

– Nudzę się. Mój talent umarł śmiercią tragiczną, nie narysowałem niczego od tygodnia. Chodźmy na piwko. Albo na wódkę. A najlepiej to na oba.

 

Jedynie silna wola Tadeusza (i rozbrzmiewający w tyle głowy karcący głos jego stomatologa) powstrzymała go zgrzytania zębami z frustracji. Nie miał czasu na robienie koronek ani w ogóle na latanie po lekarzach.

 

– Żadnej wódki, Witkac, egzamin mam jutro. A twój talent nie umarł, przestań dramatyzować. Jesteś tak samo dobrym artystą teraz, jak tydzień temu.

 

Witkacy nic nie odpowiedział, ale Tadeusz wiedział, że ucieszyły go jego słowa.

 

(Próżne stworzenie.)

 

– Czemu ty w ogóle siedzisz w moim pokoju? – zapytał Tadeusz, kiedy Witkacy nie przestał krzątać się po pomieszczeniu. Tadeusz wiedział, że Witkacy, jakkolwiek ciekawski by nie był, grzebać w jego prywatnych sprawach nie będzie, więc też nie było powodu by odrywać się od podręczników.

 

Jakaś jego część jednak chciała to zrobić, bo niewątpliwie Staś pochłonięty był zawartością jego regału, zawierającego tyle samo książek na studia, co literatury francuskiej – małej, prywatnej miłości Tadeusza. I może Staś (i jego niespokojne palce) delikatnie dotykał grzbietów, przewracał pożółknięte kartki, śledził podkreślenia i adnotacje zapisane schludną kursywą. I może Tadeusz chciał to widzieć, żeby następnym razem, gdy zostanie zapytany w środku nocy przez Staszka o fantazje, będzie mógł… nie.

 

– Herbatę ci przyniosłem – odparł Witkacy, jakby bezwiednie.

 

– Co?

 

– Mhm. I kanapki.

 

Na biurku Tadeusza było wszystko: notatki, podręczniki, chusteczki higieniczne, zakreślacze, długopisy, papierki po batonikach, pusta puszka po energetyku, magnez w tabletkach. Zaraz obok biurka, na parapecie – który właśnie z powodu takiego ustawienia służył, podczas trudnych czasów (sesji), jako dodatkowa przestrzeń do przechowywania wszelkiego bałaganu – stał talerzyk z dwoma kanapkami oraz kubek z herbatą. Tadeusz przyglądał się im przez moment w milczeniu.

 

– Earl Grey?

 

Tadeusz mógł się założyć, że Witkacy właśnie wywrócił oczami. Herbata była punktem spornym (jednym z wielu) między lokatorami, a przede wszystkim między Tadeuszem i Staszkiem. Witkacy uważał, że jedyna poprawna forma picia herbaty to taka, w której pływa cytryna; Tadeusz natomiast nie trawił żadnych cytrusów w swoich napojach, zwłaszcza tych, które człowiek z zasady preferuje spożywać póki są gorące. Z Broniem natomiast sprzeczali się o to, czy herbata powinna być słodzona (według Bronia kategorycznie nie, według Witkacego kategorycznie tak, a Tadeuszowi było to przeważnie obojętne), a z kolei z Josephem toczył się spór o to, czy mleko powinno być częścią serwisu herbacianego (według Josepha kategorycznie tak, według Witkacego kategorycznie nie, Broniu miał nietolerancję laktozy, więc odmawiał wypowiedzi na ten temat, a Tadeusz nie miał nic przeciwko tak długo, jak była to inna herbata niż jego ukochany Earl Grey).

 

– A jak sądzisz? Przecież nie otrułbym cię, Żeleński.

 

Tadeusz też miał taką nadzieję, zwłaszcza po tym, jak raz wypili w czwórkę bimber niewiadomego pochodzenia i odchorowali swoje. Do dnia dzisiejszego nie wiedział, co wchodziło w skład rzeczonego samogonu, ale Tadeusz dziękował, że ciągle może oglądać świat swoimi oczami.

 

– Oh. Hm. Dziękuję, Staszku. Miło, że pamiętałeś, że nie lubię herbaty z cytryną – Tadeusz ostrożnie upił łyk; ciągle była gorąca, ale nie na tyle, by się nią poparzyć. Idealna temperatura do picia. 

 

Coś zakołatało w klatce piersiowej Tadeusza.

 

– Tak, tak. Dalej uważam, że to absolutny brak gustu i dobrego smaku z twojej strony, ale przynajmniej będzie więcej dla mnie.

 

Teraz przyszła kolej Tadeusza na wywrócenie oczami. Popijając powoli herbatę, wrócił do czytania materiałów, które absolutnie nie chciały zadomowić się na stałe w jego głowie.

 

– Tadziu?

 

– Mmm? – mruknął niezobowiązująco Tadeusz, licząc na to, że Witkacy nie będzie chciał prowadzić długiej i wyczerpującej merytorycznie rozmowy.

 

– Mógłbym cię narysować kiedyś?

 

Bogu dzięki, że Tadeusz odstawił herbatę na parapet, bo jego notatki najprawdopodobniej by teraz w niej pływały.

 

– Co proszę?

 

– Nie musi być teraz, jeśli nie chcesz. Ale mogłoby, jeśli ci to nie przeszkadza. I tak siedzisz całkiem nieruchomo. A ja mógłbym spróbować czegoś nowego.

 

Spróbować czegoś nowego.

 

Tadeusz z całej siły starał się nie nadinterpretować tego zdania. Witkacy nie mógł mieć tego na myśli, nie z nim. Zwłaszcza, że… zwłaszcza, że Tadeusz wiedział, że Staszek i Broniu byli sobie bliżsi niż normalni przyjaciele (Tadeusz ignorował irytujący głos w jego głowie, który krzyczał, że Witkacy narysował Malinowskiego kilka razy – większość z tych obrazów wisiała w jego pokoju – więc to oczywiście musiało coś znaczyć). Tadeusz również był świadomy tego, że Staszka równie mocno ciągnęło do kobiet o wyjątkowej urodzie, które zajmowały najpierw jego artystyczne dłonie, a potem i serce.

 

Nie mógł jednak wyzbyć się ciekawości, która kwitła w jego umyśle już od dłuższego czasu. Jak to byłoby być narysowanym przez Witkiewicza? Jak to byłoby widzieć siebie jego oczami? Jak to byłoby powstać na nowo, być stworzonym z węgla i papieru na tym małym wycinku rzeczywistości, który poddaje się tylko i wyłącznie żądaniom i wizjom Staszka?

 

– Okay, jeśli chcesz – Tadeusz usłyszał siebie mówiącego słowa szybciej niż zdążył je w ogóle pomyśleć. Nie było już od nich odwrotu.

 

– Na pewno?

 

Jasna cholera, Żeleński.

 

– Tak.

 

– Fantastycznie – nie było piękniejszego widoku niż podekscytowany Witkacy, tak samo, jak nie było bardziej ponurego widoku niż Witkacy walczący z brakiem weny. – To ty sobie tam wracaj do twoich głupotek, a ja zaraz wrócę.

 

– To materiały na egzamin.

 

– No przecież mówię, że głupotki.

 

I tyle go widzieli.

 

Tadeusz starał się zignorować kołaczące serce, bo przecież to nie była aż taka wielka rzecz, prawda? Witkacy się nudził, a znudzeni artyści robią wszystko, co im się zawidzi, byle tylko przestać się nudzić. A jeśli Tadeusz nie mógł dostarczyć rozrywki w sposób preferowany przez Witkiewicza, to ten znalazł inny sposób na zajęcie swojej uwagi chociaż na pięć minut.

 

– Mam nadzieję, że nie będziesz wymagał ode mnie pozowania – zapytał, kiedy Witkacy wrócił ze swoimi rzeczami do pokoju. Oprócz papierów i pasteli, które ostatnio wydawał się preferować, Staszek przyciągnął za sobą wielką pufę, którą usadził w pozycji na skos od Tadeuszowego biurka. – Myślałem, że wolisz portrety en face? Będzie ci tak wygodnie?

 

Witkacy machnął ręką w odpowiedzi.

 

– Nie przejmuj się mną, Tadziu. Mówiłem, że chcę spróbować czegoś nowego. Najwyżej nie wyjdzie i może wtedy wyciągnę cię na piwko.

 

Tyle, że Tadeusz chciał, żeby wyszło. Jeszcze tyle był w stanie przyznać, nawet przed samym sobą.

 

Tadeusz nie wiedział ile tak pracowali w ciszy. Witkacy nie wydawał żadnych poleceń, ani tym bardziej komentarzy, co było do niego niepodobne. Tadeuszowi to jednak nie przeszkadzało, zwłaszcza że ostatecznie był nawet w stanie się skupić i ze zdwojoną energią wrócił do swoich notatek.

 

– Będziesz w sobotę na imprezie? – Zapytał Witkacy kiedy Tadeusz, w ramach przerwy od nauki, sięgnął do stojących na parapecie notatek. Staszek zaprosił pół ASP na zakończenie roku akademickiego i mówił o tym od tygodnia.

 

– Jeszcze nie wiem, może. Karol chciał się ze mną spotkać po południu.

 

– Karol? Jaki znowu Karol?

 

– Szymanowski. Jestem pewny, że się poznaliście, na pewno był tu u nas – zmarszczona w grymasie twarz Witkacego mogła sugerować, że albo próbuje sobie przypomnieć kogo Tadeusz miał na myśli, albo był niezadowolony z tożsamości osoby, o której sobie przypomniał.

 

– Wolisz wyjść z Szymanowskim, zamiast kulturalnie spędzić czas w moim towarzystwie? I Bronia, oczywiście – dodał, jakby po sekundzie namysłu. Oburzenie w jego głosie było ewidentne. – Nie wiem czy Joseph dotrze do weekendu. Ostatnio wysłał mi zdjęcie z jakiejś barki w dżungli, nie mam pojęcia co robi, ani gdzie go wywiało. Ale nie o tym mowa. Szymanowski?

 

Tadeusz wywrócił oczami.

 

– Wpadliśmy ostatnio na siebie na mieście i zaprosił mnie na kawę, to się zgodziłem.

 

– Ale że z tym szarpidrutem, Tadziu? Przecież to cymbał jest.

 

– Karol jest pianistą.

 

– Może i sobie być Matką Teresą z Kalkuty, to nie zmienia faktu, że jest cymbałem.

 

– O co ci w ogóle chodzi, Witkiewicz, hm? Daj mi wyjść na kawę, jak będę miał ochotę spędzić czas w towarzystwie twoim i twoich pijanych przyjaciół malarzy, to i tak się tu pojawię. Jak ostatni raz sprawdzałem, to moja umowa wynajmu obowiązuje mnie jeszcze przez najbliższy rok.

 

Tadeusz odwrócił się, bo nie mógł znieść przekonania Witkacego, że wszystko o wszystkim wie najlepiej, a jego opinie są najważniejsze. Co go obchodziło z kim Tadeusz spędza swój wolny czas?

 

Witkacy, w przebłysku rozsądku (lub jako wyraz buty), postanowił tego nie skomentować, i dobrze.

 

– Mówisz tak, jakbyś innych przyjaciół nie miał – Witkacy odezwał się po tak długiej ciszy, że Tadeusz zdążył już zapomnieć, że ten ciągle przebywał w jego pokoju.

 

– A co ci do tego? – odburknął dość nieuprzejmie Tadeusz. Witkacy był uparty jak osioł jeśli sobie coś uwidział i najwyraźniej teraz uwidział sobie dokładną analizę życia towarzyskiego Żeleńskiego. Wprost cudownie. Właśnie tego teraz potrzebował.

 

– Ciągle cię widuję w jakimś towarzystwie – Witkacy, oczywiście, zignorował komentarz Tadeusza i kontynuował jak gdyby nigdy nic. – Sporo ludzi cię lubi.

 

– To głównie przyjaciele i znajomi Zosi – Zosi, która była jego najstarszą przyjaciółką. Zosi, która była jego pierwszym pocałunkiem. Zosi, której kiedyś chciał się oświadczyć. Zosi, która zbyła go w najłagodniejszy możliwy sposób, a jednak ciągle kochała go na tyle, żeby nie wyrzucić długich lat przyjaźni do kosza.

 

Zosi, która wiedziała, że Tadeusz chyba zaczyna coś czuć do swojego współlokatora, bo zawsze wiedziała więcej o Tadeuszu niż on o sobie samym.

 


 

 

Nawet nie rozwlekając się zbytnio nad istotą rzeczy, Tadeusz był w stanie przyznać sam przed sobą, że wyjście na kawę z Karolem było jednak słabym pomysłem.

 

Może zbyt długie spędzanie czasu z Witkacym odbiło się na nim bardziej niż przypuszczał, ale Tadeusz chyba nigdy w życiu nie był tak znudzony (a spędził ostatni tydzień gapiąc się na jedną ścianę czarnego tekstu na białym tle za drugą i tak w koło Macieju). Karol prawie zawsze gadał o sobie – i to nie w konwersatoryjny sposób, gdzie rozmówca wykorzystuje swoje własne doświadczenia jako sposób nawiązania więzi, tym samym prowadząc do dalszego rozwoju rozmowy. To Tadeusz byłby w stanie zrozumieć, cholera, pewnie sam tak robił. Nie, Karol gadał od czapy i prawie tylko o swojej muzyce. 

 

Tadeusz generalnie lubił muzykę, ale w tym momencie nie chciał już słyszeć ani jednego słowa z żargonu muzycznego (pod groźbą histerycznych krzyków w płynnej francuszczyźnie). Zaproponował więc pójście do Tadeuszowego mieszkania, licząc na to, że może nazbierało się już w nim na tyle dużo krewnych i znajomych Witkaca, że uda mu się stracić Szymanowskiego w tłumie. Karol nie miał nic przeciwko; pewnie wiedział o imprezie u Witkiewicza i prędzej czy później by na nią dotarł (nie, żeby Staszek był z tego faktu zbytnio zadowolony, ale gdy zostanie przekroczona pewna granica upojenia alkoholowego, to nawet tak zacięty człowiek jak Staś, przyjmuje arcywrogów w swoje skromne progi, jeśli tylko niosą ze sobą daninę w postaci butelki z procentami).

 

Larum w mieszkaniu było słychać już na korytarzu. Tadeusz obstawiał, że jeszcze przed dwunastą zapuka do nich policja, ale to już był problem Staszka (chociaż jakimś cudem to zawsze Tadeusz otwierał drzwi policjantom i świecił przed nimi oczyma). Już w przedpokoju natknęli się na Kossakówny (jedna z nich chyba była już mężatką, ale Tadeusz nie był pewien, a zresztą nie interesowało go zbytnio kto z kim sypiał, tak długo, jak działo się to za obopólnym konsensusem) oraz – Bogu niech będą dzięki – na Bronia, wychodzącego z kuchni z flaszką czystej i kieliszkiem. Karol, przemykając za plecami Tadeusza, wymamrotał coś o przywitaniu się z gospodarzem, jednak Tadeusz był zbyt zaabsorbowany zatrzymaniem Bronka w miejscu.

 

– Broniu, jak dobrze cię widzieć, błagam cię, polej mi jednego, tylko tak na cito!

 

Trzeba przyznać Malinowskiemu, że bez zająknięcia spełnił prośbę. Tadeusz wychylił szybko kielicha, a Bronek w odpowiedzi nalał mu kolejnego. 

 

Takich współlokatorów to ze świecą szukać.

 

 – Przyszedłeś tu z Szymanowskim? – zapytał Broniu, lejąc tym razem sobie kolejkę. Tadeusz nawet nie powstrzymywał się przed wywróceniem oczami.

 

– Nawet nie komentuj – odparł, odwracając się w stronę otwartych drzwi do pokoju, w którym Staszek, w pięknym, brązowym płaszczu (można by się zapytać dlaczego Witkiewicz nosi płaszcz w czerwcu, ale Tadeusz wolał tego nie robić), stał na środku i energicznie gestykulując, tłumaczył coś zgromadzonym gościom. W jednej ręce miał czerwony, emaliowany kubek i Tadeusz podejrzewał, że w środku nie miał herbaty; drugą z kolei gestykulował coś energicznie, jak to on. – Co on tam ma w tym kubku?

 

– Nie wiem, bimber chyba. Albo śliwowicę, Józek z kolegami przyniósł cały baniak, wchodzi jak złoto.

 

– W to nie wątpię. Jakby Karol mnie szukał, to niech szuka do woli, nie chcę go już dzisiaj widzieć – Tadeusz poklepał Bronia po ramieniu i podążył w kierunku kuchni w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. Już ostatnio pił na pusty żołądek i nie pamiętał połowy nocy, łącznie z tożsamością typa, który tak mocno zezgonował na podłodze w pokoju Josepha, że zniknął z mieszkania dopiero pod wieczór następnego dnia.

 

W kuchni Zofiowy komitet plotkarski (rzeczony komitet byłby obrażony za takie nazewnictwo, jednak Tadeusz wolał nazywać rzeczy po imieniu, z głęboką, aczkolwiek skrytą, sympatią, bo Zosia czasami dzieliła się pozyskanymi informacjami, co pozwalało mu dobrze orientować się w życiu towarzyskim Krakowa) był głęboko pogrążony w rozmowie i nawet nie raczył się z nim przywitać, nie żeby Tadeuszowi specjalnie na tym zależało. Nałkowska ostatnio prawie zdzieliła go patelnią, a Stryjeńska nigdy za nim specjalnie nie przepadała. A jego Zosia pewnie go znajdzie, prędzej czy później, chociażby po to, żeby podroczyć się z nim na temat Witkacego. Ta kobieta potrafiła wywęszyć zawstydzające momenty z życia Tadeusza na kilometr, a sercowe rozterki potrafiła z niego wyszarpać jeszcze szybciej. Jak tylko usłyszy, że pojawił się w mieszkaniu wraz z Szymanowskim, niechybnie wyciągnie go na balkon pod pretekstem zapalenia papierosa (a potem wyciągnie z niego wszystko, co będzie chciała wiedzieć, czyli wszystko).

 

Ktoś zrobił sałatkę jarzynową i szczerze mówiąc, Tadeusz nie mógł być bardziej wdzięczny tej osobie. To właśnie to, czego potrzebował. Z furą sałatki, powędrował w stronę swojego pokoju, żeby chociaż przez moment w spokoju zjeść, ignorując wszelakiego rodzaju krzyki i wybuchy śmiechu.

 

Niedoczekanie. Cicho jak myszka, podążył za nim właściciel mieszkania we własnej osobie. 

 

– Tadziu, przysługi potrzebuję. Podpisz mi papiery lekarskie na poniedziałek. 

 

Tadeusz był całkiem pewny, że się przesłyszał. W końcu w mieszkaniu było głośno, mnóstwo ludzi, muzyka leciała, więc Joseph nie mógł się zapytać studenta medycyny, czy zrobi coś, z czym powinien iść do lekarza, który już studia ukończył.

 

– Joseph, ale ty wiesz, że ja nie mam uprawnień?

 

Joseph machnął ręką.

 

– A czy to takie ważne?

 

– Tak? Jeszcze nawet lekarskiego nie zdałem, najwięcej co mogę dla ciebie zrobić to ciśnienie ci zmierzyć, ale nie teraz! – dodał podniesionym głosem, gdy zobaczył, że Joseph otwiera usta, żeby coś powiedzieć.

 

– Jezu, muszę się napić – wymamrotał pod nosem. Tadeusz podzielał ten sentyment i to na tyle, że opuszczenie pokoju w poszukiwaniu alkoholu wydawało się być wspaniałym pomysłem. – Jeszcze wrócimy do tych papierów.

 

Tadeusz machnął na Josepha ręką, bo co innego mu zostało? 

 

Powrotu do kuchni, tego właśnie było mu trzeba.

 

Wyprawa jednak musiała być odroczona w czasie, gdyż wychodzący z pokoju Tadeusza Joseph minął się w drzwiach z organizatorem imprezy we własnej osobie. Już bez płaszcza, ale za to w dobrze przylegającej koszuli, z zawiązaną czerwoną chustką na szyi, wyglądał w stu procentach jak obiekt westchnień połowy zgromadzonych w tym mieszkaniu ludzi.

 

Tadeusz miał wrażenie, że jego pokój zamienił się w autostradę pod jego nieobecność, bo tylko to tłumaczyło wzmożony ruch na tym odcinku (zwłaszcza podczas imprezy, którą Witkacy sam zorganizował). Jeszcze tylko Szymanowskiego tu brakowało.

 

Boże, żebym tylko nie wykrakał.

 

– Flaszkę pokoju? – zapytał Staś, podnosząc butelkę i szklanki, które straciły gdzieś swoje metalowe koszyczki. Pewnie znajdą się po tygodniu w najbardziej nieoczekiwanym miejscu (ostatnio z jakiegoś powodu były pod zlewem, koło śmietnika; Tadeusz nie miał pojęcia, czy ktoś próbował się ich pozbyć, czy raczej ukryć je przed kimś, kto próbował się ich pozbyć).

 

– A to nie była czasem fajka? – Witkacy nigdy nie przepraszał, a Tadeusz też nie miał zamiaru specjalnie ułatwiać mu sprawy. Obaj doskonale wiedzieli, że zakopią topór wojenny w ciągu najbliższych pięciu minut, ale jednak ciągle grali w tę samą grę.

 

– Fajki też mam.

 

Tadeusz wywrócił oczami.

 

– Jak dasz mi zjeść w spokoju to z chęcią.

 

Staś w odpowiedzi podarował mu uśmiech, od którego serce Tadeusza zrobiło fikołka, a potem trzy salta w tył. Nieświadomy wewnętrznych przeżyć Tadeusza, Witkacy szybko polał im po kolejce, a potem zniknął na moment, prawdopodobnie w poszukiwaniu jakiejś zagryzki.

 

– I jak tam wyjście z Szymanowskim? – zapytał z nietypową dla niego ostrożnością, gdy wrócił do pokoju z talerzem ogórków kiszonych i kanapkami z szynką.

 

– Znośnie – odparł nonszalancko Tadeusz, bo nigdy nie przyznałby się przed Stasiem, że może miał rację nazywając go cymbałem. – Widziałem, że się z tobą poszedł przywitać.

 

– Przerwał mi moją historię o Leninie i jeszcze czelność miał się spoufalać. Skończyłem, co chciałem powiedzieć i dopiero wtedy wtedy mówię mu: ja z tobą brudzia nie piłem, Szymanowski, więc bardzo proszę stulić japę na sekundę! Naprawdę, powinienem uprzejmie poprosić go o wypierdalanie z tego mieszkania.

 

Tadeusz cicho parsknął, bo szczerze mówiąc, nie przeszkadzałoby mu to w najmniejszym stopniu. Staś chyba jednak uświadomił sobie, co powiedział i jak wyglądała ich ostatnia rozmowa, bo szybko dodał:

 

– Ale go nie wyrzuciłem. Więc zgaduję, że jeśli chcesz, to jest tu ciągle mile widziany.

 

Teraz Tadeusz nie powstrzymał śmiechu. Doceniał wspaniałomyślność Stasia, jednak była ona niepotrzebna w tym momencie.

 

– Boże broń. I tak go pewnie będziemy tu widywać, na ostatnią naszą domówkę przyszedł z Jadwigą.

 

– Ach.

 

– Dokładnie.

 

I w ten właśnie sposób wszystko między nimi wróciło do normy. Lub prawie, bo Tadeusz, choćby nie chciał, nie mógł nie zauważyć intensywnego spojrzenia, którym obdarzał go Staś. Czuł się prawie jak pod szkłem powiększającym – prawie tak samo, jak wtedy gdy…

 

– Zapozujesz mi jeszcze raz? Na minutkę tylko.

 

… Staś poprosił go o zapozowanie.

 

– Teraz?

 

– A czemu nie?

 

Tadeusz popatrzył na niego z niedowierzaniem.

 

– Nie zorganizowałeś czasem imprezy, na którą przyszło pół ASP?

 

– A tam, od razu pół. Maksymalnie czterdzieści procent. Z tych lepszych wydziałów.

 

Po raz kolejny Tadeusz pomyślał sobie jak niemożliwym człowiekiem jest Witkacy i jak niemożliwym było odmówić mu czegokolwiek. A przynajmniej nie, gdy patrzył na ciebie tak przenikliwie, z takim wyczekiwaniem, jak gdyby twoja zgoda była najlepszym prezentem, jaki ktokolwiek mógłby mu podarować. Jak gdyby jedyne, czego chciał od życia to utrwalić twoją twarz na papierze, już na zawsze – jak gdyby miałby to być moment szczytowy jego artystycznej kariery.

 

Kiedy Staś tak się na niego patrzył, Tadeusz potrzebował całej swojej silnej woli, żeby go nie pocałować, więc zamiast tego powiedział:

 

– Niech ci będzie.

 


 

 

Impreza powoli zaczynała się rozchodzić, ale Tadeusza nic to nie obchodziło. Schowany we własnym pokoju, pijany na tyle, żeby świat wreszcie wydawał się być zabawniejszym miejscem, ale nie na tyle, by umierać na następny dzień w nieopisanych mękach, leżał na podłodze obok Stasia. Nagle pożałował, że nigdy nie nakleił na sufit fluorescencyjnych gwiazdek. Jego życie naprawdę zyskałoby na jakości, gdyby tylko miał na suficie fluorescencyjne gwiazdki. 

 

Powiedział to na głos, przerywając wywód Staszka na temat jego ulubionych kolorów.

 

– Tak, ale tylko jakby były ułożone w losowych konfiguracjach.

 

Staszek chyba czytał mu w myślach. Ułożenie ich w znajome konstelacje byłoby bez sensu, losowo z kolei mógłby sam stworzyć układy gwiazd, szukając w chaosie porządku i za każdym razem znajdując coś innego. Może nieistniejące gwiazdy powiedziałyby mu co ma zrobić ze swoim życiem.

 

Znikąd uderzyła Tadeusza zupełnie inna myśl.

 

– Wiesz co? Chyba jesteś moim najlepszym przyjacielem.

 

Witkacy zaśmiał się cicho.

 

– Najszczersze wyrazy współczucia. Moim najlepszym przyjacielem jest Malinowski. Znacznie rozsądniejszy wybór.

 

– Tak, to prawda – Broniu przeważnie miał głowę na karku i był zaskakująco dobrym organizatorem. Prawie wszystko potrafił zorganizować i z każdym się dogadać; żaden inny z jego znajomych nie miał takiej smykałki do języków, co on.

 

Moment milczenia. Tadeusz przelotnie zauważył, że może leżenie na podłodze nie jest wcale takie głupie. Z całą pewnością to dlatego, że mniej go boli kręgosłup, a nie że ryzykowałby potężne zawroty głowy, gdyby próbował się podnieść.

 

– Myślałem, że mnie nie lubisz.

 

– Ja też. Ale idzie się do ciebie przyzwyczaić, Stasiu. Jak do kota, który strąca twoje kubki ze stołu i wyjada twój obiad.

 

– Lubię, jak mówisz do mnie Stasiu – powiedział znikąd Witkacy. Tadeusz przyzwyczaił się już do nieoczekiwanych zwrotów w konwersacjach, połączonych ze sobą albo wcale, albo w sposób, który jasny był tylko jemu.

 

– Tak?

 

– Tak. Mógłbyś tak częściej do mnie mówić – z tonu głosu Tadeusz wywnioskował, że Witkacy mimo wszystko miał na myśli pytanie, a nie żądanie. Witkacy rzadko kiedy pytał, a tym bardziej prosił. 

 

– Dobrze, Stasiu. 

 

– Jeszcze raz. 

 

Tym razem to Tadeusz się zaśmiał, bo z jakiegoś powodu ta prośba wydała mu się absurdalna. Nie mógł jej jednak nie spełnić.

 

– Dobrze, Stasiu. Jesteś pijany, Stasiu.

 

– To nic. 

 

Tadeusz nie zdążył dopytać co Staś miał na myśli, bo w tym momencie podniósł się z podłogi i ruchem, którego nawet nie zarejestrował, pocałował go szybko, przelotnie, zupełnie jakby bał się poprosić o więcej.

 

Tadeusz dałby mu o cokolwiek by go poprosił. Cały świat nawet. 

 

Staś odsunął się, a w jego oczach widniał cień niepewności, jak gdyby dotarły do niego konsekwencje jego impulsywnych czynów, ale mimo to, nie chciał się przed nimi cofnąć.

 

– Teraz moja kolej – Tadeusz podejrzewał, że na jego twarzy widniał teraz głupkowaty uśmiech, ale nie potrafił go powstrzymać. 

 

– Um. Huh. Co?

 

– Żeby powiedzieć “jeszcze raz”.

 

Usta Staszka, te same, które jeszcze przed momentem całowały jego usta, rozwarły się w wyrazie zaskoczenia. 

 

– No? I jak to będzie?

 

Nie trzeba było mu dwa razy powtarzać.

 

– Powiedz mi, że nie będziesz tego jutro żałować – gdyby Tadeusz nie znał Stasia lepiej, powiedziałby, że jego głos miał w sobie nutę paniki i desperacką potrzebę załagodzenia sytuacji, która nagle i niespodziewanie wymknęła się mu spod kontroli.

 

– Och, zdecydowanie będę, zwłaszcza jeśli zostaniemy dłużej na tej podłodze, bo jednak zaczęło mi się robić tutaj trochę niewygodnie. 

 

Witkacy uderzył go w bark, jednak nie na tyle mocno, żeby bolało. Tadeusz roześmiał się w głos.

 

– Nie żartuj tak sobie, łachudro jedna, ja poważnie poważnie mówię.

 

– Ja również, podłoga to nie jest miejsce dla ludzi w moim wieku – Tadeusz nawet nie wiedział jak (ani kiedy) skończyli na podłodze. Staś go malował, ale nie pozwolił zobaczyć ani jednego z rysunków, które teraz leżały zapomniane gdzieś w kącie. 

 

– Jesteśmy w tym samym wieku. 

 

– I jak tam ci twój kręgosłup służy, hm?

 

Staszek wywrócił oczami.

 

– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie.

 

– A to było jakieś pytanie?

 

Tadeusz nie mógł się powstrzymać i tym razem to on nachylił się, żeby błyskawicznie pocałować Stasia. Cóż za wspaniała metoda dywersji. Tadeusz zamierzał wykorzystywać ją za każdym możliwym razem, nawet jak przestanie być chociaż w połowie tak skuteczna.

 

– Nie, Stasiu. Nie, jeśli i ty nie będziesz tego żałował.

 

– Nie. Nie sądzę, że do tego dojdzie – odpowiedział z całkowitą powagą Staś. Dziwnie było go słyszeć tak śmiertelnie poważnego, ale jednocześnie niewidzialny ciężar spadł z serca Tadeusza. Witkacy operował sarkazmem niczym szermierz bronią. To, że teraz odrzucił go na bok znaczył więcej, niż tysiąc słów. – Nie, jeśli chodzi o ciebie – dodał ciszej.

 

Tadeusz nigdy nie był tak szczęśliwy, jak w tym właśnie momencie.

 


 

 

Tydzień później, gdy Tadeusz wracał wieczorem ze zmiany w szpitalu, z ulicy widział, że w jego pokoju pali się światło. Jednak gdy wszedł do środka, światło było zgaszone, a na suficie mieniły się dziesiątki fluorescencyjnych gwiazdek, które ktoś przykleił w całkowicie losowe wzory.

 

Ktoś, czyli obserwujący go w milczeniu, z łagodnym uśmiechem (tym, który skradł Tadziowe serce całe tygodnie temu), na wpół schowany za framugą Witkacy.

 

– To którą konstelację mam nazwać po tobie, Stasiu? – zapytał figlarnie Tadeusz, przyciągając do siebie Witkacego za szlufki jego pobrudzonych farbą jeansów.

 

– To chyba oczywiste, Tadziu – odparł, wyciągając szyję w milczącym żądaniu pocałunku bądź trzech. Och, jakże Tadeusz mógł mu odmówić?  – Tę, z największą gwiazdą.

 



Koniec.