Chapter Text
Dotarli na peron 9 i ¾. Słyszał, jak ludzie tworzyli szum wokół niego. Dzieci z pierwszego i drugiego roku pchały się w kierunku drzwi, by dopaść do swoich rodziców, których nie widzieli od Wielkanocy. W przedziale było duszno, pojedyncze promienie słońca przebijały się przez ciężkie chmury. Okno było otwarte, ale gdy pociąg się zatrzymał, powietrze stanęło w wagonie i w jego płucach. Widział, jak młodzi czarodzieje wysypują się przez drzwi, a w korytarzu robi się coraz więcej miejsca.
Powoli się podniósł i spojrzał na ludzi wokół siebie, w pomieszczeniu został jest Evan Rosier i Stella McGregor. Sięgnął po swój kufer, od razu ściągając ten jeszcze większy należący do blondynki. Podał jej go z kurtuazyjnym uśmiechem. Stella odrzuciła długie włosy na plecy i się odezwała.
- To co, ciebie już we wrześniu nie zobaczę na peronie - wyraz jej twarzy wskazywał na to, że taki stan rzeczy jej się nie podobał.
- Nie mam po co się tu pokazywać, skoro skończyłem ostatni rok nauki. - Wiedział, że dziewczyna zauroczyła się w nim, tak jak w każdym, który okaże jej minimum uwagi, ale nie widział powodów, by dawać jej nadzieje. - Z resztą tak samo, jak Rosier.
Przyjaciel spojrzał na niego z chęcią mordu w oczach po tym, jak uwaga została skierowana na niego. Jego piegowata twarz szybko złapała sztuczny uśmiech, sylwetka się wyprostowała dorównując Regulusowi wzrostem.
- Oczywiście, jedziemy na jednym wózku stary. - Zaczął Evan jednak Regulus bez dalszych pożegnań stanął już na korytarzu zaciskając długie szczupłe palce na rączce kufra i powoli przesuwał się w kierunku drzwi. Wiedział, co za nimi czeka i nie napawało go to optymizmem. Jednak nie miał wyboru, nie mógł zostać w wagonie Hogwart Express do końca życia, co nie zmienia faktu, że miał ochotę wejść do losowego przedziału i już nigdy z niego nie wychodzić. - Niedługo się zobaczymy - blondyn zawołał jeszcze w kierunki Blacka.
Nie odpowiedział. Stał już przy samych drzwiach. Poczuł ciężar nowego życia na swoich barkach. Wiedział, że ten jeden krok, który wykona wychodząc z wagonu, realnie nic nie zmieni, ale dla niego oznaczał koniec dzieciństwa. Pierwsza stopa zawisła nad płytą chodnikową, a on miał przed oczami swoich starszych kolegów odwiedzających go (i innych uczniów czystej krwi) w pokoju wspólnym Slytherinu z wytatuowanymi czarnymi symbolami węża wychodzącego z ust czaszki na lewych przedramionach. Słyszał ich głosy, mówiące, jakie możliwości rozwoju daje przyłączenie się do Czarnego Pana. Widział Evana uważnie słuchającego postulatów Czarnego Pana, Alecto i Amycusa Carrowów, którzy mimo że rok młodsi od niego deklarowali otwarcie swoje poparcie dla Voldemorta. Jego stopa stanęła na peronie.
Zaczął się rozglądać za swoją matką, jeszcze rano pisała do niego w liście, że będzie na niego czekać. Czuł jakby jego stopa zapadała się w betonowej płycie zatrzymując go w miejscu, nie dając opcji wyboru. To był wzrok jego rodzicielki - Walburgi Black. Czuł, że nie może się ruszyć, a jednocześnie wiedział, że musi iść. Ona tego oczekiwała, ale również Rosier stojący tuż za nim. Z uczuciem przegranej swojego życia postawił drugą stopę na peronie.
Powolnym krokiem podszedłem do matki, była postawną kobietą o poważnej twarzy. Czarne włosy miała spięte w ciasny kok, czarna luźna suknia była zebrana na jej biodrach.
- Dzień dobry - przywitał się.
- Witaj, jak Ci minęła podróż? - Ruszyli w kierunku jednego z łuków, aby znaleźć spokojne miejsce do aportacji.
- Spokojnie. - Zagryzł wnętrze policzka, aż poczuł lekki ból, często to robił dla rozładowania emocji.
- Złap mnie za dłoń. - Wiedział już, że to koniec uprzejmości, odetchnął z ulgą, jego introwertyczna natura doceniała ciszę. Jednak to nie była cisza pełna spokoju, to była cisza niewypowiedzianych oczekiwań. Stanął po prawej stronie Walburgi, zacisnął lewą dłoń na jej nadgarstku, a prawą poprawił uchwyt kufra.
Poczuł znienawidzone uczucie szarpnięcia przy pępku, zobaczył, jak świat zawirował przed jego oczami - nie zdążył ich zamknąć, a po niecałej sekundzie uderzył stopami o kamienną posadzkę przed wejściem do domu rodzinnego przy Grimmauld Place 12. Zanim on złapał równowagę, jego matka już otworzyła drzwi wejściowe i zdjęła buty. On ruszył za nią, zostawiając buty w szafce z ciemnego drewna tuż obok tych Walburgi, kilka kroków dalej odłożył kufer pod granatową ścianą wykończoną drewnianą boazerią. Zobaczył skrzata domowego - Stworka - który już odkładał rzeczy na odpowiednie miejsce, uśmiechnął się do niego.
Razem matką dotarli do saloniku na półpiętrze, tam w miękkim, bordowym fotelu siedział Orion, jego ojciec. Jego rodzice na przywitanie skinęli sobie głowami. Orion był potężnym mężczyzną, szerokie barki były ułożone w równej linii, w dłoniach trzymał Proroka Codziennego, który zasłaniał jego wydatny brzuch. Karykaturalnie chude nogi sięgały do podłogi, jedna założona na drugiej.
- Dzień dobry Regulusie. - Przywitał się ciepłym tonem, jednak z twarzy nie można było wyczytać żadnych emocji, chłopak się uśmiechnął i skinął głową - jak Ci minęła podróż? - Ponownie padło to pytanie.
- Spokojnie - odpowiedział.
- Oh opowiedz coś więcej. W listach też byłeś oszczędny, a chcemy wiedzieć, co się dzieje u naszego jedynego syna.
Na to stwierdzenie Regulusowi skręciło kiszki, ponownie zagryzł wnętrze policzka. Wiedział, że zawsze był ulubionym dzieckiem, wiedział, że gdy Syriusz uciekł, jego rodziców to nie zabolało - jedynie kolejna postać wypalona na tapecie przedstawiającej drzewo genealogiczne, jednak jego to zabolało. Przełknął głośno ślinę i się odezwał.
- Podróż minęła mi spokojnie, wracałem w jednym przedziale z Evanem Rosierem, końcówka roku szkolnego po OWTMach też była już dużo spokojniejsza niż same przygotowania do egzaminów. Dużo czasu spędzałem na boisku ćwicząc latanie. - Wyrzucił z siebie mając nadzieję, że taki opis ostatnich tygodni będzie wystarczający. Nie chciał, ale też nie potrafił się otworzyć przed rodzicami, wiedział, że im więcej ci wiedzą, tym więcej rzeczy mogą wykorzystać przeciwko niemu. - A teraz was przeproszę, potrzebuję się odświeżyć po podróży.
- Dobrze, porozmawiamy dalej przy kolacji.
Wiedział, że jeśli nie będzie musiał, to już nie wyjdzie ze swojego pokoju. Nie był głodny, jednak nie informował o tym ojca. Wychodząc z saloniku zerknął w kierunku drzwi wyjściowych, nie było przy nich kufra, więc Stworek już się nim zajął. Ruszył schodami w górę, gdy dotarł na piętro miał przed sobą trzy pary ciężkich drzwi i schody prowadzące na kolejna kondygnację. Na lewo była sypialnia rodziców, gdzie nigdy nie zaglądał, na prawo łazienka i jego pokój. Przez moment zawahał się, czy nie wejść piętro wyżej, gdzie był pokój Syriusza, jednak zrezygnował. Stwierdził, że koniecznie potrzebuje zmyć z siebie ten dzień.
Skierował się do drzwi swojej sypialni, z niewielkim uśmiechem spojrzał na kartkę wykaligrafowaną 5 lat temu „Nie wchodzić bez wyraźnego zezwolenia - RAB”. Wszedł do swojej sypialni, tuż za drzwiami stał nierozpakowany kufer - skrzat był nauczony nieruszania prywatnych rzeczy bez wyraźnego nakazu. Otworzył go i zaklęciem skierował książki w kierunku już i tak przepełnionego regału. Nie miał zamiaru go zmieniać, po prostu lubił uczucie przepychu wśród starych i nowych tomów wszelkiej literatury. Ubrania, uporządkowane przez szkolne skrzaty skierował w kierunku szafy, zostawił obok siebie jedynie złożoną w kostkę koszulkę, materiałowe, przewiewne spodnie i bieliznę. Kufer częściowo jeszcze zapełniony bibelotami odesłał bliżej regału, było tam jeszcze trochę miejsca pod oknem, zaraz obok niego można było zobaczyć puste biurko, jakby nie patrzeć, nie było go w domu od 3 miesięcy, nie miał kto tego biurka zapełnić.
Zabrał ubrania i ruszył do łazienki, pomieszczenie było stosunkowo duże patrząc na to, jaką rolę pełniło. Swoje rzeczy postawił na muszli toalety, zrzucił z siebie ubrania, w których spędził cały dzień. Czarna koszula została rozpięta guzik po guziku i wrzucona do kosza na brudy razem z bielizną.
Jego wzrok zwrócił się mimowolnie w kierunku lustra, nie było to trudne, szklana tafla znajdowała się nad umywalką i przy wannie, tak że mógł zobaczyć się z każdej strony. Widział bladą skórę na całym ciele, lekko zaróżowioną na twarzy. Ciemne włosy ułożone w naturalnych falach, lekko zbite w strąki po całym dniu. Szare, jasne oczy - jak u Syriusza - przeszło mu przez myśl automatycznie. Chuda sylwetka, z jednej strony był wysportowany, od 4 lat grał na pozycji ścigającego w ślizgońskiej drużynie, ale też przez stres mało co jadł. Ostatnie na, co spojrzał celowo to jego lewe przedramię. Blade jak reszta jego ciała. Nadal czyste.
Wziął głęboki wdech i powoli wypuścił powietrze ustami. Podszedł do wanny i zaczął napełniać ją wodą dodając miętowo-malinowego płynu do kąpieli. Patrzył przez moment, jak tworzą się bąbelki, które łączą się w gęstą pianę. Wziął kolejny wdech i wszedł do wody. Zanurzył się tak, by zmoczyć całe ciało i włosy, zrobił wydech. Czuł jak gorąca woda przejmuje jego ciało i przechodzi po nim dreszczem. Kolejny wdech - czuje jak się rozluźnia i zakręca kurek w kranie. Robi długi wydech z zamkniętymi oczami. Spędza w wodzie około 20 minut, większość tego czasu skupia się na sobie, na swoim organizmie, świadomości oddechu. Robi wszystko, żeby nie myśleć o rodzicach i rozpoczynającej się dorosłości. Stara się odsunąć od siebie widmo wytatuowanego przedramienia i kariery po znajomościach w ciemnych kręgach.
Wstał i wyszedł z wanny, ociekający wodą podszedł do umywalki, tam dokładnie umył twarz oraz użył kremu nawilżającego na całe ciało. Założył wcześniej przygotowane ubrania. Ostatni raz zerknął na lewe przedramię i wyszedł z pomieszczenia. Wiedział, że powinien wrócić do pokoju, aby rozpakować kufer do końca, jednak nie było tam nic, co mogłoby mu sprawić kłopoty, co więcej nie podejrzewał rodziców o ten sposób inwigilacji. Oni zdecydowanie preferowali legilimencje, nie bez powodu już trzy lata temu płacił Sewerusowi Snape'owi za lekcje oklumencji. Z wilgotnymi włosami przyklejonymi do twarzy ruszył piętro wyżej.
Klatka schodowa była ciemna, wyglądała tak jak ta prowadząca od drzwi wejściowych, jednak na ciemnych ścianach wisiały kinkiety, których nie zapalano od dawna. Kilkoma większymi krokami wdrapał się po schodach, nie chciał, żeby rodzice go przypadkiem zauważyli, teleportacja z głośnym hukiem tym bardziej by sprowadziła ich uwagę na syna. Tu były ponownie trzy pary drzwi, jedne z nich prowadziły do pomieszczenia gospodarczego, z którego było dalsze przejście na strych, kolejne do łazienki i ostatnie, do których została przykręcona mugolskimi narzędziami metalowa tablica. Na niej Syriusz wyrył słowa „ZAKAZ WSTĘPU”. Regulus spojrzał na to i oczy lekko zaszły mu łzami, więc mocno zacisnął oczy na kilka sekund, po czym ruszył w kierunku ostatnich drzwi. Mocno je popchnął, jakby w ten sposób rozładowują emocje.
Wszedł do ciemnego pomieszczenia, było czuć w nim zapach kurzu. Chłopak machnął różdżką i zapalił świece, które sam tu zostawił ostatnim razem - jedną na biurku, drugą na parapecie i kolejną na komodzie. Rozejrzał się wokół po lekko rozświetlonym pokoju. Zobaczył jak zawsze plakat z roznegliżowaną mugolską dziewczyną ubrudzoną smarem w strategicznych miejscach i zaśmiał się cicho przypominając sobie, jak jego brat przyklejał to dzieło z użyciem zaklęcia trwałego przylepca. Oboje wiedzieli, jak rodzice na to zareagują, ich oczekiwania zostały spełnione, aż do teraz widać kilka wypalonych dziur w papierze, to pamiątki po tym, jak Walburga próbowała się tego pozbyć ze swojego domu. Podobny los spotkał plakaty z motocyklami. Starszy Black je uwielbiał, jednak w momencie wieszania rysunków mógł o swoim jedynie marzyć.
Usiadł na łóżku i aż zobaczył, jak mgiełka kurzu się unosi i migocze w blasku świec. Gdyby to nie wiązało się ze świadomością pustki w domu przez brak brata, uznałby to za urokliwe. Spojrzał na biurko przed nim, leżały tam szkice Syriusza. Miał on talent plastyczny. Teraz podziwiał profil znajomej twarzy, jednak nie mógł powiedzieć kogo dokładnie, jednak wiedział, że widział już takie ułożenie blizn na twarzy. Kolejna praca przedstawiała dziewczynę otoczoną liliami, o dziwo podpis pod rysunkiem sugerował Jamesa Pottera. Spojrzał na kolejną kartkę i zobaczył niemal swoje odbicie. Brat również jego narysował, była to jego wersja sprzed 3 lat. Zagryzł policzki na to wspomnienie, aż nie poczuł metalicznego posmaku na języku. Pamiętał dobrze, jak ten konkretny szkic powstał, on przyszedł poczytać w łóżku Syriusza, a właściciel pokoju siedział po turecku na tym biurku i powoli go uwieczniał.
W tym samym roku tylko w grudniu przy przerwie świątecznej Syriusz zniknął. Nie mógł na to patrzeć - złożył rysunek na cztery części zatrzymał w dłoni, odwrócił głowę w kierunku okna, te wychodziło na mały placyk, przy którym stała ta - wśród innych - kamienica. Na środku stało stare drzewo, wokół niego ułożono ławki, by można było korzystać z pogody i porozmawiać z sąsiadami. Regulus zobaczył zza drzewa czarnego psa wpatrującego się prosto w to okno. Wstał, dopadł do parapetu, czuł jakby pies go wołał jednak, gdy tylko mrugnął pies zniknął.
